piątek, 30 września 2016

Rozdział 9

*Raven Reyes*
Usłyszałam głośny jęk. Zatem się obudził.
Obróciłam się delikatnie, uważając na plecy i  spojrzałam na budzącego się Jaspera. Pilnowaliśmy go wszyscy na zmianę od dziesięciu godzin, przez które spał niemalże jak zabity. Położyliśmy go w jego pokoju i zamienialiśmy się co dwie godziny. Dziwne, ale nie zjawili się ani Bellamy, ani Clarke.
- Ciesz się, że nie ma tu Bellamy'ego - powiedziałam dość głośno, ale i tak nie wiedziałam, czy mnie usłyszał.
Przez chwile tylko jęczał i wzdychał, ale po chwili zamilkł. Obserwowałam, jak jego twarz staje się wyprana z emocji, kiedy na mnie spojrzał.
- Po co mnie uratowaliście? - spytał z groźną nutą w głosie.
- Nie martw się, mimo, że żyjesz, to i tak wyglądasz na trupa - nie mogłam się powstrzymać, ale taka była prawda.
Przez ten miesiąc wyraźnie schudł, policzki były zapadnięte, oczy podkrążone. Był przerażająco blady. Naprawdę wyglądał na martwego.
Zamilkł i wydawał się nieobecny, jakby od nowa zaczął planować samobójstwo. Nie mogłam na to spokojnie patrzeć.
- Jesteś totalnym kretynem, wiesz Jasper? Zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo się martwiliśmy? Przez kilka minut naprawdę nie oddychałeś! Gdyby Clarke cię nie uratowała...
- Nie wymawiaj przy mnie jej imienia! - warknął. - Ona jest dla mnie niczym.
- To masz problem, bo zawdzięczasz jej swoje życie, idioto!  - prawie krzyknęłam. Jego zachowanie naprawdę mnie wkurzało. Jak można być tak głupim? - To co powiedziałeś do niej zaraz potem, też było okrutne! Taki chcesz być? Bezduszny i bezwzględny? Wiecznie pijany, wściekły i samotny? Nie poradzisz sobie z bólem, gdy będziesz wszystkich odpychać, wiesz o tym?  Maya by tego nie chciała.
- Nie wiesz czego by chciała, bo nie żyje! - jego głos zadrżał. Zamrugał, przeganiając łzy. - I to wina Clarke. Bellamy'ego, Monty'ego i Clarke, bo to był jej pomysł.
- Każdy robi głupie rzeczy. Ona też, a to był jedyny sposób żebyśmy wyszli z Mount Weather żywi. Więc tak właściwie dwukrotnie uratowała ci życie.
- Jak możesz tak mówić? Nasze życie za życie Ludzi z Góry? To jest okrucieństwo! Nie jest sprawiedliwe pod żadnym względem.
- Oczywiście, że nie jest. Ale nie zauważyłeś, że na Ziemi nic takie nie jest? Jasper, tylu ludzi już tu zginęło. Nie jesteś jedynym, który kogoś stracił - teraz to ja musiałam przełknąć gulę w gardle.
- To Clarke zabiła Finna. Nie pamiętasz?- rzucił w moją stronę, jak wyzwanie.
- Jak mogłabym zapomnieć? - oburzyłam się, ale zaraz potem opanowałam. - Na początku byłam na nią wściekła. Ale gdy zobaczyłam i doświadczyłam na własnej skórze bólu, który Finn musiałby przeżyć... Clarke wiedziała na czym to polega. Ona... naprawdę go kochała. Ja nie byłabym w stanie zabić Finna, by oszczędzić mu cierpień. Po części ze względu na niego, ale także na mnie - jak mogłabym żyć ze świadomością, że zabiłam ukochaną osobę? Nawet gdyby mnie oto poprosił. Nie potrafiłabym. Zdajesz sobie sprawę, jaka Clarke była wtedy odważna? Jak bardzo musiało ją to boleć? Jak bardzo boli teraz? Owszem byłam wściekła i teraz też w głębi czuję złość. Ale z drugiej strony zrozumiałam i jestem jej wdzięczna, że go uratowała od poniżenia... że to nie musiałam być ja...- czułam, że się plączę, więc przerwałam i tylko pokręciłam głową.
Milczał przez chwilę, patrząc w podłogę.
- Clarke nie powinna nikim dowodzić - mruknął pod nosem.
- Sama już do tego doszła - odparłam. - Wiedziałbyś, gdybyś przez chwilę nie był pijany.
Przełknął ślinę.
- Jak miałbym przestać jej nienawidzić? - spytał, podnosząc na mnie wzrok. - To tak bardzo boli...
Jego oczy zaszły łzami. Po chwili ukrył twarz w dłoniach i głośno zaszlochał. Jasper zawsze był delikatny na swój sposób. Starał się to ukryć, ale kiepsko mu to wychodziło. Teraz widziałam to dokładnie. Jasper był złamany.
- Musisz się zmierzyć z bólem - zasugerowałam delikatnie. - Przestań od niego uciekać. Nie jesteś tchórzem, Jasper. Nie możesz być. Zacznij żyć normalnie. Nie użalaj się nad sobą, bo to wcale nie pomaga. Pogadaj z przyjaciółmi. Nawet nie wiesz jak bardzo im przykro. Jak bardzo chcieliby cię przeprosić. A jeżeli nie z wszystkimi to chociaż z Montym - chyba to on najbardziej się o ciebie martwi. I proszę cię, przestań obwiniać Clarke. Zrobiła to co musiała, a jej wyrzuty sumienia już wystarczają. Twoje zachowanie może sprawić, że to ona się załamie. A wierz mi, jest tego bliska.
Przez chwilę Jasper po prostu na mnie patrzył, potem powoli pokiwał głową.
- Tak naprawdę nie chciałem się zabić - wyszeptał niepewnie. - Ja... nie wiedziałem... chciałem tylko, żeby przestało boleć.
- Wiem - potwierdziłam. - Więc to dobrze, że cię znaleźliśmy.

*Clarke Griffin*
Mama pozwoliła mi wyjść z pokoju po trzech dniach usilnych błagań i przyrzekania, że nigdzie nie ucieknę. I tak dziwiłam się, że to tak krótko trwało- może zmęczyło ją wysyłanie kogoś po posiłek dla mnie.
- Naprawdę nie zamierzam nigdzie uciekać - powiedziałam po raz ostatni, kiedy tylko oznajmiła mi dobrą nowinę.
- Tego jestem pewna - odparła ponuro. Krzyczała na mnie tylko przez jakąś godzinę po odejściu Bellamy'ego, ale gdy zauważyła, że jej nie słucham, że kłótnia z przyjacielem mnie załamała, przestała. - Ja nie mogę cię ciągle pilnować, dlatego przydzielam ci dwóch opiekunów. To strażnicy i mają cię powstrzymać przed każdą próbą ucieczki.
- CO?! - byłam zszokowana. - Ale mamo, nie masz na co marnować pracy strażników?
- Zawiodłaś moje zaufanie, Clarke - odparła twardo. Skuliłam się mimowolnie na te słowa. - Będziesz musiała na nie zasłużyć.
Żadne błagania nie pomagały. Od tamtego dnia chodziłam wszędzie w obecności jednego ze strażników. Gary, starszy, ale rosły mężczyzna, był milczący i sztywny. Natomiast drugi był znacznie bardziej rozmowny. Trzydziestokilkuletni Arthur mimo mięśni i maski "wielkiego i groźnego strażnika", potrafił być ironiczny i zabawny. W pracy czasem mi pomagał i pozwalał na prywatność. Ale nawet to nie pomagało mi w kontaktach towarzyskich. Wszyscy się zastanawiali, dlaczego zawsze chodzą za mną Strażnicy, niczym ochroniarze, a szczególnie Setka. Nie dziwiłam im się - nikt nie lubił Strażników, a co dopiero nastoletni przestępcy. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Rozkaz Kanclerza, jak to powtarzał Arthur.
- Podaj mi to pudło - rzuciłam do Arthura. To był piąty dzień naszej znajomości, akurat pracowałam w szpitalu i rozkładałam leki przyniesione z laboratorium.
- Powiedz proszę - rozkazał przemądrzałym tonem.
- Ani mi się śni. Ty tu jesteś do pomocy - powiedziałam, naśladując jego głos.
- Jestem do pilnowania, żebyś nie wpadała na kolejne głupie, nastoletnie pomysły, mądralo - poprawił mnie, ale podniósł pudło i podszedł do mnie. Zaczęłam wyciągać opakowania i układać na pułki w kolejności alfabetycznej.
- Dobra, dobra.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz zapisać się na patrole. Nie chce mieć dodatkowej roboty - mówił żartobliwym tonem, ale to nie na ton zwróciłam uwagę. Zastygłam z wyciągniętą ręką i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Możesz mówić jaśniej?
- Kane dowiedział się o tych waszych schadzkach pod kapsułą - zaczął, wzruszając ramionami. - Wiedział też o waszej akcji ratowniczej tego chłopaka - mimowolnie zadrżałam, ale niczego nie zauważył. -Stwierdził, że potrzebujecie dodatkowych emocji. Mamy mało strażników, dlatego młodzież będzie mogła chodzić na patrole po okolicy, pod opieką dorosłych oczywiście i szukać pozostałych stacji z Arki. Gdybyś też chciała, musiałbym chodzić z tobą, a to mi się nie uśmiecha, szczerze powiedziawszy. Ten Kane to ma pomysły. A wiedziałaś, że ostatnio zaleca się do twojej mamy? Nie żebym plotkował, czy coś.
- Nie, przecież nigdy nie plotkujesz.
- No własnie.
Tak naprawdę był gorszym plotkarzem, niż niejedna kobieta. I jeżeli chodzi o mamę i Kane'a to wiedziałam. Już wcześniej wydawali się dobrymi przyjaciółmi, ale teraz kiedy tylko nadarzyła się okazja, Kane przychodził i rozmawiał z mamą. Pomagał jej, doradzał, pocieszał i z czułością wymawiał jej imię, przez co czułam ból w sercu i żałowałam, że nikt tak do mnie nie mówi. Oczywiście po części czułam, jakby zdradzała tatę, ale szczerze powiedziawszy, co gorszego mogła zrobić od wydania go na śmierć? Chciałam, żeby była szczęśliwa. Mimo całej urazy, którą do niej czułam, to była moja mama. Chciałam, żeby znalazła sobie kogoś, kto się nią zaopiekuje.
Patrole powinny spodobać się Setce. Będą mogli chodzić po lesie i czuć się potrzebni. Dostarczy to im potrzebnych wrażeń. Czasem, kiedy w nocy pilnował mnie Arthur pozwalał mi na wypad do kapsuły, ale za każdym razem musiałam wrócić o określonej godzinie.
- Ale, o dziwo, to nie oni są  parą tygodnia - mówił dalej Arthur, wyrywając mnie z zamyślenia. - To ten chłopak Bellamy Blake i ta dziewczyna, ta niesamowicie urocza...
- Gina - wtrąciłam, czując okropną suchość w gardle.
- Tak, właśnie - potwierdził zadowolony, że słucham. Nie zauważył już, że na samą myśl jest mi niedobrze.  - To urocza para, nie sądzisz? Tak ładnie razem wyglądają.  
Potwierdziłam. Oczywiście, że ładnie wyglądali. Byli do siebie podobni z wyglądu, ale całkowicie inni z charakteru. Dzięki temu wydawali się tworzyć idealną całość i nie dało się temu zaprzeczyć. Nadal lubiłam Ginę, nie dało jej się  n i e  lubić, ale za każdym razem, kiedy spojrzałam na Bellamy'ego, odradzał się we mnie na nowo ten sam gniew, który czułam podczas naszej kłótni. Szczerze wątpiłam, czy jeszcze kiedyś będę mogła na niego normalnie patrzeć, a co dopiero podziwiać jak piękną parę tworzy z Giną.
- A tak poza tym, jak się czujesz z awansem?  - zapytał, a ja dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, że mówi do mnie, ponieważ w szpitalu nie było nikogo innego.
- Awansem? - powtórzyłam, jak głupia.
- Nie wiesz? - mężczyzna wyglądał na okropnie zmieszanego.
- O czym? - dopytywałam się.
- Skoro nie wiesz, to nie mogę ci powiedzieć-uparł się i po raz pierwszy od godziny, zamknął usta.
- Nie możesz zacząć tematu, a potem przerwać i nie dokończyć! -uparłam się. - To najgorszy sposób prowadzenia rozmowy na całym świecie!
- Wkrótce się dowiesz - odparł tylko. - Jestem pewien.
I miał rację.

Venia

sobota, 17 września 2016

Rozdział 8

Przedzierałam się przez poszycie lasu, rozpaczliwie się rozglądając, ale nigdzie na znalazłam śladu Jaspera. To moja wina, to moja wina, to moja wina.
To przeze mnie Jasper się załamał. Gdy tylko Monty wpadł do szpitala szukając przyjaciela, kiedy wytłumaczył mi pospiesznie o co chodzi, poczułam uścisk w żołądku. Nagle zrobiło mi się zimno i zakręciło w głowie, ale udało mi się opanować na tyle, żeby móc pomóc w poszukiwaniach.
Powinnam była odejść. Mój widok musiał go jeszcze bardziej przygnębić. Musiał mnie nienawidzić coraz bardziej z każdym dniem. Co gorsza musiał też zacząć nienawidzić samego siebie.
Spokojnie, Clarke, to tylko fałszywy alarm. Jasper nie jest dzieckiem, nie zrobi sobie krzywdy. Po prostu poszedł się przejść. 
Próbowałam sobie wmówić, że wszystko jest  w porządku. Ale miałam naprawdę złe przeczucia.
Wyszłam na plażę nad jeziorem jako pierwsza. Moja artystyczna część umysłu zarejestrowała światło odbijające się od przejrzystej powierzchni jeziora, jego barwę, promienie słoneczne przechodzące przez liście drzew na przeciwnym brzegu.
Ale to tylko ta część mnie, która kochała malować. W tej chwili zdominowała mnie cześć martwiąca się o przyjaciół i od razu zaczęłam się rozglądać. Po chwili na plażę wyszli też inni, ale nadal nie było widać Jaspera. Zaczęła mnie ogarniać nadzieja. Może faktycznie za bardzo dramatyzowaliśmy? Może to był tylko fałszy...
- Tam! - usłyszałam krzyk Raven i odwróciłam się w jej stronę. Wskazywała ręką na jezioro, ale tam niczego nie było, tylko jakaś pływająca na powierzchni kłoda.
Zaraz, to wcale nie wyglądało na kłodę...
O BOŻE!!!
Zanim zdążyłam się w ogóle ruszyć, Bellamy, Kyle i Monty już wskoczyli do wody. Bellamy pierwszy dopłynął do Jaspera, póżniej Monty. Kyle zatrzymał się w pewnym momencie, pewnie dlatego, że jeszcze nie zdążył nauczyć się pływać. Pomógł chłopakom wyciągnąć na brzeg ciało i obrócić na plecy. Twarz Jaspera posiniała. Jeden z nich nachylił się, próbując poczuć oddech.
- Nie oddycha! - usłyszałam.
Rzuciłam się na kolana przy ciele Jaspera i odepchnęłam wszystkich.
Proszę tylko nie on. 
Rozerwałam jego ubranie i zaczęłam uciskać jego klatkę piersiową. Jeden... dwa... trzy...
Nie może być moją kolejną ofiarą. 
Piętnaście... szesnaście... siedemnaście...
Nie Jasper.
Dwadzieścia osiem... dwadzieścia dziewięć... trzydzieści...
Błagam, tylko nie on!
Odchyliłam jego głowę do tyłu, zatkałam nos i wykonałam dwa wdechy, potem zaczęłam od nowa uciskać jego klatkę...
Zabiję się, jeżeli Jasper zginie z mojej winy!
Trzydzieści uciśnięć... dwa oddechy...
Proszę!
Dziewiętnaście... dwadzieścia...
Nagle Jasper głośno zaczerpnął powietrza, a zaraz potem odwrócił się na bok i zaczął wypluwać wodę z płuc. Opanowała mnie tak wielka ulga, że myślałam, ze zaraz zemdleję. Wśród ogólnych westchnięć, zorientowałam się, że moje policzki są mokre. Zatem płakałam. Wciągnęłam powietrze, cała rozedrgana.
- Coś ty zrobiła?! - usłyszałam ochrypły głos.
Skupiłam wzrok z powrotem na nadal sinej twarzy Jaspera, którą wykrzywiał  wściekły grymas.
- Uratowała ci życie, debilu - warknął Bellamy.
Nie zwróciłam na niego uwagi, cały czas patrząc na Jaspera i czując kolejną falę łez napływająca do moich oczu.
- Dlaczego? Nie chciałem tego! - zawołał, po czym odwrócił się do mnie. -  Odebrałaś życie tylu osobom i myślałaś, że uratowanie mnie pomoże ci odpokutować swoje winy? - rzucił złośliwym tonem.
Przełknęłam gule w gardle, wstałam i odwróciłam się. Ledwo widząc, przez mgłę zalegającą moje oczy ruszyłam w stronę lasu. Usłyszałam odgłos uderzenia, okrzyk bólu i przekleństwa Bellamy'ego pod adresem Jaspera. Puściłam się szaleńczym biegiem. Słyszałam jak Bellamy krzyczy do reszty, żeby doprowadzili Jaspera do obozu.
Przyspieszyłam.
Wydawało mi się, że minęła ledwie sekunda, kiedy dotarłam do obozu. Dobiegłam do szpitala, mijając ludzi, odwracających się, by mi się przyjrzeć, ale nie zwracałam na nich uwagi. Dotarłam do szpitala, pustego o tej godzinie i dobiegłam do półki, w której trzymałam zapakowany i gotowy do drogi plecak. Chwyciłam kurtkę, którą zostawiłam obok niego. Od samego początku byłam gotowa na ucieczkę.
Odwróciłam się do drzwi, w tym samym czasie, w którym wpadł przez nie Bellamy.
- Clarke! - zatrzymał się w odległości dwóch metrów ode mnie, zagradzając mi drogę do wyjścia.
Przez chwile tylko lustrował mnie wzrokiem, domyślając się, co zamierzałam zrobić.
- Uciekasz - powiedział z niedowierzaniem.
Nie odpowiedziałam.
- Jasper jest kompletnym idiotą - powiedział. Zerknęłam na jego dłoń. Skóra na kostkach była rozerwana i sączyła się z nich krew. Więc uderzył Jaspera. - Powiedział to tylko dlatego, że przeżył szok.
- Powiedział tak, bo to prawda - odparłam cicho.
- Naprawdę w to wierzysz? Że uratowałaś go, bo chciałaś odpokutować?
Wzruszyłam ramionami. Wściekł się. Nie musiałam na niego patrzeć, by wyczuć, że atmosfera zgęstniała od tłumionego gniewu.
- Posłuchaj mnie bardzo uważnie - nie byłam w stanie spojrzeć mu w twarz, kiedy to mówił. - Zrobiłaś to, bo to twój przyjaciel. Bo ci na min zależy. Bo jesteś najlepszą i najbardziej troskliwą dziewczyną na Ziemi, która jest gotowa dla swoich przyjaciół zrobić dosłownie wszystko.
- Zabić - wtrąciłam.
Umilkł.
- Co czyni mnie jednocześnie potworem- dodałam.
- Nie...
- Ty tez uważałeś się za potwora. Dlaczego ja nie mogę?
- Bo ty nim nie jesteś!
- Zabiłam więcej ludzi od ciebie.
- Dlaczego chcesz się targować? Dlaczego zwalasz całą winę na siebie? Ja też ich zabiłem! Wiesz jak mnie boli, kiedy przejmujesz całą winę? - milczałam. - Gdyby nie ja, najprawdopodobniej nie byłabyś w stanie tego zrobić. Gdybym nie dał ci swojego przyzwolenia...
- No właśnie - potwierdziłam spokojnie, choć złość rozsadzała mnie od środka. Nienawidziłam, gdy prawił mi kazania.
Cofnął się o krok. Zaniemówił, a ja postanowiłam wykorzystać jego zdumienie do ucieczki, zaczęłam go wymijać. Już do minęłam, gdy gwałtownie odwrócił się i zatrzymał mnie w miejscu. Gotował się ze złości.
- Nie bądź idiotką, Clarke - odezwał się zimno. - Co da ci ucieczka? Wytłumacz mi. Myślisz, że to odgoni wyrzuty sumienia? Że przestaniesz o tym myśleć? Że to ci pomoże, bo nie będziesz  musiała patrzeć na twarze osób, które uratowałaś?
Drwił ze mnie. Otwarcie ze mnie drwił. Wyrwałam się.
- Robię to dla Jaspera. Nie chcę by mój widok przypominał mu Mayę. Nie rozumiesz, że to ja spowodowałam, ze prawie się dzisiaj zabił?! Parę minut i byłoby po nim!
- Nie odpowiadasz za czyny Jaspera!
- Ale odpowiadam za swoje czyny!
- Spójrz na mnie - powiedział stalowym głosem. Nie posłuchałam. - Cholera, spójrz na mnie!
Uniosłam dumnie głowę.
- Spójrz mi w oczy i powiedź prawdę. Dlaczego sobie nie wybaczysz?
- Bo nie potrafię! - warknęłam.
- Nie kłam! Dlaczego sobie nie wybaczysz?
- Nie zasługuję na przebaczenie.
- Dlaczego?!
- Bo nie chcę! - wykrzyknęłam. - Nie chcę, jasne? Nie zasłużyłam na coś takiego jak wybaczenie po zabiciu tylu ludzi.
- Clarke - powiedział łagodniej, a jego oczy miały jakiś dziwny, czuły wyraz. - Każdy na to zasługuje.
- O co ci chodzi? Dlaczego nie chcesz mnie puścić? - odepchnęłam go.
- Jestem twoim przyjacielem.
- Przyjacielem, nie ochroniarzem. I co z tego? To nie uprawnia cię do zatrzymywania mnie w jednym miejscu. I co, przez cale moje życie będziesz mną kierował? Nie zauważyłeś, że nikt tego nie lubi? Twoja własna siostra tego nienawidzi, a co dopiero ja!
- Nie wtrącaj do tego Octavii - warknął.
- Ale taka prawda. Nie jest już dzieckiem. Nie potrzebuje twojej ochrony.
- Świetnie, że wyraziłaś swoje zdanie na ten temat, ale nie masz tu nic do gadania. Ty nie masz młodszej siostry i nie wiesz jak to jest.
- Dobrze, chcesz kontynuować nasza dyskusję? Oto pytanie: dlaczego ciągle zakazujesz mi odejść?
- Bo ja zostałem! - wybuchnął. Zaciskał ze złości pieści. był cały spięty, wydawał mi się wyższy, a jego twarz była podobna do twarzy na początku naszej znajomości. Zimnej i obcej. - Chciałem odejść i miałem do tego pełne prawo! Ale zostałem, bo uświadomiłaś mi, że ktoś mnie potrzebuję. Prosiłaś, żebym został i chociaż wtedy nieszczególnie cię lubiłem, zostałem i pomogłem ci! A teraz, kiedy jestem twoim przyjacielem i kiedy ja proszę ciebie, żebyś została, ty nie rozumiesz, że rolę się odwróciły. Nie widzisz, że ja zostałem, kiedy ty chcesz odejść!
Wiedziałam, że miał rację, ale jednocześnie byłam wściekła, że nie chciał zrozumieć mojego punktu widzenia. Egoistyczny dupek.
 - Twoje słowa nic nie zmienią - powiedziałam chłodno. - Odejdę z twoją zgodą, czy bez niej. dla mnie to bez różnicy.
- Ach tak? I już po raz drugi spróbujesz odejść bez pożegnania? Nie powiesz matce, przyjaciołom i zwalisz na mnie odpowiedzialność?
- Po raz drugi? - odezwał się nowy głos, należący do mojej mamy. Musiała podsłuchiwać. - Kiedy był pierwszy raz?
- Zaraz po Mount Weather - odparł Bellamy, patrząc ponad moim ramieniem zapewne na mamę.
Spojrzałam na niego z nieskrywanym wyrzutem. Zdradził mnie. Taki świetny z niego przyjaciel.
- No co? - zapytał z udawaną słodyczą w głosie, kiedy przeniósł spojrzenie na mnie. - Oszczędziłem ci wymyślania kłamstw.
Zamachnęłam się i uderzyłam go z całej siły otwartą dłonią w twarz. Ręka piekła mnie, ale nie zwróciłam na to uwagi, tylko opuściłam ją wzdłuż ciała. Patrzyłam jak przez dobrą minute, Bellamy nie rusza się, tkwiąc w miejscu, z głową odwróconą na bok. Zostawiłam mu na policzku czerwony ślad. Gdy wreszcie się odwrócił, patrzył na mnie zimnym i pustym spojrzeniem, od którego mimowolnie przeszły mnie ciarki. Tak mógłby patrzeć na największego wroga... albo na obcą sobie osobę. Miałam wrażenie, że uważa mnie za jedno i drugie.
- Nie będę cię już do niczego zmuszał - zapowiedział oschle. - Chcesz jeszcze coś powiedzieć?
- Nienawidzę cię - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Milczał przez chwile, tylko na mnie patrząc, jakby analizując moje słowa.
- Ja ciebie też - odpowiedział w końcu, a ja mu uwierzyłam.
Wyminął mnie i wyszedł ze szpitala.
Nie spodziewałam się, że po takiej kłótni te trzy słowa tak mnie zabolą. Naprawdę go nienawidziłam. Czułam to każda komórką mojego ciała. Ale jednocześnie świadomość, że Bellamy mnie także nienawidzi, a mówił to jak najbardziej szczerze, sprawiła, że opadłam ze wszystkich sił. Kolana się pode mną ugięły i upadłam na podłogę, czując przejmujący ból w sercu. Miałam ochotę wcisnąć pięści w oczodoły, rwać włosy z głowy, rozdrapywać skórę paznokciami. Ale zamiast tego zakryłam dłońmi twarz i głośno zapłakałam.

Venia

piątek, 2 września 2016

Rozdział 7

*Raven Reyes*
Sinclair przydzielił mnie znowu do pracy z Wickiem. Dalej nie mogłam się zdecydować co do niego czuję. Podobało mi się jego poczucie humoru, chociaż często zachowywał się jak ośmiolatek. Nie mogłam zaprzeczyć, że był przystojny. Ale mimo to nadal pamiętałam Finna. Zresztą przez całe życie miałam tylko jednego chłopaka i to takiego, którego znałam od dzieciństwa. Pewnie dlatego czułam się tak niepewnie i wszystko wydawało się takie nowe i odmienne.
- Raven, tu powinien znajdować się główny zawór - odezwał się Wick.
Właśnie pracowaliśmy nad prysznicami. Mieliśmy podłączyć rury, tak by łączyły jezioro z Obozem Jaha... to znaczy z Arkadią. To Wick, jako inżynier, przygotował plany, a ja musiałam wykonać całą robotę. Taka już rola mechanika.
- Tak, wiem - odparłam, przykręcając jedną część rury do drugiej.
- Więc dlaczego go tu nie ma? - dopytywał się, zaglądając przez moje ramię. Miałam ochotę zdzielić go kluczem po głowie.
- Bo zmieniłam jego położenie. Będzie bliżej samych pryszniców - wzruszyłam ramionami.
- Co? - nie musiałam podnosić głowy, by wiedzieć, że jest oburzony. - A wykonałaś wszystkie obliczenia? Nie można tak po prostu zmieniać położenia głównego zaworu!
- Za kogo mnie masz? - zapytałam, marszcząc brwi. - Oczywiście, że wszystko obliczyłam.
- Ale to nie jest zadanie mechanika, tylko inżyniera!
Spojrzałam na niego przez ramię.
- A od kiedy zadaniem inżyniera jest rozpraszanie mechanika przy pracy?
- To ty nie chciałaś żebym ci pomógł - zauważył.
- Bo to też nie jest zadanie inżyniera.
- Ale nie możesz się przemęczać. Dopiero co wyszłaś ze szpitala.
Odwróciłam się w jego stronę i posłałam mu groźne spojrzenie.
- Jeszcze jedno słowo a poproszę Sinclaira, żeby nie przydzielał nam wspólnych zadań - zagroziłam, co zamknęło mu usta, chociaż nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. - Jeżeli chcesz pomoc, zajmij się przykręcaniem tych rur, żebyśmy mogli pójść na przerwę.
Zadowolona z wygranej potyczki wróciłam do pracy.
 Z trudem opanowałam okrzyk bólu. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu czułam przejmujący ból promieniujący z kręgosłupa do biodra. Zaczęło się po wybuchu w tamie. Możliwe też, że spotęgowały go eksperymenty Ludzi z Góry. Miałam dość siedzenia w szpitalu, dlatego skłamałam, że już wyzdrowiałam. Miałam nadzieję, że praca pomoże i zlikwiduje ból, albo przynajmniej zajmie mój umysł, na tyle, żebym mogła o nim zapomnieć. Ale było całkiem na odwrót. Zaczynałam nienawidzić Ziemi. Nienawidziłam swojego życia. Bo z czego miałam się cieszyć? Gdy ledwo udało mi się dostać na Ziemię, okazało się, że Finn, chłopak dla którego prawie się zabiłam, zdążył zakochać się w innej. Przez tą miłość i pobyt na Ziemi oszalał. Najlepszy człowiek jakiego znałam zabił osiemnaście osób. Potem zginął na moich oczach, a ja nie miałam nawet szansy się z nim pożegnać. O czymś zapomniałam? A tak: Murphy postrzelił mnie, przez co straciłam czucie w lewej nodze.  Do tego dochodzi ból po wybuchu. Więc wybaczcie ludzie, że mam zły humor!
Otrząsnęłam się z zamyślenia, kiedy Wick oznajmił, że czas na przerwę. Ruszyliśmy do jadalni i usiedliśmy przy pierwszym wolnym stoliku. Zauważyłam Bellamy'ego, który wszedł do pomieszczenia, trzymając za rękę Ginę. Bellamy zawsze był gburowaty, dlatego nieźle się zdziwiłam, kiedy dwa dni temu zobaczyłam, że całuję się z najbardziej pozytywną dziewczyną w całej Arkadii. Jednocześnie pomyślałam, że gdyby Clarke to zobaczyła, prawdopodobnie już nigdy nie wyszłaby ze szpitala.
Oczywiście Asher musiał jej wszystko wygadać przy ognisku. Na pierwszy rzut oka wyglądało jakby jej to nie obchodziło, a jednak ledwo dostrzegalnie skuliła się w sobie. Wiedziałam jak to jest mieć świadomość, że chłopak, na którym ci zależy, woli inną. Chociaż to była trochę inna sytuacja - oboje, Clarke i Bellamy, zdawali się nie mieć pojęcia, co tak naprawdę do siebie czują, chociaż wszyscy wokoło to widzieli.
Moje myśli powędrowały w stronę późniejszej rozmowy Clarke z Lincolnem. Clarke spytała się Ziemianina o znaczenie słowa "Wanheda".
- Komandor Śmierci - odparł chłopak.
- Co to oznacza? - zapytała Clarke.
- To musi być tytuł. Czasem nadajemy podobne tytuły osobom, które czymś zasłynęły, ale nie wiem kim może być Wanheda. Nie mam już wstępu do wiosek i miast Ziemian. Nie znam najnowszych wiadomości.
Clarke wytłumaczyła nam, dlaczego o to pytała, a ja miałam przeczucie, że to ważna wiadomość. Że za niedługo będziemy często słyszeć o Wanhedzie.
- Widzieliście Jaspera? - uniosłam głowę i zauważyłam zaniepokojoną twarz Monty'ego.
- Nie ma go tu? - zapytałam zdziwiona i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rzeczywiście, chłopak, który przez ostatni miesiąc codziennie przesiadywał w jadalni, często leżąc pijany na podłodze, zniknął.
- Szukałem go już na zewnątrz, ale nie ma go tam - Monty wydawał się nieźle przestraszony, a jego niepokój zaczął mi się udzielać.
Co mogło przyjść do głowy niestabilnemu emocjonalnie nastolatkowi, dodatkowo pijanemu? Zresztą, cholera, to był JASPER! Kto mógł wiedzieć, co wymyślił?
Wstałam.
- Pomożemy ci szukać.
- Kogo? - usłyszałam głos Bellamy'ego za plecami.
- Jaspera - odparł za mnie Wick.
- Kiedy ostatni raz go widzieliście? - zapytał Bellamy.
- Wczoraj wieczorem, ale rano już go tu nie było - powiedział Monty, a ja potwierdziłam.
- Musimy się podzielić. Trzeba przeszukać każdy kawałeczek tego wraku, żeby zacząć szukać na zewnątrz.
Tak też zrobiliśmy. Szukałam w każdym, nawet najmniej prawdopodobnym miejscu, jednak nie znalazłam ani śladu Jaspera. Zaczęłam się coraz bardziej denerwować, ale wciąż miałam nadzieję, że ktoś inny go znalazł. Gdy spotkaliśmy się w jadalni ponownie, nadzieja mnie opuściła, gdy tylko zobaczyłam przestraszone twarze towarzyszy. Ale chyba najbardziej przerażoną, była Clarke, która musiała w pewnym momencie dołączyć do poszukiwań.
- Musimy komuś powiedzieć - powiedział Wick.
Kiwnęliśmy głowami, ale w tym samym momencie podszedł do nas Asher.
- Hejka, wiecie co z Jasperem? - zapytał. - Nieźle się zdziwiłem, kiedy gadał dzisiaj ze mną.
- Dzisiaj? - zapytał Monty z niedowierzaniem.
- Tak - potwierdził Asher. - Co ciekawsze był  t r z e ź w y!  Ale mimo to gadał od rzeczy.
- Co mówił? - dopytywał się Bellamy, chcąc przyspieszyć wypowiedź Ashera.
- Coś o jeziorze. Pytał się czy wiem jak jest daleko. Kiedy spytałam, czy chce się wykąpać, odparł, że nie. To samo odpowiedział, gdy zapytałem, czy chce się przejść. A gdy stwierdziłem, że chyba potrzebuje towarzystwa, uciekł. Po prostu odwrócił się i uciekł bez słowa.
- Pytał o jezioro? - powtórzył Bellamy, ale nie oczekiwał odpowiedzi, myśląc nad czymś.
- Musimy tam iść - wtrącił szybko Monty.- Nie możemy zignorować czegoś takiego.
- Tak - potwierdził Bellamy, wczuwając się w rolę przywódcy. - Asher, zostań w obozie. Gdybyś zobaczył Jaspera, zatrzymaj go w Arkadii. Nie pozwól mu odejść. Powiedz to wszystkim z Setki, dobra? - gdy chłopak potwierdził, zwrócił się w nasza stronę. - My pójdziemy nad jezioro. Każdy idzie osobno w pewnej odległości od siebie, żeby zwiększyć obszar poszukiwań. Krzyczymy, kiedy go znajdziemy.
Potwierdziliśmy, że rozumiemy.
- Dobra, ruszamy.

Hej!
Rok szkolny się zaczął, wiec chce Was uprzedzić, że rozdziały będą teraz krótsze i dodawane w większych odstępach czasu. :) Nie wiem kiedy uda mi się dodać kolejny rozdział, ale postaram sie zrobić to jak najszybciej :D
Venia