sobota, 18 lutego 2017

Rozdział 19

- Jesteś pewna? - zapytała po raz dziesiąty Cristy, dziewczyna z Setki, na którą wcześniej nigdy nie zwracałam większej uwagi.
- Cristy, rób ten tatuaż, bo jeszcze nasza księżniczka się rozmyśli! - zawołał Asher, stojący w grupie nastolatków, stojących wokół mnie i Cristy.
- Ciesze się, że jestem dla was świetnym widowiskiem - mruknęłam w jego stronę, po czym zwróciłam się dziewczyny. - Jestem pewna. Tylko błagam oczyść tą igłę porządnie.
Cristy zaśmiała się i najpierw zanurzyła igłę w alkoholu, a potem włożyła do ognia na kilkanaście minut. Potem przemyła alkoholem także mój obojczyk i przystąpiła do pracy. Próbowałam skupić się na myśleniu, by nie czuć nieprzyjemnego bólu. Ale trudno się skupić, kiedy dwunastu nastolatków stoi nad tobą i bawi się w najlepsze, żartując z ciebie.
Cristy tak jak ja uwielbiała malować. To ona stała się główną tatuażystką i z tego co wiedziałam, większość jej "klientów" była zadowolona.
Po czterdziestu minutach, kiedy lewy obojczyk i skóra wokół niego piekły mnie żywym ogniem, dziewczyna oznajmiła, że skończyła. Nałożyła na tatuaż czysty opatrunek i uśmiechnęła się do mnie.
- Kiedy opuchlizna zejdzie, możesz ściągnąć bandaż - poinstruowała mnie.
- Jeśli - mruknął Asher, a ja posłałam mu najbardziej zabójcze spojrzenie, na jakie było mnie stać.
- Dzięki - zwróciłam się do tatuażystki. - Właśnie tego potrzebowałam.
- Bólu? - zdziwiła się Cristy.
- Zawsze wiedziałem, Clarke, że jesteś masochistką! - zawołał Asher.
Zignorowałam go.
- Odrobiny szaleństwa - odparłam szczerze.

Po tygodniu odważyłam się ściągnąć opatrunek. Wszyscy dziwili się co mi się stało, a ja odpowiadałam wymijająco. Nie chciałam się jeszcze przyznawać do tej chwili słabości, kiedy buntownicza cześć mnie, zazwyczaj ukryta, przeważyła.
Jednak tatuaż mi się podobał. Nie był duży i nie rzucał się tak bardzo w oczy, a wiele dla mnie znaczył. Wyprostowałam się i wyszłam z pokoju na korytarz. Na śniadaniu dosiadłam się do Setki, dzięki czemu już od samego rana mogłam przyzwyczaić się do tych zaskoczonych spojrzeń.
W całkiem dobrym humorze wyszłam z jadalni w stronę szpitala. Oczywiście nie spodziewałam się, że po paru zakrętkach natknę się na Bellamy'ego. Ostatnimi czasy ciągle się mijaliśmy i nie mieliśmy tak naprawdę chwili porozmawiać. Jednocześnie strasznie mnie to bolało, ale także służyło mojemu planowi "pozostania tylko przyjaciółmi".
- O, Clarke! - zawołał, zaskoczony moim widokiem. - Właśnie cię szuka....- jego spojrzenie zatrzymało się na moim obojczyku.
Wyciągnął powoli rękę i odchylił krawędź mojej koszulki, by w całości zobaczyć tatuaż. Robiąc to musnął palcami moją skórę, a ja musiałam nieźle się skupić, żeby opanować dreszcz. Oddychałam głęboko, bo bałam się, że może usłyszy szybkie bicie mojego serca. Dlaczego, pytam, dlaczego, musiałam w taki sposób reagować na jego bliskość?
- Oso gonplei nou ste odon? -zapytał, odrywając wzrok od czarnych słów napisanych na mojej skórze. Spróbowałam odwrócić wzrok od jego brązowych tęczówek, od jego badawczego spojrzenia, bo bałam się, że wyczyta z mojej twarzy wszystko, co tak bardzo starałam się ukryć, od kiedy wróciłam do Arkadii po porwaniu.
- Nasza walka się nie skończyła - przetłumaczyłam, wzruszając ramionami.
Zerknęłam na niego, chcąc sprawdzić, czy znowu się wścieka. Miałby wiele powodów -  moje ponure myśli, okaleczanie własnego ciała - chociaż to nie było okaleczanie i to moje ciało więc nie ma do niego prawa! Ale on tylko uśmiechał się ponuro.
- Trafiłaś w samo sedno, prawda? - zapytał, kręcąc głową.
Odchrząkałam.
- Czemu mnie szukałeś? - spróbowałam zmienić temat.
- Chciałem spytać, czy idziesz dziś do kapsuły? - odparł, przekrzywiając leciutko głowę.
Kiedy tak na mnie patrzył, mogłam myśleć tylko o tym, jak przystojnie dziś wygląda. Nie chciałam tego, ale nie mogłam się powstrzymać - a przecież był ubrany w zwykły podkoszulek, bojówki i kurtkę! Codziennie go widziałam w podobnym stroju. Dlaczego więc musiałam zauważyć, że te zwykłe ciuchy tak dobrze na nim leżą? Że przydługie włosy świetnie komponowały się z jego ciemnymi oczami i śniadą karnacją? Zresztą loki wpadały mu do oczu i ktoś powinien je odgarnąć....
Nie! STOP! Przestań tak o nim myśleć! Zaraz.... O co on pytał? 
- Ymmm... - wyjąkałam, mając ochotę zapaść się pod ziemię.
Bellamy był za to coraz bardziej rozbawiony.
- Ja... chyba tak - zaryzykowałam, obserwując go uważnie, próbując się domyślić o co pytał.
- Nie masz pojęcia, co mówiłem? - zauważył, a ja zaczerwieniłam się.
Że też potrafił tak dobrze czytać z mojej twarzy.
- No nie.... Wybacz, niezbyt dobrze dziś spałam - postanowiłam, powiedzieć coś co było prawdą, by broń Boże nie wyczytał z mojej twarzy co w rzeczywistości zaprzątało mi głowę. Nie spałam dobrze- nie skłamałam, bo mimo, że załatwiłam już wszystkie niedokończone sprawy, to nadal miałam koszmary, które nie dawały mi spać w nocy.
Jednak gdy zobaczyłam niepokój na twarzy Bellamy'ego natychmiast pożałowałam szczerości. Nie chciałam go martwić. Ale przynajmniej zajął myśli czymś innym....
- Koszmary? - zapytał, świdrując mnie wzrokiem.
Wzruszyłam ramionami, starając się wyglądać na jak najbardziej rozluźnioną i obojętną.
- Wiesz jak jest.
- Wiem - z tego jednego słowa wyczytałam, że naprawdę mnie rozumie.
Zresztą co ja się zastanawiam. Zawsze mnie rozumiał.
Otworzyłam usta, by w jakiś sposób odpowiedzieć, ale w tej chwili zobaczyłam biegnącą w naszą stronę Glorię.
- Clarke! Nagły przypadek! Musisz nam pomóc! - zawołała, gdy tylko mnie zobaczyła.
Odsunęłam się od chłopaka, który nadal uważnie mnie obserwował.
- Widzimy się wieczorem - powiedział na pożegnanie, gdy go wymijałam.
Odwróciłam jeszcze głowę, by spojrzeć na niego - przetarł dłonią twarz. Wydawał się zmęczony i zmartwiony.
- Niezły przystojniak z tego Bellamy'ego, nie uważasz? - wyszeptała Gloria, gdy spieszyłyśmy w stronę szpitala.
- Nigdy nie zwracałam na to uwagi - skłamałam.
- Wszystkie dziewczyny ci zazdroszczą twojej przyjaźni z nim - dodała konspiracyjnym szeptem. Jednocześnie uśmiechała się szeroko.
- Nie ma czego - odparłam, przyspieszając kroku.
Naprawdę nie było. Te dziewczyny powinny zazdrościć Ginie. Przecież ja tez jej zazdrościłam.
- Chodź szybciej. Nagły przypadek, pamiętasz? - zmieniłam temat, tonem ostrzejszym niż zamierzałam.
Gloria w odpowiedzi tylko zachichotała.

Tego dnia wokół kapsuły zorganizowano imprezę. Czy było to mądre? Nie. Czy było to bezpieczne? W życiu. Może dlatego tak wszystkich cieszyło. Może pokój z Ziemianami dał wszystkim poczucie bezpieczeństwa? Mnie na pewno nie. Ale nie przeszkadzało mi to we wspólnej zabawie. Pierwszy raz od dawna pozwoliłam sobie na chwilę nierozwagi.
Ktoś przeszmuglował radio i płyty. Ktoś inny przyniósł alkohol, który niebezpiecznie przypominał bimber pędzony przez Monty'ego i Jaspera. Po dwóch godzinach na polanie zaroiło się od tańczących w rytm głośniej muzyki pijanych nastolatków. Przypominało mi to pierwsze dni po lądowaniu, gdy nie obowiązywały żadne zasady. Teraz jednak było inaczej. Więc wypierając niemiłe wspomnienia przyłączyłam się do zabawy, śmiejąc się, tańcząc i pijąc z innymi. Po pewnym czasie nie byłam w stanie już więcej pić. Było mi gorąco, duszno i niedobrze. Kręciło mi się w głowie. Oddaliłam się od roztańczonego tłumu w stronę lasu, by trochę odetchnąć.
Rześki i chłodny wiatr chłodził moją rozpaloną skórę. Wzięłam kilka głębokich oddechów, wciągając w płuca pachnące lasem powietrze. Coraz bardziej oddalałam się od polany, mijając zajęte sobą pary nastolatków. Po pewnym czasie przystanęłam, kiedy muzyka przycichła i spojrzałam w górę na rozgwieżdżone niebo.  To stamtąd pochodziłam. Tam się urodziłam. Tam się wychowałam. W kosmosie. Pośród gwiazd. Ale od dziecka marzyłam o Ziemi. I teraz stąpając po leśnej ściółce, wdychając ziemskie powietrze, czułam, że jestem w domu.
Spoglądałam w gwieździsta przestrzeń, widoczną ponad czubkami drzew i starałam się zapamiętać ten widok, by go później narysować. Nie wiedząc kiedy, zaczęłam się kręcić wokół własnej osi, wpatrzona w ten cudowny widok. W pewnym momencie, tak mi się kręciło w głowie, że musiałam się zatrzymać. Kiedy to jednak zrobiłam, zachwiałam się. Przed upadkiem powstrzymały mnie silne ramiona. Podniosłam wzrok, by natrafić na ciemne oczy Bellamy'ego. Miał na sobie koszule, a jej pierwsze dwa guziki były rozpięte, odsłaniając nieduży kawałek skóry. Gdybym nie była tak pijana, pewnie od razu odwróciłabym wzrok. Zresztą, pewnie nie zwróciłabym na to uwagi, przecież, już wcześniej widziałam go bez koszulki. Ale teraz oblałam się rumieńcem i ledwo powstrzymałam się od głupiego chichotu.
- Nie powinnaś tyle pić - odezwał się przyjemnym szeptem.
Poczułam się jak karcone dziecko, więc odepchnęłam się od jego klatki piersiowej, czując pod palcami wyrzeźbione mięśnie.
- A ty ile wypiłeś? - zapytałam naburmuszonym tonem.
- Za dużo.
Nadal stał bardzo blisko. Za blisko. Powinien się odsunąć. Gdzie jego dziewczyna? Czemu go nie pilnuje?
- Ale czuję się świetnie. Naprawdę. Nawet kilku Ziemian może mnie teraz zaatakować. Pokonam wszystkich, albo dam się złapać.... - paplałam bez sensu, nie wiedząc jak przerwać jego uciążliwe milczenie.
Postanowiłam się cofnąć i odejść, ale znowu się potknęłam. Mimo, że uważał się za pijanego, refleks wciąż miał dobry - a może po prostu miał mocniejsza głowę ode mnie. Złapał mnie znowu i tym razem nie wypuścił. Trzymał mnie w ramionach, pachniał lasem, dymem z ogniska i trochę alkoholem. Pochylił się nade mną, a ja zesztywniałam. Co on chce zrobić? Dlaczego tam na mnie patrzy? 
Przygryzłam wargi, chociaż w głębi czułam, że chce by mnie pocałował. Jednak gdy pochylił się jeszcze niżej i od moich ust dzieliło go tylko kilka centymetrów, poczułam podniecenie zmieszane z paniką. Miałam szeroko otwarte oczy, czułam rumieniec na policzkach. Ta chwila ciągnęła się w nieskończoność - ja zesztywniała w jego ramionach, on z ustami uniesionymi nad moimi wargami. Nie wiedziałam, czy czeka na moją reakcje. Nim zdążyłam chociaż się nad tym zastanowić, on odwrócił twarz i zatopił ją w moich włosach, muskając nosem moją szyję. Wciągnął głęboko powietrze.
- Nie - szepnął zachrypniętym głosem.  - Nie w ten sposób.
Cokolwiek miał na myśli, w jednej chwili odsunął się ode mnie. Czułam ulgę, ale także zawód. Nie wiem czego się spodziewałam. Najpierw przytulał się do mnie, a teraz zniknął w lesie. Byłam tak roztrzęsiona, że musiałam kucnąć.
- Co to do cholery było? - zapytałam gwiazdy, łamiącym się głosem.

Venia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz