- Jesteś pewna? - zapytała po raz dziesiąty Cristy, dziewczyna z Setki, na którą wcześniej nigdy nie zwracałam większej uwagi.
- Cristy, rób ten tatuaż, bo jeszcze nasza księżniczka się rozmyśli! - zawołał Asher, stojący w grupie nastolatków, stojących wokół mnie i Cristy.
- Ciesze się, że jestem dla was świetnym widowiskiem - mruknęłam w jego stronę, po czym zwróciłam się dziewczyny. - Jestem pewna. Tylko błagam oczyść tą igłę porządnie.
Cristy zaśmiała się i najpierw zanurzyła igłę w alkoholu, a potem włożyła do ognia na kilkanaście minut. Potem przemyła alkoholem także mój obojczyk i przystąpiła do pracy. Próbowałam skupić się na myśleniu, by nie czuć nieprzyjemnego bólu. Ale trudno się skupić, kiedy dwunastu nastolatków stoi nad tobą i bawi się w najlepsze, żartując z ciebie.
Cristy tak jak ja uwielbiała malować. To ona stała się główną tatuażystką i z tego co wiedziałam, większość jej "klientów" była zadowolona.
Po czterdziestu minutach, kiedy lewy obojczyk i skóra wokół niego piekły mnie żywym ogniem, dziewczyna oznajmiła, że skończyła. Nałożyła na tatuaż czysty opatrunek i uśmiechnęła się do mnie.
- Kiedy opuchlizna zejdzie, możesz ściągnąć bandaż - poinstruowała mnie.
- Jeśli - mruknął Asher, a ja posłałam mu najbardziej zabójcze spojrzenie, na jakie było mnie stać.
- Dzięki - zwróciłam się do tatuażystki. - Właśnie tego potrzebowałam.
- Bólu? - zdziwiła się Cristy.
- Zawsze wiedziałem, Clarke, że jesteś masochistką! - zawołał Asher.
Zignorowałam go.
- Odrobiny szaleństwa - odparłam szczerze.
Po tygodniu odważyłam się ściągnąć opatrunek. Wszyscy dziwili się co mi się stało, a ja odpowiadałam wymijająco. Nie chciałam się jeszcze przyznawać do tej chwili słabości, kiedy buntownicza cześć mnie, zazwyczaj ukryta, przeważyła.
Jednak tatuaż mi się podobał. Nie był duży i nie rzucał się tak bardzo w oczy, a wiele dla mnie znaczył. Wyprostowałam się i wyszłam z pokoju na korytarz. Na śniadaniu dosiadłam się do Setki, dzięki czemu już od samego rana mogłam przyzwyczaić się do tych zaskoczonych spojrzeń.
W całkiem dobrym humorze wyszłam z jadalni w stronę szpitala. Oczywiście nie spodziewałam się, że po paru zakrętkach natknę się na Bellamy'ego. Ostatnimi czasy ciągle się mijaliśmy i nie mieliśmy tak naprawdę chwili porozmawiać. Jednocześnie strasznie mnie to bolało, ale także służyło mojemu planowi "pozostania tylko przyjaciółmi".
- O, Clarke! - zawołał, zaskoczony moim widokiem. - Właśnie cię szuka....- jego spojrzenie zatrzymało się na moim obojczyku.
Wyciągnął powoli rękę i odchylił krawędź mojej koszulki, by w całości zobaczyć tatuaż. Robiąc to musnął palcami moją skórę, a ja musiałam nieźle się skupić, żeby opanować dreszcz. Oddychałam głęboko, bo bałam się, że może usłyszy szybkie bicie mojego serca. Dlaczego, pytam, dlaczego, musiałam w taki sposób reagować na jego bliskość?
- Oso gonplei nou ste odon? -zapytał, odrywając wzrok od czarnych słów napisanych na mojej skórze. Spróbowałam odwrócić wzrok od jego brązowych tęczówek, od jego badawczego spojrzenia, bo bałam się, że wyczyta z mojej twarzy wszystko, co tak bardzo starałam się ukryć, od kiedy wróciłam do Arkadii po porwaniu.
- Nasza walka się nie skończyła - przetłumaczyłam, wzruszając ramionami.
Zerknęłam na niego, chcąc sprawdzić, czy znowu się wścieka. Miałby wiele powodów - moje ponure myśli, okaleczanie własnego ciała - chociaż to nie było okaleczanie i to moje ciało więc nie ma do niego prawa! Ale on tylko uśmiechał się ponuro.
- Trafiłaś w samo sedno, prawda? - zapytał, kręcąc głową.
Odchrząkałam.
- Czemu mnie szukałeś? - spróbowałam zmienić temat.
- Chciałem spytać, czy idziesz dziś do kapsuły? - odparł, przekrzywiając leciutko głowę.
Kiedy tak na mnie patrzył, mogłam myśleć tylko o tym, jak przystojnie dziś wygląda. Nie chciałam tego, ale nie mogłam się powstrzymać - a przecież był ubrany w zwykły podkoszulek, bojówki i kurtkę! Codziennie go widziałam w podobnym stroju. Dlaczego więc musiałam zauważyć, że te zwykłe ciuchy tak dobrze na nim leżą? Że przydługie włosy świetnie komponowały się z jego ciemnymi oczami i śniadą karnacją? Zresztą loki wpadały mu do oczu i ktoś powinien je odgarnąć....
Nie! STOP! Przestań tak o nim myśleć! Zaraz.... O co on pytał?
- Ymmm... - wyjąkałam, mając ochotę zapaść się pod ziemię.
Bellamy był za to coraz bardziej rozbawiony.
- Ja... chyba tak - zaryzykowałam, obserwując go uważnie, próbując się domyślić o co pytał.
- Nie masz pojęcia, co mówiłem? - zauważył, a ja zaczerwieniłam się.
Że też potrafił tak dobrze czytać z mojej twarzy.
- No nie.... Wybacz, niezbyt dobrze dziś spałam - postanowiłam, powiedzieć coś co było prawdą, by broń Boże nie wyczytał z mojej twarzy co w rzeczywistości zaprzątało mi głowę. Nie spałam dobrze- nie skłamałam, bo mimo, że załatwiłam już wszystkie niedokończone sprawy, to nadal miałam koszmary, które nie dawały mi spać w nocy.
Jednak gdy zobaczyłam niepokój na twarzy Bellamy'ego natychmiast pożałowałam szczerości. Nie chciałam go martwić. Ale przynajmniej zajął myśli czymś innym....
- Koszmary? - zapytał, świdrując mnie wzrokiem.
Wzruszyłam ramionami, starając się wyglądać na jak najbardziej rozluźnioną i obojętną.
- Wiesz jak jest.
- Wiem - z tego jednego słowa wyczytałam, że naprawdę mnie rozumie.
Zresztą co ja się zastanawiam. Zawsze mnie rozumiał.
Otworzyłam usta, by w jakiś sposób odpowiedzieć, ale w tej chwili zobaczyłam biegnącą w naszą stronę Glorię.
- Clarke! Nagły przypadek! Musisz nam pomóc! - zawołała, gdy tylko mnie zobaczyła.
Odsunęłam się od chłopaka, który nadal uważnie mnie obserwował.
- Widzimy się wieczorem - powiedział na pożegnanie, gdy go wymijałam.
Odwróciłam jeszcze głowę, by spojrzeć na niego - przetarł dłonią twarz. Wydawał się zmęczony i zmartwiony.
- Niezły przystojniak z tego Bellamy'ego, nie uważasz? - wyszeptała Gloria, gdy spieszyłyśmy w stronę szpitala.
- Nigdy nie zwracałam na to uwagi - skłamałam.
- Wszystkie dziewczyny ci zazdroszczą twojej przyjaźni z nim - dodała konspiracyjnym szeptem. Jednocześnie uśmiechała się szeroko.
- Nie ma czego - odparłam, przyspieszając kroku.
Naprawdę nie było. Te dziewczyny powinny zazdrościć Ginie. Przecież ja tez jej zazdrościłam.
- Chodź szybciej. Nagły przypadek, pamiętasz? - zmieniłam temat, tonem ostrzejszym niż zamierzałam.
Gloria w odpowiedzi tylko zachichotała.
Tego dnia wokół kapsuły zorganizowano imprezę. Czy było to mądre? Nie. Czy było to bezpieczne? W życiu. Może dlatego tak wszystkich cieszyło. Może pokój z Ziemianami dał wszystkim poczucie bezpieczeństwa? Mnie na pewno nie. Ale nie przeszkadzało mi to we wspólnej zabawie. Pierwszy raz od dawna pozwoliłam sobie na chwilę nierozwagi.
Ktoś przeszmuglował radio i płyty. Ktoś inny przyniósł alkohol, który niebezpiecznie przypominał bimber pędzony przez Monty'ego i Jaspera. Po dwóch godzinach na polanie zaroiło się od tańczących w rytm głośniej muzyki pijanych nastolatków. Przypominało mi to pierwsze dni po lądowaniu, gdy nie obowiązywały żadne zasady. Teraz jednak było inaczej. Więc wypierając niemiłe wspomnienia przyłączyłam się do zabawy, śmiejąc się, tańcząc i pijąc z innymi. Po pewnym czasie nie byłam w stanie już więcej pić. Było mi gorąco, duszno i niedobrze. Kręciło mi się w głowie. Oddaliłam się od roztańczonego tłumu w stronę lasu, by trochę odetchnąć.
Rześki i chłodny wiatr chłodził moją rozpaloną skórę. Wzięłam kilka głębokich oddechów, wciągając w płuca pachnące lasem powietrze. Coraz bardziej oddalałam się od polany, mijając zajęte sobą pary nastolatków. Po pewnym czasie przystanęłam, kiedy muzyka przycichła i spojrzałam w górę na rozgwieżdżone niebo. To stamtąd pochodziłam. Tam się urodziłam. Tam się wychowałam. W kosmosie. Pośród gwiazd. Ale od dziecka marzyłam o Ziemi. I teraz stąpając po leśnej ściółce, wdychając ziemskie powietrze, czułam, że jestem w domu.
Spoglądałam w gwieździsta przestrzeń, widoczną ponad czubkami drzew i starałam się zapamiętać ten widok, by go później narysować. Nie wiedząc kiedy, zaczęłam się kręcić wokół własnej osi, wpatrzona w ten cudowny widok. W pewnym momencie, tak mi się kręciło w głowie, że musiałam się zatrzymać. Kiedy to jednak zrobiłam, zachwiałam się. Przed upadkiem powstrzymały mnie silne ramiona. Podniosłam wzrok, by natrafić na ciemne oczy Bellamy'ego. Miał na sobie koszule, a jej pierwsze dwa guziki były rozpięte, odsłaniając nieduży kawałek skóry. Gdybym nie była tak pijana, pewnie od razu odwróciłabym wzrok. Zresztą, pewnie nie zwróciłabym na to uwagi, przecież, już wcześniej widziałam go bez koszulki. Ale teraz oblałam się rumieńcem i ledwo powstrzymałam się od głupiego chichotu.
- Nie powinnaś tyle pić - odezwał się przyjemnym szeptem.
Poczułam się jak karcone dziecko, więc odepchnęłam się od jego klatki piersiowej, czując pod palcami wyrzeźbione mięśnie.
- A ty ile wypiłeś? - zapytałam naburmuszonym tonem.
- Za dużo.
Nadal stał bardzo blisko. Za blisko. Powinien się odsunąć. Gdzie jego dziewczyna? Czemu go nie pilnuje?
- Ale czuję się świetnie. Naprawdę. Nawet kilku Ziemian może mnie teraz zaatakować. Pokonam wszystkich, albo dam się złapać.... - paplałam bez sensu, nie wiedząc jak przerwać jego uciążliwe milczenie.
Postanowiłam się cofnąć i odejść, ale znowu się potknęłam. Mimo, że uważał się za pijanego, refleks wciąż miał dobry - a może po prostu miał mocniejsza głowę ode mnie. Złapał mnie znowu i tym razem nie wypuścił. Trzymał mnie w ramionach, pachniał lasem, dymem z ogniska i trochę alkoholem. Pochylił się nade mną, a ja zesztywniałam. Co on chce zrobić? Dlaczego tam na mnie patrzy?
Przygryzłam wargi, chociaż w głębi czułam, że chce by mnie pocałował. Jednak gdy pochylił się jeszcze niżej i od moich ust dzieliło go tylko kilka centymetrów, poczułam podniecenie zmieszane z paniką. Miałam szeroko otwarte oczy, czułam rumieniec na policzkach. Ta chwila ciągnęła się w nieskończoność - ja zesztywniała w jego ramionach, on z ustami uniesionymi nad moimi wargami. Nie wiedziałam, czy czeka na moją reakcje. Nim zdążyłam chociaż się nad tym zastanowić, on odwrócił twarz i zatopił ją w moich włosach, muskając nosem moją szyję. Wciągnął głęboko powietrze.
- Nie - szepnął zachrypniętym głosem. - Nie w ten sposób.
Cokolwiek miał na myśli, w jednej chwili odsunął się ode mnie. Czułam ulgę, ale także zawód. Nie wiem czego się spodziewałam. Najpierw przytulał się do mnie, a teraz zniknął w lesie. Byłam tak roztrzęsiona, że musiałam kucnąć.
- Co to do cholery było? - zapytałam gwiazdy, łamiącym się głosem.
Venia.
sobota, 18 lutego 2017
poniedziałek, 6 lutego 2017
Rozdział 18
*Clarke Griffin*
Louis wszedł za mną do gabinetu, a kiedy zamknął drzwi zaczęłam opowiadać, jak wyglądała śmierć Atoma. Nie myślałam, że będzie to takie trudne, ale cierpiałam na równi z Louisem, wyobrażając sobie tamto straszne wydarzenie. Zajęło mi to tez dłużej niż myślałam. Kiedy skończyłam, zapadła długa i krępująca cisza.
- Naprawdę bardzo mi przykro. - przerwałam milczenie po dłuższej chwili. - Ale nie potrafiłam mu pomóc w inny sposób. Nie mieliśmy leków, a jego rany.... Cierpiałby bardziej, gdybym próbowała go leczyć, a i tak... nie było innego wyjścia. - dodałam. - I nie mówię tego by się usprawiedliwić. Nie wiedziałam, ile wiedziałeś. I czy rozumiałeś realia, które panowały wtedy na Ziemi.
Louis pokiwał głową i wstał. Próbował utrzymać obojętny wyraz twarzy, ale nie był w tym dobry. Zanim wyszedł, zdążyłam zadać pytanie, które nurtowało mnie od samego początku.
- Znam tylko jedno rodzeństwo, które narodziło się na Arce w czasie ostatnich kilku lat. Jakim cudem wiec Atom, mógłby być twoim bratem?
Nie byli do siebie podobni, jak Octavia i Bellamy. I z tego co wiedziałam Atom nigdy nie mówił, że ma brata.
- Nie był - odparł Louis lekko zawstydzony. - Przynajmniej nie rodzonym. Ale gdybym miał powiedzieć prawdę, był dla mnie jak brat. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Razem się wychowywaliśmy. Ja.... - pokręcił głową i wyszedł.
Poczułam jeszcze większy smutek, gdy przypomniałam sobie, że coś takiego spotkało tez mnie. Wells był moim najlepszym przyjacielem. I umarł niedługo po Atomie.
*Raven Reyes*
- Raven, masz gościa - odezwała się stażystka. Spojrzałam na nią obojętnie. Nie byłam łatwym pacjentem.
- Nie chce nikogo widzieć - powtórzyłam po raz setny. Czemu tym wszystkim ludziom tak bardzo zależało, żeby mnie zobaczyć?
- Ale tym razem to nie jest Kyle - nalegała dziewczyna. - Tylko Clarke. Powiedziała, że nawet jeśli jej nie pozwolisz to i tak wejdzie, bo ma przepustkę lekarza i....
- Czy w takiej sytuacji moje zdanie się w ogóle liczy? Wpuść ją, jeśli musisz. - przerwałam jej.
Stażystka spojrzała na mnie badawczo, po czym się wycofała.
Leżałam w jednej z sal szpitalnych Mount Weather, co wcale nie pomagało mi się uspokoić. Nie dość, że moje wspomnienia z tego miejsca były... nieprzyjemne, to jeszcze nie mogłam się ruszyć, przez ten cholerny ból kręgosłupa.
Po minucie do pokoju weszła Clarke. Uśmiechnęła się na powitanie i usiadła przy łóżku. Bardzo starała się nie patrzeć na mnie jak lekarz i nie oceniać mojego stanu zdrowia, ale wiedziałam, że jednym krótkim spojrzeniem już to zrobiła. Mimo wszystko zapytała.
- Jak się czujesz?
Postanowiłam odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
- Do dupy.
Dziwne, nie rozśmieszyłam jej.
- Dlaczego nie pozwalasz nikomu się odwiedzać? - zapytała z niepokojem w głosie.
- Bo mnie to męczy - odparłam po prostu.
Tak, tak. Byłam drażliwa, irytująca i sarkastyczna. Może dlatego, że wszystko mnie diabelnie bolało?
- Nie odtrącaj przyjaciół. A szczególnie Kyle. Strasznie się martwi. Zabrał sobie wolne, żeby móc być przy tobie.
- Co zrobił?! - prawie krzyknęłam. Mówiłam już, że łatwo się denerwuję? - Miał pracować! Nie dość, że ja nie mogę pracować, to jeszcze on robi sobie wakacje! Zwariował? Ktoś musi pracować!
- Spokojnie! - Clarke położyła uspokajająco dłoń na moim ramieniu. - Uspokój się. On też zasłużył na odpoczynek, a skoro chce go spędzić wspierając cię, to nie mogłaś sobie wymarzyć lepszego chłopaka. Zresztą praca to nie wszystko.
- I mówi to ktoś kto bez przerwy siedzi w szpitalu i pracuje - zripostowałam ze złością, bo wiedziałam, że ma rację.
- Wiesz, po porwaniu zdałam sobie sprawę z tego, że za mało czasu poświęcam przyjaciołom - odparła spokojnie.
Zrobiło mi się głupio. Zapomniałam, co Clarke ostatnio przeszła. Słyszałam opowieści, ale nie dałam rady jej odwiedzić, bo zaraz po jej porwaniu nie mogłam już wytrzymać bólu i sama zgłosiłam się do szpitala.
- Przepraszam... - wymamrotałam. - Nie chciałam być wredna. Chciałam cię zobaczyć, gdy cię znaleźli, ale sama widzisz- jestem przykuta do łóżka.
- W porządku. Nie o to mi chodziło - odparła Clarke. - Odrzucałam przyjaciół od czasu Mount Weather, tłumacząc sobie, że nie jestem im potrzebna, że dadzą sobie beze mnie radę. Nie brałam pod uwagę, że to ja ich potrzebuję. Próbowałam radzić sobie ze swoimi problemami sama i nic to nie dało. A kiedy ci Ziemianie mnie porwali byłam przerażona - głównie dlatego, że nie pożegnałam się z tyloma ludźmi, na których mi zależy. Bałam się, że już nigdy ich nie zobaczę. Byłam pokłócona z niektórymi i żałowałam, że ich nie przeprosiłam...
- Bellamy - wtrąciłam, a Clarke pokiwała głową, czerwieniąc się.
- Zrozumiałam wtedy, że źle robiłam odpychając bliskich. Dostałam drugą szansę i nie zamierzam jej zmarnować. Nie chce też żebyś ty żałowała. Przyjaciele są nam potrzebni. Nie wyrzucaj ich ze swojego życia. Z tego co wiem, sama radziłaś to Jasperowi.
- Skąd wiesz? - zapytałam zdziwiona.
- Powiedział mi to. Niedawno się z nim widziałam i jako że już nie ucieka na mój widok, przeprosiłam go. Wcześniej myślałam, że unikanie go będzie dla niego lepsze, ale nigdy tak naprawdę nie przeprosiłam go osobiście, w cztery oczy. Może myślałam, że moje czyny mu wszystko wynagrodzą? Nie wiem. Ale gdy z nim porozmawiałam, poczułam się znacznie lepiej, jakbym dokonała właściwego wyboru.
- Pogodziliście się? - zapytałam z nadzieją. Wszyscy na to czekaliśmy.
Clark przez chwilę milczała, niepewna odpowiedzi.
- Raczej zawarliśmy sojusz. Nie sądzę, by Jasper kiedykolwiek mi wybaczył. I nie wiem czy nasze relacje będą takie jak dawniej. Chcę by były, ale nie chcę go do niczego zmuszać. W każdym razie postanowiłam zmierzyć się z lękami i pozamykać niedokończone sprawy. Porozmawiałam z Jasperem. Wybaczyłam mamie i odbyłam z nią naprawdę długą rozmowę. Zachęciłam ją do umówienia się z Kanem.
- A Bellamy? - zapytałam. To była chyba jej najbardziej niedokończona sprawa.
- Pogodziliśmy się - zapewniła z uśmiechem.
- Tylko tyle? - wyrwało mi się. Nie mogłam powstrzymać rozczarowania. Może się to wydać trochę okrutne, ale kiedy w kapsule nie było ani Clarke, ani Bellamy'ego zakładaliśmy się kiedy, i czy w ogóle zaczną ze sobą chodzić.
Clarke zaczerwieniła się.
- A co więcej? - zapytała z wyzwaniem w głosie.
- Nie nic, nic. Nieważne. - odparłam szybko, czując się jak idiotka. Nie będę im przecież uświadamiać co do siebie czują. Nie jestem cholerną swatką.
Patrzyła na mnie przez chwilę, analizując moje słowa, ale potem pokręciła głową.
- Miałyśmy mówić o tobie, a zeszłyśmy na mój temat- zauważyła.
- Nie przeszkadza mi to - wtrąciłam, ale po chwili dodałam, czując że jestem jej winna wyjaśnienia. - Rozumiem o co ci chodzi. Ja... taki mam system ochronny... odrzucam bliskich, wolę cierpieć w samotności, odkąd jedyna osoba, której ufałam... odkąd Finn...- Clarke chwyciła mnie za rękę. - w każdym razie masz rację. Nie chcę nikomu zaufać. Ja... nie potrafię.
- Myślę, że jest naprawdę dużo ludzi, którym możesz zaufać. Którzy ci pomogą. Zacznij od Kyle'a. Jemu naprawdę na tobie zależy.
- Jest niegłupi racja, chociaż czasem się tak zachowuje - dodałam, ale w moim głosie nie było już tyle złośliwości.
- Mam go zawołać, czy jeszcze nie jesteś gotowa? - zapytała dziewczyna.
Zastanowiłam się. Clarke naprawdę wiele przeszła. Musiała dźwigać na swoich barkach wielki ciężar odpowiedzialności za straszne czyny. Jednak wreszcie zaczęła rozwiązywać swoje problemy. Znalazła drogę, cel. Skoro Clarke mogła, to czemu nie ja?
- Zawołaj - odpowiedziałam w końcu. - Niech zna moja łaskę.
*Clarke Griffin*
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - zapytał Monty, kiedy biegliśmy truchtem przez las. - Wiesz, że skoro jesteś Wanhedą to masa Ziemian kreci się teraz wokół Arkadii, gotowa, żeby cię zabić?
- Oczywiście, że wiem - odparłam, wyprzedzając go o krok. Zrównał się ze mną.
- Tylko sprawdzam - odparł. - Martwię się trochę o twoje zdrowie psychiczne.
Zerknęłam na niego, by zobaczyć, czy żartuje. Jego twarz rozjaśniał szeroki uśmiech, więc uznałam, że tak.
- A to dlaczego? - dopytałam.
- No wiesz, ostatnio częstotliwość twojej obecności na wieczornych spotkaniach przy kapsule znacznie wzrosła, paradoksalnie do twojego bezpieczeństwa.
Gwałtownie wyhamowałam, przez co Monty próbując zwolnić, prawie się przewrócił. Zaśmiałam się, pomagając mu odzyskać równowagę.
- I jeszcze to. Nagłe ataki wesołości! Podejrzanie dobry humor! Kim jesteś i co zrobiłaś z Clarke Griffin? - żartował, kiedy ruszyliśmy dalej już spokojniejszym tempem. Byliśmy niedaleko.
- Oj, daj spokój. Mamy czujniki, wykrywające obecność ludzi w promieniu pół kilometra? Mamy!
Nawiasem mówiąc czujniki zaczęły piszczeć. Najpierw pokazały obecność pojedynczych osób, ale potem liczba wynosiła prawie trzydzieści. Już niedługo wyszliśmy na polanę, zostaliśmy przywitani przez znajomych z okrzykami radości. Wśród tłumu wyłoniłam Raven i stojącego obok niej Kyle'a.
Pomachałam do nich i podbiegłam. Uściskałam Raven. To był jej pierwszy wypad po półtoratygodniowym odpoczynku. I tak wszyscy się dziwili, że tak szybko udało jej się stanąć na nogi po operacji. Była w świetnym humorze, w przeciwieństwie do naszego ostatniego spotkania.
- Jak plecy? - zapytałam.
- Nie bolą! - odparła. - Wick ciągle narzeka, że powinnam się oszczędzać. Myśli, że może przejąć moją pracę.
- A ona myśli, że skoro przeszła operacje, to może wszystkimi rządzić. - Kyle spojrzał na Raven z uśmiechem i przyciągnął ją do siebie.
- Jest już Bellamy? - zapytałam.
Pomyślałam, że skoro już sprawdzam co u rannych, to jego też zapytam. Już dość dawno temu wypisał się ze szpitala, a ja zaczynałam trochę tęsknić za jego towarzystwem między posiłkami, kiedy się spotykaliśmy.
- Rozmawia z Giną.
- Aha - odparłam enigmatycznie.
Ta odpowiedź mnie ostudziła. Nie wiedzieć czemu znowu poczułam ukłucie w okolicach serca. Pewnie to przez ten bieg.
Zapomniałam, że Bellamy ma dziewczynę, której też musi poświęcać trochę czasu. Nie widywałam ich już tak często razem, ale to pewnie dlatego, że Gina miała coraz więcej pracy, to samo Bellamy. Ale rzadko kiedy Gina zjawiała się w kapsule.
Zresztą dlaczego się tym przejmuję?!
Naprawdę nie wiem dlaczego opanował mnie taki gniew. Byłam zła na Ginę, Bellamy'ego, na samą siebie. Nie rozumiałam powodu. Przecież ostatnio wszystko zaczęło się układać. A ja nagle w jednej chwili miałam ochotę wrzeszczeć, bić się i kopać. Czułam, że jeśli zaraz nie rozładuję tej absurdalnej energii to będę musiała kopać w drzewo, a jestem pewna, że ściągnęłoby to tłumy gapiów.
Szybko pożegnałam się z Raven i Wickiem i skierowałam się na Arenę - tak Setka nazwała miejsce, gdzie ćwiczyliśmy się w walce. Szybko się rozciągnęłam i znalazłam pierwszą lepszą osobą do ćwiczeń. Musiałam się hamować - pierwszy raz w życiu miałam ochotę komuś zrobić krzywdę. Przez tłumione emocje mięśnie mi drżały. Bojąc się, że jednak coś komuś zrobię, zeszłam z Areny.
Próbowałam zrozumieć moją wściekłość. Co ją spowodowało? Czy to że Bellamy rozmawia z Giną? Przecież obiecałam sobie cztery dni temu, podczas bezsennej nocy, że nie będę im przeszkadzać, że pozwolę żyć Bellamy'emu własnym życiem. I mimo, że wreszcie zrozumiałam, to ja chciałabym być na miejscu Giny, postanowiłam traktować go tylko jako przyjaciela. Miałam nadzieję, że to głupie uczucie, przez które zawsze traciłam oddech, gdy tylko się pojawiał, minie jak najszybciej.
A jednak byłam zła. A może to była po prostu zazdrość, którą myliłam z gniewem.
Zastanawiając się nad tym doszłam do wniosku, że taka właśnie jest prawda. Byłam najzwyczajniej w świecie zazdrosna.
Skierowałam się w stronę lasu, chcąc pobiegać i oczyścić umysł, ale wtedy zobaczyłam grupkę nastolatków w samym środku obozu. Od razu ich rozpoznałam i w moim umyśle zaświtał naprawdę szalony pomysł. Normalna ja nigdy by tego nie zrobiła. Ale czy nadal mogę nazywać się normalną po tym wszystkim co się wydarzyło? Odpowiedź była prosta i nie musiałam się nad nią zastanawiać.
Zamiast w stronę lasu, ruszyłam w kierunku śmiejących się nastolatków.
Venia
Louis wszedł za mną do gabinetu, a kiedy zamknął drzwi zaczęłam opowiadać, jak wyglądała śmierć Atoma. Nie myślałam, że będzie to takie trudne, ale cierpiałam na równi z Louisem, wyobrażając sobie tamto straszne wydarzenie. Zajęło mi to tez dłużej niż myślałam. Kiedy skończyłam, zapadła długa i krępująca cisza.
- Naprawdę bardzo mi przykro. - przerwałam milczenie po dłuższej chwili. - Ale nie potrafiłam mu pomóc w inny sposób. Nie mieliśmy leków, a jego rany.... Cierpiałby bardziej, gdybym próbowała go leczyć, a i tak... nie było innego wyjścia. - dodałam. - I nie mówię tego by się usprawiedliwić. Nie wiedziałam, ile wiedziałeś. I czy rozumiałeś realia, które panowały wtedy na Ziemi.
Louis pokiwał głową i wstał. Próbował utrzymać obojętny wyraz twarzy, ale nie był w tym dobry. Zanim wyszedł, zdążyłam zadać pytanie, które nurtowało mnie od samego początku.
- Znam tylko jedno rodzeństwo, które narodziło się na Arce w czasie ostatnich kilku lat. Jakim cudem wiec Atom, mógłby być twoim bratem?
Nie byli do siebie podobni, jak Octavia i Bellamy. I z tego co wiedziałam Atom nigdy nie mówił, że ma brata.
- Nie był - odparł Louis lekko zawstydzony. - Przynajmniej nie rodzonym. Ale gdybym miał powiedzieć prawdę, był dla mnie jak brat. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Razem się wychowywaliśmy. Ja.... - pokręcił głową i wyszedł.
Poczułam jeszcze większy smutek, gdy przypomniałam sobie, że coś takiego spotkało tez mnie. Wells był moim najlepszym przyjacielem. I umarł niedługo po Atomie.
*Raven Reyes*
- Raven, masz gościa - odezwała się stażystka. Spojrzałam na nią obojętnie. Nie byłam łatwym pacjentem.
- Nie chce nikogo widzieć - powtórzyłam po raz setny. Czemu tym wszystkim ludziom tak bardzo zależało, żeby mnie zobaczyć?
- Ale tym razem to nie jest Kyle - nalegała dziewczyna. - Tylko Clarke. Powiedziała, że nawet jeśli jej nie pozwolisz to i tak wejdzie, bo ma przepustkę lekarza i....
- Czy w takiej sytuacji moje zdanie się w ogóle liczy? Wpuść ją, jeśli musisz. - przerwałam jej.
Stażystka spojrzała na mnie badawczo, po czym się wycofała.
Leżałam w jednej z sal szpitalnych Mount Weather, co wcale nie pomagało mi się uspokoić. Nie dość, że moje wspomnienia z tego miejsca były... nieprzyjemne, to jeszcze nie mogłam się ruszyć, przez ten cholerny ból kręgosłupa.
Po minucie do pokoju weszła Clarke. Uśmiechnęła się na powitanie i usiadła przy łóżku. Bardzo starała się nie patrzeć na mnie jak lekarz i nie oceniać mojego stanu zdrowia, ale wiedziałam, że jednym krótkim spojrzeniem już to zrobiła. Mimo wszystko zapytała.
- Jak się czujesz?
Postanowiłam odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
- Do dupy.
Dziwne, nie rozśmieszyłam jej.
- Dlaczego nie pozwalasz nikomu się odwiedzać? - zapytała z niepokojem w głosie.
- Bo mnie to męczy - odparłam po prostu.
Tak, tak. Byłam drażliwa, irytująca i sarkastyczna. Może dlatego, że wszystko mnie diabelnie bolało?
- Nie odtrącaj przyjaciół. A szczególnie Kyle. Strasznie się martwi. Zabrał sobie wolne, żeby móc być przy tobie.
- Co zrobił?! - prawie krzyknęłam. Mówiłam już, że łatwo się denerwuję? - Miał pracować! Nie dość, że ja nie mogę pracować, to jeszcze on robi sobie wakacje! Zwariował? Ktoś musi pracować!
- Spokojnie! - Clarke położyła uspokajająco dłoń na moim ramieniu. - Uspokój się. On też zasłużył na odpoczynek, a skoro chce go spędzić wspierając cię, to nie mogłaś sobie wymarzyć lepszego chłopaka. Zresztą praca to nie wszystko.
- I mówi to ktoś kto bez przerwy siedzi w szpitalu i pracuje - zripostowałam ze złością, bo wiedziałam, że ma rację.
- Wiesz, po porwaniu zdałam sobie sprawę z tego, że za mało czasu poświęcam przyjaciołom - odparła spokojnie.
Zrobiło mi się głupio. Zapomniałam, co Clarke ostatnio przeszła. Słyszałam opowieści, ale nie dałam rady jej odwiedzić, bo zaraz po jej porwaniu nie mogłam już wytrzymać bólu i sama zgłosiłam się do szpitala.
- Przepraszam... - wymamrotałam. - Nie chciałam być wredna. Chciałam cię zobaczyć, gdy cię znaleźli, ale sama widzisz- jestem przykuta do łóżka.
- W porządku. Nie o to mi chodziło - odparła Clarke. - Odrzucałam przyjaciół od czasu Mount Weather, tłumacząc sobie, że nie jestem im potrzebna, że dadzą sobie beze mnie radę. Nie brałam pod uwagę, że to ja ich potrzebuję. Próbowałam radzić sobie ze swoimi problemami sama i nic to nie dało. A kiedy ci Ziemianie mnie porwali byłam przerażona - głównie dlatego, że nie pożegnałam się z tyloma ludźmi, na których mi zależy. Bałam się, że już nigdy ich nie zobaczę. Byłam pokłócona z niektórymi i żałowałam, że ich nie przeprosiłam...
- Bellamy - wtrąciłam, a Clarke pokiwała głową, czerwieniąc się.
- Zrozumiałam wtedy, że źle robiłam odpychając bliskich. Dostałam drugą szansę i nie zamierzam jej zmarnować. Nie chce też żebyś ty żałowała. Przyjaciele są nam potrzebni. Nie wyrzucaj ich ze swojego życia. Z tego co wiem, sama radziłaś to Jasperowi.
- Skąd wiesz? - zapytałam zdziwiona.
- Powiedział mi to. Niedawno się z nim widziałam i jako że już nie ucieka na mój widok, przeprosiłam go. Wcześniej myślałam, że unikanie go będzie dla niego lepsze, ale nigdy tak naprawdę nie przeprosiłam go osobiście, w cztery oczy. Może myślałam, że moje czyny mu wszystko wynagrodzą? Nie wiem. Ale gdy z nim porozmawiałam, poczułam się znacznie lepiej, jakbym dokonała właściwego wyboru.
- Pogodziliście się? - zapytałam z nadzieją. Wszyscy na to czekaliśmy.
Clark przez chwilę milczała, niepewna odpowiedzi.
- Raczej zawarliśmy sojusz. Nie sądzę, by Jasper kiedykolwiek mi wybaczył. I nie wiem czy nasze relacje będą takie jak dawniej. Chcę by były, ale nie chcę go do niczego zmuszać. W każdym razie postanowiłam zmierzyć się z lękami i pozamykać niedokończone sprawy. Porozmawiałam z Jasperem. Wybaczyłam mamie i odbyłam z nią naprawdę długą rozmowę. Zachęciłam ją do umówienia się z Kanem.
- A Bellamy? - zapytałam. To była chyba jej najbardziej niedokończona sprawa.
- Pogodziliśmy się - zapewniła z uśmiechem.
- Tylko tyle? - wyrwało mi się. Nie mogłam powstrzymać rozczarowania. Może się to wydać trochę okrutne, ale kiedy w kapsule nie było ani Clarke, ani Bellamy'ego zakładaliśmy się kiedy, i czy w ogóle zaczną ze sobą chodzić.
Clarke zaczerwieniła się.
- A co więcej? - zapytała z wyzwaniem w głosie.
- Nie nic, nic. Nieważne. - odparłam szybko, czując się jak idiotka. Nie będę im przecież uświadamiać co do siebie czują. Nie jestem cholerną swatką.
Patrzyła na mnie przez chwilę, analizując moje słowa, ale potem pokręciła głową.
- Miałyśmy mówić o tobie, a zeszłyśmy na mój temat- zauważyła.
- Nie przeszkadza mi to - wtrąciłam, ale po chwili dodałam, czując że jestem jej winna wyjaśnienia. - Rozumiem o co ci chodzi. Ja... taki mam system ochronny... odrzucam bliskich, wolę cierpieć w samotności, odkąd jedyna osoba, której ufałam... odkąd Finn...- Clarke chwyciła mnie za rękę. - w każdym razie masz rację. Nie chcę nikomu zaufać. Ja... nie potrafię.
- Myślę, że jest naprawdę dużo ludzi, którym możesz zaufać. Którzy ci pomogą. Zacznij od Kyle'a. Jemu naprawdę na tobie zależy.
- Jest niegłupi racja, chociaż czasem się tak zachowuje - dodałam, ale w moim głosie nie było już tyle złośliwości.
- Mam go zawołać, czy jeszcze nie jesteś gotowa? - zapytała dziewczyna.
Zastanowiłam się. Clarke naprawdę wiele przeszła. Musiała dźwigać na swoich barkach wielki ciężar odpowiedzialności za straszne czyny. Jednak wreszcie zaczęła rozwiązywać swoje problemy. Znalazła drogę, cel. Skoro Clarke mogła, to czemu nie ja?
- Zawołaj - odpowiedziałam w końcu. - Niech zna moja łaskę.
*Clarke Griffin*
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - zapytał Monty, kiedy biegliśmy truchtem przez las. - Wiesz, że skoro jesteś Wanhedą to masa Ziemian kreci się teraz wokół Arkadii, gotowa, żeby cię zabić?
- Oczywiście, że wiem - odparłam, wyprzedzając go o krok. Zrównał się ze mną.
- Tylko sprawdzam - odparł. - Martwię się trochę o twoje zdrowie psychiczne.
Zerknęłam na niego, by zobaczyć, czy żartuje. Jego twarz rozjaśniał szeroki uśmiech, więc uznałam, że tak.
- A to dlaczego? - dopytałam.
- No wiesz, ostatnio częstotliwość twojej obecności na wieczornych spotkaniach przy kapsule znacznie wzrosła, paradoksalnie do twojego bezpieczeństwa.
Gwałtownie wyhamowałam, przez co Monty próbując zwolnić, prawie się przewrócił. Zaśmiałam się, pomagając mu odzyskać równowagę.
- I jeszcze to. Nagłe ataki wesołości! Podejrzanie dobry humor! Kim jesteś i co zrobiłaś z Clarke Griffin? - żartował, kiedy ruszyliśmy dalej już spokojniejszym tempem. Byliśmy niedaleko.
- Oj, daj spokój. Mamy czujniki, wykrywające obecność ludzi w promieniu pół kilometra? Mamy!
Nawiasem mówiąc czujniki zaczęły piszczeć. Najpierw pokazały obecność pojedynczych osób, ale potem liczba wynosiła prawie trzydzieści. Już niedługo wyszliśmy na polanę, zostaliśmy przywitani przez znajomych z okrzykami radości. Wśród tłumu wyłoniłam Raven i stojącego obok niej Kyle'a.
Pomachałam do nich i podbiegłam. Uściskałam Raven. To był jej pierwszy wypad po półtoratygodniowym odpoczynku. I tak wszyscy się dziwili, że tak szybko udało jej się stanąć na nogi po operacji. Była w świetnym humorze, w przeciwieństwie do naszego ostatniego spotkania.
- Jak plecy? - zapytałam.
- Nie bolą! - odparła. - Wick ciągle narzeka, że powinnam się oszczędzać. Myśli, że może przejąć moją pracę.
- A ona myśli, że skoro przeszła operacje, to może wszystkimi rządzić. - Kyle spojrzał na Raven z uśmiechem i przyciągnął ją do siebie.
- Jest już Bellamy? - zapytałam.
Pomyślałam, że skoro już sprawdzam co u rannych, to jego też zapytam. Już dość dawno temu wypisał się ze szpitala, a ja zaczynałam trochę tęsknić za jego towarzystwem między posiłkami, kiedy się spotykaliśmy.
- Rozmawia z Giną.
- Aha - odparłam enigmatycznie.
Ta odpowiedź mnie ostudziła. Nie wiedzieć czemu znowu poczułam ukłucie w okolicach serca. Pewnie to przez ten bieg.
Zapomniałam, że Bellamy ma dziewczynę, której też musi poświęcać trochę czasu. Nie widywałam ich już tak często razem, ale to pewnie dlatego, że Gina miała coraz więcej pracy, to samo Bellamy. Ale rzadko kiedy Gina zjawiała się w kapsule.
Zresztą dlaczego się tym przejmuję?!
Naprawdę nie wiem dlaczego opanował mnie taki gniew. Byłam zła na Ginę, Bellamy'ego, na samą siebie. Nie rozumiałam powodu. Przecież ostatnio wszystko zaczęło się układać. A ja nagle w jednej chwili miałam ochotę wrzeszczeć, bić się i kopać. Czułam, że jeśli zaraz nie rozładuję tej absurdalnej energii to będę musiała kopać w drzewo, a jestem pewna, że ściągnęłoby to tłumy gapiów.
Szybko pożegnałam się z Raven i Wickiem i skierowałam się na Arenę - tak Setka nazwała miejsce, gdzie ćwiczyliśmy się w walce. Szybko się rozciągnęłam i znalazłam pierwszą lepszą osobą do ćwiczeń. Musiałam się hamować - pierwszy raz w życiu miałam ochotę komuś zrobić krzywdę. Przez tłumione emocje mięśnie mi drżały. Bojąc się, że jednak coś komuś zrobię, zeszłam z Areny.
Próbowałam zrozumieć moją wściekłość. Co ją spowodowało? Czy to że Bellamy rozmawia z Giną? Przecież obiecałam sobie cztery dni temu, podczas bezsennej nocy, że nie będę im przeszkadzać, że pozwolę żyć Bellamy'emu własnym życiem. I mimo, że wreszcie zrozumiałam, to ja chciałabym być na miejscu Giny, postanowiłam traktować go tylko jako przyjaciela. Miałam nadzieję, że to głupie uczucie, przez które zawsze traciłam oddech, gdy tylko się pojawiał, minie jak najszybciej.
A jednak byłam zła. A może to była po prostu zazdrość, którą myliłam z gniewem.
Zastanawiając się nad tym doszłam do wniosku, że taka właśnie jest prawda. Byłam najzwyczajniej w świecie zazdrosna.
Skierowałam się w stronę lasu, chcąc pobiegać i oczyścić umysł, ale wtedy zobaczyłam grupkę nastolatków w samym środku obozu. Od razu ich rozpoznałam i w moim umyśle zaświtał naprawdę szalony pomysł. Normalna ja nigdy by tego nie zrobiła. Ale czy nadal mogę nazywać się normalną po tym wszystkim co się wydarzyło? Odpowiedź była prosta i nie musiałam się nad nią zastanawiać.
Zamiast w stronę lasu, ruszyłam w kierunku śmiejących się nastolatków.
Venia
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)