*Clarke Griffin*
Strażnik Rasheed zauważył niezręczną ciszą dopiero po chwili.
- Co znowu? - spytał ze zniecierpliwieniem.
Murphy parsknął śmiechem.
- To chyba nie najlepszy pomysł - odparł.
- Nie przyjmuję sprzeciwów, panie Murphy- uprzedził drażliwie strażnik. - Blake zna się na rzeczy, a Griffin jest nowa. Dadzą sobie radę.
- Ja tylko grzecznie uprzedzam - powiedział Murphy, unosząc obronnie dłonie.
Musiałam się pchać na patrole. Musiałam. Musiałam chcieć udowodnić mamie, że jestem godna zaufania. Musiałam, a teraz co? Płace za to. Musze spędzić cały, diabelnie długi dzień w JEGO towarzystwie. Udało mi się zerknąć w jego stronę. Zaciskał pięści i szczękę. Wiedziałam, że intensywnie myśli jak wybrnąć z tej sytuacji. Tak, szybko wpadnij na pomysł! Tylko nie każcie mi z nim iść!
Ale nim zdołał coś wymyślić, Rasheed już kazał się rozchodzić. Bellamy stał w miejscu, a po chwili wyciągnął w moją stronę rękę. Trzymał w niej czarny pistolet, niewielki w porównaniu z karabinami, które znałam. Nie patrzył na mnie, więc szybko odebrałam pistolet i schowałam go za pasek spodni. Nie dowierzając własnemu nieszczęściu, zabrałam swój plecak i ruszyłam za Bellamym, który szedł już w zabójczym tempie w stronę lasu. Może to był jego plan: zgubić mnie po drodze. Świetny. Jeżeli jeszcze kiedyś się do niego odezwę, to pogratuluję mu pomysłowości.
Kolejne nieszczęście: plan nie wypalił. Drzewa rosły tu tak gęsto, że Bellamy musiał zwolnić. Przez kolejne kilka godzin przedzieraliśmy się przez krzaki, przeskakiwaliśmy zwalone pnie i strumyki. Plusem było to, że było niesamowicie pięknie. Powietrze było świeże i czyste. Zwierzęta nie zwracały uwagi na naszą obecność. Ptaki śpiewały niezwykle głośno, a słońce tylko w niektórych miejscach przedostawało się przez korony drzew i tworzyło jasne plany na korach i poszyciu. Gdybym tylko miała w ręce coś do malowania. Gdybym tylko była tu sama...
Gdyby nie przytłaczająca obecność Bellamy'ego. Sama świadomość, tego, że znajduje się obok mnie dekoncentrowała, denerwowała i wprawiała w nieśmiałość.
Starałam się myśleć o czymś innym. O drzewach, liściach, świetle, kolorach, a gdy to przestało działać to o pracy... Przecież istnieje tyle tematów, dlaczego nie mogę przestać wracać myślami do Bellamy'ego, bijącego od niego chłodu... Tak bardzo starałam się nie zerkać w jego stronę, ale mimo to i tak zauważyłam, że jego skora przybrała ciemniejszy odcień, musiał długo przebywać na słońcu, że miał dłuższe włosy i ciemne loki wpadały mu do oczu...
Tak bardzo starałam się odwrócić swoją uwagę od niedostępnej pozy Bellamy'ego, że potknęłam się o wystający korzeń i poleciałam na twarz. Odruchowa zamknęłam oczy, ale nie poczułam uderzenia. Czułam za to ręce podtrzymujące mnie, a zaraz potem stawiające z powrotem na ziemi. Uniosłam powieki i przypomniałam sobie, że Bellamy, który mnie złapał i nie pozwolił upaść, jest aktualnie moim wrogiem. On musiał zrozumieć to w tej samej chwili co ja, bo jednocześnie od siebie odskoczyliśmy. Założyłam ręce na piersi, przybierając niechętna pozę, a on najpierw wsunął dłonie do kieszeni kurtki, potem przeczesał nimi włosy, odgarniając je z czoła, a następnie znów schował do kieszeni, jakby nie do końca wiedział co z nimi zrobić. Przez chwile wyglądał na naprawdę speszonego.
- Nie dotykaj mnie więcej - powiedziałam cicho, starając się z całych sił, by mój głos brzmiał groźnie, a nie błagalnie.
- Jak sobie życzysz - odparł obojętnie, ale na mnie nie patrzył. - Ale mogłabyś uważać pod nogi.
To było więcej niż powiedział do mnie przez OSTATNIE DWA TYGODNIE! Już zamierzałam odpowiedzieć mu ciętą ripostą, ale przestał na mnie zwracać uwagę. Podszedł do miejsca, w którym się potknęłam. Powinien tam być korzeń, albo jakaś gałąź, ale zamiast tego była gruba lina pomalowana na ciemną zieleń świeżą farbą albo błotem, przez co zlewała się z poszyciem.
Bellamy spojrzał na mnie po raz pierwszy od dawna bez obojętności lub nienawiści. Spojrzał na mnie z niepokojem, który sama czułam, kiedy uświadomiłam sobie, co to oznacza.
- To pułap...- zaczął, ale w tym samym momencie za jego plecami pojawiła się wielka, okryta futrem postać, która zamachnęła się czymś dużym i zamierzyła się w jego stronę.
Bellamy odtoczył się na bok unikając uderzenia i klęcząc, szybkim ruchem sięgnął po karabin zawieszony na placach, ale w tej chwili pojawił się drugi napastnik i wytrącił mu go z ręki. Bellamy odskoczył do tyłu i kopnął Ziemianina. Ruszyłam w jego kierunku, ale poczułam silne dłonie opasające mnie od tyłu i unieruchamiające ręce. Krzyknęłam i zaczęłam się wyrywać, ale mężczyzna był za silny.
Moje krzyki zdekoncentrowały Bellamy'ego, który zamiast wstać i skupić się na przeciwniku, spojrzał na mnie ze strachem.
- Clarke! - krzyknął w moją stronę i nie zauważył następnego ciosu. Padł na ziemię, ale nie stracił przytomności choć z jego nosa buchnęła krew. Tym razem wstał i zadał serie szybkich ciosów Ziemianinowi. Tamten zaczął się cofać.
Zaczęłam się szarpać i kopać z większą niż wcześniej zawziętością. Mężczyzna nie mogąc mnie utrzymać rzucił mnie, jak szmaciana lalkę, o drzewo. Uderzyłam głową, aż zadzwoniły mi zęby. Poczułam okropny ból z tyłu czaszki, a oczy zaszły mi mgłą.W tej samej chwili Bellamy wydał okropny okrzyk bólu. Podniosłam powoli wzrok, by zobaczyć, jak Ziemianin cofa rękę trzymającą gruby konar. Z czoła Bellamy'ego lała się krew, a on sam leżał bez ruchu na ziemi.
Chciałam krzyczeć. Wrzeszczeć na cały głos, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa. Patrzyłam przerażona jak mężczyzna zadaje ostateczny cios - zagłębia nóż w jego brzuchu.
- NIE!!! - udało mi się wreszcie krzyknąć. Chciałam wstać i podbiec do niego, ale w tej samej chwili drugi z napastników rzucił się na mnie i znowu uderzył mnie w twarz. Unieruchomił moje ręce, wiążąc je, a drugi zawiązał mi usta, uniemożliwiając dalsze krzyki. Mogłam tylko patrzeć na nieruchome ciało Bellamy'ego. Czułam łzy spływające mi po policzkach i nie potrafiłam się już bronić.
Myślałam tylko o tym, że ostatnimi wypowiedzianymi do Bellamy'ego słowami było zdanie: "Nie dotykaj mnie więcej".
Venia
:D
sobota, 26 listopada 2016
środa, 9 listopada 2016
Rozdział 12
*Bellamy Blake*
- Do zobaczenia na kolacji - nachyliłem się i pocałowałem krótko Ginę. Posłała mi śliczny uśmiech.
- Do zobaczenia - odparła. - I przestań już myśleć o tych wszystkich problemach.
Kiwnąłem głową na potwierdzenie, ale jednocześnie zastanawiałem się, jak można być tak spokojnym jak Gina. Sprawiała wrażenie oazy spokoju, w przeciwieństwie do mnie. Rozumiała mnie i nie osądzała (chyba to najbardziej w niej lubiłem). Wiedziała, że gdyby przeniosła moje myśli na papier wyszłaby jej jedna czarna dziura, spowodowana natłokiem myśli i zmartwień. Starała się mi pomóc, mogłem z nią zawsze porozmawiać. Nie poruszaliśmy tylko tematu Clarke. Od naszej kłótni nie potrafiłem wypowiedzieć na głos jej imienia. Omijaliśmy więc ten temat, choć to o niej, jak na złość, najwięcej myślałem. Raz jej nienawidziłem, raz znowu tęskniłem za osobą, którą kiedyś była. Bo teraz to nie była moja Clarke... znaczy Clarke, którą znałem, szanowałem i lubiłem. Ta Clarke była obca i znienawidzona. Chciałem jej pomóc. Stworzyć dom, a co z tego wyszło? Wszystkim innym to pomogło, a ona nawet już nie przychodzi do kapsuły. Nie będę się starał, skoro ona tego nie chce. Niech znajdzie sobie kogoś innego do służenia. Może tych stażystów? Szczególnie tego chłopaka. Niech się do niej zbliży, a pożałuje... Zresztą, co mi do tego? Niech sobie rozporządza kim zechce, byle nie mną! Mam inne zmartwienia.
Na przykład Murphy. To o czym nam opowiedział zszokowało wszystkich, a nowy kanclerz Kane był nieźle zdezorientowany. Jak wszyscy. Że jakaś Allie sprowadziła na Ziemie zagładę? Program komputerowy? Jak? Ale Murphy utrzymywał, że to prawda. Że Jaha oszalał.
Dziwnie patrzyło się na zakochanego Murphy'ego. Emori musiała być naprawdę wyjątkowa. Murphy zmienił się, ale nadal był uparty i z tego co usłyszałem (wcale nie podsłuchiwałem rozmowy Clarke z Raven- siedziałem niedaleko, a one mówiły strasznie głośno) Murphy przez pierwsze dni nie odstępował od łóżka dziewczyny. Ale później, gdy jej stan znacznie się poprawił i obudziła się, rozkazała Murphy'emu się czymś zająć, żeby nie siedział bezczynnie. Postarałem się, żeby nie musiał sprzątać korytarzy, tak jak przed jego ucieczką. Załatwiłem mu miejsce w patrolach. Jak na niego przystało nie był zachwycony i narzekał na kilku pierwszych patrolach, ale w końcu się uspokoił.
Po obiedzie poszedłem do Strażnika Wade'a, koordynatora patroli.
- Odnaleźliśmy możliwy sygnał jednej ze stacji.
- Po dwóch miesiącach? - zdziwiłem się.
- Też nie mogliśmy w to uwierzyć. Zespół Sinclaira poszerzył zasięg odbioru i wpadł na sygnał oddalony o dzień drogi stąd. Sygnał nie pochodzi z jednego miejsca, ale czterech. To będzie największa misja, jaką dotąd otrzymaliście. Wyślemy wszystkie dostępne patrole w tamto miejsce.
- Ile osób?
- Dziesięć.
Zazwyczaj wyruszaliśmy w trójkę, góra czwórkę.
- Musicie być ostrożni, to może być pułapka - przypomniał Wade.
- Jak zwykle.
Mimo, że pokój był zawarty, Wade nadal był nieufny. I dobrze. Ktoś musiał.
- Ale z drugiej strony, możecie natknąć się na resztki katastrofy. Nie wiemy, co się stało z innymi stacjami. Z dwunastu wiemy, że przetrwały cztery, kolejne pięć uległy niemalże całkowitemu zniszczeniu. Co z ostatnimi trzema? Nikt nie wie.
Kiwałem głową, ale nie uważałem na jego słowa. Dobrze wiedziałem jak wygląda sytuacja, a Wade uwielbiał wygłaszać długie monologi na najróżniejsze tematy.
- Kiedy mamy wyruszać? - spytałem, korzystając z okazji, że przerwał pogadankę, by zaczerpnąć tchu.
- Jutro z samego rana. Wyruszycie przed śniadaniem. Zbiórka o piątej pod bramą.
- Jedziemy samochodami?
- Tak, ale wybieracie się poza tereny, które wcześniej poznaliśmy, dlatego jadą z wami jeszcze kierowcy. W razie potrzeby zostaną przy samochodach, gdy wy wyruszycie dalej pieszo.
- Nie potrzebni nam kierowcy. Ja mogę prowadzić - zaproponowałem.
Wade posłał mi surowe spojrzenie.
- Myśl logicznie - powiedział tylko, a ja kiwnąłem głowa.
Kiedy tylko nauczyłem się prowadzić, możliwość jazdy przytrafiała mi się bardzo rzadko.
- Dostaniecie cały sprzęt. Krótkofalówki, sondy i broń. Obowiązuje zakaz strzelania, chyba że Ziemianie zaatakują was pierwsi.
No tak. Chociaż nieufny, wierny prawu i rozkazom kanclerza. Prawdziwy Strażnik.
- Dowodzi strażnik Rasheed, a zastępcą jest strażnik Wayne.
Gwałtownie uniosłem głowę. To ja zwykle byłem zastępcą! Już miałem się sprzeciwić, ale Wade mnie uprzedził.
- To nie ulegnie zmianie. To ważna i niebezpieczna misja. Zapuścicie się na nieznane Ziemiańskie tereny. Tak dużą grupą muszą dowodzić doświadczeni i starsi ranga oficerowie. Nie możemy pozwolić sobie na straty. Zrozumiano?
Zacisnąłem zęby ze złości, ale potwierdziłem. Jeszcze tego by brakowało, żeby mnie odsunęli od akcji.
- Będzie wam też towarzyszył któryś z doktorów, w razie gdybyście znaleźli rannych. Ale jak mówiłem to mało prawdopodobne. Może wam się najwyżej przydać w razie gdyby ktoś z was złamał sobie nogę - powiedział lekceważąco.
Zawsze byliśmy gotowi na atak ze strony Ziemian. Każdy otrzymywał zabezpieczoną fiolkę z uniwersalnym antidotum Lincolna. Jak na razie nigdy nie była potrzebna.
- Dobrze, to tyle. Dzisiaj nigdzie się nie włócz. Masz się wyspać i o piątej stawić na miejscu zbiórki. Jak się spóźnisz, pojadą bez ciebie.
Wstałem i skinąłem na pożegnanie strażnikowi. Wyszedłem i skierowałem się do swojego pokoju, żeby się przygotować. Zebrałem swoje rzeczy potrzebne na dłuższą wyprawę, po czym odebrałem przydział lekarstw i też go spakowałem. Prowiant i broń otrzymamy dopiero rano. Po tak spędzonym popołudniu spotkałem się na kolacji z Giną. Opowiadała mi o książkach, które znalazła w zbiorach Mount Weather. Dzieliliśmy się wrażeniami z dnia, kiedy odprowadzałem ją do pokoju. Przytuliłem ją do swojego boku i szliśmy wolno, spokojnie rozmawiając. Droga do jej pokoju zajęła nam więcej czasu niż zwykle, a gdy już w końcu tam dotarliśmy, było już dość późno.
- Musze już iść - powiedziałem, odwracając się w jej stronę. Dalej trzymałem jej dłoń.
Uśmiechała się leciutko. Nie była drobna. Znałem mniejsze dziewczyny, które wydawały się starsze niż ona. Nie, że była niedojrzała - wręcz przeciwnie. Ale była taka niewinna - to sprawiało, że wydawała się niższa i delikatniejsza niż w rzeczywistości. To też sprawiało, że nie zasługiwałem na nią. Zdawałem sobie z tego sprawę, jak wszyscy wokoło.
- Racja, musisz się wyspać - potwierdziła, ale trochę posmutniała. Na ten widok serce mi stanęło z żalu. - Przyjdę cię pożegnać.
- O piątej? Nie musisz. Lepiej żebyś się wyspała. Miałaś ciężki dzień. Spotkamy się znowu za góra cztery dni.
Popatrzyła na mnie z żartobliwą złością.
- Cztery dni? Tylko tyle dajesz mi od ciebie odpocząć? -ścisnęła moja rękę.
- Będę tęsknić - zapewniłem.
- No ja myślę.
Zacząłem się odsuwać, ale Gina przyciągnęła mnie z powrotem do siebie.
- Bellamy? - miała niepewny głos, ale następne słowa wypowiedziała z mocą. - Kocham cię.
W ciągu jednej milisekundy przez moją zagraconą głowę przepłynęły miliony najróżniejszych myśli.
Co?
Odpowiedz jej
Co ona powiedziała?!
Powiedz coś
Ja ciebie też
To nie jest najlepszy moment
Tylko nie to!
CO?!
Gina, ja...
Uciekaj
Odpowiedz coś!
Może jak będę szybki to nie zauważy, że zniknąłem...
Ja ciebie też kocham...
CO?!!!
Tylko nie pomyl imienia!
Dlaczego zawsze ja?
Co ja mam teraz zrobić?
Spanikowałem. Moje ciało zareagowało szybciej niż myśli. Pochyliłem się i pocałowałem Ginę. Przyciągnąłem ją do siebie i nie dałem czasu na myślenie. Początkowo zaskoczona gwałtownością moich ruchów, po chwili rozluźniła się w moich ramionach i oddała pocałunek. Moje myśli krzyczały ALARM!!! ALARM!!!, ale ja nie przestawałem, aż w końcu nam obojgu zabrakło tchu. Gina odsunęła się ode mnie, uroczo zarumieniona i posłała mi jeden ze swoich cudownych uśmiechów, na które tak ciężko było mi odpowiadać.
- Dobranoc - powiedziała i musnęła wargami moje usta na pożegnanie. Gdy tylko jej drzwi dotknęły framugi, ja już biegłem ile sił w nocach z dala od Giny, jej pokoju, od zdania, na które nie potrafiłem odpowiedzieć, od odpowiedzi, której nie udzieliłem. Nie chciałem być takim chłopakiem - który rozkochuje w sobie dziewczynę, a sam tylko ją lubi. Chciałem czuć coś więcej do Giny. Więc dlaczego, do jasnej cholery, nie potrafiłem? Dlaczego najbardziej oczywista odpowiedź nie chciała przejść mi przez usta? I teraz ją zostawię na tak długi czas, żeby się zadręczała, co znaczył ten pocałunek, czy był odpowiedzią, czy jej uniknięciem.
Powodzenia z wyspaniem się na wyprawę. pogratulowałem sobie.
Tak jak przewidziałem, miałem za sobą nieprzespaną noc. Przez kilka godzin chodziłem po pokoju mając nadzieję, że odważę się wrócić do Giny i powiedzieć jej prawdę. Potem zastanawiałem się czym jest ta prawda? Że tylko ją lubię? Że zależy mi na niej, ale tego uczucia nie mogę nazwać miłością? Przecież wiem, czym jest miłość - kocham Octavie najbardziej na świecie. Ale nie chciałbym tak kochać Giny. Tak mogę kochać tylko siostrę. Tylko ja z pośród ludzi z Arki wiem, co to znaczy. Dlaczego nie mogę kochać Ginę, jak Finn kochał Clarke? Albo Lincoln Octavię? Dlaczego tylko ją lubię? Nie chciałem dawać jej nadziei. Ani okłamywać i zapewniać o fałszywym uczuciu. Nie chciałbym jej zranić.
Potem zaczęła się godzina złości na Ginę, że musiała wystrzelić z czymś takim akurat przed ważną misją. Ta godzina minęła jednak szybko i nastała godzina zrezygnowania. O czwartej zacząłem się szykować na patrol. Zjawiłem się pierwszy w miejscu odbierania prowiantu, zjadłem też śniadanie w samotności. Musiałem czekać na pozostałych. Po chwili byli już prawie wszyscy: strażnicy Rasheed i Wayne, Asher i Miller, Jasper i Monty, Harper, Murphy plus dwóch kierowców: Raven i Wick. Żałowałem, że Lincoln i Octavia nie jadą z nami, ale byli na innym patrolu. Czekaliśmy jeszcze na jednego uczestnika - kogoś ze szpitala. Niecierpliwiłem się, im dłużej zwlekaliśmy, tym większe prawdopodobieństwo, że Gina przyjdzie się pożegnać i co wtedy zrobię?
Jak na zawołanie z korytarza wyłoniła się postać i skierowała się w moją stronę. Gina była zaspana, ale podeszła do mnie i dała się przytulić. Ze wszystkich sił starałem się wyglądać normalnie, ale nie wiem, jak mi to wyszło.
- Blake, jedziemy! - usłyszałem krzyk Rasheeda.
- Do zobaczenia- powiedziałem, odsuwając się.
- Do zobaczenia - uważaj na siebie.
Pocałowałem ją krótko i odwróciłem się. Wsiadłem do tylnej części samochodu. Gdy tylko zamknąłem drzwi ruszyliśmy. Prowadziła Raven, obok niej siedział Rasheed. Obok mnie Jasper, Monty i Miller kłócili się, kto ile zajmuje miejsca. Ale szybko umilkli, kiedy Rasheed kazał im się zamknąć. Reszta jechała z Wickiem drugim samochodem. Czekała nas długa podróż, a ja w końcu zasnąłem.
Po kilku godzinach zmieniłem Raven. Przez Rasheeda, na którego wczesna pora źle działała, musieliśmy być cicho. Koło drugiej zrobiliśmy krótki postój, żeby coś zjeść i rozruszać kości. Mieliśmy wjechać na tereny Ziemian, na które nigdy wcześniej nie byliśmy. Raven znowu miała prowadzić. Wtedy też po raz pierwszy tego dnia zobaczyłem ostatniego uczestnika patrolu. Oczywiście była to Clarke. Bo kto inny mógłby pojechać na patrol jako medyk? Przecież była już doktorem. Przed oczami stanęło mi wspomnienie ze szpitala, kiedy jak prawdziwy lekarz w kitlu w ciągu sekundy podejmowała decyzje. To było... imponujące. Ale nie miałem zamiaru pokazać jej, że mi zaimponowała. Nadal była Nie-Tą-Clarke.
Po godzinie znowu byliśmy w drodze. Atmosfera trochę się oczyściła, ponieważ Rasheed odzyskał dobry humor. Raven puściła w radiu nagranie, prawdopodobnie zabrane z archiwum Mount Weather. Był to zespół Queen*, już wcześniej go słuchałem. Inni także musieli, bo za chwilę cały samochód śpiewał refreny z wokalistą, a Rasheed zatykał sobie uszy i próbował nas przekrzyczeć. Dzięki hałasowi nie byłem w stanie się skupić na poczuciu winy i zamartwianiu się obecnością Clarke. Dzięki temu nie zastanawiałem się, jak Clarke zareaguje w obecności Jaspera, ani jak Jasper czuje się w jej pobliżu.
Pod koniec dnia dojechaliśmy na miejsce oddalone od sygnału o pięć kilometrów. Rozpoczynał się tam gesty las, którego pokonanie samochodami byłoby niemożliwe. Postanowiliśmy rozbić obóz na noc, a rano wyruszyć na nogach. Zjedliśmy kolację i rozdzieliliśmy warty. Objąłem pierwszą z Millerem. Z chęcią położyłem się na ziemi po zmianie warty i odciąłem się od myśli dręczących mnie przez cały dzień.
- Trzeba się rozdzielić - oznajmił Rasheed. - Idziemy w odległości pół kilometra. Gdyby dana grupa znalazła jakiś ślad musi się zameldować przez krótkofalówkę, zrozumiano? Wick i Raven zostają przy samochodach. Ja idę z Murphym, Wayne z McIntyre**, Jordan z Greenem, Asher z Millerem.
- A ja? - spytałem, czując narastającą panikę.
- Ty idziesz z Griffin, oczywiście.
Venia
* a to z takiego powodu, że akurat słuchałam Queen, kiedy pisałam ten fragment
** Nazwisko Harper
- Do zobaczenia na kolacji - nachyliłem się i pocałowałem krótko Ginę. Posłała mi śliczny uśmiech.
- Do zobaczenia - odparła. - I przestań już myśleć o tych wszystkich problemach.
Kiwnąłem głową na potwierdzenie, ale jednocześnie zastanawiałem się, jak można być tak spokojnym jak Gina. Sprawiała wrażenie oazy spokoju, w przeciwieństwie do mnie. Rozumiała mnie i nie osądzała (chyba to najbardziej w niej lubiłem). Wiedziała, że gdyby przeniosła moje myśli na papier wyszłaby jej jedna czarna dziura, spowodowana natłokiem myśli i zmartwień. Starała się mi pomóc, mogłem z nią zawsze porozmawiać. Nie poruszaliśmy tylko tematu Clarke. Od naszej kłótni nie potrafiłem wypowiedzieć na głos jej imienia. Omijaliśmy więc ten temat, choć to o niej, jak na złość, najwięcej myślałem. Raz jej nienawidziłem, raz znowu tęskniłem za osobą, którą kiedyś była. Bo teraz to nie była moja Clarke... znaczy Clarke, którą znałem, szanowałem i lubiłem. Ta Clarke była obca i znienawidzona. Chciałem jej pomóc. Stworzyć dom, a co z tego wyszło? Wszystkim innym to pomogło, a ona nawet już nie przychodzi do kapsuły. Nie będę się starał, skoro ona tego nie chce. Niech znajdzie sobie kogoś innego do służenia. Może tych stażystów? Szczególnie tego chłopaka. Niech się do niej zbliży, a pożałuje... Zresztą, co mi do tego? Niech sobie rozporządza kim zechce, byle nie mną! Mam inne zmartwienia.
Na przykład Murphy. To o czym nam opowiedział zszokowało wszystkich, a nowy kanclerz Kane był nieźle zdezorientowany. Jak wszyscy. Że jakaś Allie sprowadziła na Ziemie zagładę? Program komputerowy? Jak? Ale Murphy utrzymywał, że to prawda. Że Jaha oszalał.
Dziwnie patrzyło się na zakochanego Murphy'ego. Emori musiała być naprawdę wyjątkowa. Murphy zmienił się, ale nadal był uparty i z tego co usłyszałem (wcale nie podsłuchiwałem rozmowy Clarke z Raven- siedziałem niedaleko, a one mówiły strasznie głośno) Murphy przez pierwsze dni nie odstępował od łóżka dziewczyny. Ale później, gdy jej stan znacznie się poprawił i obudziła się, rozkazała Murphy'emu się czymś zająć, żeby nie siedział bezczynnie. Postarałem się, żeby nie musiał sprzątać korytarzy, tak jak przed jego ucieczką. Załatwiłem mu miejsce w patrolach. Jak na niego przystało nie był zachwycony i narzekał na kilku pierwszych patrolach, ale w końcu się uspokoił.
Po obiedzie poszedłem do Strażnika Wade'a, koordynatora patroli.
- Odnaleźliśmy możliwy sygnał jednej ze stacji.
- Po dwóch miesiącach? - zdziwiłem się.
- Też nie mogliśmy w to uwierzyć. Zespół Sinclaira poszerzył zasięg odbioru i wpadł na sygnał oddalony o dzień drogi stąd. Sygnał nie pochodzi z jednego miejsca, ale czterech. To będzie największa misja, jaką dotąd otrzymaliście. Wyślemy wszystkie dostępne patrole w tamto miejsce.
- Ile osób?
- Dziesięć.
Zazwyczaj wyruszaliśmy w trójkę, góra czwórkę.
- Musicie być ostrożni, to może być pułapka - przypomniał Wade.
- Jak zwykle.
Mimo, że pokój był zawarty, Wade nadal był nieufny. I dobrze. Ktoś musiał.
- Ale z drugiej strony, możecie natknąć się na resztki katastrofy. Nie wiemy, co się stało z innymi stacjami. Z dwunastu wiemy, że przetrwały cztery, kolejne pięć uległy niemalże całkowitemu zniszczeniu. Co z ostatnimi trzema? Nikt nie wie.
Kiwałem głową, ale nie uważałem na jego słowa. Dobrze wiedziałem jak wygląda sytuacja, a Wade uwielbiał wygłaszać długie monologi na najróżniejsze tematy.
- Kiedy mamy wyruszać? - spytałem, korzystając z okazji, że przerwał pogadankę, by zaczerpnąć tchu.
- Jutro z samego rana. Wyruszycie przed śniadaniem. Zbiórka o piątej pod bramą.
- Jedziemy samochodami?
- Tak, ale wybieracie się poza tereny, które wcześniej poznaliśmy, dlatego jadą z wami jeszcze kierowcy. W razie potrzeby zostaną przy samochodach, gdy wy wyruszycie dalej pieszo.
- Nie potrzebni nam kierowcy. Ja mogę prowadzić - zaproponowałem.
Wade posłał mi surowe spojrzenie.
- Myśl logicznie - powiedział tylko, a ja kiwnąłem głowa.
Kiedy tylko nauczyłem się prowadzić, możliwość jazdy przytrafiała mi się bardzo rzadko.
- Dostaniecie cały sprzęt. Krótkofalówki, sondy i broń. Obowiązuje zakaz strzelania, chyba że Ziemianie zaatakują was pierwsi.
No tak. Chociaż nieufny, wierny prawu i rozkazom kanclerza. Prawdziwy Strażnik.
- Dowodzi strażnik Rasheed, a zastępcą jest strażnik Wayne.
Gwałtownie uniosłem głowę. To ja zwykle byłem zastępcą! Już miałem się sprzeciwić, ale Wade mnie uprzedził.
- To nie ulegnie zmianie. To ważna i niebezpieczna misja. Zapuścicie się na nieznane Ziemiańskie tereny. Tak dużą grupą muszą dowodzić doświadczeni i starsi ranga oficerowie. Nie możemy pozwolić sobie na straty. Zrozumiano?
Zacisnąłem zęby ze złości, ale potwierdziłem. Jeszcze tego by brakowało, żeby mnie odsunęli od akcji.
- Będzie wam też towarzyszył któryś z doktorów, w razie gdybyście znaleźli rannych. Ale jak mówiłem to mało prawdopodobne. Może wam się najwyżej przydać w razie gdyby ktoś z was złamał sobie nogę - powiedział lekceważąco.
Zawsze byliśmy gotowi na atak ze strony Ziemian. Każdy otrzymywał zabezpieczoną fiolkę z uniwersalnym antidotum Lincolna. Jak na razie nigdy nie była potrzebna.
- Dobrze, to tyle. Dzisiaj nigdzie się nie włócz. Masz się wyspać i o piątej stawić na miejscu zbiórki. Jak się spóźnisz, pojadą bez ciebie.
Wstałem i skinąłem na pożegnanie strażnikowi. Wyszedłem i skierowałem się do swojego pokoju, żeby się przygotować. Zebrałem swoje rzeczy potrzebne na dłuższą wyprawę, po czym odebrałem przydział lekarstw i też go spakowałem. Prowiant i broń otrzymamy dopiero rano. Po tak spędzonym popołudniu spotkałem się na kolacji z Giną. Opowiadała mi o książkach, które znalazła w zbiorach Mount Weather. Dzieliliśmy się wrażeniami z dnia, kiedy odprowadzałem ją do pokoju. Przytuliłem ją do swojego boku i szliśmy wolno, spokojnie rozmawiając. Droga do jej pokoju zajęła nam więcej czasu niż zwykle, a gdy już w końcu tam dotarliśmy, było już dość późno.
- Musze już iść - powiedziałem, odwracając się w jej stronę. Dalej trzymałem jej dłoń.
Uśmiechała się leciutko. Nie była drobna. Znałem mniejsze dziewczyny, które wydawały się starsze niż ona. Nie, że była niedojrzała - wręcz przeciwnie. Ale była taka niewinna - to sprawiało, że wydawała się niższa i delikatniejsza niż w rzeczywistości. To też sprawiało, że nie zasługiwałem na nią. Zdawałem sobie z tego sprawę, jak wszyscy wokoło.
- Racja, musisz się wyspać - potwierdziła, ale trochę posmutniała. Na ten widok serce mi stanęło z żalu. - Przyjdę cię pożegnać.
- O piątej? Nie musisz. Lepiej żebyś się wyspała. Miałaś ciężki dzień. Spotkamy się znowu za góra cztery dni.
Popatrzyła na mnie z żartobliwą złością.
- Cztery dni? Tylko tyle dajesz mi od ciebie odpocząć? -ścisnęła moja rękę.
- Będę tęsknić - zapewniłem.
- No ja myślę.
Zacząłem się odsuwać, ale Gina przyciągnęła mnie z powrotem do siebie.
- Bellamy? - miała niepewny głos, ale następne słowa wypowiedziała z mocą. - Kocham cię.
W ciągu jednej milisekundy przez moją zagraconą głowę przepłynęły miliony najróżniejszych myśli.
Co?
Odpowiedz jej
Co ona powiedziała?!
Powiedz coś
Ja ciebie też
To nie jest najlepszy moment
Tylko nie to!
CO?!
Gina, ja...
Uciekaj
Odpowiedz coś!
Może jak będę szybki to nie zauważy, że zniknąłem...
Ja ciebie też kocham...
CO?!!!
Tylko nie pomyl imienia!
Dlaczego zawsze ja?
Co ja mam teraz zrobić?
Spanikowałem. Moje ciało zareagowało szybciej niż myśli. Pochyliłem się i pocałowałem Ginę. Przyciągnąłem ją do siebie i nie dałem czasu na myślenie. Początkowo zaskoczona gwałtownością moich ruchów, po chwili rozluźniła się w moich ramionach i oddała pocałunek. Moje myśli krzyczały ALARM!!! ALARM!!!, ale ja nie przestawałem, aż w końcu nam obojgu zabrakło tchu. Gina odsunęła się ode mnie, uroczo zarumieniona i posłała mi jeden ze swoich cudownych uśmiechów, na które tak ciężko było mi odpowiadać.
- Dobranoc - powiedziała i musnęła wargami moje usta na pożegnanie. Gdy tylko jej drzwi dotknęły framugi, ja już biegłem ile sił w nocach z dala od Giny, jej pokoju, od zdania, na które nie potrafiłem odpowiedzieć, od odpowiedzi, której nie udzieliłem. Nie chciałem być takim chłopakiem - który rozkochuje w sobie dziewczynę, a sam tylko ją lubi. Chciałem czuć coś więcej do Giny. Więc dlaczego, do jasnej cholery, nie potrafiłem? Dlaczego najbardziej oczywista odpowiedź nie chciała przejść mi przez usta? I teraz ją zostawię na tak długi czas, żeby się zadręczała, co znaczył ten pocałunek, czy był odpowiedzią, czy jej uniknięciem.
Powodzenia z wyspaniem się na wyprawę. pogratulowałem sobie.
Tak jak przewidziałem, miałem za sobą nieprzespaną noc. Przez kilka godzin chodziłem po pokoju mając nadzieję, że odważę się wrócić do Giny i powiedzieć jej prawdę. Potem zastanawiałem się czym jest ta prawda? Że tylko ją lubię? Że zależy mi na niej, ale tego uczucia nie mogę nazwać miłością? Przecież wiem, czym jest miłość - kocham Octavie najbardziej na świecie. Ale nie chciałbym tak kochać Giny. Tak mogę kochać tylko siostrę. Tylko ja z pośród ludzi z Arki wiem, co to znaczy. Dlaczego nie mogę kochać Ginę, jak Finn kochał Clarke? Albo Lincoln Octavię? Dlaczego tylko ją lubię? Nie chciałem dawać jej nadziei. Ani okłamywać i zapewniać o fałszywym uczuciu. Nie chciałbym jej zranić.
Potem zaczęła się godzina złości na Ginę, że musiała wystrzelić z czymś takim akurat przed ważną misją. Ta godzina minęła jednak szybko i nastała godzina zrezygnowania. O czwartej zacząłem się szykować na patrol. Zjawiłem się pierwszy w miejscu odbierania prowiantu, zjadłem też śniadanie w samotności. Musiałem czekać na pozostałych. Po chwili byli już prawie wszyscy: strażnicy Rasheed i Wayne, Asher i Miller, Jasper i Monty, Harper, Murphy plus dwóch kierowców: Raven i Wick. Żałowałem, że Lincoln i Octavia nie jadą z nami, ale byli na innym patrolu. Czekaliśmy jeszcze na jednego uczestnika - kogoś ze szpitala. Niecierpliwiłem się, im dłużej zwlekaliśmy, tym większe prawdopodobieństwo, że Gina przyjdzie się pożegnać i co wtedy zrobię?
Jak na zawołanie z korytarza wyłoniła się postać i skierowała się w moją stronę. Gina była zaspana, ale podeszła do mnie i dała się przytulić. Ze wszystkich sił starałem się wyglądać normalnie, ale nie wiem, jak mi to wyszło.
- Blake, jedziemy! - usłyszałem krzyk Rasheeda.
- Do zobaczenia- powiedziałem, odsuwając się.
- Do zobaczenia - uważaj na siebie.
Pocałowałem ją krótko i odwróciłem się. Wsiadłem do tylnej części samochodu. Gdy tylko zamknąłem drzwi ruszyliśmy. Prowadziła Raven, obok niej siedział Rasheed. Obok mnie Jasper, Monty i Miller kłócili się, kto ile zajmuje miejsca. Ale szybko umilkli, kiedy Rasheed kazał im się zamknąć. Reszta jechała z Wickiem drugim samochodem. Czekała nas długa podróż, a ja w końcu zasnąłem.
Po kilku godzinach zmieniłem Raven. Przez Rasheeda, na którego wczesna pora źle działała, musieliśmy być cicho. Koło drugiej zrobiliśmy krótki postój, żeby coś zjeść i rozruszać kości. Mieliśmy wjechać na tereny Ziemian, na które nigdy wcześniej nie byliśmy. Raven znowu miała prowadzić. Wtedy też po raz pierwszy tego dnia zobaczyłem ostatniego uczestnika patrolu. Oczywiście była to Clarke. Bo kto inny mógłby pojechać na patrol jako medyk? Przecież była już doktorem. Przed oczami stanęło mi wspomnienie ze szpitala, kiedy jak prawdziwy lekarz w kitlu w ciągu sekundy podejmowała decyzje. To było... imponujące. Ale nie miałem zamiaru pokazać jej, że mi zaimponowała. Nadal była Nie-Tą-Clarke.
Po godzinie znowu byliśmy w drodze. Atmosfera trochę się oczyściła, ponieważ Rasheed odzyskał dobry humor. Raven puściła w radiu nagranie, prawdopodobnie zabrane z archiwum Mount Weather. Był to zespół Queen*, już wcześniej go słuchałem. Inni także musieli, bo za chwilę cały samochód śpiewał refreny z wokalistą, a Rasheed zatykał sobie uszy i próbował nas przekrzyczeć. Dzięki hałasowi nie byłem w stanie się skupić na poczuciu winy i zamartwianiu się obecnością Clarke. Dzięki temu nie zastanawiałem się, jak Clarke zareaguje w obecności Jaspera, ani jak Jasper czuje się w jej pobliżu.
Pod koniec dnia dojechaliśmy na miejsce oddalone od sygnału o pięć kilometrów. Rozpoczynał się tam gesty las, którego pokonanie samochodami byłoby niemożliwe. Postanowiliśmy rozbić obóz na noc, a rano wyruszyć na nogach. Zjedliśmy kolację i rozdzieliliśmy warty. Objąłem pierwszą z Millerem. Z chęcią położyłem się na ziemi po zmianie warty i odciąłem się od myśli dręczących mnie przez cały dzień.
- Trzeba się rozdzielić - oznajmił Rasheed. - Idziemy w odległości pół kilometra. Gdyby dana grupa znalazła jakiś ślad musi się zameldować przez krótkofalówkę, zrozumiano? Wick i Raven zostają przy samochodach. Ja idę z Murphym, Wayne z McIntyre**, Jordan z Greenem, Asher z Millerem.
- A ja? - spytałem, czując narastającą panikę.
- Ty idziesz z Griffin, oczywiście.
Venia
* a to z takiego powodu, że akurat słuchałam Queen, kiedy pisałam ten fragment
** Nazwisko Harper
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)