Lexa wymieniła zszokowane spojrzenia z kapłanem.
- Chyba nie rozumiesz co ten tytuł oznacza - powiedziała tonem, jakby tłumaczyła coś dziecku. - Wanheda daje ci szacunek w oczach wszystkich ludzi, znamy tylko kilkoro ludzi ludzi na przełomie wieku o tym tytule. Twoja władza jest równie wielka jak moja!
- Ten tytuł dał mi jedynie powody do strachu - odparłam twardo. - Zagroził bezpieczeństwu moich ludzi. Nie chce go zatrzymać, nieważne co znaczy dla waszego ludu.
Lexa wyglądała na nieprzekonaną, ale tym razem odezwał się jej kapłan.
- W takim razie może jest jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Jakie? - zapytał Kane, posyłając mi pełne nadziei spojrzenie, którego wolałam nie odwzajemniać.
- Możemy ogłosić Konklawe - odpowiedział, patrząc na Lexę, pytająco.
- Czy nie w ten sposób wyłania się nowy Komandor? - zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc o co chodzi.
Lexa pokiwała twierdząco głową, ale znowu przemówił jej kapłan, zanim zdążyła odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że strasznie ją to drażni, mimo że starała się tego nie okazywać.
- By wyłonić nowego Komandora, dochodzi do walk między Czarnokrwistymi. Ale możemy zmodyfikować zasady, tak żeby każdy klan wybrał najlepszego wojownika, którzy zmierzyliby się, a zwycięzca otrzymałby tytuł Wanhedy.
- Skaikru nie ma szans w starciu z innymi klanami w walce na naszych zasadach - wtrąciła szorstko Lexa.
- Tak, ale oni już mają jednego wojownika - kapłan spojrzał na mnie, miał zimne i bezwzględne spojrzenie. - Wanhedę.
Kane podniósł się gwałtownie z krzesła.
- Czyli jedynym sposobem, żeby Clarke pozbyła się swojego tytułu jest jej śmierć? Myślałem, że jesteśmy tu, żeby znaleźć inne rozwiązanie!
- Są dwa sposoby - odparł chłodno kapłan. - Albo pozwolimy, żeby Azgeda zamordowała Wanhedę a przy tym cały wasz klan, albo Skaikru ocaleje i Wanheda będzie miała szanse na godną śmierć poprzez walkę na Konklawe. To wasz wybór.
Kane opadł na krzesło i spojrzał na mnie, kręcąc przecząco głową.
- To żaden wybór - westchnął kanclerz.
- Clarke nie musi walczyć - odezwała się nagle Lexa. Wszyscy na nią spojrzeliśmy ze zdziwieniem.
- Skaikru ma już jedną Wanhedę - powiedział ostro kapłan. - To byłoby niesprawiedliwe względem naszych ludzi, gdyby przedstawili kolejnego wojownika.
- Nie będą mieli dwóch wojowników. - Lexa zaczęła nam tłumaczyć swój plan. Nie wiedziałam jak zareagują na niego Ziemianie, ale Kane wydawał się zadowolony, a kapłan wyraził swoją aprobatę skinieniem głowy.
- Ogłoszę to za kilka godzin. Zbierz zbierz ludzi i upewnij się, że przybędzie kilkunastu ludzi z Azgedy, nie tylko przyboczni królowej Nii.
- A my? - zapytał Kane.
- Wolałabym, żebyście nie wracali jeszcze do Arkadii. Bezpieczniej będzie, jeżeli zostaniecie tutaj. Możecie wysłać jednego ze swoich ludzi, by przygotował kilkunastoosobową straż, która uda się z nami do Polis.
To był koniec spotkania. Poszliśmy z Aromem do naszego namiotu, jednak nim do niego weszliśmy, Kane zatrzymał się by wydać rozkazy Rasheedowi, który razem z Arthurem i kilkoma Ziemianami pilnowali naszego namiotu.
- Ile ludzi zabrać? - spytał strażnik. - Dwudziestu?
- Góra piętnastu - odparł Kane. - Najlepszych strzelców.
- Nastolatków też? - wśród Setki było kilkoro nastolatków, którzy potrafili świetnie strzelać i walczyć, często lepiej niż niejeden doświadczony strażnik, a których szkoliliśmy przez ostatnie miesiące.
- Wszystkich najlepszych i najbardziej zdyscyplinowanych - powtórzył z naciskiem kanclerz. Potem jednak coś sobie przypomniał i spojrzał na mnie z zapytaniem. - Bellamy?
No tak, najlepszy wojownik. Starałam się nie pokazać, jak bardzo zabolała mnie sama myśl o nim.
- Jeżeli tylko będzie chciał - oparłam, wzruszając ramionami.
Nie wiedziałam kogo chcę oszukać. Przecież Bellamy pierwszy zgłosi się do takiej misji.
- Zabierzcie też dwa samochody. Część pojedzie konno, z tego co komandor mówiła.
Kiedy rozkazy zostały wydane, zniknęliśmy w namiocie, w którym czekali na nas Lincoln i Octavia.
Nareszcie mogliśmy spokojnie porozmawiać. Opowiedzieli nam, dlaczego tak długo nie wracali. Okazało się, że podróżowali cały dzień i noc, bez dłuższych przerw, co kilka godzin zmieniając konie. Kiedy dotarli do Polis, od razu zawiadomili Lexę, ale nie mogli wracać, bo komandor potrzebowała ich zeznań, by przekonać koalicję do działania. Wysłali wiec posłańca, który miał nam przekaza, że pomoc jest w drodzę, ale musiał się zgubić wśród wszystkich wysłanych wiadomości do klanów. Armie poszczególnych klanów przyłączały się w drodze do Arkadii. Jednak nie były to wszystkie siły jakimi dysponowała Lexa. Tak naprawdę była to tylko cześć wojowników, którzy zdołali odpowiedzieć na wezwanie w tak krótkim czasie. Reszta miała być gotowa przybyć na pomoc, gdyby Azgeda naprawdę zaatakowała.
Mimo całej niechęci jaką darzyłam komandor przekonałam się, że zrobiła wiele, by nam pomóc i powoli poczucie zdrady zaczęło ustępować.
- Przybyłam tu w obronie trzynastego klanu przed agresją Azgedy - mówiła Lexa donośnym głosem, niosącym się przez polanę. Wokół niej zebrali się wodzowie i przedstawiciele wszystkich klanów. Ja stałam obok niej w towarzystwie uzbrojonych żołnierzy. - Tym aktem Azgeda próbowała zniszczyć jedność Koalicji, którą budowaliśmy z tak wielkim trudem. Królowa Nia chciała zatrzymać dla siebie moc Wanhedy, zabijając Clarke Griffin, jedną ze Skaikru. - Komandor taksowała wzrokiem władczynię Azgedy. Musiałam przyznać, że kobieta w odpowiedzi patrzyła jej hardo w oczy i nie ugięła się pod nią. - Wanheda chcąc ratować swój klan, a także bronić Koalicji zdecydowała się podjąć trudną decyzję. Ma jednocześnie nadzieję, że tym sposobem zażegna wszelkie spory. - Lexa zamilkła na chwilę. Czułam napięcie, z jakim Ziemianie czekali na wiadomość. Kiedy dziewczyna znowu się odezwała, mówiła pewnym i głośnym głosem, z którym nikt nie śmiałby dyskutować. - Wanheda postanowiła zrzec się swojego tytułu na rzecz zwycięzcy Konklawe, które urządzimy za pięć dni w Polis - podniósł się chór zdziwionych i zaciekawionych głosów. - Do tego czasu każdy klan powinien wystawić najlepszego wojownika, który jest godzien otrzymać ten tytuł. Na tego który wygra Konklawe Wanheda przeleje swoją krew a wraz z nią swoją moc. By Konklawa została przeprowadzona sprawiedliwie Wanheda nie weźmie w niej udziału, by nie odbierać szans pozostałym wojownikom. Nie będzie też żadnego wojownika z klanu Skaikru, gdyż właśnie stamtąd pochodzi Wanheda.
Ziemianie, całe szczęście, przyjęli tą wiadomość z entuzjazmem, patrząc ze złośliwością na Kane i jego doradców. Oni jednak nie byli zasmuceni tą wiadomością. Starali się wyglądać na niewzruszonych, ale widziałam ulgę malującą się w ich oczach.
Królowa Nia odwróciła głowę i wyszeptała coś do swojego doradcy z uśmiechem wymalowanym na twarzy. Była pewna swojej wygranej. Lexa także musiała to zauważyć, bo gdy tylko Ziemianie umilkli, odezwała się znowu.
- Nie możemy jednak zapomnieć czynu którego dopuściła się Azgeda. Mimo, że za tą decyzję była odpowiedzialna Królowa Nia, zgodnie z prawem należy ukarać cały klan. Dlatego Azgeda także nie będzie mieć swojego reprezentanta. Wiem, że to okrutna kara, a jednak sprawiedliwa. Królowa Nia chciała potęgi Wanhedy tylko dla siebie - przez nią Azgeda nie będzie w stanie jej otrzymać. Mimo to Królowa Nia ma obowiązek zjawić się w Polis, a jej klan może obserwować walki.
Uśmiech na twarzy Nii zbladł zastąpiony wściekłym grymasem. Przedstawiciele jej klanu odsunęli się od niej i zaciskali ze złości zęby. Wojownicy Azgedy zwrócili się przeciwko swojej królowej i nie obwiniali komandor za podjętą decyzję. Mogliśmy mieć tylko nadzieję, że przekażą swoją złość reszcie klanu, przez co Nia straci swoją władzę nad klanem, przynajmniej na pewien czas.Nie miałam już czasu przyglądać się wojownikom Azgedy, bo straż Lexy otoczyła z powrotem mnie i komandor. Podążyliśmy w stronę obozowiska wojsk Lexy.
- Ruszamy od razu - odezwała się dziewczyna. - Twoi ludzie już czekają. Pojedziesz w jednym z tych samochodów. Musisz w nim zostać aż do Polis.
- Ale... - chciałam zaprotestować, ale Lexa przerwała mi nieznoszącym sprzeciwu głosem.
- Od teraz masz się mnie słuchać. Kiedy mówię, że jedziesz samochodem to zrobisz to. Kiedy mówię, że masz się nie wychylać, nie wychylasz się. Kiedy mówię, że siedzisz w bunkrze podczas Konklawe, nie warzysz się otworzyć drzwi. Konklawa cię chroni, ale to nie znaczy, że żądna zemsty Azgeda nie złamie naszych praw. To dla twojego bezpieczeństwa, jasne?
Odwróciłam wzrok, nie odpowiadając, ale dziewczyna zrozumiała, że się poddałam. Miała oczywiście rację. Mimo to czułam się jak tchórz, chowający się przed niebezpieczeństwem i narażający innych ludzi.
Jak tylko zbliżyliśmy się do obozowiska zauważyłam, że namioty zostały złożone, a wojska szykowały się do odjazdu. Zobaczyłam dwa samochody ustawione obok siebie i naszych żołnierzy wokół nich. Część pakowała się do pojazdów, część próbowała oswoić się z końmi. Wszyscy byli uzbrojeni. Kane zaczął wydawać rozkazy jednemu ze strażników. On sam nie mógł zostawiać Arkadii, szczególnie, że nadal nie było bezpiecznie.
- Teraz Clarke jest pod waszą opieką - usłyszałam, kiedy mijałam ich, by wsiąść do samochodu.
Poczułam narastającą w gardle gorycz i złość. Oni wszyscy będą ryzykować dla mnie. Modliłam się, by podróż była bezpieczna.
Zanim zamknęłam drzwi, koła mnie pojawił się Bellamy. Odwróciłam wzrok, ale zauważyłam jego zbolały wzrok.
- Z tobą pojedzie czterech strażników, pięć w drugim wodzie, a reszta konno. Będziemy jechać zaraz za Lexą, wśród jej strażników. W razie niebezpieczeństwa nie wolno ci wychodzić. Rozkaz Lexy - powiedział szybko, w razie gdybym miała protestować. Nie odezwałam się. Potem dodał ciszej i bardziej niepewnie. - Ja pojadę na koniu.
Czułam jego wzrok na sobie, badający moją reakcje. Myślał, że będę protestować?
- Doskonale - odezwałam się przeciągając sylaby i wciąż na niego nie patrząc.
Wyobraziłam sobie jak kiwa głową z bólem wypisanym na twarzy i odwraca się. Jednak zanim to zrobił wyciągnął w moją stronę dłoń z bronią.
- To dla ciebie - mruknął. Odebrałam broń. Zerknęłam na niego, by sprawdzić czy ma jeszcze jedną. Kiedy zauważyłam kilka różnych rodzajów broni z powrotem odwróciłam wzrok, jednak odetchnęłam z ulga mimo woli.
- Nie wahaj się - dodał.
Nie będę. pomyślałam.
Kiedy zatrzasnął drzwi za sobą, jeden z moich strażników zamknął je na klucz.
Chciałam porozmawiać z Bellamym, ale jednocześnie bałam się tego. Znałam go na tyle, by znać i rozumieć jego motywy, jednak moja złość i zawód były nadal świeże. Musiałam wszystko przemyśleć, nie chciałam, by emocje zawładnęły mną podczas rozmowy z nim. Mimo, że powinnam przejmować się Konklawe i niebezpieczeństwem czyhającym na mnie w Polis, podczas długiej i męczącej podróży myślałam niemalże tylko o Bellamym i jak rozwiązać nasz problem.
Dotarcie do stolicy zajęło nam dużo dłużej niż podejrzewałam. Pewnie dlatego, że nasze tempo zależało od armii kroczącej za nami. Jak musieli czuć się ludzie, których siłą oderwano od codziennego życia, przygotowywano ich do walki, która nie nastąpiła? Byli wściekli? Czuli ulgę, czy raczej rozczarowanie? Może pocieszali się myślą o Konklawe i bliskim rozlewie krwi?
Kiedy wreszcie dotarliśmy pod wieżę, znak rozpoznawczy Polis, był wieczór kolejnego dnia. Zostałam odeskortowana przez strażników moich i komandor do ciemnego wnętrza budynku. Poprowadzili mnie przez liczne korytarze i schody i choć starałam się, nie mogłam zapamiętać drogi. Potem zatrzymali się przed jakimiś metalowymi drzwiami, wyglądającymi jakby strzegły przejścia do bunkra. Były zamykane na kod. Zadziwiające było, że ten mechanizm przetrwał kataklizm. Z drugiej strony, możliwe że to właśnie w tym miejscu niektórzy schronili się podczas najgorszej fali, dzięki czemu przetrwali. To kapłan Lexy nas tu przyprowadził i to on wpisał kod. Byłam za daleko od wejścia, żeby zobaczyć kolejność liczb. Potem machnięciem ręki nakazał dwóm strażnikom otworzyć drzwi. Widziałam z jakim wysiłkiem je pchali. Musiały być bardzo ciężkie, albo mechanizm jednak trochę się zestarzał. Albo jedno i drugie. Gdy drzwi stały już otworem kapłan skierował na mnie swoje spojrzenie.
- Komandor nakazała przygotować dla ciebie i czterech twoich strażników to pomieszczenie. Macie tu wszystko czego będziecie potrzebować w ciągu trzech dni. Trzeciego dnia w południe musisz być gotowa na ceremonie otwarcia. Ubranie także znajdziesz wewnątrz. Tu nikt nie może cię zaatakować. Reszta twoich strażników, a także część straży komandor zostanie na zewnątrz i będzie strzec drzwi, wystawiając warty. Wybierz mądrze tych, którzy wejdą z tobą. - zakończył, patrząc na mnie lodowato.
Rozejrzałam się wokół, ale wyglądało na to, że już wcześniej podjęto ta decyzję. Najsilniejsi i najlepsi strzelcy zostawali. Arthur, Monty, Jasper i jeszcze inny młody strażnik, którego imienia nie znałam, otoczyli mnie. Poczułam jednocześnie ulgę, jak i strach widząc, że Bellamy nie jest wśród nich. Oczywiście musiał pchać się na pierwszą linie frontu.
Weszliśmy do ciemnego wnętrza bunkra, rozświetlonego tylko przez kilka świec, kiedy strażnicy zaczęli zamykać za nami drzwi.
- Widzimy się za trzy dni! - usłyszałam jeszcze głos Bellamy'ego, zanim wrota zamknęły się, odgradzając nas od reszty świata na trzy doby.
Spojrzałam na zegarek ojca na moim nadgarstku, zaczynając liczyć czas.
Venia
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
Rozdział 25
Nie wiem dlaczego nadano mi przydomek Komandora Śmierci. Bo kilka razy pociągnęłam za dźwignie, zabijając kilkaset ludzi? Tak naprawdę nie potrafiłam poradzić sobie z trójką ciągnących mnie w stronę drzwi nastolatków. Ziemianie powinni lepiej wybierać sobie kandydatów na Wanhedę.
Podobną bezsilność czułam, kiedy w czasie porwania Ziemianie poddali mi truciznę, przez którą straciłam czucie w całym ciele. Wtedy też nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Próbowałam się uspokoić, zebrać myśli, ale panika przejęła nade mną kontrolę.
Bellamy... Bellamy... B e l l a m y...!
Dlaczego strach o tego durnego chłopaka zawsze działał na mnie najbardziej? Gdybym miała ujawnić komuś swoje lęki, to na pierwszym miejscu byłaby strata Bellamy'ego.
Pewnie on najbardziej bał się stracić mnie i Octavie, dlatego zawsze podejmował takie idiotyczne decyzje, żeby nas uratować, nawet za cenę swojego życia. Nienawidziłam go za to.
Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy będąc na miejscu Bellamy'ego nie postąpiłabym w podobny sposób.
Tysiące myśli wirowały w mojej głowie, podczas, gdy ja nadal starałam się wyrwać, chociaż czułam, że tracę siły - mięśnie mi drżały z powodu wysiłku, stawy bolały od ciągnięcia. Próbowałam nawet ugryźć Millera, ale Harper była szybsza i zawiązała mi wokół ust knebel, mimo że starałam się jej to uniemożliwić, gwałtownie kręcąc głową.
Nie wiem czy byłam bardziej wściekła, przerażona czy zirytowana. Wiedziałam na pewno, że mam ochotę kogoś zabić. Starałam się zepchnąć tę myśl na dno umysły, zbyt przestraszona, że mogę w ogóle tak myśleć.
- Clarke! - odezwał się Miller, proszącym głosem. - Nie utrudniaj nam tego!
Mam nadzieję, że moje wściekłe prychnięcie było słyszalne spoza chustki, która kneblowała mi usta.
- Spełniamy życzenie Bellamy'ego - dodał Monty. - Mogłabyś to uszanować?
Są naprawdę tak głupi, czy tylko udają?!
Niedługo potem okrył nas cień budynków Arkadii. Wiedziałam, że jeżeli wprowadzą mnie do środka, moje szanse zmaleją. Nikt nie powstrzyma Bellamy'go przed samobójstwem.
W tej samej chwili, kiedy to pomyślałam, usłyszałam kolejne odgłosy trąb, tym razem głośniejsze i donośniejsze od tych, które słyszeliśmy na początku. Także krzyki wojowników Azgedy, niemilknące od wejścia na polanę przed Arkadią, teraz ucichły.
Nadeszła ta chwila. Wyobraziłam sobie, jak Bellamy przekracza granice Arkadii, jak zgromadzeni przed bramą strażnicy przepuszczają go. Jak Ziemianie wyciągają swoją broń, by wznieść radosny i zwycięski okrzyk.
To powinnam być ja!
Ale o dziwo, to nie Ziemianie wznieśli okrzyk, tylko Arkadyjczycy. Trzymający mnie nastolatkowie zatrzymali się w miejscu oszołomieni. Tylko tyle potrzebowałam. Wierzgnęłam nogami, uwalniając je. Potem kopnęłam w krocze Millera, przez co odsunął się ode mnie. Monty, który trzymał moją druga rękę zwolnił na moment uścisk, którą udało mi się wyrwać. Nie czekałam ani chwili dłużej - pognałam, ile sił w nogach w kierunku bramy, mimo ich okrzyków i prób ponownego złapania mnie. Musiałam jeszcze przepychać się na sam przód tłumu, ale odpychałam ludzi na bok, nie starając się być szczególnie delikatną. Wiedziałam, że Monty jest tuż za mną, wiec podwoiłam wysiłki i po kilku minutach wypadłam z tłumu tuż przed bramą, chwiejąc się i próbując złapać oddech, a jednocześnie zorientować się w sytuacji. Dziesięć metrów przede mną stałą zwarta grupa naszych uzbrojonych żołnierzy. Przed nią w oddali czerniła się armia Azgedy, ale wzrok wszystkich był utkwiony w stronę lasu, z którego wychodziła inne wojsko - część konno, część pieszo, ale najbardziej rzucała się w oczy grupa niosąca sztandary jedenastu klanów. Całości przewodziła zasiadająca na koniu Lexa. Wiem, że powinnam być wdzięczna, ale ogarnął mną gniew, że nie pojawiła się chociaż dziesięć minut wcześniej. (Tak, tak, zorganizowanie takiej armii w tak krótkim czasie to pewnie cud. W tamtej chwili miałam to gdzieś!)
Zauważyłam też Lincolna i Octavię tuż za Komandor. Gdzieś w środku ucieszyłam się na ich widok, ale ledwie to zauważyłam, mając w głowie tylko jeden cel. Rozglądałam się rozpaczliwie, aż w końcu odnalazłam go wzrokiem. Bellamy stał tuż za linią naszych żołnierzy. Szybkim i zdecydowanym krokiem podążyłam w jego stronę.
Musiał wyczuć, że się zbliżam, bo odwrócił się do mnie z ulgą wymalowana na twarzy, pewnie dlatego, że Octavia była cała i zdrowa. Jednak ulga szybko przemalowała się w konsternację, kiedy zobaczył moją wściekła minę. Potem był już tylko zszokowany, kiedy potraktowałam jego idealną twarz prawym sierpowym, którego sam mnie nauczył. W cios włożyłam całą swoją siłę, zawód i wściekłość, tak że Bellamy zachwiał się i musiał cofnąć się kilka kroków, by złapać równowagę. Kiedy spojrzał na mnie z niedowierzaniem, zauważyłam że cios rozciął delikatną skórę na kości policzkowej, tuż pod okiem. Nie dało mi to satysfakcji. Ani ból promieniujący z rozciętych knykci mojej prawej dłoni. Czułam stróżki krwi spływające po palcach. Chyba bardziej ucierpiałam na tym ciosie niż on. Pocieszałam się myślą, że nic sobie nie złamałam.
Bellamy spojrzał na moją dłoń i zbliżył się do mnie z zatroskaną miną. Cofnęłam się przed nim, odsuwając rękę. Byłoby łatwiej, gdyby nie był tak cudownie opiekuńczy. Nawet nie przejął się tym, że go uderzyłam!
- Nie zbliżaj się do mnie!- warknęłam.
Bellamy wyprostował się zaskoczony. Już miał coś powiedzieć, kiedy obok mnie pojawił się Kane.
- Clarke, Lexa chce nas widzieć - odezwał się. Pewnie jakiś posłaniec pojawił się, kiedy zajmowałam się Bellamym. - Mamy do dyspozycji tylko dwóch strażników. Rasheed i Bellamy idziecie z nami - zwrócił się do chłopaka i stojącego niedaleko niego starszego strażnika.
- Nie - odezwałam się twardo, kiedy zaczął się odwracać.
- Nie? - powtórzył zaskoczony.
- Bellamy nie idzie - oświadczyłam. - Chcę, żeby poszedł z nami strażnik Arthur. Jemu mogę zaufać. - mówiąc to nie patrzyłam na Bellamy'ego, ale słyszałam jak głośno wciąga powietrze.
Kane też wydawał się zdziwiony i przez chwilę patrzył raz na mnie raz na Bellamy'ego, próbując rozgryźć co między nami zaszło, ale po chwili dał spokój. Pokiwał głową i przywołał Arthura i Rasheeda i ruszył w kierunku trzech Ziemian, którzy czekali na nas kilkadziesiąt metrów dalej.
Ruszyłam za nimi, ale zatrzymałam się, kiedy poczułam uścisk dłoni Bellamy'ego.
- Clarke, wiem, że jesteś wściekła... - zaczął, ale przerwałam mu, wyrywając dłoń i patrząc na niego z wściekłością i rozczarowaniem.
- Z tobą porozmawiam sobie później! - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Zostawiłam go za sobą bezradnego i opuszczonego.
Kane trochę się bał, że jeżeli wyjdziemy poza teren obozu wojownicy Azgedy rzucą się na nas, ale tego nie zrobili. Udało nam się spokojnie dotrzeć do wojsk Lexy, ale zanim ją spotkaliśmy, udało nam się przywitać z Octavią i Lincolnem.
- Cieszę się nic wam nie jest - powiedziałam, ściskając Octavię.
- Coś się stało? - zapytała dziewczyna, przyglądając mi się. - Wyglądasz na roztrzęsioną.
Twój brat jest idiotą.
- Po prostu strasznie się martwiliśmy - odparłam, siląc się na uśmiech.
Okazało się, że tylko ja i Kane możemy wejść do namiotu Lexy. Kane zrobił to pierwszy, a ja musiałam jeszcze odetchnąć głęboko tuż przed tym jak uchyliłam kotarę, która po chwili odcięła mnie od reszty świata.
Namiot był w pełni urządzony - stoły z mapami, skóry i inne materiały, broń. Co kilka metrów pod ścianą stał osobisty strażnik Komandor, która siedziała na tronie. Kane ukłonił się przed Lexą, ale mnie było stać tylko na skinienie głową. Lexa wyglądała niemalże tak samo jak przy naszym ostatnim spotkaniu, tylko że tym razem na jej widok poczułam się od nowa zdradzona i samotna, jak pod Mount Weather. Próbowałam jej to wybaczyć, nawet myślałam, że mi się to udało, szczególnie że sama mogłabym postąpić podobnie. Ale stojąc przed nią zrozumiałam, że to wszystko jej wina. Gdyby nas nie zostawiła wtedy, może nie musiałabym zabijać Ludzi z Góry, nie zostałabym Wanhedą, nie pokłóciłabym się z Bellamym. Ledwo udało mi się na nią nie rzucić.
- Octavia i Lincoln zawiadomili mnie o poczynaniach Azgedy, ale do tej pory nie wierzyłam, że to może być prawda - odezwała się Lexa. - Czy Azgeda otwarcie wypowiedziała wam wojnę?
- Nie zdążyli - odpowiedział Kane.
Komandor westchnęła.
- Królowa Nia poważnie naruszyła nasze prawo i zostanie ukarana. Jednak nie tak surowo, jak gdyby was zaatakowała. - spojrzała na mnie. - Lincoln próbował mi wytłumaczyć dlaczego do tego doszło, ale chciałabym usłyszeć to także od ciebie. Opowiedz mi o tym pierwszym porwaniu.
Mówiąc, starałam się streścić, jednocześnie nie pomijając najważniejszych faktów. Kiedy skończyłam, Kane przeszedł do opisu ostatnich wydarzeń - ataku na patrol, kartki, naszych przygotowań. Opowiadanie strasznie się przeciągało zwłaszcza, że Lexa zadawała dużo szczegółowych pytań. Z trudem zmusiłam się do stania w miejscu, kiedy miałam ochotę wyjść i odbyć z Bellamym poważną rozmowę. Starałam się jednak skupić i brać udział w wymianie zdań, przecież dotyczyło to głównie mnie. Ale okazało się, że będę musiała jeszcze trochę poczekać, bo Lexa nie pozwoliła nam jeszcze na powrót do obozu.
- Arom zaprowadzi was do namiotu, gdzie będziecie mogli zjeść posiłek - oznajmiła. - Ja teraz spotkam się z Królową Nią. Lepiej żebyście nie wychodzili. Będziecie pilnie strzeżeni. Zawiadomię was, kiedy będę gotowa z wami rozmawiać i wspólnie zastanowimy się nad rozwiązaniem tego problemu.
Pokiwaliśmy z Kanem głowami i ruszyliśmy za olbrzymim Ziemianinem.
- Clarke! - usłyszałam za sobą tuż przed wyjściem. Odwróciłam się w stronę Komandor. - Dobrze cię widzieć - dziewczyna posłała mi nikły uśmiech.
Jej postać promieniowała władzą i tajemniczością, a przecież była niewiele starsza ode mnie.
- Jestem wdzięczna, że zjawiłaś się, żeby nas uratować - zaczęłam po dłuższej chwili. - ale nie mogę tego samego powiedzieć o tobie.
Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Wyszłam, żałując, że powiedziałam jej prawdę. Przecież przez to może nie być dla nas przychylna podczas spotkania z Nią! Czy wpłynie to na jej osąd sytuacji? Zresztą jakby nie patrzeć swoim przybyciem uratowała życie Bellamy'emu, więc powinnam jej podziękować.
Jednak nie mogłam już zawrócić. Arom prowadził nas przez armię Lexy, której część zaczęła zakładać obozowisko. Ziemianie ukradkiem nas obserwowali. Wyobrażałam sobie jak nasi wojownicy wracają za bramę. Pewnie wystawili straże. Spodziewałam się, że obozowicze nie będą mogli dzisiaj spać spokojnie. Miałam nadzieję, że Bellamy nie wpadnie na żaden głupi pomysł. Wyraziłam się przecież wyraźnie.
Dotarliśmy w końcu do sporego namiotu, obstawionego przez piętnastkę Ziemian ze straży przybocznej Lexy. Pewnie nikomu innemu nie ufała. Namiot był spory, chociaż nie tak olbrzymi jak ten Komandor. W środku znajdowały się cztery posłania ze skór, a na środku na dużej desce zostawiono jedzenie dla nas. Usiedliśmy z Kanem i bez słowa zaczęliśmy jeść. Nie byłam specjalnie głodna, ale nie wiedziałam, kiedy następnym razem będę miała możliwość się najeść. Potem kiedy minęła godzina, a Lexa nadal po nas nie posłała, położyłam się na jednym z posłań, chociaż dobrze wiedziałam, że nie zasnę. Szukałam jakiś możliwości wybrnięcia z sytuacji, w której się znaleźliśmy bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Podejrzewałam, że autorytet Lexy nie wystarczy, aby powstrzymać ataki Ziemian. Musieliśmy inaczej to załatwić. Może za pomocą jakiegoś prawa Ziemian?
Czekanie się przedłużało, a supeł w moim brzuchu się zacieśniał.
Kiedy wreszcie po kilku godzinach zasłona naszego namiotu się uchyliła, bałam się, że zamiast posłańca pojawi się morderca gotowy nas zabić. Moja paranoja dorosła takich rozmiarów, że kiedy Arom prowadził nas z powrotem do Komandor, wierzyłam, że prowadzi nas na ofiarę. Jednak nic takiego się nie zdarzyło.
Lexa oczekiwała na nas, tym razem stojąc przy stole i dyskutując z jakimś starszym, ogolonym na łyso mężczyzną w długich szatach, nieprzypominających normalnych ubrań Ziemian. Kiedy weszliśmy do namiotu podnieśli na nas wzrok. Lexa wskazała nam krzesła przy stole.
- Zanim was wezwałam musiałam się naradzić z moi kapłanem - wytłumaczyła dziewczyna, pokazując na swojego towarzysza. - Jest niewiele możliwości zaradzenia wojny. Nie mogę dopuścić do rozpadu koalicji, nie chcę też rozlewu krwi. Mimo, że armia jedenastu klanów zebrała się pod moim przywództwem, sojusz słabnie z powodu ciebie, Clarke. Nia za niedługo będzie w stanie przekonać część klanów do wystąpienia przeciwko Skaikru. Dlatego musimy działać szybko. Jestem tu pod pretekstem obrony trzynastego klanu, a nie Wanhedy. Jednak powodem całego zdarzenia jest właśnie twoja obecność. Aby zatrzymać tytuł musisz...
- Nie chcę go zatrzymać - przerwałam jej gwałtownie. - Z chęcią się go pozbędę,
Venia
Podobną bezsilność czułam, kiedy w czasie porwania Ziemianie poddali mi truciznę, przez którą straciłam czucie w całym ciele. Wtedy też nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Próbowałam się uspokoić, zebrać myśli, ale panika przejęła nade mną kontrolę.
Bellamy... Bellamy... B e l l a m y...!
Dlaczego strach o tego durnego chłopaka zawsze działał na mnie najbardziej? Gdybym miała ujawnić komuś swoje lęki, to na pierwszym miejscu byłaby strata Bellamy'ego.
Pewnie on najbardziej bał się stracić mnie i Octavie, dlatego zawsze podejmował takie idiotyczne decyzje, żeby nas uratować, nawet za cenę swojego życia. Nienawidziłam go za to.
Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy będąc na miejscu Bellamy'ego nie postąpiłabym w podobny sposób.
Tysiące myśli wirowały w mojej głowie, podczas, gdy ja nadal starałam się wyrwać, chociaż czułam, że tracę siły - mięśnie mi drżały z powodu wysiłku, stawy bolały od ciągnięcia. Próbowałam nawet ugryźć Millera, ale Harper była szybsza i zawiązała mi wokół ust knebel, mimo że starałam się jej to uniemożliwić, gwałtownie kręcąc głową.
Nie wiem czy byłam bardziej wściekła, przerażona czy zirytowana. Wiedziałam na pewno, że mam ochotę kogoś zabić. Starałam się zepchnąć tę myśl na dno umysły, zbyt przestraszona, że mogę w ogóle tak myśleć.
- Clarke! - odezwał się Miller, proszącym głosem. - Nie utrudniaj nam tego!
Mam nadzieję, że moje wściekłe prychnięcie było słyszalne spoza chustki, która kneblowała mi usta.
- Spełniamy życzenie Bellamy'ego - dodał Monty. - Mogłabyś to uszanować?
Są naprawdę tak głupi, czy tylko udają?!
Niedługo potem okrył nas cień budynków Arkadii. Wiedziałam, że jeżeli wprowadzą mnie do środka, moje szanse zmaleją. Nikt nie powstrzyma Bellamy'go przed samobójstwem.
W tej samej chwili, kiedy to pomyślałam, usłyszałam kolejne odgłosy trąb, tym razem głośniejsze i donośniejsze od tych, które słyszeliśmy na początku. Także krzyki wojowników Azgedy, niemilknące od wejścia na polanę przed Arkadią, teraz ucichły.
Nadeszła ta chwila. Wyobraziłam sobie, jak Bellamy przekracza granice Arkadii, jak zgromadzeni przed bramą strażnicy przepuszczają go. Jak Ziemianie wyciągają swoją broń, by wznieść radosny i zwycięski okrzyk.
To powinnam być ja!
Ale o dziwo, to nie Ziemianie wznieśli okrzyk, tylko Arkadyjczycy. Trzymający mnie nastolatkowie zatrzymali się w miejscu oszołomieni. Tylko tyle potrzebowałam. Wierzgnęłam nogami, uwalniając je. Potem kopnęłam w krocze Millera, przez co odsunął się ode mnie. Monty, który trzymał moją druga rękę zwolnił na moment uścisk, którą udało mi się wyrwać. Nie czekałam ani chwili dłużej - pognałam, ile sił w nogach w kierunku bramy, mimo ich okrzyków i prób ponownego złapania mnie. Musiałam jeszcze przepychać się na sam przód tłumu, ale odpychałam ludzi na bok, nie starając się być szczególnie delikatną. Wiedziałam, że Monty jest tuż za mną, wiec podwoiłam wysiłki i po kilku minutach wypadłam z tłumu tuż przed bramą, chwiejąc się i próbując złapać oddech, a jednocześnie zorientować się w sytuacji. Dziesięć metrów przede mną stałą zwarta grupa naszych uzbrojonych żołnierzy. Przed nią w oddali czerniła się armia Azgedy, ale wzrok wszystkich był utkwiony w stronę lasu, z którego wychodziła inne wojsko - część konno, część pieszo, ale najbardziej rzucała się w oczy grupa niosąca sztandary jedenastu klanów. Całości przewodziła zasiadająca na koniu Lexa. Wiem, że powinnam być wdzięczna, ale ogarnął mną gniew, że nie pojawiła się chociaż dziesięć minut wcześniej. (Tak, tak, zorganizowanie takiej armii w tak krótkim czasie to pewnie cud. W tamtej chwili miałam to gdzieś!)
Zauważyłam też Lincolna i Octavię tuż za Komandor. Gdzieś w środku ucieszyłam się na ich widok, ale ledwie to zauważyłam, mając w głowie tylko jeden cel. Rozglądałam się rozpaczliwie, aż w końcu odnalazłam go wzrokiem. Bellamy stał tuż za linią naszych żołnierzy. Szybkim i zdecydowanym krokiem podążyłam w jego stronę.
Musiał wyczuć, że się zbliżam, bo odwrócił się do mnie z ulgą wymalowana na twarzy, pewnie dlatego, że Octavia była cała i zdrowa. Jednak ulga szybko przemalowała się w konsternację, kiedy zobaczył moją wściekła minę. Potem był już tylko zszokowany, kiedy potraktowałam jego idealną twarz prawym sierpowym, którego sam mnie nauczył. W cios włożyłam całą swoją siłę, zawód i wściekłość, tak że Bellamy zachwiał się i musiał cofnąć się kilka kroków, by złapać równowagę. Kiedy spojrzał na mnie z niedowierzaniem, zauważyłam że cios rozciął delikatną skórę na kości policzkowej, tuż pod okiem. Nie dało mi to satysfakcji. Ani ból promieniujący z rozciętych knykci mojej prawej dłoni. Czułam stróżki krwi spływające po palcach. Chyba bardziej ucierpiałam na tym ciosie niż on. Pocieszałam się myślą, że nic sobie nie złamałam.
Bellamy spojrzał na moją dłoń i zbliżył się do mnie z zatroskaną miną. Cofnęłam się przed nim, odsuwając rękę. Byłoby łatwiej, gdyby nie był tak cudownie opiekuńczy. Nawet nie przejął się tym, że go uderzyłam!
- Nie zbliżaj się do mnie!- warknęłam.
Bellamy wyprostował się zaskoczony. Już miał coś powiedzieć, kiedy obok mnie pojawił się Kane.
- Clarke, Lexa chce nas widzieć - odezwał się. Pewnie jakiś posłaniec pojawił się, kiedy zajmowałam się Bellamym. - Mamy do dyspozycji tylko dwóch strażników. Rasheed i Bellamy idziecie z nami - zwrócił się do chłopaka i stojącego niedaleko niego starszego strażnika.
- Nie - odezwałam się twardo, kiedy zaczął się odwracać.
- Nie? - powtórzył zaskoczony.
- Bellamy nie idzie - oświadczyłam. - Chcę, żeby poszedł z nami strażnik Arthur. Jemu mogę zaufać. - mówiąc to nie patrzyłam na Bellamy'ego, ale słyszałam jak głośno wciąga powietrze.
Kane też wydawał się zdziwiony i przez chwilę patrzył raz na mnie raz na Bellamy'ego, próbując rozgryźć co między nami zaszło, ale po chwili dał spokój. Pokiwał głową i przywołał Arthura i Rasheeda i ruszył w kierunku trzech Ziemian, którzy czekali na nas kilkadziesiąt metrów dalej.
Ruszyłam za nimi, ale zatrzymałam się, kiedy poczułam uścisk dłoni Bellamy'ego.
- Clarke, wiem, że jesteś wściekła... - zaczął, ale przerwałam mu, wyrywając dłoń i patrząc na niego z wściekłością i rozczarowaniem.
- Z tobą porozmawiam sobie później! - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Zostawiłam go za sobą bezradnego i opuszczonego.
Kane trochę się bał, że jeżeli wyjdziemy poza teren obozu wojownicy Azgedy rzucą się na nas, ale tego nie zrobili. Udało nam się spokojnie dotrzeć do wojsk Lexy, ale zanim ją spotkaliśmy, udało nam się przywitać z Octavią i Lincolnem.
- Cieszę się nic wam nie jest - powiedziałam, ściskając Octavię.
- Coś się stało? - zapytała dziewczyna, przyglądając mi się. - Wyglądasz na roztrzęsioną.
Twój brat jest idiotą.
- Po prostu strasznie się martwiliśmy - odparłam, siląc się na uśmiech.
Okazało się, że tylko ja i Kane możemy wejść do namiotu Lexy. Kane zrobił to pierwszy, a ja musiałam jeszcze odetchnąć głęboko tuż przed tym jak uchyliłam kotarę, która po chwili odcięła mnie od reszty świata.
Namiot był w pełni urządzony - stoły z mapami, skóry i inne materiały, broń. Co kilka metrów pod ścianą stał osobisty strażnik Komandor, która siedziała na tronie. Kane ukłonił się przed Lexą, ale mnie było stać tylko na skinienie głową. Lexa wyglądała niemalże tak samo jak przy naszym ostatnim spotkaniu, tylko że tym razem na jej widok poczułam się od nowa zdradzona i samotna, jak pod Mount Weather. Próbowałam jej to wybaczyć, nawet myślałam, że mi się to udało, szczególnie że sama mogłabym postąpić podobnie. Ale stojąc przed nią zrozumiałam, że to wszystko jej wina. Gdyby nas nie zostawiła wtedy, może nie musiałabym zabijać Ludzi z Góry, nie zostałabym Wanhedą, nie pokłóciłabym się z Bellamym. Ledwo udało mi się na nią nie rzucić.
- Octavia i Lincoln zawiadomili mnie o poczynaniach Azgedy, ale do tej pory nie wierzyłam, że to może być prawda - odezwała się Lexa. - Czy Azgeda otwarcie wypowiedziała wam wojnę?
- Nie zdążyli - odpowiedział Kane.
Komandor westchnęła.
- Królowa Nia poważnie naruszyła nasze prawo i zostanie ukarana. Jednak nie tak surowo, jak gdyby was zaatakowała. - spojrzała na mnie. - Lincoln próbował mi wytłumaczyć dlaczego do tego doszło, ale chciałabym usłyszeć to także od ciebie. Opowiedz mi o tym pierwszym porwaniu.
Mówiąc, starałam się streścić, jednocześnie nie pomijając najważniejszych faktów. Kiedy skończyłam, Kane przeszedł do opisu ostatnich wydarzeń - ataku na patrol, kartki, naszych przygotowań. Opowiadanie strasznie się przeciągało zwłaszcza, że Lexa zadawała dużo szczegółowych pytań. Z trudem zmusiłam się do stania w miejscu, kiedy miałam ochotę wyjść i odbyć z Bellamym poważną rozmowę. Starałam się jednak skupić i brać udział w wymianie zdań, przecież dotyczyło to głównie mnie. Ale okazało się, że będę musiała jeszcze trochę poczekać, bo Lexa nie pozwoliła nam jeszcze na powrót do obozu.
- Arom zaprowadzi was do namiotu, gdzie będziecie mogli zjeść posiłek - oznajmiła. - Ja teraz spotkam się z Królową Nią. Lepiej żebyście nie wychodzili. Będziecie pilnie strzeżeni. Zawiadomię was, kiedy będę gotowa z wami rozmawiać i wspólnie zastanowimy się nad rozwiązaniem tego problemu.
Pokiwaliśmy z Kanem głowami i ruszyliśmy za olbrzymim Ziemianinem.
- Clarke! - usłyszałam za sobą tuż przed wyjściem. Odwróciłam się w stronę Komandor. - Dobrze cię widzieć - dziewczyna posłała mi nikły uśmiech.
Jej postać promieniowała władzą i tajemniczością, a przecież była niewiele starsza ode mnie.
- Jestem wdzięczna, że zjawiłaś się, żeby nas uratować - zaczęłam po dłuższej chwili. - ale nie mogę tego samego powiedzieć o tobie.
Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Wyszłam, żałując, że powiedziałam jej prawdę. Przecież przez to może nie być dla nas przychylna podczas spotkania z Nią! Czy wpłynie to na jej osąd sytuacji? Zresztą jakby nie patrzeć swoim przybyciem uratowała życie Bellamy'emu, więc powinnam jej podziękować.
Jednak nie mogłam już zawrócić. Arom prowadził nas przez armię Lexy, której część zaczęła zakładać obozowisko. Ziemianie ukradkiem nas obserwowali. Wyobrażałam sobie jak nasi wojownicy wracają za bramę. Pewnie wystawili straże. Spodziewałam się, że obozowicze nie będą mogli dzisiaj spać spokojnie. Miałam nadzieję, że Bellamy nie wpadnie na żaden głupi pomysł. Wyraziłam się przecież wyraźnie.
Dotarliśmy w końcu do sporego namiotu, obstawionego przez piętnastkę Ziemian ze straży przybocznej Lexy. Pewnie nikomu innemu nie ufała. Namiot był spory, chociaż nie tak olbrzymi jak ten Komandor. W środku znajdowały się cztery posłania ze skór, a na środku na dużej desce zostawiono jedzenie dla nas. Usiedliśmy z Kanem i bez słowa zaczęliśmy jeść. Nie byłam specjalnie głodna, ale nie wiedziałam, kiedy następnym razem będę miała możliwość się najeść. Potem kiedy minęła godzina, a Lexa nadal po nas nie posłała, położyłam się na jednym z posłań, chociaż dobrze wiedziałam, że nie zasnę. Szukałam jakiś możliwości wybrnięcia z sytuacji, w której się znaleźliśmy bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Podejrzewałam, że autorytet Lexy nie wystarczy, aby powstrzymać ataki Ziemian. Musieliśmy inaczej to załatwić. Może za pomocą jakiegoś prawa Ziemian?
Czekanie się przedłużało, a supeł w moim brzuchu się zacieśniał.
Kiedy wreszcie po kilku godzinach zasłona naszego namiotu się uchyliła, bałam się, że zamiast posłańca pojawi się morderca gotowy nas zabić. Moja paranoja dorosła takich rozmiarów, że kiedy Arom prowadził nas z powrotem do Komandor, wierzyłam, że prowadzi nas na ofiarę. Jednak nic takiego się nie zdarzyło.
Lexa oczekiwała na nas, tym razem stojąc przy stole i dyskutując z jakimś starszym, ogolonym na łyso mężczyzną w długich szatach, nieprzypominających normalnych ubrań Ziemian. Kiedy weszliśmy do namiotu podnieśli na nas wzrok. Lexa wskazała nam krzesła przy stole.
- Zanim was wezwałam musiałam się naradzić z moi kapłanem - wytłumaczyła dziewczyna, pokazując na swojego towarzysza. - Jest niewiele możliwości zaradzenia wojny. Nie mogę dopuścić do rozpadu koalicji, nie chcę też rozlewu krwi. Mimo, że armia jedenastu klanów zebrała się pod moim przywództwem, sojusz słabnie z powodu ciebie, Clarke. Nia za niedługo będzie w stanie przekonać część klanów do wystąpienia przeciwko Skaikru. Dlatego musimy działać szybko. Jestem tu pod pretekstem obrony trzynastego klanu, a nie Wanhedy. Jednak powodem całego zdarzenia jest właśnie twoja obecność. Aby zatrzymać tytuł musisz...
- Nie chcę go zatrzymać - przerwałam jej gwałtownie. - Z chęcią się go pozbędę,
Venia
Rozdział 24
- Asher był wspaniałym chłopakiem, który dopiero wstępował w okres dorosłości. Żałuję, że nie było mu dane dożyć starości. Wiem jednak, że żył pełną piersią. Chwytał dzień. Nie marnował żadnej chwili. Wszystkim będzie nam go brakowało. Niech odnajdzie spokój. - zakończył Kane.
Pogrzeb Ashera odbył się dwa dni po jego śmierci. To były chyba najgorsze dni w całej Arkadii. Wieść szybko się rozeszła. Mało było ludzi, którzy by go nie znali. Dlatego wszyscy pogrążyliśmy się we wspólnej żałobie, szczególnie widocznej wśród nastolatków z Setki. Na ceremonii zgromadziło się wiele osób.
Miejsce Kane'a przy ciele chłopaka zajął Bellamy, którego Setka wyznaczyła na swojego przedstawiciela. Niektórzy uważali, że najlepszym wyborem byłby Miller, jako jego najlepszy przyjaciel, ale chłopak odmówił. Teraz stojąc w pierwszym rzędzie uparcie odwracał wzrok od ciała Ashera. Każdy radzi sobie z żałobą w inny sposób.
Bellamy spojrzał najpierw na Ashera, potem na zgromadzony tłum. Był zmęczony. Od dwóch dni prawie nie spał, zresztą jak większość nas.
- Pewnie niektórzy zastanawiają się, dlaczego pogrzeb odbywa się tutaj, koło kapsuły, a nie w okolicy Arkadii. - zaczął. - Powodów jest wiele. Jednym jest to, że w tym miejscu chowaliśmy naszych przyjaciół z Setki, którzy zmarli podczas pierwszych miesięcy naszego pobytu na Ziemi. To oczywiste. Asher należał do Setki. Był naszym przyjacielem. Był jak rodzina dla wielu z nas. Mało kto potrafił nas tak rozśmieszyć. Ale nie tylko dlatego wybraliśmy to miejsce. Kilka tygodni temu na jednej z imprez, kiedy gwiazdy były najlepiej widoczne, Asher powiedział patrząc w niebo: " Chciałbym zostać pochowany właśnie pod takim widokiem. Nie spalony. Pochowany w Ziemi, na którą tyle czekałem, żebym już zawsze mógł patrzeć w gwiazdy." - Bellamy spojrzał na ciało okryte czystym, białym materiałem. - Dzisiejszego dnia nie chowamy Ashera. Spełniamy jego życzenie. Nie mogliśmy go uratować. Przynajmniej tyle możemy zrobić w zamian. - przerwał na chwilę, a gdy kontynuował, głos miał silny i donośny. - Nie żegnamy cię, Asher. Jeszcze się kiedyś spotkamy.
- Jeszcze się kiedyś spotkamy. - powtórzyliśmy za Bellamym.
Czułam spływające łzy po policzkach, kiedy Bellamy podszedł do mnie i objął mnie ramieniem. Staliśmy jeszcze chwilę, patrząc w ponurej ciszy, przerywanej tylko cichym łkaniem, jak ciało Ashera zostało złożone do wykopanej wcześniej dziury w ziemi, która miała stać się jego grobem. Kiedy go zasypano, musieliśmy już wracać do obozu. Już od dwóch dni obowiązywał zakaz wychodzenie poza Arkadię, jednak na pogrzeb Ashera zrobiono wyjątek. Chociaż i tak byliśmy otoczeni przez uzbrojonych strażników.
Tylko o tym marzyłam. Żeby do obozu znów wdarł się strach przed Ziemią. Dzięki Ziemianie. Jak zwykle jesteście bardzo pomocni.
Podczas drogi powrotnej wszyscy nadal przeżywali ostatnie wydarzenia. Na domiar złego słońce, które świeciło rano, teraz zaszło, przysłonięte przez burzowe chmury. Zerwał się przenikliwy wiatr, który targał liście, włosy i ubrania.
Zadrżałam, obejmując się ramionami, żałując, że nie zabrałam kurtki z obozu. Po chwili poczułam ciepłą tkaninę, okrywającą moje ramiona. Podniosłam wzrok na Bellamy'ego, który szedł obok mnie i udawał, że nie widzi mojego spojrzenia.
- Chyba żartujesz - odezwałam się, próbując zwrócić mu kurtkę.
- Nie - odebrał ode mnie ubranie tylko po to, żeby z powrotem zarzucić mi je na ramiona. - Pani doktor nie może być chora, bo zarazi swoich pacjentów. A tego przecież nie chcemy? - mówił z lekkim uśmiechem, który jednak nie sięgał oczu, które nadal pozostały smutne i poważne.
- Ja nie choruję - odparłam zgryźliwie, wsuwając ręce do rękawów, które były zdecydowanie za długie. Czułam się trochę jak dziecko, które założyło ubranie swojego rodzica.
- Oczywiście.
Zapadła między nami cisza. Szliśmy wolno, jakby podświadomie wiedząc, że prędko nie będziemy mogli wyjść poza obóz bez nadzoru. Pozwoliliśmy by inni nas mijali, aż w końcu zostaliśmy z samego tyłu.
Włożyłam ręce do kieszeni kurtki Bellamy'ego. Wyczułam jakiś kawałek papieru i odruchowo go wyciągnęłam. Była to zmięta kartka, która po rozprostowaniu okazała się niedbale zapisaną wiadomością.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że się zatrzymałam, puki Bellamy nie zawołał mnie po imieniu.
- Co się stało? - zapytał przechodzący obok nas strażnik.
- Ja...- zaczęłam zmieszana, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wszystko w porządku, zaraz was dogonimy - odparł Bellamy za mnie. Kiedy nieprzekonany strażnik odsunął się od nas, Bellamy odezwał się do mnie podejrzanie opiekuńczym tonem. - Clarke...
- Co to jest? - zapytałam, próbując powstrzymać drżenie głosu.
- Proszę cię... - spojrzałam na jego udręczoną twarz.
- Skąd to masz? - wskazałam na kartkę. - Gdzie to znalazłeś?
Milczał. Patrzył tylko na mnie uparcie, jakby prosząc bym dała spokój, żebym już nie ciągnęła tej rozmowy.
- Na miejscu ataku na patrol Ashera, tak? - domyśliłam się. Poznałam po jego oczach, że się nie mylę. - Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
Rzuciłam kartką w jego pierś.
- Nie chciałem cię jeszcze bardziej martwić - powiedział to tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- A nie pomyślałeś, że to dotyczy m n i e ? - krzyknęłam. - Przeczytałeś to w ogóle? "Wanheda ma się oddać w nasze ręce za pięć dni, albo zaatakujemy Skaikru". - wyrecytowałam to, co przeczytałam na kartce. - Pomyślałeś o konsekwencjach? Jeżeli nie pójdę...- krzyczałam dalej.
- Ciszej - szepnął Bellamy, zbliżając się do mnie. - Kane zakazał nam o tym rozmawiać....
- Kane wie? - zapytałam osłupiała.
- Przecież nie zachowałem tej informacji tylko dla siebie! - zirytował się Bellamy.
- Kto jeszcze? - zapytałam.
- Twoja mama. I Lincoln.
- A mnie nie raczyliście zawiadomić.
- Nie możemy o tym tutaj rozmawiać. Nie jest bezpiecznie - Bellamy objął mnie ramieniem i zaczął prowadzić w stronę obozu, choć miałam wielką ochotę wyrwać mu się.
- Kane nie chciał cię zawiadamiać, bo nie wymyśliliśmy jeszcze żadnego rozwiązania- tłumaczył mi szeptem.
- Jak dla mnie to oczywiste - odszeptałam.
- Wcale nie!- podniósł głos, ale za chwile go zniżył. - Nie pójdziesz na spotkanie śmierci tak po prostu, rozumiesz?
- Przecież wyraźnie napisali, że nas zaatakują, jeżeli tego nie zrobię!
- Nie wiadomo, czy to były uzasadnione groźby! Równie dobrze może to być trójka Ziemian jak ostatnio. Lincoln ma się dowiedzieć, kto mógłby za tym stać. Ocenimy nasze szanse. Potem możemy rozważyć negocjacje. Dobrze?
- Ale jeżeli obóz będzie zagrożony, nie masz prawa mnie powstrzymać - dodałam groźnie.
- Jasne - potaknął, ale jakoś mu nie uwierzyłam.
- Ashera zaatakowała najprawdopodobniej Azgeda - tłumaczył Lincoln wieczorem na kolacji. - Popytałem o ich wygląd. Nie próbowali nawet ukrywać swoich tatuaży. Podejrzewam, że wysłała ich Królowa Nia, tak samo jak tamtych, którzy porwali ciebie, Clarke. - Lincoln kiwnął na mnie głową.
- Myślisz, że byłaby w stanie nas zaatakować? - spytała Octavia.
- Teoretycznie tak - Nia nigdy nie ukrywała, że chce obalić Lexę, a zabicie Wanhedy umożliwiłoby jej to. Ale teraz kiedy jesteście jednym z klanów, komandor może potraktować atak na Arkadię jako zdradę i armia Azgedy musiałaby mierzyć się z armią wszystkich pozostałych klanów.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Bellamy posłał mi pełne ulgi spojrzenie. Odpowiedziałam nikłym uśmiechem, bo nadal byłam wściekła, że ukrywał przede mną tą głupią kartkę.
Potem jednak spojrzałam na Lincolna i mina mi zrzedła. Dostrzegłam, że ma coś jeszcze do powiedzenia i że nie będą to dobre wieści.
- Jest coś jeszcze, prawda? - spytała Octavia, zanim ja zdołałam to zrobić.
- Armia Azgedy jest naprawdę potężna i dobrze zorganizowana- zaczął, powoli ważąc słowa. - Gdyby nas zaatakowali, musieliby się liczyć z odsieczą. Ale zanim armia koalicji w ogóle by tu przyszła prawdopodobnie Arkadia zostałaby zrównana z ziemią. To nie byłaby pomoc, tylko zemsta.
- Już raz udałoby nam się pokonać atak Ziemian. W dodatku bez tak rozbudowanej technologii, jaką obecnie dysponujemy. - sprzeciwił się Bellamy.
- Mówimy tu o otwartej wojnie, a nie o jakiejś bitwie - odparł Lincoln. - Otoczyliby Arkadię, pozbawiając nas możliwości dostaw pokarmu. Umarlibyśmy z głodu. Moglibyśmy zgromadzić zapasy i postarać się przetrwać, aż armia Lexy przybędzie z pomocą, ale nie sądzę, żeby w ciągu pięciu dni udałoby nam się zebrać wystarczającą ilość pożywienia, żeby utrzymać przy życiu wszystkich obozowiczów.
- A Mount Weather? Tam też moglibyśmy się przenieść - zaproponowała Octavia.
- Już raz udało nam się tam dostać - odparł Bellamy. - Nie jest to niezawodna warownia.
- Ale lepsza niż otwarty teren - kłóciła się dziewczyna.
- Musimy wysłać kogoś z wiadomością do Lexy - zaproponował Lincoln. - Mogę jechać z Octavią i ją uprzedzić. Jeżeli będzie gotowa, mamy większe szanse. Podróż w dwie strony jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinna zając trzy dni. Wy przygotowalibyście się na atak. Musimy jeszcze tylko zawiadomić Kane'a....
Głowa mnie już bolała od tej rozmowy. Nie podobało mi się żadne wyjście. Uzależnienie od Lexy? Nie, dziękuję. Ostatnio była bardzo pomocna.... Ale to i tak lepsze niż okrutna śmierć. Mimo, że gdyby zaistniała taka potrzeba oddałabym się w ręce Ziemian, by ratować obóz, nie chciałam umierać. Czy to samolubne, że chciałam spędzić więcej czasu z Bellamym? Z mamą? Z Setką?
Chciałam dalej leczyć. Uczyć innych jak to robić. Wreszcie znaleźć czas na malowanie. Pójść z Bellamym na plażę. Doczekać zimy i ulepić bałwana - o czym czytałam w książkach i widziałam na nagraniach sprzed katastrofy.
Ten plan mógł się powieźć. Mogłam mieć tylko nadzieję, że tak właśnie będzie, a w razie konieczności przynajmniej pożegnać się z rodziną.
Lincoln i Octavia wyruszyli zaraz po kolacji, by nie tracić czasu. Bellamy oczywiście zamartwiał się o wszelkie niebezpieczeństwa na jakie będzie narażona jego siostra i Lincoln, ale już dawno nauczył się, że rozkazywanie Octavii i trzymanie jej pod kloszem, przynosi opłakane skutki.
Nam pozostało zawiadomić Kane'a i przygotować się do ewentualnego ataku. Wiedziałam, że te dni będą trudne do wytrzymania, jednak nie spodziewałam się, że czas będzie się tak dłużył. Każda godzina trwała wieczność. Musiałam stale znajdować sobie nowe zajęcia, by przezwyciężyć nudę.
Kanclerz uprzedził obozowiczów, że za kilka dni mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie, ale nie powiedział, że przeze mnie. Ograniczono porcje żywnościowe, by nie marnować zapasów, które staraliśmy się powiększyć jak najbardziej. Zebraliśmy wszystkich, którzy potrafili posługiwać się bronią i szykowaliśmy ich na bitwę. Inżynierowie i technicy obmyślali plany obrony i tworzyli pułapki wokół obozu.
Widząc tak przygotowaną Arkadię, trudno było mi uwierzyć, że do żadnej walki nie dojdzie, mimo że Bellamy usilnie starał się mnie o tym przekonać.
Drugiego dnia od wyjazdu Lincolna i Octavii na moment wszyscy zapomnieli o zagrożeniu. Z ekscytacją czekali aż ktoś przekaże im jakieś informację ze szpitala, gdzie razem z dwoma stażystami odbierałam poród. Mimo, że pomagałam przy porodach mamie na Arce, wiedziałam, że tym razem to coś specjalnego, bo miało to być pierwsze dziecko wśród naszych ludzi, które narodzi się na Ziemi. Obozowicze spekulowali, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka, jak nazwą je rodzice.
Poród trwał strasznie długo, ale na szczęście obyło się bez jakichkolwiek powikłań. Kiedy urodziła się zdrowa dziewczynka, od razu zaczęła głośno płakać, co wywołało szerokie uśmiechy u wszystkich obecnych w szpitalu. Nie mogłam nie odetchnąć z ulgą, kiedy zmęczona młoda matka, Kadia, przytuliła swoje dziecko do piersi i z miłością w oczach spojrzała na męża, Ethana.
- Jak ją nazwiemy? - zapytała.
- Czy Gaja będzie zbyt oczywiste? - odparł, siadając na łóżku przy Kadii i obejmując ją ramieniem.
- Pasuje do niej - odezwał się Louis.
Chwilę później stażysta zabrał od rodziców dziecko, by je umyć i zbadać. Gloria zajęła się natomiast matką dziecka, upewniając się, że wszystko z nią w porządku. Pogratulowałam młodemu ojcu i poszłam zmyć z siebie krew. Potem wyszłam ze szpitala, by przekazać radosną wiadomość Kane'owi. Po drodze byłam wielokrotnie zaczepiana i pytana o zajście. Choć starałam się nie zdradzać szczegółów, widziałam, że napięcie, które zagościło w Arkadii na moment ustąpiło.
Jednak radość i ekscytacja szybko zniknęły. Arkadyjczycy musieli wrócić do przygotowań, a czas nam się kończył. Zauważyłam też wzrastający niepokój Bellamy'ego. Chłopak drugiego dnia z trudem zasnął, a rano trzeciego nie mógł usiedzieć w miejscu, zamartwiając się o powrót siostry. Jednak Octavia i Lincoln nie pojawili się ani trzeciego, ani czwartego dnia. A co za tym idzie nie przybyła też Lexa ze swoją armią. Byliśmy zdani tylko na siebie i chyba tylko to powstrzymało Bellamy'ego przed wyruszenia na misję poszukiwawczą. Kiedy cała Arkadia była gotowa na atak, pozostało nam tylko czekać na wroga.
Nasza nikła nadzieja gasła z każdą minutą. Piątego dnia po południu siedziałam z Bellamym i naszą paczką przyjaciół niedaleko bramy, mając świetny widok na drogę, wypatrując Octavii i Lincolna, albo Ziemiańskich wojsk. Nikt nie mówił tego na głos, ale martwiliśmy się, co takiego mogło ich zatrzymać. Czy dotarli do Lexy? Czy coś im się stało po drodze? Jeżeli tak, Bellamy tego nie przeżyje. Nie chciałam, by cierpiał, a gdyby Octavii coś się stało, zwłaszcza z mojej winy...
Stop! nakazałam sobie w myślach. Nie możesz tak myśleć!
Mimo to zachowanie optymizmu, kiedy czas uciekał, było równie trudne jak podjęcie decyzji o zabiciu ludzi z Mount Weather.
Słońce z każdą chwilą wisiało niżej na horyzoncie. Zaczęła mnie ogarniać irracjonalna nadzieja, że jeżeli Ziemian jeszcze nie widać, to na pewno się nie pojawią.
W ciągu tych pięciu dni mijaliśmy się z Bellamym, zamieniliśmy ze sobą tylko kilka słów, a mimo to wiedziałam doskonale co chłopak czuje - troska i strach o siostrę, gniew na Ziemian i poczucie bezradności stale toczyły w nim walkę. Dodatkowo wcale nie żałował, że zataił przede mną prawdę. Pewnie uważał, że tak należało postąpić, nawet jeżeli poczuję się przez to zdradzona. I rzeczywiście tak właśnie się czułam.
Jednak kiedy zachód słońca się zbliżał, kiedy siedziałam obok chłopaka, wyciągnęłam rękę i splotłam swoją dłoń z jego, próbując go jakoś pocieszyć i wesprzeć. Jednocześnie, kiedy lekko ścisnął moją dłoń, uświadomiło mi to, że nie jestem sama, że jak zawsze mogę liczyć na jego pomoc i zrozumienie. Bellamy nawet próbował się uśmiechnąć, ale jego szczęka była tak zaciśnięta ze zdenerwowania, że wyszedł mu raczej grymas.
Najpierw usłyszeliśmy odgłos rogu. Dźwięk odbijał się echem od drzew, przez co nie mogliśmy precyzyjnie określić jak daleko jest wróg. Potem do naszych uszu dodarły okrzyki bitewne Ziemian, które zlewały się w jeden bezwładny hałas. To wszystko raniło nasze już i tak skołatane nerwy, niemalże doprowadzając do szaleństwa.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego że cała drżę, puki Bellamy nie chwycił mnie za raniona. Próbowałam się uspokoić, przeklinając się w duchu za tę chwilę słabości. Nie chciałam przecież, żeby Bellamy widział mnie po raz ostatni roztrzęsioną i bezbronną.
Świadomość tego, że już nigdy go nie zobaczę, przytłoczyła mnie i odebrała mowę.
- Kocham cię - wyszeptał Bellamy, patrząc na mnie z bólem w oczach. - Nigdy nie zapominaj.
- A ja kocham ciebie - odparłam cicho, próbując zapamiętać każdą bliznę, każdy detal jego cudownej twarzy. Żałowałam, że nigdy nie spróbowałam jej narysować.
Chciałam mu tyle jeszcze powiedzieć, ale nie wiedziałam od czego zacząć, dlatego milczałam. Zamiast tego przybliżyłam swoją twarz do jego i pocałowałam go, prawdopodobnie po raz ostatni w swoim życiu.
Kocham cię. Tak bardzo cię kocham.
Odsunęłam się od niego w chwili, gdy wśród Arkadyjczyków zaczęły rozbrzmiewać zdenerwowane pokrzykiwania. Odwróciłam twarz i spojrzałam na pole rozciągające się przed bramą Arkadii. Niemalże poczułam ulgę, wreszcie mogąc zobaczyć z kim się zmierzę, a raczej kto wykona wyrok śmierci na mnie. To nie była grupa ludzi. Wokół Arkadii gromadziła się prawdziwa armia, porównywalna do tej, która miała zaatakować Mount Weather.
- Mamy przerypane - usłyszałam za sobą głos Jaspera.
Nie mogłam dopuścić do walki. Miałam nadzieję, że jeżeli mnie zabiją, to nie zaatakują Arkadii w przypływie jakieś pierwotnej radości. Chciałabym walczyć. Naprawdę. Cała się gotowałam na myśl, że po prostu się poddam. Ale nie trzeba było być jakimś wybitnym strategiem, żeby obliczyć jakie mamy szansę. Nasz plan nie wypalił, Octavia i Lincoln gdzieś zaginęli. Jeżeli będzie możliwość, że nikt z moich ludzi nie umrze, zamierzałam oddać się w ręce Ziemian. Żałowałam tylko, że bardziej się nie postaraliśmy. Przecież już wcześniej udawała nam się pokonać potężnych wrogów, bez technologi jakimi teraz funkcjonowaliśmy. Ale zawierzyliśmy w to, że Lexa na pewno nam pomoże. Uzależniliśmy się od innych, zamiast polegać na swoich umiejętnościach. Owszem Arkadia była uzbrojona i ufortyfikowana. Ale czy to wystarczy?
Spojrzałam jeszcze raz na Bellamy'ego, który patrzył na mnie uważnie i nerwowo. Jednak było coś jeszcze, coś czego nie potrafiłam rozszyfrować. Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, Bellamy pochylił się i pocałował mnie w czubek głowy.
- Proszę, wybacz mi - wyszeptał, po czym kiwnął głową na kogoś siedzącego za mną.
Po chwili poczułam na ramieniu czyjąś dłoń, więc odwróciłam się zdezorientowana. Spojrzałam na Millera, który mnie trzymał, a gdy próbowałam się wyrwać, wzmocnił uścisk. Miał przepraszający wyraz twarz.
- Co się dzieje? - zapytałam i spojrzałam na Bellamy'ego, który wstał i odsunął się ode mnie.
- Pójdziesz z Millerem - głos Bellamy'ego był rozkazujący, wyprany z emocji. Nie patrzył na mnie. - Ziemianie nie powinni cię zauważyć. Ja pójdę za ciebie...
- Co takiego? - krzyknęłam, a w tej samej chwili Miller zasłonił mi usta.
Byłam przerażona. Na pewno bardziej niż gdyby atakowali mnie Ziemianie, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. Zaczęłam się szarpać, przez co Monty musiał pomóc Millerowi, który starał się być delikatny mimo wszystko. Ale dzięki temu odsłonił mi usta.
- Ziemianie wiedzą, że Wanheda to kobieta - wysyczałam w stronę Bellamy'ego, łypiąc na niego groźnie, bo tylko tyle mogłam zrobić z unieruchomionymi rękami. Inaczej już dawno bym mu przyłożyła.
- To powiem, że zabiłem Wanhedę, żeby uzyskać jej moc - odparł, wzruszając ramionami.
- Nawet największy idiota w to nie uwierzy!
- Przekonamy się - Bellamy zaczął się odsuwać od nas. Moje serce zaczęło bić dwa razy szybciej, kiedy zrozumiałam, że on naprawdę zamierza to zrobić.
- Bellamy, błagam cię! - mój głos przybrał błagalny ton.
Chłopak nie zwrócił na mnie uwagi, tylko odwrócił się i ruszył w stronę bramy. Naprałam tchu, żeby krzyknąć coś za nim, zatrzymać go, albo dać znać Ziemianom, że ich Wanheda żyje. Ale Miller musiał przewidzieć co zamierzam, bo znów zasłonił mi usta. Jednocześnie podniósł mnie na nogi i razem z Montym zaczęli odciągam mnie w stronę najbliższych drzwi prowadzących do Arki.
Kopałam, drapałam, wyrywałam się. Próbowałam coś krzyknąć. Ale nikt mi nie pomógł, zamiast tego Harper i Murphy złapali mnie za nogi. Miałam nadzieję, że Ziemianie zobaczą to zamieszanie, ale przed nami zebrał się tłum, który na pewno zasłaniał im widok.
Szarpiąc się, ugryzłam się w język i po chwili poczułam metaliczny smak krwi.
W głowie miałam mętlik. Próbowałam wyśledzić postać Bellamy'ego, dowiedzieć się, czy już wyszedł za bramę.
Zostałam zdradzona. Zaufałam mu, a on co? Myślał, że może mnie oszukiwać, działać za moimi plecami, żeby mnie "uratować"? Poświęcać siebie, żebym ja mogła żyć? Przecież Bellamy jest wart dziesięć razy tyle co ja!
Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, że jeżeli dzisiaj Bellamy przedstawi się jako Wanheda, jeżeli... zginie.... znienawidzę nie tylko Ziemian.... znienawidzę siebie.... znienawidzę Bellamy'ego.
Pogrzeb Ashera odbył się dwa dni po jego śmierci. To były chyba najgorsze dni w całej Arkadii. Wieść szybko się rozeszła. Mało było ludzi, którzy by go nie znali. Dlatego wszyscy pogrążyliśmy się we wspólnej żałobie, szczególnie widocznej wśród nastolatków z Setki. Na ceremonii zgromadziło się wiele osób.
Miejsce Kane'a przy ciele chłopaka zajął Bellamy, którego Setka wyznaczyła na swojego przedstawiciela. Niektórzy uważali, że najlepszym wyborem byłby Miller, jako jego najlepszy przyjaciel, ale chłopak odmówił. Teraz stojąc w pierwszym rzędzie uparcie odwracał wzrok od ciała Ashera. Każdy radzi sobie z żałobą w inny sposób.
Bellamy spojrzał najpierw na Ashera, potem na zgromadzony tłum. Był zmęczony. Od dwóch dni prawie nie spał, zresztą jak większość nas.
- Pewnie niektórzy zastanawiają się, dlaczego pogrzeb odbywa się tutaj, koło kapsuły, a nie w okolicy Arkadii. - zaczął. - Powodów jest wiele. Jednym jest to, że w tym miejscu chowaliśmy naszych przyjaciół z Setki, którzy zmarli podczas pierwszych miesięcy naszego pobytu na Ziemi. To oczywiste. Asher należał do Setki. Był naszym przyjacielem. Był jak rodzina dla wielu z nas. Mało kto potrafił nas tak rozśmieszyć. Ale nie tylko dlatego wybraliśmy to miejsce. Kilka tygodni temu na jednej z imprez, kiedy gwiazdy były najlepiej widoczne, Asher powiedział patrząc w niebo: " Chciałbym zostać pochowany właśnie pod takim widokiem. Nie spalony. Pochowany w Ziemi, na którą tyle czekałem, żebym już zawsze mógł patrzeć w gwiazdy." - Bellamy spojrzał na ciało okryte czystym, białym materiałem. - Dzisiejszego dnia nie chowamy Ashera. Spełniamy jego życzenie. Nie mogliśmy go uratować. Przynajmniej tyle możemy zrobić w zamian. - przerwał na chwilę, a gdy kontynuował, głos miał silny i donośny. - Nie żegnamy cię, Asher. Jeszcze się kiedyś spotkamy.
- Jeszcze się kiedyś spotkamy. - powtórzyliśmy za Bellamym.
Czułam spływające łzy po policzkach, kiedy Bellamy podszedł do mnie i objął mnie ramieniem. Staliśmy jeszcze chwilę, patrząc w ponurej ciszy, przerywanej tylko cichym łkaniem, jak ciało Ashera zostało złożone do wykopanej wcześniej dziury w ziemi, która miała stać się jego grobem. Kiedy go zasypano, musieliśmy już wracać do obozu. Już od dwóch dni obowiązywał zakaz wychodzenie poza Arkadię, jednak na pogrzeb Ashera zrobiono wyjątek. Chociaż i tak byliśmy otoczeni przez uzbrojonych strażników.
Tylko o tym marzyłam. Żeby do obozu znów wdarł się strach przed Ziemią. Dzięki Ziemianie. Jak zwykle jesteście bardzo pomocni.
Podczas drogi powrotnej wszyscy nadal przeżywali ostatnie wydarzenia. Na domiar złego słońce, które świeciło rano, teraz zaszło, przysłonięte przez burzowe chmury. Zerwał się przenikliwy wiatr, który targał liście, włosy i ubrania.
Zadrżałam, obejmując się ramionami, żałując, że nie zabrałam kurtki z obozu. Po chwili poczułam ciepłą tkaninę, okrywającą moje ramiona. Podniosłam wzrok na Bellamy'ego, który szedł obok mnie i udawał, że nie widzi mojego spojrzenia.
- Chyba żartujesz - odezwałam się, próbując zwrócić mu kurtkę.
- Nie - odebrał ode mnie ubranie tylko po to, żeby z powrotem zarzucić mi je na ramiona. - Pani doktor nie może być chora, bo zarazi swoich pacjentów. A tego przecież nie chcemy? - mówił z lekkim uśmiechem, który jednak nie sięgał oczu, które nadal pozostały smutne i poważne.
- Ja nie choruję - odparłam zgryźliwie, wsuwając ręce do rękawów, które były zdecydowanie za długie. Czułam się trochę jak dziecko, które założyło ubranie swojego rodzica.
- Oczywiście.
Zapadła między nami cisza. Szliśmy wolno, jakby podświadomie wiedząc, że prędko nie będziemy mogli wyjść poza obóz bez nadzoru. Pozwoliliśmy by inni nas mijali, aż w końcu zostaliśmy z samego tyłu.
Włożyłam ręce do kieszeni kurtki Bellamy'ego. Wyczułam jakiś kawałek papieru i odruchowo go wyciągnęłam. Była to zmięta kartka, która po rozprostowaniu okazała się niedbale zapisaną wiadomością.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że się zatrzymałam, puki Bellamy nie zawołał mnie po imieniu.
- Co się stało? - zapytał przechodzący obok nas strażnik.
- Ja...- zaczęłam zmieszana, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wszystko w porządku, zaraz was dogonimy - odparł Bellamy za mnie. Kiedy nieprzekonany strażnik odsunął się od nas, Bellamy odezwał się do mnie podejrzanie opiekuńczym tonem. - Clarke...
- Co to jest? - zapytałam, próbując powstrzymać drżenie głosu.
- Proszę cię... - spojrzałam na jego udręczoną twarz.
- Skąd to masz? - wskazałam na kartkę. - Gdzie to znalazłeś?
Milczał. Patrzył tylko na mnie uparcie, jakby prosząc bym dała spokój, żebym już nie ciągnęła tej rozmowy.
- Na miejscu ataku na patrol Ashera, tak? - domyśliłam się. Poznałam po jego oczach, że się nie mylę. - Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
Rzuciłam kartką w jego pierś.
- Nie chciałem cię jeszcze bardziej martwić - powiedział to tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- A nie pomyślałeś, że to dotyczy m n i e ? - krzyknęłam. - Przeczytałeś to w ogóle? "Wanheda ma się oddać w nasze ręce za pięć dni, albo zaatakujemy Skaikru". - wyrecytowałam to, co przeczytałam na kartce. - Pomyślałeś o konsekwencjach? Jeżeli nie pójdę...- krzyczałam dalej.
- Ciszej - szepnął Bellamy, zbliżając się do mnie. - Kane zakazał nam o tym rozmawiać....
- Kane wie? - zapytałam osłupiała.
- Przecież nie zachowałem tej informacji tylko dla siebie! - zirytował się Bellamy.
- Kto jeszcze? - zapytałam.
- Twoja mama. I Lincoln.
- A mnie nie raczyliście zawiadomić.
- Nie możemy o tym tutaj rozmawiać. Nie jest bezpiecznie - Bellamy objął mnie ramieniem i zaczął prowadzić w stronę obozu, choć miałam wielką ochotę wyrwać mu się.
- Kane nie chciał cię zawiadamiać, bo nie wymyśliliśmy jeszcze żadnego rozwiązania- tłumaczył mi szeptem.
- Jak dla mnie to oczywiste - odszeptałam.
- Wcale nie!- podniósł głos, ale za chwile go zniżył. - Nie pójdziesz na spotkanie śmierci tak po prostu, rozumiesz?
- Przecież wyraźnie napisali, że nas zaatakują, jeżeli tego nie zrobię!
- Nie wiadomo, czy to były uzasadnione groźby! Równie dobrze może to być trójka Ziemian jak ostatnio. Lincoln ma się dowiedzieć, kto mógłby za tym stać. Ocenimy nasze szanse. Potem możemy rozważyć negocjacje. Dobrze?
- Ale jeżeli obóz będzie zagrożony, nie masz prawa mnie powstrzymać - dodałam groźnie.
- Jasne - potaknął, ale jakoś mu nie uwierzyłam.
- Ashera zaatakowała najprawdopodobniej Azgeda - tłumaczył Lincoln wieczorem na kolacji. - Popytałem o ich wygląd. Nie próbowali nawet ukrywać swoich tatuaży. Podejrzewam, że wysłała ich Królowa Nia, tak samo jak tamtych, którzy porwali ciebie, Clarke. - Lincoln kiwnął na mnie głową.
- Myślisz, że byłaby w stanie nas zaatakować? - spytała Octavia.
- Teoretycznie tak - Nia nigdy nie ukrywała, że chce obalić Lexę, a zabicie Wanhedy umożliwiłoby jej to. Ale teraz kiedy jesteście jednym z klanów, komandor może potraktować atak na Arkadię jako zdradę i armia Azgedy musiałaby mierzyć się z armią wszystkich pozostałych klanów.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Bellamy posłał mi pełne ulgi spojrzenie. Odpowiedziałam nikłym uśmiechem, bo nadal byłam wściekła, że ukrywał przede mną tą głupią kartkę.
Potem jednak spojrzałam na Lincolna i mina mi zrzedła. Dostrzegłam, że ma coś jeszcze do powiedzenia i że nie będą to dobre wieści.
- Jest coś jeszcze, prawda? - spytała Octavia, zanim ja zdołałam to zrobić.
- Armia Azgedy jest naprawdę potężna i dobrze zorganizowana- zaczął, powoli ważąc słowa. - Gdyby nas zaatakowali, musieliby się liczyć z odsieczą. Ale zanim armia koalicji w ogóle by tu przyszła prawdopodobnie Arkadia zostałaby zrównana z ziemią. To nie byłaby pomoc, tylko zemsta.
- Już raz udałoby nam się pokonać atak Ziemian. W dodatku bez tak rozbudowanej technologii, jaką obecnie dysponujemy. - sprzeciwił się Bellamy.
- Mówimy tu o otwartej wojnie, a nie o jakiejś bitwie - odparł Lincoln. - Otoczyliby Arkadię, pozbawiając nas możliwości dostaw pokarmu. Umarlibyśmy z głodu. Moglibyśmy zgromadzić zapasy i postarać się przetrwać, aż armia Lexy przybędzie z pomocą, ale nie sądzę, żeby w ciągu pięciu dni udałoby nam się zebrać wystarczającą ilość pożywienia, żeby utrzymać przy życiu wszystkich obozowiczów.
- A Mount Weather? Tam też moglibyśmy się przenieść - zaproponowała Octavia.
- Już raz udało nam się tam dostać - odparł Bellamy. - Nie jest to niezawodna warownia.
- Ale lepsza niż otwarty teren - kłóciła się dziewczyna.
- Musimy wysłać kogoś z wiadomością do Lexy - zaproponował Lincoln. - Mogę jechać z Octavią i ją uprzedzić. Jeżeli będzie gotowa, mamy większe szanse. Podróż w dwie strony jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinna zając trzy dni. Wy przygotowalibyście się na atak. Musimy jeszcze tylko zawiadomić Kane'a....
Głowa mnie już bolała od tej rozmowy. Nie podobało mi się żadne wyjście. Uzależnienie od Lexy? Nie, dziękuję. Ostatnio była bardzo pomocna.... Ale to i tak lepsze niż okrutna śmierć. Mimo, że gdyby zaistniała taka potrzeba oddałabym się w ręce Ziemian, by ratować obóz, nie chciałam umierać. Czy to samolubne, że chciałam spędzić więcej czasu z Bellamym? Z mamą? Z Setką?
Chciałam dalej leczyć. Uczyć innych jak to robić. Wreszcie znaleźć czas na malowanie. Pójść z Bellamym na plażę. Doczekać zimy i ulepić bałwana - o czym czytałam w książkach i widziałam na nagraniach sprzed katastrofy.
Ten plan mógł się powieźć. Mogłam mieć tylko nadzieję, że tak właśnie będzie, a w razie konieczności przynajmniej pożegnać się z rodziną.
Lincoln i Octavia wyruszyli zaraz po kolacji, by nie tracić czasu. Bellamy oczywiście zamartwiał się o wszelkie niebezpieczeństwa na jakie będzie narażona jego siostra i Lincoln, ale już dawno nauczył się, że rozkazywanie Octavii i trzymanie jej pod kloszem, przynosi opłakane skutki.
Nam pozostało zawiadomić Kane'a i przygotować się do ewentualnego ataku. Wiedziałam, że te dni będą trudne do wytrzymania, jednak nie spodziewałam się, że czas będzie się tak dłużył. Każda godzina trwała wieczność. Musiałam stale znajdować sobie nowe zajęcia, by przezwyciężyć nudę.
Kanclerz uprzedził obozowiczów, że za kilka dni mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie, ale nie powiedział, że przeze mnie. Ograniczono porcje żywnościowe, by nie marnować zapasów, które staraliśmy się powiększyć jak najbardziej. Zebraliśmy wszystkich, którzy potrafili posługiwać się bronią i szykowaliśmy ich na bitwę. Inżynierowie i technicy obmyślali plany obrony i tworzyli pułapki wokół obozu.
Widząc tak przygotowaną Arkadię, trudno było mi uwierzyć, że do żadnej walki nie dojdzie, mimo że Bellamy usilnie starał się mnie o tym przekonać.
Drugiego dnia od wyjazdu Lincolna i Octavii na moment wszyscy zapomnieli o zagrożeniu. Z ekscytacją czekali aż ktoś przekaże im jakieś informację ze szpitala, gdzie razem z dwoma stażystami odbierałam poród. Mimo, że pomagałam przy porodach mamie na Arce, wiedziałam, że tym razem to coś specjalnego, bo miało to być pierwsze dziecko wśród naszych ludzi, które narodzi się na Ziemi. Obozowicze spekulowali, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka, jak nazwą je rodzice.
Poród trwał strasznie długo, ale na szczęście obyło się bez jakichkolwiek powikłań. Kiedy urodziła się zdrowa dziewczynka, od razu zaczęła głośno płakać, co wywołało szerokie uśmiechy u wszystkich obecnych w szpitalu. Nie mogłam nie odetchnąć z ulgą, kiedy zmęczona młoda matka, Kadia, przytuliła swoje dziecko do piersi i z miłością w oczach spojrzała na męża, Ethana.
- Jak ją nazwiemy? - zapytała.
- Czy Gaja będzie zbyt oczywiste? - odparł, siadając na łóżku przy Kadii i obejmując ją ramieniem.
- Pasuje do niej - odezwał się Louis.
Chwilę później stażysta zabrał od rodziców dziecko, by je umyć i zbadać. Gloria zajęła się natomiast matką dziecka, upewniając się, że wszystko z nią w porządku. Pogratulowałam młodemu ojcu i poszłam zmyć z siebie krew. Potem wyszłam ze szpitala, by przekazać radosną wiadomość Kane'owi. Po drodze byłam wielokrotnie zaczepiana i pytana o zajście. Choć starałam się nie zdradzać szczegółów, widziałam, że napięcie, które zagościło w Arkadii na moment ustąpiło.
Jednak radość i ekscytacja szybko zniknęły. Arkadyjczycy musieli wrócić do przygotowań, a czas nam się kończył. Zauważyłam też wzrastający niepokój Bellamy'ego. Chłopak drugiego dnia z trudem zasnął, a rano trzeciego nie mógł usiedzieć w miejscu, zamartwiając się o powrót siostry. Jednak Octavia i Lincoln nie pojawili się ani trzeciego, ani czwartego dnia. A co za tym idzie nie przybyła też Lexa ze swoją armią. Byliśmy zdani tylko na siebie i chyba tylko to powstrzymało Bellamy'ego przed wyruszenia na misję poszukiwawczą. Kiedy cała Arkadia była gotowa na atak, pozostało nam tylko czekać na wroga.
Nasza nikła nadzieja gasła z każdą minutą. Piątego dnia po południu siedziałam z Bellamym i naszą paczką przyjaciół niedaleko bramy, mając świetny widok na drogę, wypatrując Octavii i Lincolna, albo Ziemiańskich wojsk. Nikt nie mówił tego na głos, ale martwiliśmy się, co takiego mogło ich zatrzymać. Czy dotarli do Lexy? Czy coś im się stało po drodze? Jeżeli tak, Bellamy tego nie przeżyje. Nie chciałam, by cierpiał, a gdyby Octavii coś się stało, zwłaszcza z mojej winy...
Stop! nakazałam sobie w myślach. Nie możesz tak myśleć!
Mimo to zachowanie optymizmu, kiedy czas uciekał, było równie trudne jak podjęcie decyzji o zabiciu ludzi z Mount Weather.
Słońce z każdą chwilą wisiało niżej na horyzoncie. Zaczęła mnie ogarniać irracjonalna nadzieja, że jeżeli Ziemian jeszcze nie widać, to na pewno się nie pojawią.
W ciągu tych pięciu dni mijaliśmy się z Bellamym, zamieniliśmy ze sobą tylko kilka słów, a mimo to wiedziałam doskonale co chłopak czuje - troska i strach o siostrę, gniew na Ziemian i poczucie bezradności stale toczyły w nim walkę. Dodatkowo wcale nie żałował, że zataił przede mną prawdę. Pewnie uważał, że tak należało postąpić, nawet jeżeli poczuję się przez to zdradzona. I rzeczywiście tak właśnie się czułam.
Jednak kiedy zachód słońca się zbliżał, kiedy siedziałam obok chłopaka, wyciągnęłam rękę i splotłam swoją dłoń z jego, próbując go jakoś pocieszyć i wesprzeć. Jednocześnie, kiedy lekko ścisnął moją dłoń, uświadomiło mi to, że nie jestem sama, że jak zawsze mogę liczyć na jego pomoc i zrozumienie. Bellamy nawet próbował się uśmiechnąć, ale jego szczęka była tak zaciśnięta ze zdenerwowania, że wyszedł mu raczej grymas.
Najpierw usłyszeliśmy odgłos rogu. Dźwięk odbijał się echem od drzew, przez co nie mogliśmy precyzyjnie określić jak daleko jest wróg. Potem do naszych uszu dodarły okrzyki bitewne Ziemian, które zlewały się w jeden bezwładny hałas. To wszystko raniło nasze już i tak skołatane nerwy, niemalże doprowadzając do szaleństwa.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego że cała drżę, puki Bellamy nie chwycił mnie za raniona. Próbowałam się uspokoić, przeklinając się w duchu za tę chwilę słabości. Nie chciałam przecież, żeby Bellamy widział mnie po raz ostatni roztrzęsioną i bezbronną.
Świadomość tego, że już nigdy go nie zobaczę, przytłoczyła mnie i odebrała mowę.
- Kocham cię - wyszeptał Bellamy, patrząc na mnie z bólem w oczach. - Nigdy nie zapominaj.
- A ja kocham ciebie - odparłam cicho, próbując zapamiętać każdą bliznę, każdy detal jego cudownej twarzy. Żałowałam, że nigdy nie spróbowałam jej narysować.
Chciałam mu tyle jeszcze powiedzieć, ale nie wiedziałam od czego zacząć, dlatego milczałam. Zamiast tego przybliżyłam swoją twarz do jego i pocałowałam go, prawdopodobnie po raz ostatni w swoim życiu.
Kocham cię. Tak bardzo cię kocham.
Odsunęłam się od niego w chwili, gdy wśród Arkadyjczyków zaczęły rozbrzmiewać zdenerwowane pokrzykiwania. Odwróciłam twarz i spojrzałam na pole rozciągające się przed bramą Arkadii. Niemalże poczułam ulgę, wreszcie mogąc zobaczyć z kim się zmierzę, a raczej kto wykona wyrok śmierci na mnie. To nie była grupa ludzi. Wokół Arkadii gromadziła się prawdziwa armia, porównywalna do tej, która miała zaatakować Mount Weather.
- Mamy przerypane - usłyszałam za sobą głos Jaspera.
Nie mogłam dopuścić do walki. Miałam nadzieję, że jeżeli mnie zabiją, to nie zaatakują Arkadii w przypływie jakieś pierwotnej radości. Chciałabym walczyć. Naprawdę. Cała się gotowałam na myśl, że po prostu się poddam. Ale nie trzeba było być jakimś wybitnym strategiem, żeby obliczyć jakie mamy szansę. Nasz plan nie wypalił, Octavia i Lincoln gdzieś zaginęli. Jeżeli będzie możliwość, że nikt z moich ludzi nie umrze, zamierzałam oddać się w ręce Ziemian. Żałowałam tylko, że bardziej się nie postaraliśmy. Przecież już wcześniej udawała nam się pokonać potężnych wrogów, bez technologi jakimi teraz funkcjonowaliśmy. Ale zawierzyliśmy w to, że Lexa na pewno nam pomoże. Uzależniliśmy się od innych, zamiast polegać na swoich umiejętnościach. Owszem Arkadia była uzbrojona i ufortyfikowana. Ale czy to wystarczy?
Spojrzałam jeszcze raz na Bellamy'ego, który patrzył na mnie uważnie i nerwowo. Jednak było coś jeszcze, coś czego nie potrafiłam rozszyfrować. Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, Bellamy pochylił się i pocałował mnie w czubek głowy.
- Proszę, wybacz mi - wyszeptał, po czym kiwnął głową na kogoś siedzącego za mną.
Po chwili poczułam na ramieniu czyjąś dłoń, więc odwróciłam się zdezorientowana. Spojrzałam na Millera, który mnie trzymał, a gdy próbowałam się wyrwać, wzmocnił uścisk. Miał przepraszający wyraz twarz.
- Co się dzieje? - zapytałam i spojrzałam na Bellamy'ego, który wstał i odsunął się ode mnie.
- Pójdziesz z Millerem - głos Bellamy'ego był rozkazujący, wyprany z emocji. Nie patrzył na mnie. - Ziemianie nie powinni cię zauważyć. Ja pójdę za ciebie...
- Co takiego? - krzyknęłam, a w tej samej chwili Miller zasłonił mi usta.
Byłam przerażona. Na pewno bardziej niż gdyby atakowali mnie Ziemianie, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. Zaczęłam się szarpać, przez co Monty musiał pomóc Millerowi, który starał się być delikatny mimo wszystko. Ale dzięki temu odsłonił mi usta.
- Ziemianie wiedzą, że Wanheda to kobieta - wysyczałam w stronę Bellamy'ego, łypiąc na niego groźnie, bo tylko tyle mogłam zrobić z unieruchomionymi rękami. Inaczej już dawno bym mu przyłożyła.
- To powiem, że zabiłem Wanhedę, żeby uzyskać jej moc - odparł, wzruszając ramionami.
- Nawet największy idiota w to nie uwierzy!
- Przekonamy się - Bellamy zaczął się odsuwać od nas. Moje serce zaczęło bić dwa razy szybciej, kiedy zrozumiałam, że on naprawdę zamierza to zrobić.
- Bellamy, błagam cię! - mój głos przybrał błagalny ton.
Chłopak nie zwrócił na mnie uwagi, tylko odwrócił się i ruszył w stronę bramy. Naprałam tchu, żeby krzyknąć coś za nim, zatrzymać go, albo dać znać Ziemianom, że ich Wanheda żyje. Ale Miller musiał przewidzieć co zamierzam, bo znów zasłonił mi usta. Jednocześnie podniósł mnie na nogi i razem z Montym zaczęli odciągam mnie w stronę najbliższych drzwi prowadzących do Arki.
Kopałam, drapałam, wyrywałam się. Próbowałam coś krzyknąć. Ale nikt mi nie pomógł, zamiast tego Harper i Murphy złapali mnie za nogi. Miałam nadzieję, że Ziemianie zobaczą to zamieszanie, ale przed nami zebrał się tłum, który na pewno zasłaniał im widok.
Szarpiąc się, ugryzłam się w język i po chwili poczułam metaliczny smak krwi.
W głowie miałam mętlik. Próbowałam wyśledzić postać Bellamy'ego, dowiedzieć się, czy już wyszedł za bramę.
Zostałam zdradzona. Zaufałam mu, a on co? Myślał, że może mnie oszukiwać, działać za moimi plecami, żeby mnie "uratować"? Poświęcać siebie, żebym ja mogła żyć? Przecież Bellamy jest wart dziesięć razy tyle co ja!
Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, że jeżeli dzisiaj Bellamy przedstawi się jako Wanheda, jeżeli... zginie.... znienawidzę nie tylko Ziemian.... znienawidzę siebie.... znienawidzę Bellamy'ego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)