Osiemnastego dnia po Mount Weather Kane wrócił z Polis, stolicy Ziemian. Mama odzyskała pełnię sił i teraz dzieliła czas miedzy szpitalem, a zadaniami kanclerza, wiec nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby akurat nie zajmowała się chorymi. Ale to tylko i wyłącznie moja wina, bo znowu nie wychodziłam ze szpitala. Nawet udało mi się przekonać Jacksona, żeby przynosił mi posiłki, kiedy mama nie patrzyła. Coraz bardziej zaczynałam go lubić- mimo że naprawdę szanował moją matkę, to miał swój własny rozum.
- W południe odbędzie się spotkanie rady. Kane przekaże nam wszystko co udało mu się ustalić - usłyszałam głos mamy, kiedy sprawdzałam rany Harper, które już całkowicie się zagoiły. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mama mówiła do mnie.
- Więc udało mu się osiągnąć porozumienie z Ziemianami - to było raczej stwierdzenie faktu niż pytanie, ale mama i tak potwierdziła.
Uśmiechnęłam się do Harper, która odpowiedziała tym samym. Wyglądała znacznie lepiej i nie mogła się doczekać wypisania ze szpitala. Odsunęłam się od jej łóżka i odwróciłam, natrafiając na ciężkie spojrzenie mamy.
- Myślę, że powinnaś pójść na nie ze mną - powiedziała przyciszonym głosem.
- Po co? Nie ja jestem kanclerzem. Nie należę do Rady - odparłam również szeptem.
- Clarke, dlaczego tak wszystko utrudniasz? - spytała z wyrzutem. Wzruszyłam ramionami. - Nie tylko ty jesteś zaproszona. Bellamy i parę innych osób też przyjdzie. Ty powinnaś pójść jako reprezentantka Setki. To ciebie słuchają.
- Skoro Bellamy idzie, to ja już nie muszę.
Mama chwyciła mnie pod ramię i wyciągnęła ze szpitala na korytarz, wyraźnie wkurzona. Nie miałam siły się sprzeciwiać. Przez ostatni tydzień spałam najwyżej przez trzy godziny dziennie.
- Clarke - obróciła mnie twarzą do siebie i chwyciła za oba ramiona. Czułam się jak ośmiolatka, mimo że byłam jej wzrostu. - Myślałam, że ci przejdzie, ale minęły dwa tygodnie, a ty prawie w ogóle nie wychodzisz ze szpitala. Pracujesz tu, śpisz, nawet jesz...
Zatem Jackson jednak mnie wydał! Najwyraźniej źle go oceniłam...
- Unikasz ludzi, nawet przyjaciół. Nie możesz tak żyć. Musisz sobie wreszcie wybaczyć!
Ha. Dobre. Jakbym potrafiła.
- Jeżeli nie przestaniesz, usunę cie ze szpitala.
- Co?! - chyba się przesłyszałam. - Nie możesz!
Spojrzała na mnie z powagą.
- Jako twoja matka, przełożona szpitala i k a n c l e r z mam pełne prawo przenieść cię. I zrobię to, jeżeli nie zaczniesz z powrotem panować nad swoim życiem. Mnie odpychasz i nie chcesz mojej pomocy, ale nie możesz tego robić przyjaciołom. Dlatego jeżeli się nie zmienisz, przeniosę cię do kuchni, albo do sektora rolniczego, gdzie jest znacznie więcej ludzi. Musisz zmierzyć się ze swoimi lękami.
Genialnie. Własna matka chce mnie zabić. I jakby nie zdawała sobie sprawy, że taka zmiana prawdopodobnie mnie zniszczy. Że wyrzuty sumienia w końcu mnie pogrążą, bo nie jestem w stanie się ich pozbyć.
- Tu nie chodzi o to, że nie potrafisz sobie wybaczyć, Clarke. Tu chodzi o to, że nie chcesz - odezwała się, jakby czytała mi w myślach.
Poszłam na spotkanie. Oczywiście, że poszłam. Nie zamierzałam pozwolić sobie na przeniesienie. I tak dzisiejszego popołudnia wypisaliśmy większość pacjentów, przez co pracy będzie teraz zdecydowanie mniej. Postanowiłam też chodzić do jadalni na posiłki. To musi mamie wystarczyć.
Spotkanie trwało trzy godziny. Na początek przedstawiciele rady przedstawiali pani kanclerz raporty, co zajęło pół godziny i dopiero potem głos zabrał Kane. Mama na wyjazd do Polis udzieliła mu swojej władzy, tak że mógł wszystko zatwierdzić, jakby sam był kanclerzem. Na początku mówił o przydzielonej nam ziemi wokół obozu. Mogliśmy wreszcie zająć się rolnictwem, a Ziemianie mieli nam w tym pomóc. Potem o sposobie handlowania z Ziemianami. Rada poruszała wiele innych tematów, zadawała masę pytań, a Kane udzielał odpowiedzi. Przez większość czasu uważałam na ich słowa, jednak pod koniec zaczęłam odczuwał zmęczenie. Zerknęłam na Bellamy'ego. Siedział z założonymi rekami i poważną miną, ale wiedziałam, że słucha uważnie. Jak zwykle nieufny. pomyślałam.
Kiedy Kane opisał już wszystkie założenie umowy, w tym to o wzajemnym wsparciu i traktowaniu się jak sojuszników, mama zadała pytanie, które wszystkich nas gnębiło.
- Podczas obrad, czy coś cię zaniepokoiło? Jakaś nieścisłość, coś o czym nie chcieli rozmawiać?
Kane zastanawiał się przez chwilę.
- Ich komandor starała się wszystkiego dopilnować. Ja sam też. Wydaje mi się, że wszystkie ważne punkty omówiliśmy i podjęliśmy wobec nich postanowienia. Za dwa miesiące znowu mamy się spotkać, by sprawdzić czy wszystko funkcjonuje jak należy.
- Czyli wszystko było w porządku?
Kane zmarszczył brwi.
- Kilkakrotnie przywódcy klanów zadawali jakieś pytania w ich języku, które komandor od razu uciszała, nie udzielając odpowiedzi. Nie chciała po spotkaniu o tym mówić.
- Jakie to były pytania?
- Nie potrafię powtórzyć. Ale za każdym razem powtarzało się jedno słowo. Wydaje mi się, że brzmiało Wanheda.
- "Heda" w ich języku oznacza komandor - wyrwało mi się. Wszyscy na mnie spojrzeli.
- A "wanheda"? - spytał jeden z radnych.
Pokręciłam głową.
- Trzeba spytać Lincolna - wtrącił Bellamy.
Radni pokiwali głową.
- Komandor mówiła, że chodzi o ich wierzenia. Że nie warto się tym przejmować.
Zapadła cisza, podczas której każdy przetrawiał tą wiadomość.
- Pani kanclerz? - odezwał się wreszcie jeden z radnych. - Powinniśmy zagłosować w sprawie nazwy obozu, skoro radny Kane już wrócił.
- Dobrze - odezwała się mama. - Na ostatnim posiedzeniu rozważaliśmy zmianę nazwy obozu. - zaczęła tłumaczyć Kane'owi. - Mimo, że kanclerz Jaha po naszym powrocie na Ziemie stał się bohaterem, gdy pojawił się w obozie nazwanym jago nazwiskiem, doprowadziło to do niezręcznych sytuacji. Kiedy zniknął, biorąc ze sobą paru ludzi, reszta społeczeństwa zaczęła nieprzychylnie patrzeć na jego zachowanie. Dlatego postanowiliśmy zmienić nazwę na bliżej związaną z naszą historią - przerwała na chwilę, by po chwili podjąć. - Kto zgadza się na zmianę nazwy obozu z "Obozu Jaha" na "Arkadię"?
Wszyscy radni jednogłośnie podnieśli ręce do góry.
Na tym zakończyło się posiedzenie.
Od razu skierowałam się w stronę jadalni. Trudno uwierzyć, że zwykłe siedzenie i słuchanie potrafi tak bardzo zwiększyć apetyt.
Spotkałam tam Millera i parę innych osób z Setki, którzy siedzieli przy jednym stole. Zaczęli mnie wołać i zapraszać do siebie, więc usiadłam razem z nimi. Ich radosne żarty i przekomarzania podniosły mnie trochę na duchu - jak się okazało nie wszyscy się zmienili.
- Nie widzieliśmy cię przy kapsule - zwrócił się do mnie w pewnym momencie Miller.
Zdziwiona uniosłam brwi.
- Tak szybko się nami znudziłaś? - zapytał Asher z szelmowskim uśmiechem.
- Zamknij się, stary - odparł Miller. - Księżniczka miała prawo od nas odpocząć.
- To raczej niemożliwe - mruknęłam.
Asher wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Podobno byłaś na spotkaniu rady - szepnęła jedna z dziewczyn, chyba Criss.
- Ale tylko jako widz - odparłam szybko.
- Dowiedziałaś się czegoś? - spytał Miller.
Wiedziałam, że mama zamierza ogłosić spotkanie dla wszystkich i ogłosić publicznie wieści, ale nie mogłam się powstrzymać i powtórzyłam im prawie wszystko co usłyszałam.
Przez chwile jeszcze rozmawialiśmy, ale gdy zaczęli się rozchodzić, by wykonać codzienne obowiązki, sama także wstałam. Dowiedziałam się, że każdy dostał jakąś pracę i że zawsze mieli coś do roboty, dzięki czemu się nie nudzili. Cieszyłam się tym, choć wiedziałam, że są uważnie obserwowani przez strażników. Nawet nie podejrzewałam, że takie spotkanie może mi poprawić humor.
Przez dwa kolejne dni nie dawało mi spokoju jedno zdanie wypowiedziane przez Millera. "Nie widzieliśmy cię przy kapsule"? Co to miało znaczyć? Czy oni także przychodzili do naszego starego obozu? A może nie o to mu chodziło? Ale w takim razie o co?
W końcu drugiego dnia wieczorem ciekawość zwyciężyła.
- Mamo, mogę już skończyć? - spytałam, myjąc ręce i ściągając fartuch. - Chciałabym się jeszcze gdzieś przejść.
Mama wyglądała na szczerze zaskoczoną, że ją o to proszę, ale od razu się zgodziła. Zresztą po wypisaniu pacjentów nie było wiele pracy.
Zaglądnęłam jeszcze do swojego pokoju i zabrałam kurtkę, którą dostałam przed wysłaniem na Ziemię. Dawno jej nie ubierałam. Spieszyłam się do kapsuły, chcąc tylko zobaczyć czy ktoś tam będzie. Jeżeli tak, to moje podejrzenia się sprawdzą. A jeżeli będzie pusta, wrócę do Arkadii i zajmę się tym czym zawsze- uciekaniem przed myślami.
Już zbliżając się do starego obozowiska, usłyszałam głosy. Dużo głosów. Nagle wyszłam z lasu i mijając bramę, wyszłam na polanę. Zamurowało mnie. To nie było parę osób. To była Setka. Ponad pięćdziesiąt osób, które przeżyły Ziemian i Mount Weather. Stojąc w grupkach rozpalali ogniska, rozmawiali i śmiali się, popychając się i przekomarzając. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Niektórzy już mnie zauważyli, w tym Monty, który zaczął do mnie machać. Skierowałam się w jego stronę, witając się z napotkanymi osobami. Uścisnęłam Monty'ego i rozejrzałam się. W grupce, do której dołączyłam stali, oprócz Monty'ego, Raven, Kyle, Miller, Harper, Asher i paru innych, których mniej znałam. Przywitałam się z wszystkimi.
- Wreszcie księżniczka zaszczyciła nas swoim towarzystwem - powiedział Asher żartobliwym tonem.
- Uważaj, bo księżniczka cię zamknie za takie gadanie - odparowała Harper. Chwilę potem zwróciła się do mnie. - Błagam, zrób to. Tak trudno z nim wytrzymać.
- Jak i z tobą - dorzucił Miller.
- Dwóch na jedną? Niezbyt to sprawiedliwe - tym razem odezwała się Raven.
- Jak chcesz to możesz się dołączyć - odparł Asher.
- Dobrze wiecie że w porachunku ze mną nie macie żadnych szans - Raven założyła ręce na piersi i spojrzała na nich wyzywająco.
- Może spytamy co o tym sądzi Wick? - zapytał Miller.
Kyle już kręcił głową.
- Stary, ona jest mądrzejsza od was dwóch razem wziętych. Już przegraliście.
- No nie, jego też przeciągnęłaś na swoją stronę?
Słyszałam całą rozmowę, ale skupiłam się na Montym, który tłumaczył mi co tak właściwie robi tu Setka. Okazało się, że to sprawka Bellamy'ego. Po prostu rozmawiał z paroma osobami i przekonał ich, że kapsuła jest najlepszym miejscem na poprawę humoru. Wieść szybko rozniosła się wśród Setki - i tak od siedmiu dni wieczorami przybywa coraz więcej osób. Podobno następnego dnia Criss i jeden chłopak zajmujący się magazynowaniem starych przedmiotów i urządzeń z Arki mieli przynieść prawdziwy rzutnik i puścić jakiś film z archiwum. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
Postanowiłam przejść się i pogadać z innymi osobami. Chodziłam od jednej grupki do drugiej i dowiadywałam się czym kto się zajmuje. W końcu udało mi się zamienić słowa z każdym nastolatkiem. Gdy to zrobiłam wróciłam do pierwszej grupki, gdzie Miller i Asher kłócili się o nazwę "Setka".
- Skoro jest nas teraz prawie pięćdziesiąt, a nie s t o to nie powinniśmy nazywać się Setką - twierdził Asher.
- I co, mamy się nazywać Połowa z Setki? - zapytał z niedowierzaniem Miller.
- Nie, idioto, Pięćdziesiątka!
- Lepiej brzmi Setka.
- Ale nie odnosi się do prawdziwej liczby ludzi!
- Ale lepiej brzmi.
- Ale z ciebie prymityw.
- I kto to mówi?
Usiadłam miedzy Raven a Harper i przysłuchiwałam się rozmowie. Jakim cudem blisko pięćdziesiąt osób zdołało się tu przekraść i nikt tego nie zauważył? I jak wracali? Przecież musieli gdzieś spać.
Spytałam o to Raven.
- Każdy, kto chce, może rozłożyć sobie hamak w kapsule. A rano pójść zająć się swoimi obowiązkami - odparła wzruszając ramionami.
- Gdzie ten Bellamy? - usłyszałam czyjś głos. Nie zrozumiałam odpowiedzi.
Wcześniej obeszłam cały obóz i nie zauważyłam go. Gdzie on się podziewa? Już miałam wstać i pójść go szukać, ale przypomniałam sobie o Ginie. Mimowolnie opuściłam ramiona. Nie moja sprawa gdzie chodzi.
Rozmowa toczyła się dalej, ale przerwało ją pojawienie się nikogo innego, tylko Bellamy'ego, Octavii i Lincolna. Nieśli ze sobą upolowanego jelenia. Czyli poszli na polowanie. Poczułam, że ucisk w moim brzuchu rozluźnia się. Trójka, gdy tylko odstawiła zdobycz, by zajęli się nią inni, podeszła do naszej grupki.
- Większego nie było? - zagadnął Asher. Naprawdę jemu powinno zakazać się odzywać.
- Następnym razem to ty pójdziesz na polowanie - odparła Octavia. - I jestem ciekawa czy wyjdziesz z tego cało.
Bellamy usiadł koło mnie i oparł się o pień pobliskiego drzewa.
- Wreszcie przyszłaś - mruknął. - Już myślałem, że nigdy się nie zjawisz.
- A niby skąd miałam wiedzieć, że tu się spotykacie?
- Gdybyś częściej wychodziła ze szpitala...
- Tylko nie powtarzaj słów mojej mamy!- przerwałam mu.
O dziwo, zamknął usta. Wyczuwałam dziwne napięcie miedzy nami. W pewnym momencie miałam ochotę się od niego odsunąć, ale coś mnie powstrzymało.
- Ciesze się, że tu ich sprowadziłeś - odezwałam się i zerknęłam na niego. - To uspokajający widok.
Kiwnął głowa i także na mnie spojrzał. Przez chwile nic nie mówił.
- Chciałem cię przeprosić, za to co powiedziałem wcześniej. Wiem, że nie powinienem ci rozkazywać jak rozkazuję O - wskazał głową swoją siostrę. - Nie mam prawa.
- Czekaj, czy ty mnie własnie przeprosiłeś? - zapytałam żartobliwie, a on, mogę przysiąc, uniósł koniuszek ust.
- Nie proś, żebym powtarzał. To nie w mojej naturze.
Uśmiechnęłam się leciutko, ale za chwile spoważniałam.
- To ja powinnam cię przeprosić. Miałeś rację. I nie rozkazywałeś mi, tylko dobrze radziłeś.
Przyjął moje przeprosiny i po chwili siedzieliśmy obok siebie w ciszy, ale tym razem nie była niezręczna.
- Bell! - w pewnym momencie Octavia zawołała brata, wyrywając nas z zamyślenia. - Ludzie chcą zacząć lekcje.
Bellamy podniósł się.
- Lekcję? - zapytałam odruchowo.
Spojrzał na mnie.
- Chodź i sama zobacz. - odparł.
Ruszył na środek obozu, gdzie było sporo wolnego miejsca. Wokół zbierała się Setka, siadając na ziemi w okręgu. Potem Lincoln i Bellamy weszli na środek. Lincoln zaczął tłumaczyć i pokazywać na Bellamym różne chwyty.
Lekcja samoobrony. uświadomiłam sobie.
Po tym jak chłopcy zademonstrowali na sobie, kazali dobrać się w pary i ćwiczyć. Oni sami chodzili i poprawiali błędy. W końcu Octavia zauważyła, że ja, tak jak parę innych osób w tym Raven, czy Harper nie ćwiczymy. Zawołała brata, który podszedł do mnie i siłą mnie podniósł.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, Bellamy - zaczęłam. - Wiesz, że tego nie lubię.
- Czyżby, księżniczka bała się, że przegra? - zapytał, przekrzywiając głowę.
Prychnęłam.
- Nigdy.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
wtorek, 23 sierpnia 2016
Rozdział 5
Kiedy zjawiłam się w szpitalu, mama zaczęła coś mówić, kiedy tylko mnie zobaczyła, ale zamknęłam jej usta, rzucając, że nie mam ochoty gadać. Kłótnia z Bellamym przygnębiła mnie. Nie chciałam niszczyć tego, co już zbudowaliśmy, wiedziałam też, że miał dobre intencje i musiałam przyznać, że pójście na pogrzeb nie było dobrym pomysłem. Ale w głębi wiedziałam, że muszę tam pójść. Oddać hołd tym, których zabiłam.
Przez resztę dnia zajmowałam się chorymi, ale koło trzeciej wyszłam się przyszykować. Ze ściskiem w brzuchu, kierowałam się w stronę bramy. Kiedy wybiła czwarta zebrała się mała grupka, najwyżej piętnaście osób, w tym Kane, Gina, Monty i oczywiście Bellamy, który, gdy mnie zobaczył, próbował mnie przekonać do odwrotu.
- Siedź cicho, Bellamy - rzuciłam zmęczonym głosem. - Nie wychodź na hipokrytę.
To zamknęło mu usta, ale nie przeszkodziło w patrzeniu na mnie z błaganiem pomieszanym z niepokojem i złością. Chyba tylko on potrafił posyłać takie spojrzenia.
Od Monty'ego dowiedziałam się, że Jasper na wieść o pogrzebie opił się do nieprzytomności. Czułam jednocześnie niepokój o przyjaciela, jak i ulgę, przez którą znienawidziłam samą siebie.
Szykowałam się na długą pieszą wędrówkę, ale o czwartej piętnaście przed bramę podjechały dwa prawdziwe terenowe S A M O C H O D Y. Samochody widziałam tylko i wyłącznie na kartach książek i nagraniach, nigdy na żywo. Wydawały dźwięki niczym mechaniczne dzikie zwierzęta. Wymieniliśmy z Bellamym oszołomione spojrzenia. Widziałam w jego oczach oszołomienie i podniecenie. Już wiedziałam kto będzie pierwszy w kolejce do nauki jazdy. W końcu dotarło do mnie, że pojazdy najprawdopodobniej były własnością Mount Weather, co trochę ostudziło mój entuzjazm. Ale nawet ta świadomość nie powstrzymała dreszczu ekscytacji, kiedy wsiadałam do jednego z pojazdów i usadawiałam się na siedzeniu pomiędzy Montym, a Bellamym.
- Od razu uprzedzam, jeszcze nie całkiem potrafię prowadzić - zawołał Sinclair, będący naszym kierowcą, patrząc na nas przez lusterko. - Będzie mocno trzęsło. Lepiej się czegoś przytrzymajcie.
Sto lat temu jazda po asfaltowych drogach musiała być przyjemna, ale teraz, kiedy jechaliśmy przez las wcale taka nie była. Auto ciągle podskakiwało, a ja razem z nim, uderzając głowa o sufit. Sinclair kilkakrotnie gwałtownie skręcał, przez co wpadałam na sąsiadów i obrywałam łokciami w ręce i brzuch.
Sinclair uprzedził nas, kiedy wjechaliśmy na częściej używaną drogę, jeszcze przez Ludzi z Góry, ale wydała się tylko trochę lepsza - nadal była pełna wyboi i dziur.
Po godzinie podróży, ciągnącej się w nieskończoność, w końcu zatrzymaliśmy się u podnóża góry i mogliśmy wysiąść z samochodu. Miałam tak miękkie kolana, że prawdopodobnie upadłabym, gdybym nie podtrzymała się pojazdu.
Musieliśmy przejść jeszcze prawie kilometr na szczyt góry, bo to tam wcześnie przygotowano stos pogrzebowy. Z każdym krokiem miałam coraz większą ochotę odwrócić się i uciec i chyba tylko wrodzony upór nie pozwalam mi się zatrzymać. Bellamy mimo, że nadal się do mnie nie odzywał, trzymał się blisko. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, by iść dalej. Nie mogłam pokazać przed nim słabości. Z jakiegoś powodu nie chciałam by wiedział, że miał rację.
To Kane wygłosił pożegnalną mowę. Zapewne mówił o czymś pocieszającym, ale nie słuchałam go. Nie chciałam.
- Może się jeszcze kiedyś spotkamy - wypowiedział na zakończenie tradycyjne słowa, które zawsze powtarzaliśmy na pożegnanie. Parę pełnych nadziei słów.
Przeszedł mnie dreszcz.
Co noc, a czasem na jawie widziałam te twarze. Trzysta osiemdziesiąt jeden twarzy.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Nagle uświadomiłam sobie, że płaczę. Otarłam mokre policzki i zamrugałam kilkakrotnie.
Kane podszedł z płonącą gałęzią do stosu i przybliżył ją do najbliższego ciała.
Stos był naprawdę ogromny. Ciała zawinięto w czyste materiały, przez co na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądały na zwłoki ludzi.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy...
Starałam się nie myśleć. Tak bardzo, że aż bolało. Poczucie winy wezbrało we mnie, pochłaniając całą, tak jak płonienie rosły i pożerały kolejne ofiary. Smród palonego ciała był nie do wytrzymania. Z trudem opanowałam mdłości. Chciałam odwrócić wzrok - wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam, ale jednocześnie nie potrafiłam tego zrobić. Płonienie przyciągały wzrok, hipnotyzowały, tryskając prosto do nieba, do gwiazd. Dym dusił, odbierał oddech... Ale ja potrafiłam tylko patrzeć, przyglądać się ostatniej podróży ludzi, których skrzywdziłam, odbierając im szczęście, nadzieję, życie...
W moim umyśle pojawiły się słowa w języku Ziemian, które wypowiadali na pogrzebach swoich bliskich.
Yu gonplei ste odon. Twoja walka się skończyła.
Podniosłam głowę i spojrzałam w niebo, ciemniejące już. Słońce zbliżało się do horyzontu.
- Yu gonplei ste odon.- wyszeptałam mając nadzieję, że jakimś sposobem mnie słyszą.
Kiedy wracaliśmy do samochodów zauważyłam, że Bellamy rozmawia z Giną. Szli, trzymając się blisko siebie. Nie wiedząc czemu ścisnęło mnie w brzuchu i poczułam niewytłumaczalną złość na chłopaka. Szybko ją odepchnęłam. Nic mi do tego z kim Bellamy rozmawia, albo z kim się... spotyka. Gina była dla niego idealna - miła, urocza, nieskalana żadną zbrodnią. Widziałam przecież, że przy niej wygląda inaczej, bardziej niewinnie. Gina mogła go przemienić z powrotem w chłopca, którym kiedyś był i sprawić, że zapomni o poczuciu winy. Przestanie mieć koszmary. Gina była tak dobra, że mogła to dla niego zrobić, tak jak Finn zrobiłby dla mnie. Finn mógłby odpędzić moje koszmary, gdyby tylko żył.
Gdybym go nie zabiła...
Ta myśl kołatała mi w głowie przez całą drogę powrotną. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, wymknęłam się na tyły obozu i pomknęłam do lasu i do kapsuły. Tam usiadłam i starałam się powstrzymać cisnące do oczu łzy. Wyczerpana położyłam się na gołej ziemi i czekałam, czekałam, czekałam aż zasnę, aż nawiedzą mnie kolejne koszmary tym razem z pogrzebu. Ale sen nie nadchodził, a księżyc w swojej pełnej okazałości przesuwał się nad moją głową. Przez pełnie było niezwykle jasno. Gdy opanowało mnie totalne odrętwienie i już myślałam, że będę mogła tak wiecznie leżeć i patrzeć w gwiazdy, usłyszałam przeraźliwe wycie wilka. Odbijało się od drzew, wywołując echo, nakładające się na siebie, trwało nieskończenie długo. Brzmiało jednocześnie strasznie i pięknie, ale słychać w nim było jakby smutek. Możliwe, że mój zmęczony umysł to wymyślił, ale naprawdę odnosiło się takie wrażenie.
Nikt mu nie odpowiada. nagle zrozumiałam. Jest samotny. Jak ja.
Nie chciałam tak myśleć, ale taka była prawda. Prawdopodobnie sama do tego doprowadziłam. Osoby, na których najbardziej mi zależało, odeszły. Tata, Wells, Finn nie żyli. Nie potrafiłam normalnie rozmawiać z mamą, odepchnęłam ją. Monty miał wiele innych zajęć. Jasper nie chciał mnie znać. A Bellamy... dość, że się z nim pokłóciłam.... czułam się, jakbym go straciła przez jego zainteresowanie Giną. To było głupie i egoistyczne, przecież może być moim przyjacielem i chłopakiem Giny, ale nie mogłam przekonać samej siebie, że jego związek z Giną, na który bez wątpienia się zanosiło, nic między nami nie zmieni. Zresztą, czy nadal będzie chciał znosić moje humorki po naszej kłótni? Wiedziałam, że chciał dobrze, jak zawsze i już dawno przestałam się na niego złocić, ale czy jemu także przeszło? Jeśli nie, to zostanę sama, bo nie miałam sił na szukanie wsparcia u osób, którym nie ufałam aż tak bardzo jak tym, co mnie zostawili.
Użalasz się nad sobą, idiotko.
Wilk przerwał swoją pieśń, która jeszcze chwile pobrzmiewała w powietrzy, by po chwili zniknąć.
Zastanowiłam się, kto odpowiedziałby na moje wołanie. Kto by się zjawił? Kogo chciałabym widzieć? Może po prostu powinnam odejść, jak ten samotny wilk? Tylko że on potrzebował towarzyszy i szukał ich. Czy jestem jak on?
Nie. pomyślałam. Nie potrzebuję nikogo. Sama dam sobie radę.
Ale jednocześnie wiedziałam, że to kłamstwo. Byłam jak on. Byłam samotnym wilkiem.
Przez resztę dnia zajmowałam się chorymi, ale koło trzeciej wyszłam się przyszykować. Ze ściskiem w brzuchu, kierowałam się w stronę bramy. Kiedy wybiła czwarta zebrała się mała grupka, najwyżej piętnaście osób, w tym Kane, Gina, Monty i oczywiście Bellamy, który, gdy mnie zobaczył, próbował mnie przekonać do odwrotu.
- Siedź cicho, Bellamy - rzuciłam zmęczonym głosem. - Nie wychodź na hipokrytę.
To zamknęło mu usta, ale nie przeszkodziło w patrzeniu na mnie z błaganiem pomieszanym z niepokojem i złością. Chyba tylko on potrafił posyłać takie spojrzenia.
Od Monty'ego dowiedziałam się, że Jasper na wieść o pogrzebie opił się do nieprzytomności. Czułam jednocześnie niepokój o przyjaciela, jak i ulgę, przez którą znienawidziłam samą siebie.
Szykowałam się na długą pieszą wędrówkę, ale o czwartej piętnaście przed bramę podjechały dwa prawdziwe terenowe S A M O C H O D Y. Samochody widziałam tylko i wyłącznie na kartach książek i nagraniach, nigdy na żywo. Wydawały dźwięki niczym mechaniczne dzikie zwierzęta. Wymieniliśmy z Bellamym oszołomione spojrzenia. Widziałam w jego oczach oszołomienie i podniecenie. Już wiedziałam kto będzie pierwszy w kolejce do nauki jazdy. W końcu dotarło do mnie, że pojazdy najprawdopodobniej były własnością Mount Weather, co trochę ostudziło mój entuzjazm. Ale nawet ta świadomość nie powstrzymała dreszczu ekscytacji, kiedy wsiadałam do jednego z pojazdów i usadawiałam się na siedzeniu pomiędzy Montym, a Bellamym.
- Od razu uprzedzam, jeszcze nie całkiem potrafię prowadzić - zawołał Sinclair, będący naszym kierowcą, patrząc na nas przez lusterko. - Będzie mocno trzęsło. Lepiej się czegoś przytrzymajcie.
Sto lat temu jazda po asfaltowych drogach musiała być przyjemna, ale teraz, kiedy jechaliśmy przez las wcale taka nie była. Auto ciągle podskakiwało, a ja razem z nim, uderzając głowa o sufit. Sinclair kilkakrotnie gwałtownie skręcał, przez co wpadałam na sąsiadów i obrywałam łokciami w ręce i brzuch.
Sinclair uprzedził nas, kiedy wjechaliśmy na częściej używaną drogę, jeszcze przez Ludzi z Góry, ale wydała się tylko trochę lepsza - nadal była pełna wyboi i dziur.
Po godzinie podróży, ciągnącej się w nieskończoność, w końcu zatrzymaliśmy się u podnóża góry i mogliśmy wysiąść z samochodu. Miałam tak miękkie kolana, że prawdopodobnie upadłabym, gdybym nie podtrzymała się pojazdu.
Musieliśmy przejść jeszcze prawie kilometr na szczyt góry, bo to tam wcześnie przygotowano stos pogrzebowy. Z każdym krokiem miałam coraz większą ochotę odwrócić się i uciec i chyba tylko wrodzony upór nie pozwalam mi się zatrzymać. Bellamy mimo, że nadal się do mnie nie odzywał, trzymał się blisko. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, by iść dalej. Nie mogłam pokazać przed nim słabości. Z jakiegoś powodu nie chciałam by wiedział, że miał rację.
To Kane wygłosił pożegnalną mowę. Zapewne mówił o czymś pocieszającym, ale nie słuchałam go. Nie chciałam.
- Może się jeszcze kiedyś spotkamy - wypowiedział na zakończenie tradycyjne słowa, które zawsze powtarzaliśmy na pożegnanie. Parę pełnych nadziei słów.
Przeszedł mnie dreszcz.
Co noc, a czasem na jawie widziałam te twarze. Trzysta osiemdziesiąt jeden twarzy.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Nagle uświadomiłam sobie, że płaczę. Otarłam mokre policzki i zamrugałam kilkakrotnie.
Kane podszedł z płonącą gałęzią do stosu i przybliżył ją do najbliższego ciała.
Stos był naprawdę ogromny. Ciała zawinięto w czyste materiały, przez co na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądały na zwłoki ludzi.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy...
Starałam się nie myśleć. Tak bardzo, że aż bolało. Poczucie winy wezbrało we mnie, pochłaniając całą, tak jak płonienie rosły i pożerały kolejne ofiary. Smród palonego ciała był nie do wytrzymania. Z trudem opanowałam mdłości. Chciałam odwrócić wzrok - wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam, ale jednocześnie nie potrafiłam tego zrobić. Płonienie przyciągały wzrok, hipnotyzowały, tryskając prosto do nieba, do gwiazd. Dym dusił, odbierał oddech... Ale ja potrafiłam tylko patrzeć, przyglądać się ostatniej podróży ludzi, których skrzywdziłam, odbierając im szczęście, nadzieję, życie...
W moim umyśle pojawiły się słowa w języku Ziemian, które wypowiadali na pogrzebach swoich bliskich.
Yu gonplei ste odon. Twoja walka się skończyła.
Podniosłam głowę i spojrzałam w niebo, ciemniejące już. Słońce zbliżało się do horyzontu.
- Yu gonplei ste odon.- wyszeptałam mając nadzieję, że jakimś sposobem mnie słyszą.
Kiedy wracaliśmy do samochodów zauważyłam, że Bellamy rozmawia z Giną. Szli, trzymając się blisko siebie. Nie wiedząc czemu ścisnęło mnie w brzuchu i poczułam niewytłumaczalną złość na chłopaka. Szybko ją odepchnęłam. Nic mi do tego z kim Bellamy rozmawia, albo z kim się... spotyka. Gina była dla niego idealna - miła, urocza, nieskalana żadną zbrodnią. Widziałam przecież, że przy niej wygląda inaczej, bardziej niewinnie. Gina mogła go przemienić z powrotem w chłopca, którym kiedyś był i sprawić, że zapomni o poczuciu winy. Przestanie mieć koszmary. Gina była tak dobra, że mogła to dla niego zrobić, tak jak Finn zrobiłby dla mnie. Finn mógłby odpędzić moje koszmary, gdyby tylko żył.
Gdybym go nie zabiła...
Ta myśl kołatała mi w głowie przez całą drogę powrotną. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, wymknęłam się na tyły obozu i pomknęłam do lasu i do kapsuły. Tam usiadłam i starałam się powstrzymać cisnące do oczu łzy. Wyczerpana położyłam się na gołej ziemi i czekałam, czekałam, czekałam aż zasnę, aż nawiedzą mnie kolejne koszmary tym razem z pogrzebu. Ale sen nie nadchodził, a księżyc w swojej pełnej okazałości przesuwał się nad moją głową. Przez pełnie było niezwykle jasno. Gdy opanowało mnie totalne odrętwienie i już myślałam, że będę mogła tak wiecznie leżeć i patrzeć w gwiazdy, usłyszałam przeraźliwe wycie wilka. Odbijało się od drzew, wywołując echo, nakładające się na siebie, trwało nieskończenie długo. Brzmiało jednocześnie strasznie i pięknie, ale słychać w nim było jakby smutek. Możliwe, że mój zmęczony umysł to wymyślił, ale naprawdę odnosiło się takie wrażenie.
Nikt mu nie odpowiada. nagle zrozumiałam. Jest samotny. Jak ja.
Nie chciałam tak myśleć, ale taka była prawda. Prawdopodobnie sama do tego doprowadziłam. Osoby, na których najbardziej mi zależało, odeszły. Tata, Wells, Finn nie żyli. Nie potrafiłam normalnie rozmawiać z mamą, odepchnęłam ją. Monty miał wiele innych zajęć. Jasper nie chciał mnie znać. A Bellamy... dość, że się z nim pokłóciłam.... czułam się, jakbym go straciła przez jego zainteresowanie Giną. To było głupie i egoistyczne, przecież może być moim przyjacielem i chłopakiem Giny, ale nie mogłam przekonać samej siebie, że jego związek z Giną, na który bez wątpienia się zanosiło, nic między nami nie zmieni. Zresztą, czy nadal będzie chciał znosić moje humorki po naszej kłótni? Wiedziałam, że chciał dobrze, jak zawsze i już dawno przestałam się na niego złocić, ale czy jemu także przeszło? Jeśli nie, to zostanę sama, bo nie miałam sił na szukanie wsparcia u osób, którym nie ufałam aż tak bardzo jak tym, co mnie zostawili.
Użalasz się nad sobą, idiotko.
Wilk przerwał swoją pieśń, która jeszcze chwile pobrzmiewała w powietrzy, by po chwili zniknąć.
Zastanowiłam się, kto odpowiedziałby na moje wołanie. Kto by się zjawił? Kogo chciałabym widzieć? Może po prostu powinnam odejść, jak ten samotny wilk? Tylko że on potrzebował towarzyszy i szukał ich. Czy jestem jak on?
Nie. pomyślałam. Nie potrzebuję nikogo. Sama dam sobie radę.
Ale jednocześnie wiedziałam, że to kłamstwo. Byłam jak on. Byłam samotnym wilkiem.
wtorek, 16 sierpnia 2016
Rozdział 4
Dzięki pomocy Bellamy'ego udało mi się przespać parę godzin (choć możliwe, że tylko i wyłącznie z powodu skrajnego wyczerpania), ale po pewnym czasie znów zaczęłam śnić. Mimo że się starałam, nie mogłam się obudzić, więc widziałam twarze i słyszałam krzyki moich ofiar. Trupie ręce szarpały mnie, dusiły, zadawały taki sam ból jaki one czuły. W pewnym momencie miałam wrażenie, ze spadam i już miałam zderzyć się z ziemią, kiedy dłoń Bellamy'ego wyrwała mnie ze snu.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam. Przed krótką chwilę byłam zdezorientowana i nie wiedziałam, gdzie jestem, ale w końcu rozpoznałam znajome ściany kapsuły. Nadal było ciemno i musiałam przyzwyczaić oczy do ciemności. Byłam cała spocona i rozedrgana, czułam przejmującą suchość w gardle, jak zwykle po niespokojnej nocy. Bellamy podał mi butelkę wody i po przełknięciu paru łyków, uspokoiłam się na tyle, by zacząć jasno myśleć.
- Nie chciałem cię budzić, ale strasznie się rzucałaś- wyjaśnił cicho.
Zdałam sobie sprawę, że Bellamy nie spał przez prawie całą noc, pilnując mnie.
- Teraz twoja kolej - powiedziałam i wstałam, robiąc mu miejsce na posłaniu. Przeciągnęłam się i ruszyłam w stronę drzwi.
- Nie chcesz dalej spać? - zdziwił się.
Zamiast odpowiedzi posłałam mu porozumiewawcze spojrzenie. Jak zawsze, zrozumiał od razu. Kiedy on układał się do snu, ja usiadłam przed wejściem, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam rękami nogi. Zamknęłam oczy i wyciszyłam wszystkie myśli. Stawałam się w tym naprawdę dobra.
Niebo zaczęło już jaśnieć, kiedy ruch w kapsule obudził mnie z odrętwienia. Zajrzałam do środka i od razu poznałam, że Bellamy ma koszmar. Oczywiście, że nie tylko ja je miałam. Usiadłam niedaleko posłania i miałam nadzieję, że moja bliskość jakoś pomoże chłopakowi. Kiedy koszmar nie ustępował, nie mogłam już dłużej na to patrzeć i potrząsnęłam ramieniem Bellamy'ego, próbując go zbudzić. Nagle otworzył oczy, przesiąknięte przerażeniem. Przez to jego twarz wydawała się młodsza, wręcz chłopięca. Ale chwile potem jego rysy wyostrzyły się i znów wyglądał jak znany mi Bellamy.
Usiadł i przez chwilę nic nie mówiliśmy. Trwaliśmy w ciszy przesiąkniętej naszym strachem i poczuciem winy. Nie mogłam już tego znieść, więc odezwałam się i zaczęłam mówić o sprawie, która nie dawała mi spokoju.
- Lexa chce przedłużyć rozejm miedzy nami a Ziemianami.
- Co chce zrobić?! - Bellamy spojrzał na mnie z szokiem na twarzy. - Przecież sama nas zdradziła!
- Wiem - powiedziałam ze złością. - Ale moja mama wysyła Kane'a, żeby dyskutował o warunkach umowy. Mówi, że robi to co uważa za najlepsze dla naszych ludzi.
- Gdyby nie to, że straciłem zaufanie do Lexy, powiedziałbym, że to rozsądne - zastanowił się przez chwilę. - Chociaż nie, chyba nigdy jej nie ufałem.
Zacisnęłam pięści.
- Najgorsze jest to, że takie postępowanie faktycznie jest rozsądne - rzuciłam. - Dzięki temu możemy uniknąć kolejnej wojny i zająć się gospodarowaniem. Jak na złość rozumiem, dlaczego Lexa nas zdradziła. Przywódca robi to co najlepsze dla jego ludzi -zacytowałam. - Ja pewnie też bym to zrobiła na miejscu Lexy.
Bellamy pokręcił głową.
- Nie - powiedział stanowczo. - Ty nigdy nie układałabyś się z wrogiem, zdradzając sprzymierzeńców, by pomóc przyjaciołom. Wymyśliłabyś inne wyjście. Oboje wiemy, że nie byłabyś zdolna nikogo zdradzić.
- Kiedyś też tak myślałam - mruknęłam. - Ale wtedy nie wiedziałam, że będę zdolna zabić tyle ludzi.
Bellamy spojrzał na mnie tym swoim twardym spojrzeniem. Było na tyle jasno, że mogłam bez trudu przyjrzeć się jego twarzy. Dzisiaj była poważna, bez śladu dziwnego uśmiechu. Nie, żeby uśmiech mu nie pasował, ale tamten nie wydawał się szczery. A może po prostu byłam przyzwyczajona do gniewnej wersji Bellamy'ego na tyle, że każda inna wydawała się niewłaściwa.
- W każdym razie złości mnie fakt, że Lexa uważa sprawę za skończoną.- odezwałam się.-Przynajmniej ja nie odzyskałam do niej zaufania w ciągu jedenastu dni.
- Skoro potrafiła zdradzić nas raz, to może to zrobić po raz kolejny - dokończył Bellamy.
Wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia i nic więcej nie powiedzieliśmy na ten temat. Po pewnym czasie wstało słońce i zaczęliśmy zbierać się do powrotu do obozu. Okazało się, że Bellamy nie wymykał się w ten sam sposób co ja - po prostu wychodził przez bramę, dzięki temu, że Miller, jeden z Setki, zapisał się do strażników i przez najbliższy czas miał nocną wartę. Później miało się to zmienić, ale Bellamy wierzył, że coś wymyśli. Kiedy poznał mój sposób na ucieczkę z obozu, jakby się odprężył, ale ja nadal zamierzałam zgłosić usterkę Sinclairowi.
Szybko przedostaliśmy się przez las i dotarliśmy do bramy. Miller pomachał nam ze strażnicy i otworzył bramę. Jednocześnie skierowaliśmy się w stronę jadalni i zamówiliśmy dwie porcje jedzenia, po czym usiedliśmy przy jednym ze stolików. Jadalnia, mimo wczesnej pory, już zapełniała się ludźmi. Miałam ochotę uciec z pomieszczenia i schować się w jakimś ustronnym miejscu, ale nie chciałam, żeby Bellamy zauważył mój niepokój, więc starałam się go ukryć. Choć zapewne już mnie przejrzał i wiedział co mi chodzi po głowie. Kiedy zjedliśmy, odnieśliśmy naczynia. W drodze powrotnej spotkaliśmy jakąś dziewczynę - rudawą brunetkę, starszą ode mnie, prawdopodobnie w wieku Bellamy'ego. Była bardzo ładna, a na jej twarzy gościł przyjemny uśmiech, który na widok Bellamy' ego jeszcze się pogłębił. Natomiast kiedy chłopak zobaczył dziewczynę, jego twarz nagle złagodniała.
- Cześć, Bellamy- przywitała się.
- Cześć - nawet głos chłopaka brzmiał inaczej. Musiałam westchnąć trochę głośniej niż zazwyczaj, bo Bellamy nagle przypomniał sobie o mojej obecności i odsunął się troszeczkę robiąc mi miejsce. - Nie wiem, czy się znacie. Gina, to Clarke. Clarke poznaj Ginę.
Uścisnęłyśmy sobie dłonie i uśmiechnęłyśmy się do siebie.
- Jesteś córką pani kanclerz, prawda? - zapytała.
- Tak - odparłam po chwili zastanowienia.
Gina od razu to zauważyła i bezbłędnie odczytała powód mojego wahania.
- Przepraszam, powinnam powiedzieć nazwisko. Pewnie jeszcze nie przywykłaś do tytułu swojej mamy?
- To prawda - kiwnęłam głową.
- A jak ci idzie trenowanie nastolatków? - zwróciła się do Bellamy'ego.
- Nadal się zastanawiam, czy nadaje się na rolę nauczyciela. Nawet Lincoln lepiej sobie radzi. - odparł.
- Bzdury. Jesteś typem, który potrafi inspirować. A taki powinien być nauczyciel - mówiąc to, swobodnym gestem dotknęła ramienia Bellamy'ego.
Nagle zrozumiałam, dlaczego przez całą tą rozmowę, mimo że nawet polubiłam Ginę, czułam się jak piąte koło u wozu. Miedzy Bellamym a Giną istniała pewna chemia, dzięki której oboje mogli sobie pozwolić na swobodę i poufałość. Z zaskoczenia wciągnęłam głośniej powietrze, ale na szczęście niczego nie zauważyli.
- A ty czym się zajmowałaś przez te dwa dni? - spytał Bellamy.
Dwa dni?
- Pomagałam w Mount Weather - kiedy to mówiła, wyraźnie posmutniała, ale ledwo zwróciłam na to uwagę, ponieważ wystarczyło, że wymówiła tą nazwę, a mnie już przeszedł zimny dreszcz.
- W czym? - zapytał Bellamy po minucie. Najwyraźniej on także poczuł to co ja.
- W organizacji pogrzebu. Trzeba pochować tych ludzi.
Cała zdrętwiałam. Przed oczami znowu stanęły mi twarze moich ofiar.
- Kiedy? - spytałam.
Poczułam na sobie ciężkie spojrzenie Bellamy'ego.
- Dzisiaj, o czwartej wszyscy chętni wyruszają do Mount Weather.
Kiwnęłam głową, nie myśląc co robię.
- Miło było cię poznać - powiedziałam i posłałam jej wyuczony uśmiech. - Niestety muszę już wracać do szpitala.
To powiedziawszy, odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Wyszłam na korytarz, kiedy dogonił mnie Bellamy.
- Clarke...- zaczął.
- Nawet nie próbuj - przerwałam mu.
- Nie powinnaś tam iść - dokończył z naciskiem.
- Dlaczego myślisz, że mam zamiar? - zapytałam, patrząc na niego przez ramię.
Przez chwile przyglądał mi się z kamienną twarzą.
- Nie rób ze mnie idioty, Księżniczko - oświadczył niemalże ze złością. - Znam cię na tyle, żeby wiedzieć, że zamierzasz pójść.
- Nawet jeśli, to jakim prawem mi tego zakazujesz? - uniosłam brwi. - Nie jestem Octavią.
Zatrzymałam się na środku korytarza. Sekundę później zrobił to Bellamy. Teraz staliśmy naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem.
Upłynęło parę długich minut, zanim Bellamy wysunął dolną szczękę do przodu i pokręcił głową, przewracając oczami.
- Dlaczego chcesz cierpieć jeszcze bardziej? - spytał, przygważdżając mnie wzrokiem.
- Może próbuje sprawdzić, ile bólu wytrzymam? - mruknęłam sarkastycznie. Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale mu na to nie pozwoliłam. - Bellamy, twoje dobre rady nie są obecnie mile widziane. Potrafię podejmować samodzielne decyzje. Nie próbuj tego robić za mnie.
- Jak sobie chcesz - odsunął się i odwrócił.
Ja zrobiłam to samo i ruszyłam w stronę szpitala.
- Tylko się później nie zastanawiaj, dlaczego nie możesz spać - usłyszałam jeszcze.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam. Przed krótką chwilę byłam zdezorientowana i nie wiedziałam, gdzie jestem, ale w końcu rozpoznałam znajome ściany kapsuły. Nadal było ciemno i musiałam przyzwyczaić oczy do ciemności. Byłam cała spocona i rozedrgana, czułam przejmującą suchość w gardle, jak zwykle po niespokojnej nocy. Bellamy podał mi butelkę wody i po przełknięciu paru łyków, uspokoiłam się na tyle, by zacząć jasno myśleć.
- Nie chciałem cię budzić, ale strasznie się rzucałaś- wyjaśnił cicho.
Zdałam sobie sprawę, że Bellamy nie spał przez prawie całą noc, pilnując mnie.
- Teraz twoja kolej - powiedziałam i wstałam, robiąc mu miejsce na posłaniu. Przeciągnęłam się i ruszyłam w stronę drzwi.
- Nie chcesz dalej spać? - zdziwił się.
Zamiast odpowiedzi posłałam mu porozumiewawcze spojrzenie. Jak zawsze, zrozumiał od razu. Kiedy on układał się do snu, ja usiadłam przed wejściem, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam rękami nogi. Zamknęłam oczy i wyciszyłam wszystkie myśli. Stawałam się w tym naprawdę dobra.
Niebo zaczęło już jaśnieć, kiedy ruch w kapsule obudził mnie z odrętwienia. Zajrzałam do środka i od razu poznałam, że Bellamy ma koszmar. Oczywiście, że nie tylko ja je miałam. Usiadłam niedaleko posłania i miałam nadzieję, że moja bliskość jakoś pomoże chłopakowi. Kiedy koszmar nie ustępował, nie mogłam już dłużej na to patrzeć i potrząsnęłam ramieniem Bellamy'ego, próbując go zbudzić. Nagle otworzył oczy, przesiąknięte przerażeniem. Przez to jego twarz wydawała się młodsza, wręcz chłopięca. Ale chwile potem jego rysy wyostrzyły się i znów wyglądał jak znany mi Bellamy.
Usiadł i przez chwilę nic nie mówiliśmy. Trwaliśmy w ciszy przesiąkniętej naszym strachem i poczuciem winy. Nie mogłam już tego znieść, więc odezwałam się i zaczęłam mówić o sprawie, która nie dawała mi spokoju.
- Lexa chce przedłużyć rozejm miedzy nami a Ziemianami.
- Co chce zrobić?! - Bellamy spojrzał na mnie z szokiem na twarzy. - Przecież sama nas zdradziła!
- Wiem - powiedziałam ze złością. - Ale moja mama wysyła Kane'a, żeby dyskutował o warunkach umowy. Mówi, że robi to co uważa za najlepsze dla naszych ludzi.
- Gdyby nie to, że straciłem zaufanie do Lexy, powiedziałbym, że to rozsądne - zastanowił się przez chwilę. - Chociaż nie, chyba nigdy jej nie ufałem.
Zacisnęłam pięści.
- Najgorsze jest to, że takie postępowanie faktycznie jest rozsądne - rzuciłam. - Dzięki temu możemy uniknąć kolejnej wojny i zająć się gospodarowaniem. Jak na złość rozumiem, dlaczego Lexa nas zdradziła. Przywódca robi to co najlepsze dla jego ludzi -zacytowałam. - Ja pewnie też bym to zrobiła na miejscu Lexy.
Bellamy pokręcił głową.
- Nie - powiedział stanowczo. - Ty nigdy nie układałabyś się z wrogiem, zdradzając sprzymierzeńców, by pomóc przyjaciołom. Wymyśliłabyś inne wyjście. Oboje wiemy, że nie byłabyś zdolna nikogo zdradzić.
- Kiedyś też tak myślałam - mruknęłam. - Ale wtedy nie wiedziałam, że będę zdolna zabić tyle ludzi.
Bellamy spojrzał na mnie tym swoim twardym spojrzeniem. Było na tyle jasno, że mogłam bez trudu przyjrzeć się jego twarzy. Dzisiaj była poważna, bez śladu dziwnego uśmiechu. Nie, żeby uśmiech mu nie pasował, ale tamten nie wydawał się szczery. A może po prostu byłam przyzwyczajona do gniewnej wersji Bellamy'ego na tyle, że każda inna wydawała się niewłaściwa.
- W każdym razie złości mnie fakt, że Lexa uważa sprawę za skończoną.- odezwałam się.-Przynajmniej ja nie odzyskałam do niej zaufania w ciągu jedenastu dni.
- Skoro potrafiła zdradzić nas raz, to może to zrobić po raz kolejny - dokończył Bellamy.
Wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia i nic więcej nie powiedzieliśmy na ten temat. Po pewnym czasie wstało słońce i zaczęliśmy zbierać się do powrotu do obozu. Okazało się, że Bellamy nie wymykał się w ten sam sposób co ja - po prostu wychodził przez bramę, dzięki temu, że Miller, jeden z Setki, zapisał się do strażników i przez najbliższy czas miał nocną wartę. Później miało się to zmienić, ale Bellamy wierzył, że coś wymyśli. Kiedy poznał mój sposób na ucieczkę z obozu, jakby się odprężył, ale ja nadal zamierzałam zgłosić usterkę Sinclairowi.
Szybko przedostaliśmy się przez las i dotarliśmy do bramy. Miller pomachał nam ze strażnicy i otworzył bramę. Jednocześnie skierowaliśmy się w stronę jadalni i zamówiliśmy dwie porcje jedzenia, po czym usiedliśmy przy jednym ze stolików. Jadalnia, mimo wczesnej pory, już zapełniała się ludźmi. Miałam ochotę uciec z pomieszczenia i schować się w jakimś ustronnym miejscu, ale nie chciałam, żeby Bellamy zauważył mój niepokój, więc starałam się go ukryć. Choć zapewne już mnie przejrzał i wiedział co mi chodzi po głowie. Kiedy zjedliśmy, odnieśliśmy naczynia. W drodze powrotnej spotkaliśmy jakąś dziewczynę - rudawą brunetkę, starszą ode mnie, prawdopodobnie w wieku Bellamy'ego. Była bardzo ładna, a na jej twarzy gościł przyjemny uśmiech, który na widok Bellamy' ego jeszcze się pogłębił. Natomiast kiedy chłopak zobaczył dziewczynę, jego twarz nagle złagodniała.
- Cześć, Bellamy- przywitała się.
- Cześć - nawet głos chłopaka brzmiał inaczej. Musiałam westchnąć trochę głośniej niż zazwyczaj, bo Bellamy nagle przypomniał sobie o mojej obecności i odsunął się troszeczkę robiąc mi miejsce. - Nie wiem, czy się znacie. Gina, to Clarke. Clarke poznaj Ginę.
Uścisnęłyśmy sobie dłonie i uśmiechnęłyśmy się do siebie.
- Jesteś córką pani kanclerz, prawda? - zapytała.
- Tak - odparłam po chwili zastanowienia.
Gina od razu to zauważyła i bezbłędnie odczytała powód mojego wahania.
- Przepraszam, powinnam powiedzieć nazwisko. Pewnie jeszcze nie przywykłaś do tytułu swojej mamy?
- To prawda - kiwnęłam głową.
- A jak ci idzie trenowanie nastolatków? - zwróciła się do Bellamy'ego.
- Nadal się zastanawiam, czy nadaje się na rolę nauczyciela. Nawet Lincoln lepiej sobie radzi. - odparł.
- Bzdury. Jesteś typem, który potrafi inspirować. A taki powinien być nauczyciel - mówiąc to, swobodnym gestem dotknęła ramienia Bellamy'ego.
Nagle zrozumiałam, dlaczego przez całą tą rozmowę, mimo że nawet polubiłam Ginę, czułam się jak piąte koło u wozu. Miedzy Bellamym a Giną istniała pewna chemia, dzięki której oboje mogli sobie pozwolić na swobodę i poufałość. Z zaskoczenia wciągnęłam głośniej powietrze, ale na szczęście niczego nie zauważyli.
- A ty czym się zajmowałaś przez te dwa dni? - spytał Bellamy.
Dwa dni?
- Pomagałam w Mount Weather - kiedy to mówiła, wyraźnie posmutniała, ale ledwo zwróciłam na to uwagę, ponieważ wystarczyło, że wymówiła tą nazwę, a mnie już przeszedł zimny dreszcz.
- W czym? - zapytał Bellamy po minucie. Najwyraźniej on także poczuł to co ja.
- W organizacji pogrzebu. Trzeba pochować tych ludzi.
Cała zdrętwiałam. Przed oczami znowu stanęły mi twarze moich ofiar.
- Kiedy? - spytałam.
Poczułam na sobie ciężkie spojrzenie Bellamy'ego.
- Dzisiaj, o czwartej wszyscy chętni wyruszają do Mount Weather.
Kiwnęłam głową, nie myśląc co robię.
- Miło było cię poznać - powiedziałam i posłałam jej wyuczony uśmiech. - Niestety muszę już wracać do szpitala.
To powiedziawszy, odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Wyszłam na korytarz, kiedy dogonił mnie Bellamy.
- Clarke...- zaczął.
- Nawet nie próbuj - przerwałam mu.
- Nie powinnaś tam iść - dokończył z naciskiem.
- Dlaczego myślisz, że mam zamiar? - zapytałam, patrząc na niego przez ramię.
Przez chwile przyglądał mi się z kamienną twarzą.
- Nie rób ze mnie idioty, Księżniczko - oświadczył niemalże ze złością. - Znam cię na tyle, żeby wiedzieć, że zamierzasz pójść.
- Nawet jeśli, to jakim prawem mi tego zakazujesz? - uniosłam brwi. - Nie jestem Octavią.
Zatrzymałam się na środku korytarza. Sekundę później zrobił to Bellamy. Teraz staliśmy naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem.
Upłynęło parę długich minut, zanim Bellamy wysunął dolną szczękę do przodu i pokręcił głową, przewracając oczami.
- Dlaczego chcesz cierpieć jeszcze bardziej? - spytał, przygważdżając mnie wzrokiem.
- Może próbuje sprawdzić, ile bólu wytrzymam? - mruknęłam sarkastycznie. Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale mu na to nie pozwoliłam. - Bellamy, twoje dobre rady nie są obecnie mile widziane. Potrafię podejmować samodzielne decyzje. Nie próbuj tego robić za mnie.
- Jak sobie chcesz - odsunął się i odwrócił.
Ja zrobiłam to samo i ruszyłam w stronę szpitala.
- Tylko się później nie zastanawiaj, dlaczego nie możesz spać - usłyszałam jeszcze.
niedziela, 14 sierpnia 2016
Rozdział 3
Clarke szybko zasnęła. Przyglądałem jej się przez dłuższy moment. Od dziesięciu dni zastanawiałem się jak wybić jej z głowy pomysł odejścia. Co może sprawić, że postanowi zostać na stałe? Niestety nie miałem zbyt wiele okazji, żeby z nią pogadać. Nie wychodziła ze szpitala, a Kane przyznał mi i Lincolnowi obowiązek szkolenia nastolatków. Poprosiłem też Lincolna, by nauczył mnie czegoś o przeżyciu w lesie, dlatego wieczorami chodziliśmy z Octavią na spacery, a Lincoln pokazywał nam jadalne rośliny, a także takie, od których mieliśmy trzymać się z daleka.
To własnie wtedy Octavia wydawała się najszczęśliwsza. W obozie zachowywała się jak dzikie zwierze zamknięte w klatce, ale w lesie śmiała się i żartowała jak dawniej. Za każdym razem,gdy dostrzegałem tę różnicę gardło ściskało mi się z niepokoju, ale wiedziałem, że O nawrzeszczy na mnie, kiedy tylko zwrócę jej uwagę.
Ale przez cały czas, nawet gdy byłem zajęty, moje myśli krążyły wokół Clarke. Kiedy ją zobaczyłem wchodzącą do kapsuły, nie miałem gotowego planu, więc postanowiłem udawać dobry humor, mając nadzieję, że jej się udzieli. Poszedłem za nią i usiadłem na posłaniu, które przygotowałem kilka dni wcześniej, przywołując na twarzy uśmiech i zastanawiając się jak bardzo sztucznie musi wyglądać. Już kiedy na mnie spojrzała wiedziałem, że zawaliłem sprawę. Zabiliśmy tylu ludzi i ja się jeszcze UŚMIECHAM?! Miałem ochotę własnoręcznie się udusić, ale do końca utrzymywałem pozory wesołości, bo nie wiedziałem jak się wycofać.
W końcu oddech Clarke zwolnił i wiedziałem, że zasnęła, więc porzuciłem uśmiech i spojrzałem na nią, z niepokojem zauważając ciemne worki pod jej oczami. Miałem wrażenie, że schudła, ale to niemożliwie w dziesięć dni, prawda? Zresztą zawsze była drobna.
Przypomniałem sobie jej zachowanie, tak bardzo odbiegające od normy. Zawsze była czujna, ale teraz wydawała się być wystraszona. Z trudem można było zobaczyć w niej tą starą Clarke.
I choć przyznawałem to ze zdziwieniem, tęskniłem za tą Clarke, którą była na początku. Co prawda strasznie mnie wtedy denerwowała, zawsze miała inne zdanie, w niczym się nie zgadzaliśmy, ale w końcu nauczyliśmy się współpracować i chyba za tymi chwilami tęskniłem. Kiedy razem kierowaliśmy Setką świetnie nam to wychodziło. Pewnie dlatego, że byliśmy całkowitym przeciwieństwem siebie. Clarke była rozważna i zawsze tyle myślała, zanim podjęła jakąś decyzję. Ja, przeciwnie, najpierw działam, potem myślę. Kiedy ja okazałem się ostatnim egoistą, Clarke pobiła mnie swoją uczciwością i bezinteresownością. Chociaż była tak samo uparta i zdeterminowana jak ja. Nawet wyglądem się różnimy. Ona niska, ja wysoki. Ona - blond włosy, ja- czarne. Ona -niebieskie oczy, ja- prawie czarne. Ona- jasna skóra, ja - oliwkowa.
Mimo tych różnic jakoś potrafiliśmy się dogadać, aż w końcu, nie wiem kiedy, stalismy się przyjaciółmi.
Clarke przewróciła się na drugi bok, wyrywając mnie z zamyślenia. Po jakiś piętnastu minutach westchnęła i coś wymruczała. Coś jej się śniło.
Proszę niech to będzie sen, a nie koszmar. Proszę, proszę...
Wiedziałem jak straszne są koszmary. Na Arce koszmary nawiedzały mnie od kiedy, przez moje głupie pomysły, Octavia trafiła do więzienia, a moją mamę zabili. Nasiliły się, gdy wylądowaliśmy na Ziemi i myślałem, że zabiłem kanclerza Jahę. To miało być moje pierwsze morderstwo. Potem przybyły nowe ofiary, kolejne twarze, których już nigdy nie zapomnę. Ale wtedy posłuchałem rady Octavii i przed snem skupiałem się na najszczęśliwszych chwilach mojego życia. Najpierw na chwili narodzin mojej małej siostrzyczki. Potem na słowach Clarke, że przebacza mi w imieniu tych wszystkich ludzi, których skrzywdziłem. Następnie na słowach kanclerza Jahy, że jestem oczyszczony z win. To pomogło na tyle, że potrafiłem przespać parę godzin, wystarczająco, by przeżyć kolejny dzień. Pierwszej nocy po Mount Weather mogłem spać ledwie godzinę, koszmar był tak przerażający, że b a ł e m s i ę zasnąć ponownie. Przez trzy noce siedziałem na łóżku w przydzielonym mi pokoju i walczyłem ze zmęczeniem. Wreszcie wymknąłem się z obozu i skierowałem w stronę jedynego znanego mi miejsca, gdzie czułem się wystarczająco dobrze. Obóz Jaha za bardzo przypominał mi Mount Weather. Ale kapsuła była przed Mount Weather. Tam wreszcie zasnąłem i to właśnie tu przychodziłem w nocy od tej pory. To był mój sposób na sen i radzenie sobie z wyrzutami sumienia i świadomością, że jestem POTWOREM. Było tu cicho i spokojnie, wiec mogłem rozmyślać w samotności.
Pewnie dlatego Clarke była taka zmęczona. Uciekała przed snem równie długo jak ja.
Czasem nienawidziłem Ziemi. Za to do czego nas zmusza. Za to co z nami zrobiła. Co zrobiła z najlepszymi z nas. Charlotte, Finn, Clarke... ci najbardziej niewinni zyskali miano morderców.
Księżyc pokonał już połowę drogi po niebie. Zbliżała się pełnia, księżyc świecił jasno, przeświecając przez zasłony w wejściu do kapsuły. Mięśnie całkowicie mi zesztywniały, więc wstałem i przeciągając się. Podszedłem do wyjścia i wyjrzałem na zewnątrz, opierając się o ścianę.
Clarke zaczęła rzucać się po posłaniu i coś głośno mamrotać. Zacisnąłem powieki. Nie wiedziałem co mam zrobić. Gdyby to była Octavia, pewnie obudziłbym ją i próbowałbym uspokoić. Przytuliłbym ją i powiedziałby, ze to tylko koszmar, bo jest moją młodszą siostrą i taka jest rola starszego brata. Ale jaka jest rola przyjaciela? Co miałem zrobić, kiedy Clarke miała koszmar? Co miałem zrobić, żeby nie opuściła przyjaciół, nie zostawiała rodziny? Potrzebowaliśmy jej.
I wtedy nagle wpadłem na pomysł. Nie był idealny i mógł się nie udać, ale nie obejmował sztucznych uśmiechów i kłamstwa, a tego chciałem Clarke oszczędzić.
To własnie wtedy Octavia wydawała się najszczęśliwsza. W obozie zachowywała się jak dzikie zwierze zamknięte w klatce, ale w lesie śmiała się i żartowała jak dawniej. Za każdym razem,gdy dostrzegałem tę różnicę gardło ściskało mi się z niepokoju, ale wiedziałem, że O nawrzeszczy na mnie, kiedy tylko zwrócę jej uwagę.
Ale przez cały czas, nawet gdy byłem zajęty, moje myśli krążyły wokół Clarke. Kiedy ją zobaczyłem wchodzącą do kapsuły, nie miałem gotowego planu, więc postanowiłem udawać dobry humor, mając nadzieję, że jej się udzieli. Poszedłem za nią i usiadłem na posłaniu, które przygotowałem kilka dni wcześniej, przywołując na twarzy uśmiech i zastanawiając się jak bardzo sztucznie musi wyglądać. Już kiedy na mnie spojrzała wiedziałem, że zawaliłem sprawę. Zabiliśmy tylu ludzi i ja się jeszcze UŚMIECHAM?! Miałem ochotę własnoręcznie się udusić, ale do końca utrzymywałem pozory wesołości, bo nie wiedziałem jak się wycofać.
W końcu oddech Clarke zwolnił i wiedziałem, że zasnęła, więc porzuciłem uśmiech i spojrzałem na nią, z niepokojem zauważając ciemne worki pod jej oczami. Miałem wrażenie, że schudła, ale to niemożliwie w dziesięć dni, prawda? Zresztą zawsze była drobna.
Przypomniałem sobie jej zachowanie, tak bardzo odbiegające od normy. Zawsze była czujna, ale teraz wydawała się być wystraszona. Z trudem można było zobaczyć w niej tą starą Clarke.
I choć przyznawałem to ze zdziwieniem, tęskniłem za tą Clarke, którą była na początku. Co prawda strasznie mnie wtedy denerwowała, zawsze miała inne zdanie, w niczym się nie zgadzaliśmy, ale w końcu nauczyliśmy się współpracować i chyba za tymi chwilami tęskniłem. Kiedy razem kierowaliśmy Setką świetnie nam to wychodziło. Pewnie dlatego, że byliśmy całkowitym przeciwieństwem siebie. Clarke była rozważna i zawsze tyle myślała, zanim podjęła jakąś decyzję. Ja, przeciwnie, najpierw działam, potem myślę. Kiedy ja okazałem się ostatnim egoistą, Clarke pobiła mnie swoją uczciwością i bezinteresownością. Chociaż była tak samo uparta i zdeterminowana jak ja. Nawet wyglądem się różnimy. Ona niska, ja wysoki. Ona - blond włosy, ja- czarne. Ona -niebieskie oczy, ja- prawie czarne. Ona- jasna skóra, ja - oliwkowa.
Mimo tych różnic jakoś potrafiliśmy się dogadać, aż w końcu, nie wiem kiedy, stalismy się przyjaciółmi.
Clarke przewróciła się na drugi bok, wyrywając mnie z zamyślenia. Po jakiś piętnastu minutach westchnęła i coś wymruczała. Coś jej się śniło.
Proszę niech to będzie sen, a nie koszmar. Proszę, proszę...
Wiedziałem jak straszne są koszmary. Na Arce koszmary nawiedzały mnie od kiedy, przez moje głupie pomysły, Octavia trafiła do więzienia, a moją mamę zabili. Nasiliły się, gdy wylądowaliśmy na Ziemi i myślałem, że zabiłem kanclerza Jahę. To miało być moje pierwsze morderstwo. Potem przybyły nowe ofiary, kolejne twarze, których już nigdy nie zapomnę. Ale wtedy posłuchałem rady Octavii i przed snem skupiałem się na najszczęśliwszych chwilach mojego życia. Najpierw na chwili narodzin mojej małej siostrzyczki. Potem na słowach Clarke, że przebacza mi w imieniu tych wszystkich ludzi, których skrzywdziłem. Następnie na słowach kanclerza Jahy, że jestem oczyszczony z win. To pomogło na tyle, że potrafiłem przespać parę godzin, wystarczająco, by przeżyć kolejny dzień. Pierwszej nocy po Mount Weather mogłem spać ledwie godzinę, koszmar był tak przerażający, że b a ł e m s i ę zasnąć ponownie. Przez trzy noce siedziałem na łóżku w przydzielonym mi pokoju i walczyłem ze zmęczeniem. Wreszcie wymknąłem się z obozu i skierowałem w stronę jedynego znanego mi miejsca, gdzie czułem się wystarczająco dobrze. Obóz Jaha za bardzo przypominał mi Mount Weather. Ale kapsuła była przed Mount Weather. Tam wreszcie zasnąłem i to właśnie tu przychodziłem w nocy od tej pory. To był mój sposób na sen i radzenie sobie z wyrzutami sumienia i świadomością, że jestem POTWOREM. Było tu cicho i spokojnie, wiec mogłem rozmyślać w samotności.
Pewnie dlatego Clarke była taka zmęczona. Uciekała przed snem równie długo jak ja.
Czasem nienawidziłem Ziemi. Za to do czego nas zmusza. Za to co z nami zrobiła. Co zrobiła z najlepszymi z nas. Charlotte, Finn, Clarke... ci najbardziej niewinni zyskali miano morderców.
Księżyc pokonał już połowę drogi po niebie. Zbliżała się pełnia, księżyc świecił jasno, przeświecając przez zasłony w wejściu do kapsuły. Mięśnie całkowicie mi zesztywniały, więc wstałem i przeciągając się. Podszedłem do wyjścia i wyjrzałem na zewnątrz, opierając się o ścianę.
Clarke zaczęła rzucać się po posłaniu i coś głośno mamrotać. Zacisnąłem powieki. Nie wiedziałem co mam zrobić. Gdyby to była Octavia, pewnie obudziłbym ją i próbowałbym uspokoić. Przytuliłbym ją i powiedziałby, ze to tylko koszmar, bo jest moją młodszą siostrą i taka jest rola starszego brata. Ale jaka jest rola przyjaciela? Co miałem zrobić, kiedy Clarke miała koszmar? Co miałem zrobić, żeby nie opuściła przyjaciół, nie zostawiała rodziny? Potrzebowaliśmy jej.
I wtedy nagle wpadłem na pomysł. Nie był idealny i mógł się nie udać, ale nie obejmował sztucznych uśmiechów i kłamstwa, a tego chciałem Clarke oszczędzić.
***
Tym razem perspektywa Bellamy'ego. :)
Venia
niedziela, 7 sierpnia 2016
Rozdział 2
Zatrzymałam się przed ogrodzeniem z tylu obozu. Niebezpiecznie syczało, przypominając o wysokim napięciu, które przez nie przepływało. Ruszyłam w lewo i starałam się oczyścić umysł. Tęskniłam za tatą. Tęskniłam za Wellsem. Tęskniłam za Finnem i żałowałam że już żadnego z nich nie zobaczę. Że z żadnym z nich nie porozmawiam.
Gdy o tym myślałam, zobaczyłam dość dużą dziurę w ogrodzeniu. Na tyle dużą, że dorosły mężczyzna bez problemu mógłby się przecisnąć pod metalowymi prętami unikając porażenia prądem. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się, by powiadomić Sinclaira o moim odkryciu, by mógł się tym zająć, ale jednocześnie przypomniałam sobie o miejscu, gdzie mogłam znaleźć ostatni ślad Wellsa. Zatrzymałam się i przez chwilę biłam się z myślami, aż w końcu podjęłam decyzje. Prześlizgnęłam się pod ogrodzeniem bez najmniejszego problemu i pobiegłam w stronę lasu odległego o kilkanaście metrów. Bałam się, że ktoś może mnie zobaczyć, ale nie słyszałam żadnych krzyków. Uspokoiłam się trochę, gdy zagłębiłam się w lesie i zwolniłam, choć narzuciłam sobie dość szybkie tempo.
Skierowałam się w stronę kapsuły i cmentarza, na którym spoczywał Wells. Marsz w równym tempie mnie uspokoił i pozwolił oczyścić umysł z myśli. Droga zajęła mi prawie godzinę. Dochodziła szósta, słońce wisiało nisko na niebie. Gdy zobaczyłam znajomy kształt kapsuły, przyspieszyłam kroku. Zatrzymałam się przed nią na chwilę i rozglądnęłam się. Ktoś tu był i zabrał spalone ciała. Kapsuła i jej otoczenie, nasz obóz, wyglądały tak spokojnie i znajomo, że aż poprawiło mi to humor. To prawda, wydarzyły się tu straszne rzeczy i to wielokrotnie, ale mimo to z perspektywy czasu wszystko było prostsze przed pojawieniem się dorosłych z Arki i Ludzi z Góry.
Skierowałam się w stronę cmentarza i po minucie już siedziałam przed grobem Wellsa. Pozwoliłam myślom płynąć i o dziwo zaczęłam myśleć o ludziach z Arki. Czasem miałam wrażenie, że dorośli nadal myślą, że są na Arce, że na Ziemi wszystko funkcjonuje tak samo jak w kosmosie, a tak naprawdę wszystko jest zupełnie inne, odmienne. Nie wiem, jak mogli tego nie dostrzegać. Ale najgorsze jest to, że postanowili nas wysłać na Ziemię na bardzo prawdopodobną i bardzo bolesną śmierć. Rozumiałam to (musieli ratować Arkę i zesłanie Setki na Ziemię było jedynym ratunkiem), ale dlaczego, gdy reszta mieszkańców stacji wylądowała na Ziemi, nagle znowu staliśmy się dziećmi? Dziećmi, bo nie skończyliśmy osiemnastu lat. Co z tego, że przeżyliśmy na Ziemi bez dorosłych i dawaliśmy sobie radę. To się nie liczy, bo oprócz tego, że nadal jesteśmy dziećmi, to do tego kryminalistami, wiec nie wolno nam ufać. Tyle razy udowadniali, że nam nie ufają. A przede wszystkim Bellamy'emu, bo postrzelił kanclerza Jahę. Nie wiedzą ile dla nas zrobił, jak walczył o nasze przeżycie. Lekceważą nas wszystkich.
Westchnęłam głośno. Siedziałam tu już dobre pół godziny, najwyższy czas wracać. Wstałam i skierowałam się w stronę kapsuły, by jeszcze wejść do środka. Odsunęłam zasłony zrobione ze spadochronów i przekroczyłam próg. Tutaj też ktoś był. W rogu pomieszczenia ktoś zrobił sobie posłanie z materiałów i poduszek, a tuż obok zrobił zapasy jedzenia. Tylko kto? Ktoś z Setki? Ziemianin?Poczułam niespokojny dreszcz, przez co stałam się czujniejsza. Wdrapałam się po drabinie na wyższe piętro, ale tam nic się nie zmieniło. W ścianie nadal ziała dziura, którą zrobił Murphy, używając prochu jako bomby. Postanowiłam jak najszybciej wrócić do obozu.
Zeskoczyłam z ostatnich dwóch stopni drabiny i odwróciłam się.
- Cześć, Clarke.
Odruchowo cofnęłam się i wpadłam plecami na drabinę. Z boku usłyszałam cichy śmiech. Spojrzałam w tamta stronę i zobaczyłam Bellamy'ego, siedzącego na posłaniu. Opierał się plecami o ścianę i oparł łokcie na zgiętych kolanach w swobodnej pozie. Wyglądał na wypoczętego, a rany na jego twarzy zdążyły się zasklepić. Dawno nie był w tak dobrym stanie.
- Co ty tutaj robisz? - spytałam, odsuwając się od drabiny.
- Aktualnie siedzę i odpoczywam. - po jego głosie poznałam, że ma dzisiaj świetny humor. Trochę mnie to zirytowało, zważywszy, że ja nie mogłam spać.
- Więc to tutaj się ukrywasz?
- A ty co tu robisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Przyszłam odwiedzić Wellsa - nie wiem dlaczego, ale postanowiłam zepsuć mu dobre samopoczucie.
Przyjrzał mi się uważnie. Odpowiedziałam twardym spojrzeniem.
- Chcesz coś zjeść? - spytał wskazując na stos jedzenia.
Wzruszyłam ramionami i podeszłam bliżej, a on podał mi jabłko. Usiadłam na ziemi i zerknęłam na jedzenie.
- Dużo tego. Skąd to masz?
- Zebrałem w lesie. Lincoln pokazał mi co można jeść.
Przygryzłam wargę.
- Powinnyśmy podzielić się z innymi - mruknęłam.
- Jak sobie życzysz, Księżniczko - odparł ironicznie, a ja zdałam sobie sprawę, że dawno mnie tak nie nazywał. W jego ustach brzmiało to zupełnie inaczej, niż w ustach Finna. Chociaż w wielu koszmarach słyszałam ostatnie słowa Finna: "Dzięki, Księżniczko".
- Clarke, w porządku? - ocknęłam się z zamyślenia i spojrzałam na Bellamy'ego.
Pokiwałam głową. Ale wiedziałam, że już za późno. Zauważył, że wcale nie jest w porządku.
- Powinnaś się przespać - stwierdził z powagą.
Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz.
- Nie chce. Nie dam rady - odpowiedziałam, odwracając wzrok. - Bellamy, zrozum ja się staram. Ale nie potrafię zapomnieć, co zrobiłam. Nawet śpiąc. Ludzie też nie zapomną. A Jasper... widziałam go dzisiaj i ledwo go poznałam. To kolejna osoba, którą skrzywdziłam... Ja... - zamilkłam.
Zapadła cisza. Gdy już stwierdziłam, że najwyższa pora się zbierać, Bellamy się odezwał.
- Kiedy byliśmy na Arce, zanim odkryto jej istnienie, Octavia bardzo często miała koszmary. Nasza mama mówiła jej wtedy, że musi myśleć o czymś przyjemnym, o czymś co sprawia jej radość i oczyścić umysł ze wszystkich innych myśli, tak, żeby została tylko ta jedna. To jej pomagało. Ty tez powinnaś spróbować skoncentrować się na jednej dobrej chwili i zasnąć myśląc tylko o niej.
Patrzyłam na niego. Wiedziałam, że mówił szczerze i naprawdę uważał, że to pomoże. Ale o czym miałam myśleć?
- Nie wierzę, Księżniczko, że nie przeżyłaś ani jednej szczęśliwej chwili - powiedział Bellamy, jakby czytając mi w myślach.
Pomyślałam o tacie, gdy byłam małą dziewczynką, o Wellsie, który przynosił mi ołówki i atrament, żebym mogła rysować. O mojej mamie, gdy zobaczyłam ją na Ziemi. O Finnie, gdy podarował mi figurkę dwugłowego jelenia. O Bellamym, gdy zobaczyłam go żywego, po tym jak znalazłam się w obozie Jaha. O Jasperze, gdy udało nam się go uratować przed Ziemianami. O Montym, Raven, Octavii i Lincolnie. O Setce i o tym jak razem z Bellamym walczyliśmy o jej przetrwanie. Dalej wątpiłam, że metoda Bellamy'ego pomoże, ale mimo to przestałam czuć się tak beznadziejnie jak jeszcze chwilę temu.
Bellamy musiał to wyczuć, bo przesunął się, robiąc mi miejsce.
- Możesz się położyć i spróbować zasnąć. Jeśli cię to uspokoi, będę cię pilnował.
- Chyba powinnam wracać do obozu - zawahałam się.
- Naprawdę myślisz, że tam łatwiej zaśniesz? - zapytał, unosząc brwi. -Nie wiem jak ty, ale ja nie czuje się tam zbyt dobrze.
Oczywiście, miał rację. Obóz Jaha nadal wydawał mi się obcy, a poza tym kojarzył się z Arką.
Położyłam się na posłaniu i przykryłam jednym z koców. Skupiłam się na tym wszystkim o czym wcześniej myślałam, na tych wszystkich osobach, na których mi zależało i powoli uspokajałam oddech. Powieki zaczęły mi ciążyć i już po chwili poczułam, że odpływam.
- Śpij spokojnie, Clarke. Ja będę czuwał.
***
Hej! Od razu wstawiam drugi rozdział, ponieważ przez najbliższy tydzień nie będę wstanie niczego dodać :)
Venia
Gdy o tym myślałam, zobaczyłam dość dużą dziurę w ogrodzeniu. Na tyle dużą, że dorosły mężczyzna bez problemu mógłby się przecisnąć pod metalowymi prętami unikając porażenia prądem. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się, by powiadomić Sinclaira o moim odkryciu, by mógł się tym zająć, ale jednocześnie przypomniałam sobie o miejscu, gdzie mogłam znaleźć ostatni ślad Wellsa. Zatrzymałam się i przez chwilę biłam się z myślami, aż w końcu podjęłam decyzje. Prześlizgnęłam się pod ogrodzeniem bez najmniejszego problemu i pobiegłam w stronę lasu odległego o kilkanaście metrów. Bałam się, że ktoś może mnie zobaczyć, ale nie słyszałam żadnych krzyków. Uspokoiłam się trochę, gdy zagłębiłam się w lesie i zwolniłam, choć narzuciłam sobie dość szybkie tempo.
Skierowałam się w stronę kapsuły i cmentarza, na którym spoczywał Wells. Marsz w równym tempie mnie uspokoił i pozwolił oczyścić umysł z myśli. Droga zajęła mi prawie godzinę. Dochodziła szósta, słońce wisiało nisko na niebie. Gdy zobaczyłam znajomy kształt kapsuły, przyspieszyłam kroku. Zatrzymałam się przed nią na chwilę i rozglądnęłam się. Ktoś tu był i zabrał spalone ciała. Kapsuła i jej otoczenie, nasz obóz, wyglądały tak spokojnie i znajomo, że aż poprawiło mi to humor. To prawda, wydarzyły się tu straszne rzeczy i to wielokrotnie, ale mimo to z perspektywy czasu wszystko było prostsze przed pojawieniem się dorosłych z Arki i Ludzi z Góry.
Skierowałam się w stronę cmentarza i po minucie już siedziałam przed grobem Wellsa. Pozwoliłam myślom płynąć i o dziwo zaczęłam myśleć o ludziach z Arki. Czasem miałam wrażenie, że dorośli nadal myślą, że są na Arce, że na Ziemi wszystko funkcjonuje tak samo jak w kosmosie, a tak naprawdę wszystko jest zupełnie inne, odmienne. Nie wiem, jak mogli tego nie dostrzegać. Ale najgorsze jest to, że postanowili nas wysłać na Ziemię na bardzo prawdopodobną i bardzo bolesną śmierć. Rozumiałam to (musieli ratować Arkę i zesłanie Setki na Ziemię było jedynym ratunkiem), ale dlaczego, gdy reszta mieszkańców stacji wylądowała na Ziemi, nagle znowu staliśmy się dziećmi? Dziećmi, bo nie skończyliśmy osiemnastu lat. Co z tego, że przeżyliśmy na Ziemi bez dorosłych i dawaliśmy sobie radę. To się nie liczy, bo oprócz tego, że nadal jesteśmy dziećmi, to do tego kryminalistami, wiec nie wolno nam ufać. Tyle razy udowadniali, że nam nie ufają. A przede wszystkim Bellamy'emu, bo postrzelił kanclerza Jahę. Nie wiedzą ile dla nas zrobił, jak walczył o nasze przeżycie. Lekceważą nas wszystkich.
Westchnęłam głośno. Siedziałam tu już dobre pół godziny, najwyższy czas wracać. Wstałam i skierowałam się w stronę kapsuły, by jeszcze wejść do środka. Odsunęłam zasłony zrobione ze spadochronów i przekroczyłam próg. Tutaj też ktoś był. W rogu pomieszczenia ktoś zrobił sobie posłanie z materiałów i poduszek, a tuż obok zrobił zapasy jedzenia. Tylko kto? Ktoś z Setki? Ziemianin?Poczułam niespokojny dreszcz, przez co stałam się czujniejsza. Wdrapałam się po drabinie na wyższe piętro, ale tam nic się nie zmieniło. W ścianie nadal ziała dziura, którą zrobił Murphy, używając prochu jako bomby. Postanowiłam jak najszybciej wrócić do obozu.
Zeskoczyłam z ostatnich dwóch stopni drabiny i odwróciłam się.
- Cześć, Clarke.
Odruchowo cofnęłam się i wpadłam plecami na drabinę. Z boku usłyszałam cichy śmiech. Spojrzałam w tamta stronę i zobaczyłam Bellamy'ego, siedzącego na posłaniu. Opierał się plecami o ścianę i oparł łokcie na zgiętych kolanach w swobodnej pozie. Wyglądał na wypoczętego, a rany na jego twarzy zdążyły się zasklepić. Dawno nie był w tak dobrym stanie.
- Co ty tutaj robisz? - spytałam, odsuwając się od drabiny.
- Aktualnie siedzę i odpoczywam. - po jego głosie poznałam, że ma dzisiaj świetny humor. Trochę mnie to zirytowało, zważywszy, że ja nie mogłam spać.
- Więc to tutaj się ukrywasz?
- A ty co tu robisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Przyszłam odwiedzić Wellsa - nie wiem dlaczego, ale postanowiłam zepsuć mu dobre samopoczucie.
Przyjrzał mi się uważnie. Odpowiedziałam twardym spojrzeniem.
- Chcesz coś zjeść? - spytał wskazując na stos jedzenia.
Wzruszyłam ramionami i podeszłam bliżej, a on podał mi jabłko. Usiadłam na ziemi i zerknęłam na jedzenie.
- Dużo tego. Skąd to masz?
- Zebrałem w lesie. Lincoln pokazał mi co można jeść.
Przygryzłam wargę.
- Powinnyśmy podzielić się z innymi - mruknęłam.
- Jak sobie życzysz, Księżniczko - odparł ironicznie, a ja zdałam sobie sprawę, że dawno mnie tak nie nazywał. W jego ustach brzmiało to zupełnie inaczej, niż w ustach Finna. Chociaż w wielu koszmarach słyszałam ostatnie słowa Finna: "Dzięki, Księżniczko".
- Clarke, w porządku? - ocknęłam się z zamyślenia i spojrzałam na Bellamy'ego.
Pokiwałam głową. Ale wiedziałam, że już za późno. Zauważył, że wcale nie jest w porządku.
- Powinnaś się przespać - stwierdził z powagą.
Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz.
- Nie chce. Nie dam rady - odpowiedziałam, odwracając wzrok. - Bellamy, zrozum ja się staram. Ale nie potrafię zapomnieć, co zrobiłam. Nawet śpiąc. Ludzie też nie zapomną. A Jasper... widziałam go dzisiaj i ledwo go poznałam. To kolejna osoba, którą skrzywdziłam... Ja... - zamilkłam.
Zapadła cisza. Gdy już stwierdziłam, że najwyższa pora się zbierać, Bellamy się odezwał.
- Kiedy byliśmy na Arce, zanim odkryto jej istnienie, Octavia bardzo często miała koszmary. Nasza mama mówiła jej wtedy, że musi myśleć o czymś przyjemnym, o czymś co sprawia jej radość i oczyścić umysł ze wszystkich innych myśli, tak, żeby została tylko ta jedna. To jej pomagało. Ty tez powinnaś spróbować skoncentrować się na jednej dobrej chwili i zasnąć myśląc tylko o niej.
Patrzyłam na niego. Wiedziałam, że mówił szczerze i naprawdę uważał, że to pomoże. Ale o czym miałam myśleć?
- Nie wierzę, Księżniczko, że nie przeżyłaś ani jednej szczęśliwej chwili - powiedział Bellamy, jakby czytając mi w myślach.
Pomyślałam o tacie, gdy byłam małą dziewczynką, o Wellsie, który przynosił mi ołówki i atrament, żebym mogła rysować. O mojej mamie, gdy zobaczyłam ją na Ziemi. O Finnie, gdy podarował mi figurkę dwugłowego jelenia. O Bellamym, gdy zobaczyłam go żywego, po tym jak znalazłam się w obozie Jaha. O Jasperze, gdy udało nam się go uratować przed Ziemianami. O Montym, Raven, Octavii i Lincolnie. O Setce i o tym jak razem z Bellamym walczyliśmy o jej przetrwanie. Dalej wątpiłam, że metoda Bellamy'ego pomoże, ale mimo to przestałam czuć się tak beznadziejnie jak jeszcze chwilę temu.
Bellamy musiał to wyczuć, bo przesunął się, robiąc mi miejsce.
- Możesz się położyć i spróbować zasnąć. Jeśli cię to uspokoi, będę cię pilnował.
- Chyba powinnam wracać do obozu - zawahałam się.
- Naprawdę myślisz, że tam łatwiej zaśniesz? - zapytał, unosząc brwi. -Nie wiem jak ty, ale ja nie czuje się tam zbyt dobrze.
Oczywiście, miał rację. Obóz Jaha nadal wydawał mi się obcy, a poza tym kojarzył się z Arką.
Położyłam się na posłaniu i przykryłam jednym z koców. Skupiłam się na tym wszystkim o czym wcześniej myślałam, na tych wszystkich osobach, na których mi zależało i powoli uspokajałam oddech. Powieki zaczęły mi ciążyć i już po chwili poczułam, że odpływam.
- Śpij spokojnie, Clarke. Ja będę czuwał.
***
Hej! Od razu wstawiam drugi rozdział, ponieważ przez najbliższy tydzień nie będę wstanie niczego dodać :)
Venia
sobota, 6 sierpnia 2016
Rozdział 1
Zamykałam drzwi do kapsuły, z zamiarem spalenia blisko 300 Ziemian. Zabijałam Atoma. Wbijałam nóż w ciało Finna. Ciągnęłam za dźwignie, zabijając 381 ludzi, pozwalając, by promieniowanie słoneczne zniszczyło ich ciała. Raz za razem powtarzałam ten ruch, patrząc jak mężczyźni, kobiety i d z i e c i dusza się, krwawią, wrzeszczą z bólu. Wiem, że to sen. WIEM TO! A jednak nie mogę się obudzić. Nie potrafię! Musze patrzeć na ich śmierć. Słyszę jak wołają: potwór, potwór, potwór i wiem, że ja jestem potworem.
Jestem potworem, potworem, potworem...
-Clarke!
Budzę się. Jestem cała spocona, czuję suchość w gardle, z trudem przełykam ślinę. Zasnęłam na krześle, przez co boli mnie kark. Próbuje go rozmasować i pozbyć się z pamięci resztek snu, choć ciągle w uszach dźwięczy mi to jedno słowo wykrzyczane z setek ust.
Rozglądam się i widzę zatroskaną twarz Jacksona, pomocnika mojej mamy w szpitalu.
- Wszystko w porządku? - pyta, wykorzystując swój lekarski ton przeznaczony dla pacjentów.
- Tak, nic mi nie jest - odpowiadam lekceważąco, próbując wstać, jednak powstrzymuje mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Powinnaś się jeszcze trochę przespać. Ale tym razem nie na krześle - zaleca, patrząc na mnie z powagą. - Od dziewięciu dni ciągle pracujesz i za mało śpisz.
- Już się wyspałam. Nic mi nie jest - strzepnęłam jego dłoń z ramienia i wstałam, omijając go. - Sprawdzę co u pacjentów.
Szybko odeszłam i skierowałam się do pierwszego lepszego łózka. Leżała na nim Harper. Była w najgorszym stanie ze wszystkich, ponieważ była pierwszą ofiarą Ludzi z Góry i najwięcej przeżyła. Mimo to, powoli wracała do zdrowia. Siny kolor skóry zmieniał się na blady odcień różu, a z jej twarzy znikał grymas bólu. A co najważniejsze spała spokojnie. Jakże jej zazdrościłam.
Od Mount Weather minęło dziewięć dni. Dziewięć dni, w czasie których nie mogłam spokojnie zasnąć, przez koszmary nawiedzające mnie, gdy tylko zamknęłam oczy. Wszyscy chcieli, żebym się wyspała - mama, Jackson, ale na każdą myśl o śnie i czekających mnie snach postanowiłam unikać spania i zająć się czymś pożytecznym, jak praca w szpitalu. W głębi duszy traktowałam to też jako pewien rodzaj pokuty.
Usłyszałam cichy śmiech i odwróciłam się w tamtą stronę. Kyle Wick i Raven leżeli na sąsiednich łóżkach. Kyle już doszedł do siebie po wybuchu w tamie, jednak nadal udawał, że źle się czuję, żeby być przy Raven i dbać o jej dobre samopoczucie.
Dochodziło południe. Przez następne cztery godziny zajmowałam się chorymi, sprzątałam, czyściłam i robiłam wszystko, o co poprosił mnie Jackson. W końcu musiałam ulec namowom mamy, żeby pójść na stołówkę i coś zjeść.
Mama, mimo że także musiała leżeć i odpoczywać, bez trudu wydawała rozkazy i polecenia, nie tylko Jacksonowi, przecież nadal była Kanclerzem. Podejrzanie często odwiedzał ją Marcus Kane i wcale nie wyglądało to na sprawy służbowe. Gdy ją o to spytałam, zbyła moje pytanie, ale mogłabym przysiąc, że się zarumieniła.
Nie lubiłam wychodzić ze szpitala. Ciągle wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje, pokazuje palcem i szepta za moimi plecami. Wiedziałam, że moje zachowanie podchodzi pod paranoje, ale nie wiedziałam jak temu zaradzić. Dawniej z pewnością wiedziałabym co zrobić, pewnie nawet nie przejmowałabym się gadaniem innych, ale dawna ja nie zabiła tylu niewinnych ludzi.
Dojście na stołówkę zajęło mi stanowczo zbyt dużo czasu. Dzieliła się na część wewnątrz stacji i cześć poza nią, W obu zostały rozstawione stoliki. Doszłam do baru i poprosiłam o codzienną porcję wyżywienia. Musiałam chwile poczekać, a gdy już dostałam swój obiad, zabrałam tacę i usiadłam w najdalszym stoliku. Starałam się o niczym nie myśleć, jedząc. Ledwo zauważyłam, gdy naprzeciwko mnie usiadł Monty ze swoja tacą. Przywitałam go z uśmiechem.
- Chciałem cię znaleźć wcześniej, ale nie wpuszczają do szpitala nikogo, kto nie jest chory - wytłumaczył. - Cieszę się, że jednak zostałaś.
- To zasługa Bellamy'ego. - rzuciłam.
- Jak go zobaczę, to mu podziękuję. Jego też trudno złapać.
- Tak? - zdziwiłam się.
- Kane poprosił jego i Lincolna, żeby uczyli nastolatków jak walczyć. Ale często znika i nie można go znaleźć.
- A ty? Czym się zająłeś?
- Sinclair zatrudnił mnie, żebym zastąpił Wicka i Raven, puki nie wyzdrowieją. Później chyba zajmę się rolnictwem, jak na Arce. Ale najpierw muszą wyznaczyć jakiś teren pod uprawę.
Kiwnęłam głową. Cieszyłam się, że Monty ma co robić. Praca pomagała przestać myśleć, o czym sama świetnie się przekonałam.
- A.. Jasper? - spytałam niepewnie.
- Och...- westchnął niepokojąco i wskazał coś głową.
Odwróciłam się w tamtą stronę, ale widziałam tylko jakiegoś faceta leżącego na stoliku, wyraźnie pijanego. Spojrzałam jeszcze raz na Monty'ego, marszcząc brwi, a on jeszcze raz wskazał ten sam punkt. Przyjrzałam się uważnie i nagle to do mnie dotarło.
- Nie... - odwróciłam się z powrotem do przyjaciela. - Ale Jasper...
- Ty nie wychodziłaś ze szpitala, a on nie pozwolił sobie wytrzeźwieć.
- Ale jego włosy... - bezradnie wskazałam na swoją głowę.
- Przedwczoraj ogolił się na łyso.
Zatkało mnie. Jasper mógł mnie nienawidzić, miał do tego pełne prawo, ale jak mógł niszczyć samego siebie?
Skończyłam jeść w tym samym momencie co Monty i razem odłożyliśmy tace. Potem pożegnałam się z chłopakiem, któremu skończyła się przerwa i musiał wracać do pracy. Ja także skierowałam się do szpitala, przez cały czas myśląc o Jasperze. Nie przestałam, gdy znalazłam się w szpitalu.
Dopiero po chwili zauważyłam Marcusa, który siedział przy łóżku mamy i rozmawiał z nią o czymś. Podeszłam odrobinę, by lepiej słyszeć.
- Muszę się tam zjawić, żeby przedyskutować warunki umowy - usłyszałam głos matki.
- Jesteś za słaba na taką podróż - odparł Kane.
- Od tego zależy nasze bezpieczeństwo, Marcusie.
- Wyślij kogoś innego jako twojego ambasadora.
- Więc pojedziesz ty, tobie ufają. Wiem, że mnie nie zawiedziesz. Jutro przyślą dwóch jeźdźców po ciebie. Musisz być gotowy.
Nie wytrzymałam. Podbiegłam do łóżka mamy, nie zważając na jej zdziwione spojrzenie.
- Chcesz zawrzeć pakt z Ziemianami? - rzuciłam z wściekłością.
Spojrzenie matki najpierw zdezorientowane, szybko nabrało ostrości.
- Pakt jest już zawarty, dzięki tobie. My musimy tylko popracować nad warunkami.
- Pakt obowiązywał dopóki Lexa nas nie zdradziła! - wyrzuciłam z siebie.
- A teraz wyraziła chęć dalszej współpracy. Nie możemy tego zignorować - odezwał się Kane, przygważdżając mnie wzrokiem.
Nie zwracałam na niego uwagi.
- Gdyby Lexa nas nie zdradziła, mielibyśmy wszystko pod kontrolą. Tobie ani Raven nic by się nie stało. Nie rozumiesz tego? Gdyby nie ona, nie musiałabym... nie musiałabym...
Zacięłam się. Mama próbowała mnie złapać za rękę.
- Rozumiem, że nie chcesz mieć z nią nic wspólnego. Ale ty też musisz coś zrozumieć. Nasz plan był dobry, jednakże zakładał liczne ofiary zarówno po naszej stronie, po stronie Ziemian i Ludzi z Góry. Lexa zrobiła wszystko co w jej mniemaniu było najlepsze dla jej ludzi.
- I gdzie w tym honor, o którym tak ciągle mówiła? Złamała dane słowo i teraz zachowuje się, jakby tego nie zrobiła! Chcesz jej to wybaczyć? Tak po prostu?
Na moment zapadła cisza. Potem odezwał się Kane.
- Clarke, to wszystko brzmi tak, jakbyś była zła, że cała wina za śmierć tych ludzi spadła na ciebie, a nie, tak jak było w planie, na wielu innych, w tym Lexę.
Odwróciłam się w jego stronę.
- I to mówi mężczyzna, który pomagał wykonywać wyroki śmierci na setkach ludzi na Arce? - warknęłam.
- Dosyć, Clarke! - krzyknęła moja mama. Spojrzałam na nią. - Przez pewien okres to ty tu dowodziłaś i sama tego chciałaś. Ty, Lexa i ja zawsze staramy się robić to co najlepsze dla naszych ludzi...
- Jak możesz powtarzać jej słowa?! Jak możesz?!
Wybiegłam z pomieszczenia, mając świadomość jak prawdziwe są słowa Lexy w ustach mojej mamy. Dlaczego zabiłam Ludzi z Góry? By uratować moich przyjaciół. Dlaczego Lexa nas zdradziła? By uratować swoich ludzi. Dlaczego mama chce zawrzeć pakt z Ziemianani? By zapobiec wojnie i uratować naszych ludzi.
Tak bardzo tęsknie za chłodną kalkulacją, na którą było mnie stać jeszcze parę tygodni temu. Teraz za często dawałam się ponieść emocjom, które rozsadzały mnie od środka.
***
Oto pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Za niedługo dodam kolejny.
Venia
Jestem potworem, potworem, potworem...
-Clarke!
Budzę się. Jestem cała spocona, czuję suchość w gardle, z trudem przełykam ślinę. Zasnęłam na krześle, przez co boli mnie kark. Próbuje go rozmasować i pozbyć się z pamięci resztek snu, choć ciągle w uszach dźwięczy mi to jedno słowo wykrzyczane z setek ust.
Rozglądam się i widzę zatroskaną twarz Jacksona, pomocnika mojej mamy w szpitalu.
- Wszystko w porządku? - pyta, wykorzystując swój lekarski ton przeznaczony dla pacjentów.
- Tak, nic mi nie jest - odpowiadam lekceważąco, próbując wstać, jednak powstrzymuje mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Powinnaś się jeszcze trochę przespać. Ale tym razem nie na krześle - zaleca, patrząc na mnie z powagą. - Od dziewięciu dni ciągle pracujesz i za mało śpisz.
- Już się wyspałam. Nic mi nie jest - strzepnęłam jego dłoń z ramienia i wstałam, omijając go. - Sprawdzę co u pacjentów.
Szybko odeszłam i skierowałam się do pierwszego lepszego łózka. Leżała na nim Harper. Była w najgorszym stanie ze wszystkich, ponieważ była pierwszą ofiarą Ludzi z Góry i najwięcej przeżyła. Mimo to, powoli wracała do zdrowia. Siny kolor skóry zmieniał się na blady odcień różu, a z jej twarzy znikał grymas bólu. A co najważniejsze spała spokojnie. Jakże jej zazdrościłam.
Od Mount Weather minęło dziewięć dni. Dziewięć dni, w czasie których nie mogłam spokojnie zasnąć, przez koszmary nawiedzające mnie, gdy tylko zamknęłam oczy. Wszyscy chcieli, żebym się wyspała - mama, Jackson, ale na każdą myśl o śnie i czekających mnie snach postanowiłam unikać spania i zająć się czymś pożytecznym, jak praca w szpitalu. W głębi duszy traktowałam to też jako pewien rodzaj pokuty.
Usłyszałam cichy śmiech i odwróciłam się w tamtą stronę. Kyle Wick i Raven leżeli na sąsiednich łóżkach. Kyle już doszedł do siebie po wybuchu w tamie, jednak nadal udawał, że źle się czuję, żeby być przy Raven i dbać o jej dobre samopoczucie.
Dochodziło południe. Przez następne cztery godziny zajmowałam się chorymi, sprzątałam, czyściłam i robiłam wszystko, o co poprosił mnie Jackson. W końcu musiałam ulec namowom mamy, żeby pójść na stołówkę i coś zjeść.
Mama, mimo że także musiała leżeć i odpoczywać, bez trudu wydawała rozkazy i polecenia, nie tylko Jacksonowi, przecież nadal była Kanclerzem. Podejrzanie często odwiedzał ją Marcus Kane i wcale nie wyglądało to na sprawy służbowe. Gdy ją o to spytałam, zbyła moje pytanie, ale mogłabym przysiąc, że się zarumieniła.
Nie lubiłam wychodzić ze szpitala. Ciągle wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje, pokazuje palcem i szepta za moimi plecami. Wiedziałam, że moje zachowanie podchodzi pod paranoje, ale nie wiedziałam jak temu zaradzić. Dawniej z pewnością wiedziałabym co zrobić, pewnie nawet nie przejmowałabym się gadaniem innych, ale dawna ja nie zabiła tylu niewinnych ludzi.
Dojście na stołówkę zajęło mi stanowczo zbyt dużo czasu. Dzieliła się na część wewnątrz stacji i cześć poza nią, W obu zostały rozstawione stoliki. Doszłam do baru i poprosiłam o codzienną porcję wyżywienia. Musiałam chwile poczekać, a gdy już dostałam swój obiad, zabrałam tacę i usiadłam w najdalszym stoliku. Starałam się o niczym nie myśleć, jedząc. Ledwo zauważyłam, gdy naprzeciwko mnie usiadł Monty ze swoja tacą. Przywitałam go z uśmiechem.
- Chciałem cię znaleźć wcześniej, ale nie wpuszczają do szpitala nikogo, kto nie jest chory - wytłumaczył. - Cieszę się, że jednak zostałaś.
- To zasługa Bellamy'ego. - rzuciłam.
- Jak go zobaczę, to mu podziękuję. Jego też trudno złapać.
- Tak? - zdziwiłam się.
- Kane poprosił jego i Lincolna, żeby uczyli nastolatków jak walczyć. Ale często znika i nie można go znaleźć.
- A ty? Czym się zająłeś?
- Sinclair zatrudnił mnie, żebym zastąpił Wicka i Raven, puki nie wyzdrowieją. Później chyba zajmę się rolnictwem, jak na Arce. Ale najpierw muszą wyznaczyć jakiś teren pod uprawę.
Kiwnęłam głową. Cieszyłam się, że Monty ma co robić. Praca pomagała przestać myśleć, o czym sama świetnie się przekonałam.
- A.. Jasper? - spytałam niepewnie.
- Och...- westchnął niepokojąco i wskazał coś głową.
Odwróciłam się w tamtą stronę, ale widziałam tylko jakiegoś faceta leżącego na stoliku, wyraźnie pijanego. Spojrzałam jeszcze raz na Monty'ego, marszcząc brwi, a on jeszcze raz wskazał ten sam punkt. Przyjrzałam się uważnie i nagle to do mnie dotarło.
- Nie... - odwróciłam się z powrotem do przyjaciela. - Ale Jasper...
- Ty nie wychodziłaś ze szpitala, a on nie pozwolił sobie wytrzeźwieć.
- Ale jego włosy... - bezradnie wskazałam na swoją głowę.
- Przedwczoraj ogolił się na łyso.
Zatkało mnie. Jasper mógł mnie nienawidzić, miał do tego pełne prawo, ale jak mógł niszczyć samego siebie?
Skończyłam jeść w tym samym momencie co Monty i razem odłożyliśmy tace. Potem pożegnałam się z chłopakiem, któremu skończyła się przerwa i musiał wracać do pracy. Ja także skierowałam się do szpitala, przez cały czas myśląc o Jasperze. Nie przestałam, gdy znalazłam się w szpitalu.
Dopiero po chwili zauważyłam Marcusa, który siedział przy łóżku mamy i rozmawiał z nią o czymś. Podeszłam odrobinę, by lepiej słyszeć.
- Muszę się tam zjawić, żeby przedyskutować warunki umowy - usłyszałam głos matki.
- Jesteś za słaba na taką podróż - odparł Kane.
- Od tego zależy nasze bezpieczeństwo, Marcusie.
- Wyślij kogoś innego jako twojego ambasadora.
- Więc pojedziesz ty, tobie ufają. Wiem, że mnie nie zawiedziesz. Jutro przyślą dwóch jeźdźców po ciebie. Musisz być gotowy.
Nie wytrzymałam. Podbiegłam do łóżka mamy, nie zważając na jej zdziwione spojrzenie.
- Chcesz zawrzeć pakt z Ziemianami? - rzuciłam z wściekłością.
Spojrzenie matki najpierw zdezorientowane, szybko nabrało ostrości.
- Pakt jest już zawarty, dzięki tobie. My musimy tylko popracować nad warunkami.
- Pakt obowiązywał dopóki Lexa nas nie zdradziła! - wyrzuciłam z siebie.
- A teraz wyraziła chęć dalszej współpracy. Nie możemy tego zignorować - odezwał się Kane, przygważdżając mnie wzrokiem.
Nie zwracałam na niego uwagi.
- Gdyby Lexa nas nie zdradziła, mielibyśmy wszystko pod kontrolą. Tobie ani Raven nic by się nie stało. Nie rozumiesz tego? Gdyby nie ona, nie musiałabym... nie musiałabym...
Zacięłam się. Mama próbowała mnie złapać za rękę.
- Rozumiem, że nie chcesz mieć z nią nic wspólnego. Ale ty też musisz coś zrozumieć. Nasz plan był dobry, jednakże zakładał liczne ofiary zarówno po naszej stronie, po stronie Ziemian i Ludzi z Góry. Lexa zrobiła wszystko co w jej mniemaniu było najlepsze dla jej ludzi.
- I gdzie w tym honor, o którym tak ciągle mówiła? Złamała dane słowo i teraz zachowuje się, jakby tego nie zrobiła! Chcesz jej to wybaczyć? Tak po prostu?
Na moment zapadła cisza. Potem odezwał się Kane.
- Clarke, to wszystko brzmi tak, jakbyś była zła, że cała wina za śmierć tych ludzi spadła na ciebie, a nie, tak jak było w planie, na wielu innych, w tym Lexę.
Odwróciłam się w jego stronę.
- I to mówi mężczyzna, który pomagał wykonywać wyroki śmierci na setkach ludzi na Arce? - warknęłam.
- Dosyć, Clarke! - krzyknęła moja mama. Spojrzałam na nią. - Przez pewien okres to ty tu dowodziłaś i sama tego chciałaś. Ty, Lexa i ja zawsze staramy się robić to co najlepsze dla naszych ludzi...
- Jak możesz powtarzać jej słowa?! Jak możesz?!
Wybiegłam z pomieszczenia, mając świadomość jak prawdziwe są słowa Lexy w ustach mojej mamy. Dlaczego zabiłam Ludzi z Góry? By uratować moich przyjaciół. Dlaczego Lexa nas zdradziła? By uratować swoich ludzi. Dlaczego mama chce zawrzeć pakt z Ziemianani? By zapobiec wojnie i uratować naszych ludzi.
Tak bardzo tęsknie za chłodną kalkulacją, na którą było mnie stać jeszcze parę tygodni temu. Teraz za często dawałam się ponieść emocjom, które rozsadzały mnie od środka.
***
Oto pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Za niedługo dodam kolejny.
Venia
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)