Oglądałam się w lustrze, wiedząc, że tego dnia muszę wyglądać nieskazitelnie. Nie dla siebie. Dla niego.
Na ten specjalny dzień znalazłam w zbiorach z Mount Weather jasnoróżową sukienkę, która pasowała na moją sylwetkę. Niestety nie było żadnej białej. Była długa, z koronki, miała odsłonięte plecy i dekolt w serce. Nigdy nie miałam na sobie niczego tak miękkiego i lekkiego. Gina, która pomagała mi w przygotowaniach, wyszukała też jasne baletki. Były niewygodne w porównaniu do moich normalnych butów, ale nie mogłam narzekać. Taki wieczór już się nie powtórzy. Gina pomogła mi też w upięciu włosów.
Na Arce ludzie nie mieli takich możliwości jak tu na Ziemi. Takie irracjonalne strojenie się było w kosmosie idiotyzmem, jednak na Ziemi wszystko było inne. Kobiety wreszcie mogły o siebie zadbać i w czasie tego jednego wieczoru wypożyczały ubrania ze zbiorów Mount Weather. Tak samo postępowali mężczyźni, ubierając garnitury. Reszta gości zakłądała zazwyczaj swoje najlepsze zestawy ubrań.
Ceremonię postanowiliśmy zostawić taką samą jak na Arce. Zresztą nie różniła się bardzo od tej, którą przeprowadzali ludzie jeszcze przed kataklizmem.
- Ciężko ci będzie odejść od nazwiska Griffin? - spytała Gina, poprawiając moje włosy.
Zastanowiłam się nad odpowiedzią, potem posłałam jej uśmiech w lustrze.
- Nie jestem pewna - powiedziałam szczerze. - Myślę, że przekonam się po ślubie.
- Racja - potwierdziła, kiwając głową z miłym uśmiechem.Potem odsunęła się. - Skończone. Tylko tyle mogłam zrobić.
- Dziękuję ci bardzo - powiedziałam. - Za całą pomoc. Bez ciebie nie wyglądałabym tak dzisiaj.
- Naprawdę nie ma za co - odparła, po czym wycofała się z pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
Jeszcze raz obejrzałam się w lustrze.
tego dnia mijały dokładnie dwa lata, od kiedy zapanował całkowity pokój między nami a Ziemianami, a w tym czasie mieszkańcy Arkadii zaczęli brać śluby coraz częściej, szczególnie młodzież. Przybywało dzieci, a całe rodziny za niedługo mogły osiedlać się w nowym mieście. Nie nadaliśmy mu jeszcze nazwy, ale duża grupa, która budowała miasto od zera i nadal tam pracuje spisała się na medal. Przydzielaliśmy domy najpierw specjalistom bez których miasto nie mogłoby prosperować, a potem rodzinom z dziećmi.
W planach było rozbudowanie miasta na tyle by przenieść wszystkich mieszkańców Arkadii właśnie do niego. Zresztą znajdowało się bliżej Mount Weather niż Arkadia, co było kolejnym plusem, choć z drugiej strony góry.
Spojrzałam na zegarek. Nadszedł czas, żeby wyjść z pokoju. O tej godzinie wszyscy już pewnie na mnie czekali. Byłam zdenerwowana, ale w pozytywnym sensie. Wyszłam z pokoju i ruszyłam opustoszałymi korytarzami Arkadii. Dzień był słoneczny i bezchmurny. Ceremonia miała odbyć się na placu przed zabudowaniami. Wcześniej widziałam przygotowane podwyższenie na którym zostanie nam udzielony ślub. Zobaczyłam też dekoracje z kwiatów i przygotowane przejście, którym miałam przejść pośród tłumu. Oczywiście wszyscy byli zaproszeni.
Mój ojciec nie żył, więc nie on miał mnie poprowadzić do pana młodego. Na Arce wyznaczaliśmy po prostu kogoś z naszej rodziny, nawet jeżeli miałby to być dalszy wujek czy kuzynka. Dlatego poprowadzi mnie jedyna żywa osoba z mojej rodziny. Cieszyłam się, że to będzie ona.
Dotarłam do wyjścia z Arkadii. Już na mnie czekała. Blond włosy spięła w warkocza z tyłu głowy. Nie ubrała żadnej sukienki, ale miała na sobie białą bluzkę z dekoltem w serek, włożoną do czarnych spodni. Wyglądała pięknie mimo prostoty i łagodnie, przez co wydawała się na młodszą niż w rzeczywistości.
- Gotowa? - spytała mnie z uśmiechem. - Wszyscy czekają.
Kiwnęłam głową.
- Trochę się denerwuję - wyznałam. Potem spojrzałam na nią nerwowo. - Wiem, że go nie lubiłaś....
Podeszła do mnie i chwyciła mnie za ramiona.
- Nie lubiłam go kiedyś. Teraz się to zmieniło. Zresztą liczy się to, że on cię kocha i tyle dla ciebie zrobił... Z chęcią przyjmę go to naszej malutkiej rodziny - dodała z nutą ironii, ale wiedziałam, że mówi serio.
Uściskała mnie, a ja długo nie wypuszczałam ją z objęć. Tym samym chciałam pokazać jej jak bardzo ją kocham i podziwiam.
- Dobrze- powiedziałam, odsuwając się. - Chodźmy.
Złapała mnie za rękę i poprowadziła w stronę podestu. Kiedy straciłam mężczyznę, którego kochałam tak bardzo, nie sądziłam, że obdarzę kogoś jeszcze głębszym uczuciem i to w tak krótkim czasie. I że pozwoli mi to zapomnieć o dawnej miłości. (Może nie zapomnieć - traktować je jako wspomnienie, do którego rzadko się wraca) Ale oto stał przed mną uśmiechnięty i równie szczęśliwy jak ja, dowód tego, jak bardzo się myliłam. Pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz.
***
W życiu jest wiele takich chwil, które jednocześnie cię cieszą i smucą. Często zasmuca cię myśl, że coś nie zdarzy się już drugi raz tak samo, ale nie o tym myślałam. W moim przypadku to zupełnie coś innego. Kiedy mama zapytała mnie, czy nie mam nic przeciwko, żeby wyszła za Marcusa, nie wiedziałam co odpowiedzieć. No bo to przecież nie był mój ojciec! Pierwsza myśl jak mi przyszła do głowy, to było pytanie, jak może wychodzić za kolejnego mężczyznę, skoro poprzedniego męża wyrzuciła w kosmos? Jednak szybko przegoniłam tą myśl. Wiedziałam dobrze jak bardzo mama żałuje tego co zrobiła. Rozumiałam potrzebę wybaczenia swoich win. Nawet lepiej niż ktokolwiek inny. Jeżeli przez małżeństwo z Kanem miała być szczęśliwa to, kim byłam, by jej tego zabraniać?
Jej ślub był właśnie jedną z tych smutno-radosnych chwil. Cieszyłam się jej szczęściem, widząc ją ubraną w piękną suknie, jednak ten widok przypominał mi tatę i to że przy nim tez się tak uśmiechała. Niestety w życiu jesteśmy zmuszeni podejmować trudne decyzje, których później żałujemy i musimy za nie płacić. Zresztą ojciec kochał mamę tak mocno, że też chciałby jej dobra. A Kane był dobry. I nie mówię tu o jego życiu na Arce bo, na litość boską, nikt z teraźniejszych ludzi nie jest bez winy. Kochał mamę i mógł jej zapewnić dobre życie. A tylko to się liczyło.
Kane oświadczył się mamie, po tym jak Rada zdecydowała, żeby przenieść się do nowego miasta. Arkadia miała stać się siedzibą szkolenia nowych strażników, stwierdzono bowiem, że osoby wysyłane na patrole powinny zostać do nich wcielone. Gloria zgłosiła się na ochotnika, by zostać i zajmować się szpitalem, przyłączył się też Louis, który stwierdził, że woli starą Arkadię, od nowego szpitala. Ja miałam zostać przeniesiona do nowego miasta. Było zdecydowanie bliżej Mount Weather, gdzie mieszkała mama, a gdy Kane już się tam przeniesie, będą mogli mieszkać razem.
Patrzyłam na nich w czasie zabawy. Miller puścił składankę piosenek, do których teraz tańczyli goście. Udostępniono alkohol, którego ilość na co dzień ograniczono. Na początku bawiłam się razem z przyjaciółmi. Potem jednak zmęczona usiadłam z dala i obserwowałam mieszkańców Arkadii.
Spojrzałam na nadgarstek, który przewiązałam chustką z herbem Delfikru. Nie wyrzuciłam jej, a po wypraniu nosiłam na nadgarstku. To była jedyna pamiątka po wydarzeniach, w których brałam udział dwa lata temu. Od tamtej pory nikt w moim towarzystwie tego nie wspominał, nikt nie nazwał mnie Wanhedą. Przez pierwszy rok nie byłam w stanie uwierzyć, że to prawda, jednak z każdym dniem ciężar, który nosiłam na barkach malał. Czułam się swobodniej i bezpieczniej. Łatwiej było mi też sobie przebaczyć wszystko co zrobiłam, gdy nikt mi o tym nie przypominał jakimś głupim tytułem. Bo rzeczywiście wybaczyłam sobie. Nie zapomniałam i nie chciałam zapomnieć, ale ruszyłam dalej. Nosiłam chustkę dla przypomnienia, że popełniłam straszną zbrodnie i teraz robiłam wszystko, by jej nie powtórzyć. Koszmary coraz rzadziej mnie męczyły, a kiedy pogodziłam się ze swoją sytuacją, kiedy przebaczyłam także innym w tym Lexie, pojawiały się naprawdę rzadko. Kiedyś myślałam, że nie będę w stanie tego dokonać bez Bellamy'ego, ale udało się. Zresztą pomogła też pamięć o nim. Kiedy wyjechał, tęskniłam bardziej niż za kimkolwiek innym, ale musiałam być silna, bo on by tego chciał. Żyłam normalnie, tak jak się umawialiśmy, ale nikogo nie pokochałam tak jak jego. Nikt nie był Bellamym.
Dwa lata. 730 dni. Tak dużo czasu. Od półtora roku, od kiedy wyjechał widziałam go tylko raz i to z daleka, kiedy przyjechał na moment do Arkadii. Słyszałam natomiast od czasu do czasu jakieś strzępki informacji, jego imię w rozmowach. Na przykład kiedy został strażnikiem. Albo kiedy udał się na niebezpieczną misję z najlepszymi wojownikami, by powstrzymać Jahę i Allie. Zniszczyli program* i choć Jaha zginął, a oni odnieśli poważne obrażenia, które musieli leczyć w Mount Weather. Tylko tyle wiedziałam. Nie pisaliśmy ze sobą listów, ani nie kontaktowaliśmy się ze sobą w żaden sposób. Wiedziałam, że żyje - ale jak i z kim nie. Nie powiedział też, czy wróci kiedy minie 730 dni od naszego rozstania. W końcu przestałam mieć na to nadzieję.
Czasem trzeba dać komuś odejść i choć to boli, nie mamy na to wielkiego wpływu. Musiałam to przejść z tatą, z Wellsem, z Finnem, z Asherem i wszystkimi zmarłymi przyjaciółmi. Bellamy żył i chyba to nie pozwalało mi się jeszcze poddać. Nie chciałam pozwolić mu odejść, ale rozumiałam, że on mógłby tego chcieć. Zraniłam go, złamałam mu serce, a on zasługiwał na dużo lepszą ode mnie.
Pochłonięta myślami dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że ktoś się do mnie zbliża. Szedł od strony oświetlonego miejsca zabawy, więc nie wiedziałam dobrze jego postaci. Dopiero kiedy podszedł i usiadł koło mnie rozpoznałam rysy.
Myślałam, że to wytwór mojej wyobraźni. Przecież dopiero co o nim myślałam, od dwóch lat był z dala ode mnie, a teraz po prostu siedział obok? Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.
- Wybiła północ - odezwał się, o mój Boże, swoim normalnym głosem. Głosem BELLAMY'EGO. - 730 dni. Zgodnie z umową spotkaliśmy się ponownie.
Starałam się mu przyjrzeć, mimo ciemności. Patrzył na mnie tymi samymi oczami. Mówił swoim głosem. Rysy twarzy były trochę twardsze, doroślejsze, bardziej męskie niż chłopięce. Założyłabym się, że miał nowe blizny, choć ich nie widziałam. Loki były idealnej długości - nie za krótkie, ale nie wpadały do oczu. Chciałam ich dotknąć, pocałować go, poczuć bliskość jego ciała, ale bałam się, że on tego nie chce.
- Nie wiedziałam, czy przyjdziesz - odezwałam się po dłuższej chwili.
- Dlaczego?
- Myślałam, że możesz mnie znienawidzić - wytłumaczyłam niepewnie.
Pokręcił głową.
- Nawet, gdybym chciał, nie potrafiłbym - zaprzeczył pewnym głosem.
Poczułam taka ulgę, że mimowolnie westchnęłam.
Bellamy popatrzył na mnie z lekkim uśmiechem.
- Może opowiesz mi coś ciekawego? - zachęcił. - Dawno się nie widzieliśmy.
Więc zaczęłam mówić. Co działo się przez półtora roku. Kiedy zabrakło mi słów, to on przejął pałeczkę i opowiedział mi o swojej pracy i życiu w nowym mieście. Zanim się obejrzeliśmy niebo pojaśniało i razem obserwowaliśmy wschód słońca. Czułam jednocześnie radość jak i niepokój. Przez półtorej roku tyle się zmieniło. MY się zmieniliśmy. Przez cały te czas żyłam wspomnieniem dawnego Bellamy'ego i nie wiedziałam czy TEN Bellamy był taki sam. Musieliśmy się poznać na nowo i oboje to czuliśmy.
Rano poszliśmy spać, by odpocząć po wydarzeniach poprzedniej nocy, ale spotkaliśmy się znowu na obiedzie z przyjaciółmi. Wieczór spędziliśmy razem, rozmawiając i spacerując po obozie. Z jego zachowania mogłam wywnioskować, że niewiele się zmienił, mimo moich początkowych obaw. W jego obecności czułam tak wielką tęsknotę, że z trudem się hamowałam, by go nie dotknąć, nie przytulić, ani nie pocałować. Nadal go kochałam. Może kochałam go nawet mocniej niż wcześniej. Spędziliśmy ze sobą tydzień, pełen słów. Jednak nie rozmawialiśmy o najważniejszym - naszej przyszłości. Dopiero ostatniego dnia, którego Bellamy szykował się na powrót do nowego miasta, poruszyliśmy ten temat.
- Clarke - zaczął pewnym głosem, patrząc mi w oczy. Staliśmy z tyłu obozu, sami. - Przez tyle dni trzymałem się od ciebie z daleka. Jesteśmy już bezpieczni. Nic ci nie grozi. Przez ten tydzień przekonałem się, że nadal cię kocham. Boże, nigdy nie przestałem!
Spojrzałam na niego z miłością. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego policzka, a on wtulił twarz we wnętrze moje dłoni.
- Tak bardzo tęskniłam za... - zaczęłam, ale nie pozwolił mi skończyć, bo porwał mnie w ramiona i pocałował zachłannie.
Od jego dotyku przechodziły mnie elektryczne dreszcze, czułam ogień w brzuchu. Nie chciałam wypuszczać go z objęć. Kiedy odsunął swoje usta od moich, przytulił mnie mocno do siebie, wtulając twarz w moje włosy.
- Proszę, już nigdy nie karz mi na siebie czekać - wymamrotał, drżąc.
- Przepraszam - wyszeptałam, czując łzy na moich policzkach. Płakałam z radości i ulgi.
- Powiedz, że jeszcze mnie kochasz - poprosił.
- Oczywiście, że cię kocham - i zaczęłam powtarzać te dwa słowa. - Kocham cię.... Kocham....
Staliśmy tak przez dłuższą chwilę. Nagle Bellamy odsunął się ode mnie.
- Wyjeżdżasz do nowego miasta do szpitala, prawda? - zapytał, a gdy potwierdziłam, kontynuował. - Więc będziemy tam razem. Możemy zamieszkać razem. Poprosimy kanclerza, żeby przydzielił nam dom na skraju miasta, niedaleko lasu.
- Ale domy przydzielają tylko rodzinom z dziećmi! - przypomniałam.
Wtedy Bellamy obdarzył mnie najpiękniejszym uśmiechem, jaki widziałam i powiedział niskim głosem, od którego przeszedł mnie dreszcz.
- Księżniczko, to da się załatwić.
KONIEC
* proszę nie pytajcie mnie jakim sposobem zniszczyli Allie, Clarke nie zna szczegółów i ja też nie XD
** W tym opowiadaniu nie wystąpi Praimfaya. Fabuła czwartego sezonu po prostu nie istnieje dla bohaterów tego fanfiction. Maja inne problemu haha
Macie jakieś pomysły na nazwę nowego miasta dla Skaikru? :D
sobota, 23 grudnia 2017
czwartek, 14 grudnia 2017
Epilog cz.1
Zaczęłam od nowa rysować, kiedy pozbyła się tytułu Wanhedy, czyli już pół roku temu. Zazwyczaj wieczorami, po pracy i spotkaniach ze znajomymi. Zdobywałam papier od Ziemian z najbliższej wioski, a przybory do rysowania i malowania znajdowały się w zapasach z Mount Weather. Na papier przelewałam wszystkie wspaniałe obrazy, które zobaczyłam na Ziemi.
Ostatnio zaczęłam ćwiczyć się w rysowaniu ludzi. Zawsze lepiej wychodziło mi malowanie pejzaży, jednak wiedziałam, że przez praktykę mogę stać się dobrą w jednym i w drugim.
Niestety zawiodłam się - nie wynikami pracy, bo rysunki wypadały dość realistycznie, według mojej własnej oceny. Niestety zazwyczaj w pewnym momencie dostrzegałam, że rysuję Bellamy'ego. Twarz chłopaka na tle nocnego nieba. Jego sylwetka oparta o drzewo. Bellamy z bronią w ręku. Bellamy z upartym wyrazem twarzy.
Nie potrafiłam jedynie odzwierciedlić jego uśmiechu. Może rzadko go widywałam?
Spojrzałam na dopiero ukończony rysunek. Właśnie podjęłam jedną z takich prób. Twarz jako taka wyszła ładnie, ale uśmiech nie był jego. Nie pasował do twarzy, którą znałam na pamięć, każdą krzywiznę, każdą bliznę. Odrzuciłam kartkę z dala i odchyliłam się na krześle.
Wiedziałam, że powoli popadam w obsesję. I jak miało mi to pomóc w życiu bez niego? Byłam głupia.
Od dzisiaj rysuję tylko pejzaże, obiecałam sobie.
Było już późno, więc położyłam się na łóżku i próbowałam zasnąć. Jednak myśli zaczęły krążyć w mojej głowie, nie pozwalając mi odpłynąć.
Arkadia rozwijała się jak najlepiej, choć w czasie zimy było naprawdę trudno. Zgodnie z radami Lincolna zebraliśmy spory zapas jedzenia, jednak nie spodziewaliśmy się takich mrozów. Według Ziemianina to była najcięższa zima jaką pamięta od dzieciństwa. Musieliśmy w czasie zimowych miesięcy stale uszczelniać zabudowania. W szpitalu ciągle zmierzyliśmy się z dużą liczbą przeziębień a także odmrożeń, na szczęście w większości niegroźnych. Jednak radość jaka zapanowała z powodu pierwszego śniegu to niezapomniana chwila. Nie mogliśmy się nadziwić jak małe były płatki śniegu. Wyciągaliśmy ręce, starając się potwierdzić tezę, że nie ma dwóch identycznych płatków. Nawet dorośli zachowywali się wtedy jak małe dzieci. Stale urządzaliśmy bitwy na śnieżki, lepiliśmy bałwany, zjeżdżaliśmy z kawałków metalu jak na sankach.
Najbardziej zimne dni wystąpiły trzy miesiące po wydarzeniach w Polis. Dalej było już lepiej i niedługo potem zima ustąpiła. Kiedy śnieg zaczął powoli się topić, postanowiliśmy z grupką przyjaciół pójść jeszcze raz na bitwę na śnieżki, w razie gdyby nie było już takiej okazji.
Bawiliśmy się na zewnątrz obozu, na polanie, gdzie przygotowaliśmy nawet dwa śnieżne mury naprzeciwko siebie, dla przeciwnych drużyn. Wybieraliśmy jak zwykle ja i Bellamy. W mojej grupie znaleźli się Jasper, Miller, Octavia i Harper, a w Bellamy'ego Lincoln, Monty, Kyle i Raven. Zazwyczaj graliśmy większymi grupami, ale nie zawsze wszyscy mieli czas pograć. Zabawa trwała w najlepsze: rzucaliśmy kulkami ze śniegu, kiedy tylko ktoś wychylił głowę za mur, najczęściej sami też obrywaliśmy. Obrzucaliśmy się wymyślnymi wyzwiskami, a nasz śmiech i piski słychać było w całej okolicy. Drużyna wygrywała kiedy kapitan zdobył flagę wetkniętą w ziemię pośrodku pomiędzy stacjami.
- Idę - rzuciłam do swoich towarzyszy.
Pokiwali głowami. To był sygnał dla nich, by nasilić atak. Obeszłam mur, a kiedy z głośnym krzykiem zaczęli rzucać śnieżkami, zgięta wpół puściłam się biegiem przed siebie. Oczywiście, wtedy drużyna przeciwna zaczęła celować we mnie. W moje ciało trafiały pociski zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Pędziłam coraz szybciej, ślizgając się na śniegu. Wiedziałam, że muszę wyglądać jak bałwan, cała oblepiona śniegiem. Byłam tuż tuż, już wyciągałam rękę by chwycić flagę, kiedy ktoś chwycił mnie w pół i przewrócił na ziemię, sam lądując na mnie.
Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Po chwili Bellamy (bo kto inny?) dołączył do mnie i oboje zanosiliśmy się śmiechem, kiedy nasze drużyny dalej rzucały śnieżkami.
Bellamy podniósł się na łokciach, tym samym chroniąc mnie przed ostrzałem. Śmiech zamarł mi w krtani, kiedy zrozumiałam, że tak blisko nie byliśmy od kilku miesięcy. On musiał to zrozumieć w tej samej chwili co ja, ale nie odsunął się. Wtedy też wzięłam w garść trochę śniegu i rzuciłam mu w twarz z radosnym okrzykiem. Kiedy odsunął się, otrzepując, wstałam i na czworaka podpęzłam do flagi, którą zerwałam i podniosłam do góry.
- Wygrałam, wygrałam! - krzyczałam. Za chwilę otoczyła mnie moja grupa, podskakując jak dzieci.
Spojrzałam na Bellamy'ego, który wyglądał na smutnego, mimo, że uśmiechał się lekko. I nie dlatego, że jego drużyna przegrała. Ścisnęło mnie w gardle na ten obraz.
Niestety takie sytuacje zdarzały się często. Za często. Nakrywaliśmy siebie nawzajem na wpatrywaniu się w siebie. Czasem było to tylko muśnięcie ręki, a jednak było bolesne dla nas obojga. Unikaliśmy takich wypadków jak ognia, szczególnie, że nie wiedzieliśmy jak się po tym zachować i nie pozwalały żyć dalej.
Początkowo nie wiedziałam jak sobie poradzić bez Bellamy'ego. To on przynosił mi ukojenie. Z czasem nauczyłam się, by być w stałym ruchu. Oprócz pracy w szpitalu z Glorią i Louisem (który chyba mnie nawet polubił) i praktyki z dwójką nowych stażystów, Michaelem i Donny, spotykałam się stale z przyjaciółmi i mamą, a także zaczęłam znowu rysować i uczyć się języka Ziemian.
Wszyscy się zresztą zaczęli rozwijać. Miller pozbierał się po śmierci Ashera i zdawał na strażnika, podczas gdy Monty na stałe zajął się rolnictwem. Zaczął umawiać się z Harper, która rozbudowywała szkołę. Zresztą pojawiało się coraz więcej dzieci. Gaja nie była już jedynym dzieckiem narodzonym na Ziemi. Nie pojawiło się jeszcze żadne rodzeństwo, choć zniesiono zakaz posiadania więcej niż jednego dziecka, wierzyłam jednak że wkrótce się to zmieni.
Murphy na początku chciał odejść z Emori, ale w końcu stwierdzili, że w Arkadii nie są traktowani jako wrogowie i oboje razem z Jasperem zaangażowali się w patrole. Lincoln i Octavia stali się posłami, naszymi przedstawicielami w spotkaniach z komandor i Radą. Od nich dowiedziałam się, że Roan został ułaskawiony, natomiast królowa Nia musiała odstąpić od władzy, straciwszy poparcie klanu. Isao zaś wykorzystał swoją potęgę do wparcia Lexy i koalicji. Dwukrotnie zorganizowano zamach na niego. Szczerze mu współczułam i żałowałam, że ściągnęłam na niego niebezpieczeństwo.
Bellamy także brał udział w patrolach, po pewnym czasie dowodził większością misji na jakie był wysyłany. Nasze relacje pozostawały przyjacielskie, ale każde z nas w duszy cierpiało. Zaczęłam nawet rozważać wyjazd z Arkadii, nawet do Mount Weather, ale Bellamy mnie uprzedził. Już od dawna mówiono o wybudowaniu drugiego miasta, z prawdziwymi budynkami. Wyznaczyliśmy nowy teren, niedaleko rzeki z dobrymi glebami pod uprawę. Miejsce to jednak było oddalone o kilka dni drogi. Bellamy zgłosił się do pierwszej grupy, która miała przygotować teren pod budowę. Miał tez zapewniać ochronę innym. Razem z nimi pojechali Kyle i Raven, jako najlepsi technicy. Mieli wykorzystać materiały z rozbitych stacji Arki. Z każdym miesiącem coraz więcej osób tam wyjeżdżało, by pomóc w budowie. Mnie także zaproponowało, ale wiedziałam, że nie mogę, jeśli Bellamy tam był. Zamiast tego zaproponowałam żeby to Jackson i Louis zorganizowali tam szpital.
życie z dala od Bellamy'ego było jednocześnie łatwiejsze, jak i trudniejsze. Jego widok każdego dnia powodował ból, kiedy wyjechał, mogłam czasami zapomnieć o złamanym sercu. Z drugiej strony nie mogłam doglądać czy jest bezpieczny i zdrowy. Jednak wierzyłam, że dawał sobie radę. Jak zwykle.
Przyzwyczaiłam się do tego, że nie ma go w pobliżu, tak jak do tego, że rzadko widywałam mamę. Abby kierowała szpitalem w Mount Weather z zapamiętaniem, powiększając laboratorium. Z tego co wiedziałam Ines, moja dawna stażystka, chciała teraz zostać chirurgiem i mama sama ją przyuczała.
Kane i Rada postanowiła zmienić część Mount Weather, która nie obejmowała szpitala w fabryki i uruchomić z powrotem turbiny wodne, tak by doprowadzić prąd do Arkadii i nowo tworzonego miasta.
W ciągu pół roku naprawdę dużo się zmieniło. Nawet ludzie. Ja też się zmieniłam. Ale niezmienne pozostały spotkania pod kapsułą i organizowane tam imprezy. Niektórych przyjaciół na nich brakowało. Zresztą od dawna nie było już Setki nastolatków. Wiedzieliśmy, że kiedyś będziemy musieli przestać imprezować, że z wiekiem przybędzie nam obowiązków. Jenak chyba już nie chodziło o same imprezy, tylko o samą wspólną zabawę, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, czyli po prostu o przyjaźń. I nawet jeśli kogoś wśród nas zabrakło, to pamiętaliśmy i chyba ta pamięć trzymała nas razem i dawała nadzieję, że nasze czyny nie zostaną zapomniane, że ktoś nas doceni.
Ta myśl wyciszyła wszystkie inne w mojej głowie i pozwoliła zasnąć.
Ostatnio zaczęłam ćwiczyć się w rysowaniu ludzi. Zawsze lepiej wychodziło mi malowanie pejzaży, jednak wiedziałam, że przez praktykę mogę stać się dobrą w jednym i w drugim.
Niestety zawiodłam się - nie wynikami pracy, bo rysunki wypadały dość realistycznie, według mojej własnej oceny. Niestety zazwyczaj w pewnym momencie dostrzegałam, że rysuję Bellamy'ego. Twarz chłopaka na tle nocnego nieba. Jego sylwetka oparta o drzewo. Bellamy z bronią w ręku. Bellamy z upartym wyrazem twarzy.
Nie potrafiłam jedynie odzwierciedlić jego uśmiechu. Może rzadko go widywałam?
Spojrzałam na dopiero ukończony rysunek. Właśnie podjęłam jedną z takich prób. Twarz jako taka wyszła ładnie, ale uśmiech nie był jego. Nie pasował do twarzy, którą znałam na pamięć, każdą krzywiznę, każdą bliznę. Odrzuciłam kartkę z dala i odchyliłam się na krześle.
Wiedziałam, że powoli popadam w obsesję. I jak miało mi to pomóc w życiu bez niego? Byłam głupia.
Od dzisiaj rysuję tylko pejzaże, obiecałam sobie.
Było już późno, więc położyłam się na łóżku i próbowałam zasnąć. Jednak myśli zaczęły krążyć w mojej głowie, nie pozwalając mi odpłynąć.
Arkadia rozwijała się jak najlepiej, choć w czasie zimy było naprawdę trudno. Zgodnie z radami Lincolna zebraliśmy spory zapas jedzenia, jednak nie spodziewaliśmy się takich mrozów. Według Ziemianina to była najcięższa zima jaką pamięta od dzieciństwa. Musieliśmy w czasie zimowych miesięcy stale uszczelniać zabudowania. W szpitalu ciągle zmierzyliśmy się z dużą liczbą przeziębień a także odmrożeń, na szczęście w większości niegroźnych. Jednak radość jaka zapanowała z powodu pierwszego śniegu to niezapomniana chwila. Nie mogliśmy się nadziwić jak małe były płatki śniegu. Wyciągaliśmy ręce, starając się potwierdzić tezę, że nie ma dwóch identycznych płatków. Nawet dorośli zachowywali się wtedy jak małe dzieci. Stale urządzaliśmy bitwy na śnieżki, lepiliśmy bałwany, zjeżdżaliśmy z kawałków metalu jak na sankach.
Najbardziej zimne dni wystąpiły trzy miesiące po wydarzeniach w Polis. Dalej było już lepiej i niedługo potem zima ustąpiła. Kiedy śnieg zaczął powoli się topić, postanowiliśmy z grupką przyjaciół pójść jeszcze raz na bitwę na śnieżki, w razie gdyby nie było już takiej okazji.
Bawiliśmy się na zewnątrz obozu, na polanie, gdzie przygotowaliśmy nawet dwa śnieżne mury naprzeciwko siebie, dla przeciwnych drużyn. Wybieraliśmy jak zwykle ja i Bellamy. W mojej grupie znaleźli się Jasper, Miller, Octavia i Harper, a w Bellamy'ego Lincoln, Monty, Kyle i Raven. Zazwyczaj graliśmy większymi grupami, ale nie zawsze wszyscy mieli czas pograć. Zabawa trwała w najlepsze: rzucaliśmy kulkami ze śniegu, kiedy tylko ktoś wychylił głowę za mur, najczęściej sami też obrywaliśmy. Obrzucaliśmy się wymyślnymi wyzwiskami, a nasz śmiech i piski słychać było w całej okolicy. Drużyna wygrywała kiedy kapitan zdobył flagę wetkniętą w ziemię pośrodku pomiędzy stacjami.
- Idę - rzuciłam do swoich towarzyszy.
Pokiwali głowami. To był sygnał dla nich, by nasilić atak. Obeszłam mur, a kiedy z głośnym krzykiem zaczęli rzucać śnieżkami, zgięta wpół puściłam się biegiem przed siebie. Oczywiście, wtedy drużyna przeciwna zaczęła celować we mnie. W moje ciało trafiały pociski zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Pędziłam coraz szybciej, ślizgając się na śniegu. Wiedziałam, że muszę wyglądać jak bałwan, cała oblepiona śniegiem. Byłam tuż tuż, już wyciągałam rękę by chwycić flagę, kiedy ktoś chwycił mnie w pół i przewrócił na ziemię, sam lądując na mnie.
Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Po chwili Bellamy (bo kto inny?) dołączył do mnie i oboje zanosiliśmy się śmiechem, kiedy nasze drużyny dalej rzucały śnieżkami.
Bellamy podniósł się na łokciach, tym samym chroniąc mnie przed ostrzałem. Śmiech zamarł mi w krtani, kiedy zrozumiałam, że tak blisko nie byliśmy od kilku miesięcy. On musiał to zrozumieć w tej samej chwili co ja, ale nie odsunął się. Wtedy też wzięłam w garść trochę śniegu i rzuciłam mu w twarz z radosnym okrzykiem. Kiedy odsunął się, otrzepując, wstałam i na czworaka podpęzłam do flagi, którą zerwałam i podniosłam do góry.
- Wygrałam, wygrałam! - krzyczałam. Za chwilę otoczyła mnie moja grupa, podskakując jak dzieci.
Spojrzałam na Bellamy'ego, który wyglądał na smutnego, mimo, że uśmiechał się lekko. I nie dlatego, że jego drużyna przegrała. Ścisnęło mnie w gardle na ten obraz.
Niestety takie sytuacje zdarzały się często. Za często. Nakrywaliśmy siebie nawzajem na wpatrywaniu się w siebie. Czasem było to tylko muśnięcie ręki, a jednak było bolesne dla nas obojga. Unikaliśmy takich wypadków jak ognia, szczególnie, że nie wiedzieliśmy jak się po tym zachować i nie pozwalały żyć dalej.
Początkowo nie wiedziałam jak sobie poradzić bez Bellamy'ego. To on przynosił mi ukojenie. Z czasem nauczyłam się, by być w stałym ruchu. Oprócz pracy w szpitalu z Glorią i Louisem (który chyba mnie nawet polubił) i praktyki z dwójką nowych stażystów, Michaelem i Donny, spotykałam się stale z przyjaciółmi i mamą, a także zaczęłam znowu rysować i uczyć się języka Ziemian.
Wszyscy się zresztą zaczęli rozwijać. Miller pozbierał się po śmierci Ashera i zdawał na strażnika, podczas gdy Monty na stałe zajął się rolnictwem. Zaczął umawiać się z Harper, która rozbudowywała szkołę. Zresztą pojawiało się coraz więcej dzieci. Gaja nie była już jedynym dzieckiem narodzonym na Ziemi. Nie pojawiło się jeszcze żadne rodzeństwo, choć zniesiono zakaz posiadania więcej niż jednego dziecka, wierzyłam jednak że wkrótce się to zmieni.
Murphy na początku chciał odejść z Emori, ale w końcu stwierdzili, że w Arkadii nie są traktowani jako wrogowie i oboje razem z Jasperem zaangażowali się w patrole. Lincoln i Octavia stali się posłami, naszymi przedstawicielami w spotkaniach z komandor i Radą. Od nich dowiedziałam się, że Roan został ułaskawiony, natomiast królowa Nia musiała odstąpić od władzy, straciwszy poparcie klanu. Isao zaś wykorzystał swoją potęgę do wparcia Lexy i koalicji. Dwukrotnie zorganizowano zamach na niego. Szczerze mu współczułam i żałowałam, że ściągnęłam na niego niebezpieczeństwo.
Bellamy także brał udział w patrolach, po pewnym czasie dowodził większością misji na jakie był wysyłany. Nasze relacje pozostawały przyjacielskie, ale każde z nas w duszy cierpiało. Zaczęłam nawet rozważać wyjazd z Arkadii, nawet do Mount Weather, ale Bellamy mnie uprzedził. Już od dawna mówiono o wybudowaniu drugiego miasta, z prawdziwymi budynkami. Wyznaczyliśmy nowy teren, niedaleko rzeki z dobrymi glebami pod uprawę. Miejsce to jednak było oddalone o kilka dni drogi. Bellamy zgłosił się do pierwszej grupy, która miała przygotować teren pod budowę. Miał tez zapewniać ochronę innym. Razem z nimi pojechali Kyle i Raven, jako najlepsi technicy. Mieli wykorzystać materiały z rozbitych stacji Arki. Z każdym miesiącem coraz więcej osób tam wyjeżdżało, by pomóc w budowie. Mnie także zaproponowało, ale wiedziałam, że nie mogę, jeśli Bellamy tam był. Zamiast tego zaproponowałam żeby to Jackson i Louis zorganizowali tam szpital.
życie z dala od Bellamy'ego było jednocześnie łatwiejsze, jak i trudniejsze. Jego widok każdego dnia powodował ból, kiedy wyjechał, mogłam czasami zapomnieć o złamanym sercu. Z drugiej strony nie mogłam doglądać czy jest bezpieczny i zdrowy. Jednak wierzyłam, że dawał sobie radę. Jak zwykle.
Przyzwyczaiłam się do tego, że nie ma go w pobliżu, tak jak do tego, że rzadko widywałam mamę. Abby kierowała szpitalem w Mount Weather z zapamiętaniem, powiększając laboratorium. Z tego co wiedziałam Ines, moja dawna stażystka, chciała teraz zostać chirurgiem i mama sama ją przyuczała.
Kane i Rada postanowiła zmienić część Mount Weather, która nie obejmowała szpitala w fabryki i uruchomić z powrotem turbiny wodne, tak by doprowadzić prąd do Arkadii i nowo tworzonego miasta.
W ciągu pół roku naprawdę dużo się zmieniło. Nawet ludzie. Ja też się zmieniłam. Ale niezmienne pozostały spotkania pod kapsułą i organizowane tam imprezy. Niektórych przyjaciół na nich brakowało. Zresztą od dawna nie było już Setki nastolatków. Wiedzieliśmy, że kiedyś będziemy musieli przestać imprezować, że z wiekiem przybędzie nam obowiązków. Jenak chyba już nie chodziło o same imprezy, tylko o samą wspólną zabawę, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, czyli po prostu o przyjaźń. I nawet jeśli kogoś wśród nas zabrakło, to pamiętaliśmy i chyba ta pamięć trzymała nas razem i dawała nadzieję, że nasze czyny nie zostaną zapomniane, że ktoś nas doceni.
Ta myśl wyciszyła wszystkie inne w mojej głowie i pozwoliła zasnąć.
czwartek, 7 grudnia 2017
Rozmowa Clarke i Jaspera - rozdział specjalny
*Clarke Griffin*
Od Mount Weather wiedziałam, że ta rozmowa jest nieunikniona. Jednak za bardzo się bałam, by podejść do Jaspera i wyrazić słowami, jak bardzo mi przykro. Obawiałam się jego gniewu, bólu w jego oczach, nienawiści w głosie. Z każdym dniem coraz bardziej odkładałam tą chwilę, aż nagle minął miesiąc, a ja nadal nie przeprosiłam Jaspera. Mimo, że widok pijanego i zrozpaczonego przyjaciele był niezwykle bolesny, nie potrafiłam znaleźć w sobie wystarczająco dużo odwagi.
Musiała wydarzyć się tragedia, żeby przekonać mnie, że rozmowa z chłopakiem, nie jest już moim wyborem, stała się moja powinnością. Jednak trochę minęło zanim to zrozumiałam. Kiedy Jasper próbował popełnić samobójstwo moim pierwszym odruchem była ucieczka. Podczas aresztu, który zgotowała mi mama nie miałam okazji z nim porozmawiać. Gdy okazało się, że chłopak zaczął znowu przyjaźnić się z Montym odetchnęłam z ulgą i choć teraz przyznaję to ze wstydem, miałam nadzieję, że nie będę musiała z nim już rozmawiać. Że wszystko się ułoży, bez mojej ingerencji.
Dopiero porwanie przez Ziemian uświadomiło mi ile niedokończonych spraw mi zostało. Choć na co dzień nie zdawałam sobie z tego sprawy, pochłonięta pracą, byłam pokłócona z wieloma ludźmi, którzy byli dla mnie ważni. Zresztą przed porwaniem najbardziej zadręczałam się kłótnią z Bellamym.
Kiedy wróciłam do obozu, zregenerowanie sił zajęło mi tylko kilka dni. Pierwszym co zrobiłam, była poważna rozmowa z mamą. Podczas niej wytłumaczyła mi dlaczego wydała tatę, ujawniła przede mną swój najmroczniejszy sekret. Cała rozmowa sprawiła mi niewyobrażalny ból, ale ja także wyjawiłam, dlaczego chciałam uciec. Nawzajem się przeprosiłyśmy i choć nadal czułam do niej żal za to wszystko co się stało, to chciałam jej przebaczyć. Chciałam odzyskać mamę i czuć do niej zaufanie.
Sprawa z Bellamym przedstawiała się znacznie prościej. Porwanie na nowo nas zjednoczyło i nie musieliśmy odbywać jakieś poważnej rozmowy. Wystarczyło wymienienie jednego pełnego otwartości spojrzenia, by zrozumieć, ze jest nam przykro, że oboje czujemy się winni. Przebaczenie Bellamy'ego było znacznie łatwiejsze, bo znałam go lepiej niż kogokolwiek innego, bez problemu potrafiłam zrozumieć, dlaczego postępował tak, a nie inaczej. Zresztą on chciał tylko mojego dobra, jak zawsze.
Kiedy pogodziłam się z mamą i Bellamym, nadszedł czas na najważniejszą i najtrudniejsza rozmowę. Kiedy miałam już wystarczająco dużo sił, zebrałam się w sobie i podjęłam decyzję.
Pięć dni po napaści wieczorem, czekałam na koniec kolacji i obserwowałam Jaspera, siedzącego razem z Montym. Był zupełnie nowym człowiekiem.
Nie przypominał już pijanego nastolatka, leżącego pod stołem i pragnącego zapomnienie i śmierci. Nie był też chłopcem, który wylądował na Ziemi, z burzą brązowych włosów i goglami na głowie, zawsze skorego do żartów i wygłupów.
Teraz był mężczyzną, który przeżył dostatecznie dużo, by odbiło się to na jego twarzy. Patrząc na niego, widziałam, że już nigdy nie będzie ta samą osobą, co kiedyś. Stracił kogoś kogo kochał i to przez osoby, którym ufał najbardziej na świecie. Jasper uśmiechał się często i śmiał się z żartów przyjaciela, ale czasem śmiech zamierał mu w gardle i nagle poważniał, jakby przypominał sobie co się wydarzyło, a wybuchy radości były przypadkowe. Ból w jego oczach też był mniej widoczny. Ale nie zniknął. Bałam się, że nigdy nie zniknie.
Kiedy jadalnia zaczęła się opróżniać, wstałam i ruszyłam w kierunku jego stolika, zanim opuściła mnie odwaga. Kiedy podchodziłam, Jasper mnie zauważył i od razu odwrócił wzrok, a uśmiech całkiem zniknął z jego twarzy.
Starałam się ukryć ból, jaki poczułam na ten widok, bo miał wszelkie prawo się tak zachowywać.
- Jasper, możemy porozmawiać? - zapytałam go, chociaż na mnie nie patrzył. W odpowiedzi zacisnął mocno usta i nic nie powiedział.
Wymieniłam z Montym zmartwione spojrzenie.
- Proszę - dodałam.
Kiedy nadal nic nie odpowiedział, poczułam ucisk w sercu, ale dalej próbowałam, bo nie wiedziałam, czy jeśli teraz odejdę, będę miała odwagę wrócić.
- Jeżeli nie chcesz rozmawiać, to proszę wysłuchaj mnie chociaż. Nie musisz nic mówić - zaproponowałam, wiedząc, że w moim głosie słychać błaganie.
- Jasper, skoro wysłuchałeś mnie i Bellamy'ego, to możesz wysłuchać też Clarke - wtrącił Monty, wychylając się i szukając jego wzroku.
Chłopak posłał mu gniewne spojrzenie. Zapisałam w pamięci, że Bellamy też rozmawiał z Jasperem. Miałam nadzieję, że chłopak wybaczył Blake'owi.
Jasper znowu odwrócił głowę. Westchnęłam w duchu.
- Może jeszcze za wcześnie - szepnął Monty do mnie, a ja pokiwałam z rezygnacją głową.
Odwróciłam się, czując się jak przegrana.
- Dobrze - usłyszałam cichy i gniewny głos Jaspera.
Z niedowierzaniem zwróciłam się w jego stronę. Patrzył na mnie przez chwilę, ale zaraz odwrócił wzrok i kiwnął głową, skazując mi wolne krzesło przy ich stoliku. Szybko usiadłam, nie dając mu chwili na rozmyślenie się i w tym samym czasie Monty zaczął wstawać.
- Możesz zostać - powiedziałam szybko.
Monty z zaskoczeniem spojrzał najpierw na mnie, a potem z pytaniem w oczach na Jaspera. Gdy ten wzruszył lekko ramionami, usiadł z powrotem.
W towarzystwie jeszcze jednego chłopaka, poczułam się pewniej, choć przez chwile milczałam, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.
Kiedy Jasper westchnął głęboko, zaczęłam mówić, czując, że się niecierpliwi i wolałby być dalej w kosmosie na Arce, niż na Ziemi ze mną.
- Chciałam cię przeprosić - zaczęłam. - Nigdy tego nie zrobiłam, bo za bardzo się bałam. Nie oczekuję, że mi przebaczysz. Nie chcę cię do tego zmuszać, ale musisz wiedzieć, że każdego dnia żałuję tego co zrobiłam w Mount Weather. Nie chciałam śmierci Mayi. Nie chciałam śmierci tych wszystkich ludzi. Ale nie miałam innych pomysłów na uratowanie was. Chciałam tylko, żebyście przeżyli. W tamtej chwili byliście dla mnie najważniejsi. Nadal jesteście. Gdyby istniało inne wyjście, które zapewniałoby, że przeżyjecie zarówno wy jak i Ludzie z Góry, skorzystałabym z niego.
- Nie chce słyszeć twoich tłumaczeń - mruknął Jasper.
- Nie chce się tłumaczyć - zaprzeczyłam. Czułam ściskanie w gardle, przez które ledwo mówiłam. - Chce po prostu powiedzieć, że.... przepraszam. Wiem, jak strata ukochanej osoby boli. Ufałeś mi, powierzyłeś mi swoje życie, a ja cię zawiodłam. Za to też przepraszam. Nie widzę powodu dla którego miałbyś mi wybaczyć. Ja sama sobie nigdy nie wybaczę, że zrujnowałam szczęście tylu niewinnych osób. Że zniszczyłam twoje życie.
Po tych słowach przerwałam i zapadła cisza.
Monty obserwował swoje paznokcie nie chcąc zwracać na siebie uwagę. Jasper patrzył niewidocznym wzrokiem przed siebie.
- Maya chciałaby, żebym ci wybaczył - powiedział w końcu. - Była taka dobra.
Potwierdzenie oczywistego stwierdzenia wydawało mi się niepotrzebne, ale i tak skinęłam głową.
- Nie wiem, czy potrafię - odezwał się i wreszcie spojrzał na mnie, a siła jego spojrzenia była porażająca. - Przez tak długi czas cię nienawidziłem. Od kiedy ją zabiłaś, z każdym dniem coraz mocniej. Codziennie zadawałem sobie pytanie, jak ty możesz jeszcze żyć, skoro ona już nie. To było tak cholernie niesprawiedliwe... Wybaczenie tobie, to byłaby najtrudniejsza rzecz w całym moim życiu!
- Więc nie wybaczaj mi - szepnęłam.
- Myślałem, że łatwiej będzie zapomnieć, że w ogóle istniałaś - kontynuował, jakby mnie wcale nie słyszał. - Ale jakbym mógł zapomnieć, skoro widywałem cię codziennie podczas posiłków? Zresztą starałem się zapomnieć, że byłaś moją przyjaciółką. Nienawidziłbym cię mniej, gdybyś mnie nie zdradziła, gdybyś od zawsze była moim wrogiem, tą złą. A jak miałem zapomnieć, że zorganizowałaś akcję ratunkową, kiedy zostałem ranny i porwany przez Ziemian, a przecież wtedy znaliśmy się tylko parę godzin!
- Czasem mam wrażenie, że osoba którą się stałam, jest zupełnie inna niż ta, którą kiedyś byłam. Że umarłam w pewnym momencie i narodziłam się od nowa, tylko gorsza niż wcześniej. Zdolna do okropnych rzeczy - odezwałam się nagle.
- Wszyscy tak mamy - odparł Jasper.
Patrzyliśmy się na siebie, a ja nie mogłam się nadziwić, jaki obrót obrała nasza rozmowa. Przyszłam tylko przeprosić, a teraz z Jasperem razem obmyślamy nowe nuty filozoficzne.
- Chce cie tylko prosić, żebyś już się nie poddawał - odezwałam się po dłuższej przerwie. - Nie mam prawa cię oceniać, ale proszę cię, żebyś już więcej nie próbował popełnić samobójstwa.
Jasper uśmiechnął się krzywo.
- Jestem beznadziejny, skoro nawet nie potrafię się utopić - mruknął.
- Ja nazwałabym to szczęściem - zaprzeczyłam, trochę za ostro, kiedy przypominałam sobie jak bliski był śmierci.
- Gdybyś nie pchała się do rządzenia Setką, nie musiałabyś podejmować takich decyzji - zauważył nagle.
- Wiem o tym aż za dobrze - potwierdziłam.
Wstałam.
- W razie jakiś problemów wiecie gdzie mnie szukać - dodałam i odwróciłam się pospiesznie.
Spodziewałam się krzyków, wyrzutów. A jedyne co mnie spotkało, to wyznanie, a którym już dawno wiedziałam: Jasper mnie nienawidzi i nigdy mi nie wybaczy.
Ruszyłam korytarzem w stronę szpitala. Tego dnia nie miałam dyżuru, ale chciałam sprawdzić co u Bellamy'ego i innych pacjentów przed pójściem do łóżka.
- Clarke! - usłyszałam za sobą krzyk Jaspera. Odwróciłam się zaskoczona.
Chłopak podbiegł do mnie i zatrzymał się w odległości jakiś dwóch metrów.
- Musisz wiedzieć, że będę się starał - powiedział niepewnym głosem. - Wybaczyć ci - dodał.
Poczułam ogromne wzruszenie.
- Jasper nie musisz tego robić na siłę - powiedziałam, podchodząc o krok.
- Wiem - potwierdził. - Ale mimo całej złości i nienawiści, jaką do ciebie czuję, rozumiem dlaczego to zrobiłaś. Zresztą nie byłaś sama. Monty i Bellamy pomogli ci w tym. Każdy dobry przywódca poświęciłby siebie i swoje sumienie, by ratować przyjaciół. Dopiero po rozmowie z Raven, Bellamym i Montym mogłem zaakceptować, że nie miałaś innego wyjścia.
Spojrzałam na niego z bólem.
- Przepraszam - powiedziałam jeszcze raz. - Tak bardzo mi przykro.
Jasper kiwnął głową, ale zaraz spojrzał na mnie badawczo.
- Tylko nie myśl, że od razu będziemy znowu przyjaciółmi! - zastrzegł poważnym tonem.
- Przez myśl mi to nawet nie przeszło - zapewniłam pospiesznie.
Od Mount Weather wiedziałam, że ta rozmowa jest nieunikniona. Jednak za bardzo się bałam, by podejść do Jaspera i wyrazić słowami, jak bardzo mi przykro. Obawiałam się jego gniewu, bólu w jego oczach, nienawiści w głosie. Z każdym dniem coraz bardziej odkładałam tą chwilę, aż nagle minął miesiąc, a ja nadal nie przeprosiłam Jaspera. Mimo, że widok pijanego i zrozpaczonego przyjaciele był niezwykle bolesny, nie potrafiłam znaleźć w sobie wystarczająco dużo odwagi.
Musiała wydarzyć się tragedia, żeby przekonać mnie, że rozmowa z chłopakiem, nie jest już moim wyborem, stała się moja powinnością. Jednak trochę minęło zanim to zrozumiałam. Kiedy Jasper próbował popełnić samobójstwo moim pierwszym odruchem była ucieczka. Podczas aresztu, który zgotowała mi mama nie miałam okazji z nim porozmawiać. Gdy okazało się, że chłopak zaczął znowu przyjaźnić się z Montym odetchnęłam z ulgą i choć teraz przyznaję to ze wstydem, miałam nadzieję, że nie będę musiała z nim już rozmawiać. Że wszystko się ułoży, bez mojej ingerencji.
Dopiero porwanie przez Ziemian uświadomiło mi ile niedokończonych spraw mi zostało. Choć na co dzień nie zdawałam sobie z tego sprawy, pochłonięta pracą, byłam pokłócona z wieloma ludźmi, którzy byli dla mnie ważni. Zresztą przed porwaniem najbardziej zadręczałam się kłótnią z Bellamym.
Kiedy wróciłam do obozu, zregenerowanie sił zajęło mi tylko kilka dni. Pierwszym co zrobiłam, była poważna rozmowa z mamą. Podczas niej wytłumaczyła mi dlaczego wydała tatę, ujawniła przede mną swój najmroczniejszy sekret. Cała rozmowa sprawiła mi niewyobrażalny ból, ale ja także wyjawiłam, dlaczego chciałam uciec. Nawzajem się przeprosiłyśmy i choć nadal czułam do niej żal za to wszystko co się stało, to chciałam jej przebaczyć. Chciałam odzyskać mamę i czuć do niej zaufanie.
Sprawa z Bellamym przedstawiała się znacznie prościej. Porwanie na nowo nas zjednoczyło i nie musieliśmy odbywać jakieś poważnej rozmowy. Wystarczyło wymienienie jednego pełnego otwartości spojrzenia, by zrozumieć, ze jest nam przykro, że oboje czujemy się winni. Przebaczenie Bellamy'ego było znacznie łatwiejsze, bo znałam go lepiej niż kogokolwiek innego, bez problemu potrafiłam zrozumieć, dlaczego postępował tak, a nie inaczej. Zresztą on chciał tylko mojego dobra, jak zawsze.
Kiedy pogodziłam się z mamą i Bellamym, nadszedł czas na najważniejszą i najtrudniejsza rozmowę. Kiedy miałam już wystarczająco dużo sił, zebrałam się w sobie i podjęłam decyzję.
Pięć dni po napaści wieczorem, czekałam na koniec kolacji i obserwowałam Jaspera, siedzącego razem z Montym. Był zupełnie nowym człowiekiem.
Nie przypominał już pijanego nastolatka, leżącego pod stołem i pragnącego zapomnienie i śmierci. Nie był też chłopcem, który wylądował na Ziemi, z burzą brązowych włosów i goglami na głowie, zawsze skorego do żartów i wygłupów.
Teraz był mężczyzną, który przeżył dostatecznie dużo, by odbiło się to na jego twarzy. Patrząc na niego, widziałam, że już nigdy nie będzie ta samą osobą, co kiedyś. Stracił kogoś kogo kochał i to przez osoby, którym ufał najbardziej na świecie. Jasper uśmiechał się często i śmiał się z żartów przyjaciela, ale czasem śmiech zamierał mu w gardle i nagle poważniał, jakby przypominał sobie co się wydarzyło, a wybuchy radości były przypadkowe. Ból w jego oczach też był mniej widoczny. Ale nie zniknął. Bałam się, że nigdy nie zniknie.
Kiedy jadalnia zaczęła się opróżniać, wstałam i ruszyłam w kierunku jego stolika, zanim opuściła mnie odwaga. Kiedy podchodziłam, Jasper mnie zauważył i od razu odwrócił wzrok, a uśmiech całkiem zniknął z jego twarzy.
Starałam się ukryć ból, jaki poczułam na ten widok, bo miał wszelkie prawo się tak zachowywać.
- Jasper, możemy porozmawiać? - zapytałam go, chociaż na mnie nie patrzył. W odpowiedzi zacisnął mocno usta i nic nie powiedział.
Wymieniłam z Montym zmartwione spojrzenie.
- Proszę - dodałam.
Kiedy nadal nic nie odpowiedział, poczułam ucisk w sercu, ale dalej próbowałam, bo nie wiedziałam, czy jeśli teraz odejdę, będę miała odwagę wrócić.
- Jeżeli nie chcesz rozmawiać, to proszę wysłuchaj mnie chociaż. Nie musisz nic mówić - zaproponowałam, wiedząc, że w moim głosie słychać błaganie.
- Jasper, skoro wysłuchałeś mnie i Bellamy'ego, to możesz wysłuchać też Clarke - wtrącił Monty, wychylając się i szukając jego wzroku.
Chłopak posłał mu gniewne spojrzenie. Zapisałam w pamięci, że Bellamy też rozmawiał z Jasperem. Miałam nadzieję, że chłopak wybaczył Blake'owi.
Jasper znowu odwrócił głowę. Westchnęłam w duchu.
- Może jeszcze za wcześnie - szepnął Monty do mnie, a ja pokiwałam z rezygnacją głową.
Odwróciłam się, czując się jak przegrana.
- Dobrze - usłyszałam cichy i gniewny głos Jaspera.
Z niedowierzaniem zwróciłam się w jego stronę. Patrzył na mnie przez chwilę, ale zaraz odwrócił wzrok i kiwnął głową, skazując mi wolne krzesło przy ich stoliku. Szybko usiadłam, nie dając mu chwili na rozmyślenie się i w tym samym czasie Monty zaczął wstawać.
- Możesz zostać - powiedziałam szybko.
Monty z zaskoczeniem spojrzał najpierw na mnie, a potem z pytaniem w oczach na Jaspera. Gdy ten wzruszył lekko ramionami, usiadł z powrotem.
W towarzystwie jeszcze jednego chłopaka, poczułam się pewniej, choć przez chwile milczałam, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.
Kiedy Jasper westchnął głęboko, zaczęłam mówić, czując, że się niecierpliwi i wolałby być dalej w kosmosie na Arce, niż na Ziemi ze mną.
- Chciałam cię przeprosić - zaczęłam. - Nigdy tego nie zrobiłam, bo za bardzo się bałam. Nie oczekuję, że mi przebaczysz. Nie chcę cię do tego zmuszać, ale musisz wiedzieć, że każdego dnia żałuję tego co zrobiłam w Mount Weather. Nie chciałam śmierci Mayi. Nie chciałam śmierci tych wszystkich ludzi. Ale nie miałam innych pomysłów na uratowanie was. Chciałam tylko, żebyście przeżyli. W tamtej chwili byliście dla mnie najważniejsi. Nadal jesteście. Gdyby istniało inne wyjście, które zapewniałoby, że przeżyjecie zarówno wy jak i Ludzie z Góry, skorzystałabym z niego.
- Nie chce słyszeć twoich tłumaczeń - mruknął Jasper.
- Nie chce się tłumaczyć - zaprzeczyłam. Czułam ściskanie w gardle, przez które ledwo mówiłam. - Chce po prostu powiedzieć, że.... przepraszam. Wiem, jak strata ukochanej osoby boli. Ufałeś mi, powierzyłeś mi swoje życie, a ja cię zawiodłam. Za to też przepraszam. Nie widzę powodu dla którego miałbyś mi wybaczyć. Ja sama sobie nigdy nie wybaczę, że zrujnowałam szczęście tylu niewinnych osób. Że zniszczyłam twoje życie.
Po tych słowach przerwałam i zapadła cisza.
Monty obserwował swoje paznokcie nie chcąc zwracać na siebie uwagę. Jasper patrzył niewidocznym wzrokiem przed siebie.
- Maya chciałaby, żebym ci wybaczył - powiedział w końcu. - Była taka dobra.
Potwierdzenie oczywistego stwierdzenia wydawało mi się niepotrzebne, ale i tak skinęłam głową.
- Nie wiem, czy potrafię - odezwał się i wreszcie spojrzał na mnie, a siła jego spojrzenia była porażająca. - Przez tak długi czas cię nienawidziłem. Od kiedy ją zabiłaś, z każdym dniem coraz mocniej. Codziennie zadawałem sobie pytanie, jak ty możesz jeszcze żyć, skoro ona już nie. To było tak cholernie niesprawiedliwe... Wybaczenie tobie, to byłaby najtrudniejsza rzecz w całym moim życiu!
- Więc nie wybaczaj mi - szepnęłam.
- Myślałem, że łatwiej będzie zapomnieć, że w ogóle istniałaś - kontynuował, jakby mnie wcale nie słyszał. - Ale jakbym mógł zapomnieć, skoro widywałem cię codziennie podczas posiłków? Zresztą starałem się zapomnieć, że byłaś moją przyjaciółką. Nienawidziłbym cię mniej, gdybyś mnie nie zdradziła, gdybyś od zawsze była moim wrogiem, tą złą. A jak miałem zapomnieć, że zorganizowałaś akcję ratunkową, kiedy zostałem ranny i porwany przez Ziemian, a przecież wtedy znaliśmy się tylko parę godzin!
- Czasem mam wrażenie, że osoba którą się stałam, jest zupełnie inna niż ta, którą kiedyś byłam. Że umarłam w pewnym momencie i narodziłam się od nowa, tylko gorsza niż wcześniej. Zdolna do okropnych rzeczy - odezwałam się nagle.
- Wszyscy tak mamy - odparł Jasper.
Patrzyliśmy się na siebie, a ja nie mogłam się nadziwić, jaki obrót obrała nasza rozmowa. Przyszłam tylko przeprosić, a teraz z Jasperem razem obmyślamy nowe nuty filozoficzne.
- Chce cie tylko prosić, żebyś już się nie poddawał - odezwałam się po dłuższej przerwie. - Nie mam prawa cię oceniać, ale proszę cię, żebyś już więcej nie próbował popełnić samobójstwa.
Jasper uśmiechnął się krzywo.
- Jestem beznadziejny, skoro nawet nie potrafię się utopić - mruknął.
- Ja nazwałabym to szczęściem - zaprzeczyłam, trochę za ostro, kiedy przypominałam sobie jak bliski był śmierci.
- Gdybyś nie pchała się do rządzenia Setką, nie musiałabyś podejmować takich decyzji - zauważył nagle.
- Wiem o tym aż za dobrze - potwierdziłam.
Wstałam.
- W razie jakiś problemów wiecie gdzie mnie szukać - dodałam i odwróciłam się pospiesznie.
Spodziewałam się krzyków, wyrzutów. A jedyne co mnie spotkało, to wyznanie, a którym już dawno wiedziałam: Jasper mnie nienawidzi i nigdy mi nie wybaczy.
Ruszyłam korytarzem w stronę szpitala. Tego dnia nie miałam dyżuru, ale chciałam sprawdzić co u Bellamy'ego i innych pacjentów przed pójściem do łóżka.
- Clarke! - usłyszałam za sobą krzyk Jaspera. Odwróciłam się zaskoczona.
Chłopak podbiegł do mnie i zatrzymał się w odległości jakiś dwóch metrów.
- Musisz wiedzieć, że będę się starał - powiedział niepewnym głosem. - Wybaczyć ci - dodał.
Poczułam ogromne wzruszenie.
- Jasper nie musisz tego robić na siłę - powiedziałam, podchodząc o krok.
- Wiem - potwierdził. - Ale mimo całej złości i nienawiści, jaką do ciebie czuję, rozumiem dlaczego to zrobiłaś. Zresztą nie byłaś sama. Monty i Bellamy pomogli ci w tym. Każdy dobry przywódca poświęciłby siebie i swoje sumienie, by ratować przyjaciół. Dopiero po rozmowie z Raven, Bellamym i Montym mogłem zaakceptować, że nie miałaś innego wyjścia.
Spojrzałam na niego z bólem.
- Przepraszam - powiedziałam jeszcze raz. - Tak bardzo mi przykro.
Jasper kiwnął głową, ale zaraz spojrzał na mnie badawczo.
- Tylko nie myśl, że od razu będziemy znowu przyjaciółmi! - zastrzegł poważnym tonem.
- Przez myśl mi to nawet nie przeszło - zapewniłam pospiesznie.
Rozdział 30
*Clarke Griffin*
Droga powrotna trwała dwa razy szybciej niż podróż do Polis. Narzuciliśmy sobie dość szybkie, zresztą nie spowalniało nas ogromne wojsko. Wszyscy nadal byliśmy niepewni, czy kolejny atak nie nastąpi. Dlatego tylko raz zrobiliśmy postój, by dać odpocząć koniom i zjeść coś. Jechaliśmy całą noc, a późnym południem mogliśmy już zobaczyć Arkadię.
Patrząc przez zakratowane okna, poczułam niewysłowioną ulgę na znajomy widok. Niewątpliwie byłam w domu.
Tu tez zostawili nas strażnicy Lexy. Widziałam, jak Bellamy żegna się z jednym z nich i potrząsa jego ręką. Potem Ziemianie zawrócili i odjechali.
Droga ze wzgórza do bramy trwała tylko chwilę, ale mi wydawała się wiecznością. Z każdą sekundą kształty obozu były większe i wyraźniejsze. Moje serce przyspieszyło, kiedy brama otwierała się przed nami.
Kiedy wreszcie byliśmy bezpieczni za ogrodzeniem, zatrzymaliśmy się dopiero w garażu, gdzie przetrzymywaliśmy samochody. Tam też wszyscy wysiedliśmy. Zeskoczyłam na ziemie, czując się lekka i beztroska jak nigdy przedtem, a przecież nasze problemy jeszcze się nie skończyły. Nigdy się nie kończyły. Tak, najprawdopodobniej nie byłam już zagrożona, więc dlaczego czułam jakby ktoś zacisnął rękę na moim gardle i nie pozwalał zaczerpnąć powietrza do płuc.
Podeszłam do Monty'ego i Jaspera.
- Możecie zaprowadzić Millera i JJa do szpitala? - poprosiłam. - Stażyści powinni ich jeszcze raz przebadać. Ja zaraz też tam przyjdę.
Kiedy pokiwali głowami i odeszli spełnić moją prośbę, podeszłam do Rasheeda i podziękowałam mu za ochronę i pomoc.
- Nie spisaliśmy się zbytnio przy tym ataku - zaprzeczył niezadowolony.
- Nikt się go nie spodziewał - próbowałam go pocieszyć. - Zresztą JJ, Miller i Bellamy nie odnieśli śmiertelnych ran. Co się tyczy tamtych Ziemian... nic nie mogliśmy na to poradzić....
Posłał mi lekki uśmiech, ale nie przekonałam go. Następnie odszedł z zamiarem zdania relacji kanclerzowi.
Wreszcie wyszłam z garażu na dziedziniec. Dzisiejszy dzień był słoneczny i ciepły, z tego co przepowiadał Lincoln, były to ostatnie ciepłe dni jesieni. Za niedługo czekała nas zima. I prawdziwy ŚNIEG!
Wystawiłam twarz do słońca i przymknęłam oczy. Nie otworzyłam oczu nawet, kiedy poczułam, jak ktoś stanął obok mnie.
- Chyba zasłużyliśmy na drinka - powiedział Bellamy.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nawet na dwa - wreszcie podniosłam powieki i spojrzałam na niego.
Chłopak przyglądał mi się, a kiedy usłyszał moją odpowiedź na jego twarzy wypłynął zaskoczony uśmiech. Wyciągnął dłoń, by dotknąć mojej twarzy, tak jak robił to kiedy jeszcze byliśmy razem, ale za chwilę się zreflektował i opuścił ją wzdłuż ciała. Zauważyłam, że zacisnął dłoń.
- Co teraz będziemy robić? - zapytałam, patrząc przed siebie na obóz i jego mieszkańców. Zauważyłam, że ludzie znowu poczuli się bezpiecznie. Najwyraźniej udało się ich uspokoić, po niedoszłym ataku Azgedy.
- Wszystko co wcześniej i to czego jeszcze nigdy nie robiliśmy - odpowiedział.
- Same konkrety - skomentowałam.
Potem zobaczyłam biegnąca w moją stronę znajomą sylwetkę.
- Muszę iść. Moja mama....- powiedziałam wskazując na nią.
Bellamy wzruszył ramionami.
- Nie zamierzam cię zatrzymywać.
*Abby Griffn*
Z tego tygodnia pamiętałam niewiele oprócz nieustannego strachu o Clarke. Kane próbował uspokoić mieszkańców Arkadii, którzy nie mogli uwierzyć, że nie doszło do walki. I choć przekonywał ich, że są już bezpieczni, to jednak podwoił straże i utrzymał zakaz wychodzenia z obozu bez pozwolenia.
Rozkazał też nastolatkom wyjawić jakim sposobem przemykali do kapsuły niepostrzeżenie. Początkowo nikt nie chciał powiedzieć prawdy, utrzymując, że wymykali się przez bramę, informując o wyjściu strażników, ale kiedy kanclerz wyjaśnił im, że od tej informacji może zależeć bezpieczeństwo obozu, wreszcie wskazali miejsce w ogrodzeniu, gdzie znajdowała się dziura na tyle duża, ze człowiek bez problemu mógł się przez nią prześlizgnąć bez porażenia prądem. Kiedy mi o tym opowiadał, widziałam jego niezadowolenie z nieodpowiedzialności nastolatków. Ale może właśnie o to chodziło - byli tylko dziećmi, które mimo wszystkiego co już przeszły nadal kochały mieć tajemnice przed dorosłymi. Kiedy zaś spytał, kto znalazł pierwszy to miejsce, starali się nie wskazywać na nikogo, odpowiedzi zaś zawsze prowadziły do tego, że dziura po prostu tam była i wszyscy o niej wiedzieli.
Z każdym dniem mój niepokój rósł, a kiedy tylko Rasheed zjawił się w gabinecie Marcusa i oznajmił, że wrócili, od razu wybiegłam z pokoju i co tchu pognałam na spotkanie z córką. Nie wiedziałam, gdzie jej szukać, więc postanowiłam najpierw sprawdzić w garażu, licząc, że jeszcze się stamtąd nie ruszyła. Zobaczyłam ją, stojącą obok Bellamy'ego i od razu pobiegłam w jej stronę. Przez umysł przebiegła mi dziwna myśl, że ona i chłopak stoją podejrzanie daleko od siebie. Jakby coś się wydarzyło. Ale wtedy Clarke mnie zauważyła i ruszyła w moją stronę. Objęłam ją mocno, kiedy się spotkałyśmy i nie mogłam opanować łez ulgi.
- Och, Clarke, tak się o ciebie bałam - wyszeptałam w jej włosy, potem odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią szukając jakichkolwiek obrażeń.
Oprócz rany na ręce, zawiniętej w chustkę, nie była ranna. Przynajmniej nie fizycznie, bo kiedy jej się przyjrzałam, zobaczyłam, że pod maską radości i spokoju, skrywała wielką ranę, która powodowała wielki ból.
- Co tutaj robisz? - zapytała pozornie szczęśliwa. - Powinnaś być w Mount Weather...
- Marcus zawiadomił mnie o wszystkich, kiedy tylko wyjechaliście do Polis - zaczęłam szybko tłumaczyć. - Przybyłam najszybciej jak potrafiłam.
- Nie trzeba było - powiedziała. - Wszystko w porządku. Już nie jestem Wanhedą. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i Ziemianie uznają tą zmianę, to jestem bezpieczna. Wszystko jest w porządku....
- Przecież widzę, że nie jest - zaprzeczyłam.
Clarke głośno przełknęła ślinę. Pokręciła głową, jakby nie mogąc wydusić ani słowa.
Objęłam ją ramieniem.
- Choć, wszystko mi opowiesz...
Siedziałyśmy u niej w pokoju, tak jak kiedyś i Clarke początkowo niechętnie i z trudem wszystko mi opowiedziała. Potem mówiła coraz szybciej i gwałtowniej, jakby szukała potwierdzenia, że postąpiła słusznie. O dziwo, nie zdziwiło mnie, że chodzi o Bellamy'ego, ale bałam się, że Clarke zerwała z nim, by się unieszczęśliwić, ukarać za wszystkie grzechy. Jednak przekonałam się, że głównym powodem był strach, że chłopak zginie z jej winy. Z tym nie potrafiłaby sobie poradzić, tak jak Bellamy nie przeżyłby utraty Clarke.
Może tak będzie lepiej. Może w końcu nauczą się żyć bez siebie, sami radzić sobie z problemami. Nadal mogli być zresztą przyjaciółmi.
Wciąż jednak nawiedzał mnie obraz twarzy Clarke, gdy była razem z Bellamym. Tak szczęśliwej i beztroskiej....
Życie jednak nie jest beztroskie. Na pewno nie na Ziemi. Zresztą w kosmosie też nie.
Clarke płakała, chyba bezwiednie. Kiedy skończyła mówić, nie pozostało mi nic innego jak przytulić ją i powiedzieć, że postąpiła słusznie. A dwa lata minął szybciej, niż sobie wyobraża.
- Ale jeśli za dwa lata wszystko się zmieni? - zapytała niespokojnie. - Jeżeli my się zmienimy? Jeżeli...
- Jeżeli to co czuliście było prawdziwe, nic się nie zmieni - przerwałam jej.
Clarke nie powiedziała już nic więcej.
*Bellamy Blake*
Otrząśnięcie się z ostatnich wydarzeń było trudne. Dopiero po dwóch tygodniach zniesiono zakaz wychodzenia poza obóz. Dziura w obozie, którą odkryła Clarke została załatana. Początkowo niepewnie, później coraz śmielej zaczęliśmy wychodzić na spotkania w kapsule. Ale nawet imprezy i rozmowy z przyjaciółmi nie zmniejszyły bólu, jaki czułem po rozstaniu z Clarke. Chciałbym ją znienawidzić, ale jak mógłbym, kiedy jednocześnie tak strasznie ją kochałem? Zresztą czasami faktycznie wydawało mi się, że ją nienawidzę, ale kiedy tylko ją widziałem tęskniłem za jej obecnością.
Widziałem, że pochłonęła ją praca, ale częściej niż wcześniej wychodziła ze szpitala, żeby porozmawiać ze znajomymi. Na pierwszy rzut oka wyglądała naturalnie, ale za dobrze ją znałem. Zresztą widziałem, że czasem patrzy na mnie, tak jak ja na nią - z niewyobrażalną tęsknotą. Oczywiście oboje udawaliśmy, że tego nie zauważamy.
Clarke chciała, żebyśmy żyli normalnie. Normalnie, czyli z kimś innym? Ja nie mógłbym udawać przed kimś miłości, zresztą ona też nie zaczęła spotykać się z nikim innym. Nie chciałem, żeby powtórzyła się sytuacja, jak z Giną (która zainteresowała się JJem, co ciekawe).
Octavia próbowała mnie jakoś pocieszyć, choć nie wyjawiłem jej powodu mojego rozżalenia. Zresztą nie musiałem. Moje rozstanie z Clarke stało się plotką roku. Wiedziałem, że ludzie dyskutowali i zakładali się dlaczego się rozstaliśmy, czy zamierzamy się zejść i tak dalej. Starałem się nie zwracać na to uwagi. Wkrótce przestaną o tym mówić. Znajdą się nowe plotki.
Życie na Ziemi było nieprzewidywalne - a my dopiero ją poznawaliśmy. Może za kilka lat wszystko będzie prostsze, ale na razie czekały na nas kolejne niebezpieczne przygody, nowe przeszkody, a my będziemy musieli się z nimi zmierzyć.
I damy sobie radę. To właśnie robiliśmy. Jeżeli w kosmosie udało nam się przeżyć, to na Ziemi nie? Przecież stąd pochodziliśmy. I czuliśmy to każdej minuty każdego dnia od kiedy Setka nastoletnich kryminalistów wylądowała na powierzchni planety.
Czy byliśmy przygotowani? O nie.
Czy przeżyliśmy? Owszem.
Czy przetrwamy? Nie mam co do tego wątpliwości.
Droga powrotna trwała dwa razy szybciej niż podróż do Polis. Narzuciliśmy sobie dość szybkie, zresztą nie spowalniało nas ogromne wojsko. Wszyscy nadal byliśmy niepewni, czy kolejny atak nie nastąpi. Dlatego tylko raz zrobiliśmy postój, by dać odpocząć koniom i zjeść coś. Jechaliśmy całą noc, a późnym południem mogliśmy już zobaczyć Arkadię.
Patrząc przez zakratowane okna, poczułam niewysłowioną ulgę na znajomy widok. Niewątpliwie byłam w domu.
Tu tez zostawili nas strażnicy Lexy. Widziałam, jak Bellamy żegna się z jednym z nich i potrząsa jego ręką. Potem Ziemianie zawrócili i odjechali.
Droga ze wzgórza do bramy trwała tylko chwilę, ale mi wydawała się wiecznością. Z każdą sekundą kształty obozu były większe i wyraźniejsze. Moje serce przyspieszyło, kiedy brama otwierała się przed nami.
Kiedy wreszcie byliśmy bezpieczni za ogrodzeniem, zatrzymaliśmy się dopiero w garażu, gdzie przetrzymywaliśmy samochody. Tam też wszyscy wysiedliśmy. Zeskoczyłam na ziemie, czując się lekka i beztroska jak nigdy przedtem, a przecież nasze problemy jeszcze się nie skończyły. Nigdy się nie kończyły. Tak, najprawdopodobniej nie byłam już zagrożona, więc dlaczego czułam jakby ktoś zacisnął rękę na moim gardle i nie pozwalał zaczerpnąć powietrza do płuc.
Podeszłam do Monty'ego i Jaspera.
- Możecie zaprowadzić Millera i JJa do szpitala? - poprosiłam. - Stażyści powinni ich jeszcze raz przebadać. Ja zaraz też tam przyjdę.
Kiedy pokiwali głowami i odeszli spełnić moją prośbę, podeszłam do Rasheeda i podziękowałam mu za ochronę i pomoc.
- Nie spisaliśmy się zbytnio przy tym ataku - zaprzeczył niezadowolony.
- Nikt się go nie spodziewał - próbowałam go pocieszyć. - Zresztą JJ, Miller i Bellamy nie odnieśli śmiertelnych ran. Co się tyczy tamtych Ziemian... nic nie mogliśmy na to poradzić....
Posłał mi lekki uśmiech, ale nie przekonałam go. Następnie odszedł z zamiarem zdania relacji kanclerzowi.
Wreszcie wyszłam z garażu na dziedziniec. Dzisiejszy dzień był słoneczny i ciepły, z tego co przepowiadał Lincoln, były to ostatnie ciepłe dni jesieni. Za niedługo czekała nas zima. I prawdziwy ŚNIEG!
Wystawiłam twarz do słońca i przymknęłam oczy. Nie otworzyłam oczu nawet, kiedy poczułam, jak ktoś stanął obok mnie.
- Chyba zasłużyliśmy na drinka - powiedział Bellamy.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nawet na dwa - wreszcie podniosłam powieki i spojrzałam na niego.
Chłopak przyglądał mi się, a kiedy usłyszał moją odpowiedź na jego twarzy wypłynął zaskoczony uśmiech. Wyciągnął dłoń, by dotknąć mojej twarzy, tak jak robił to kiedy jeszcze byliśmy razem, ale za chwilę się zreflektował i opuścił ją wzdłuż ciała. Zauważyłam, że zacisnął dłoń.
- Co teraz będziemy robić? - zapytałam, patrząc przed siebie na obóz i jego mieszkańców. Zauważyłam, że ludzie znowu poczuli się bezpiecznie. Najwyraźniej udało się ich uspokoić, po niedoszłym ataku Azgedy.
- Wszystko co wcześniej i to czego jeszcze nigdy nie robiliśmy - odpowiedział.
- Same konkrety - skomentowałam.
Potem zobaczyłam biegnąca w moją stronę znajomą sylwetkę.
- Muszę iść. Moja mama....- powiedziałam wskazując na nią.
Bellamy wzruszył ramionami.
- Nie zamierzam cię zatrzymywać.
*Abby Griffn*
Z tego tygodnia pamiętałam niewiele oprócz nieustannego strachu o Clarke. Kane próbował uspokoić mieszkańców Arkadii, którzy nie mogli uwierzyć, że nie doszło do walki. I choć przekonywał ich, że są już bezpieczni, to jednak podwoił straże i utrzymał zakaz wychodzenia z obozu bez pozwolenia.
Rozkazał też nastolatkom wyjawić jakim sposobem przemykali do kapsuły niepostrzeżenie. Początkowo nikt nie chciał powiedzieć prawdy, utrzymując, że wymykali się przez bramę, informując o wyjściu strażników, ale kiedy kanclerz wyjaśnił im, że od tej informacji może zależeć bezpieczeństwo obozu, wreszcie wskazali miejsce w ogrodzeniu, gdzie znajdowała się dziura na tyle duża, ze człowiek bez problemu mógł się przez nią prześlizgnąć bez porażenia prądem. Kiedy mi o tym opowiadał, widziałam jego niezadowolenie z nieodpowiedzialności nastolatków. Ale może właśnie o to chodziło - byli tylko dziećmi, które mimo wszystkiego co już przeszły nadal kochały mieć tajemnice przed dorosłymi. Kiedy zaś spytał, kto znalazł pierwszy to miejsce, starali się nie wskazywać na nikogo, odpowiedzi zaś zawsze prowadziły do tego, że dziura po prostu tam była i wszyscy o niej wiedzieli.
Z każdym dniem mój niepokój rósł, a kiedy tylko Rasheed zjawił się w gabinecie Marcusa i oznajmił, że wrócili, od razu wybiegłam z pokoju i co tchu pognałam na spotkanie z córką. Nie wiedziałam, gdzie jej szukać, więc postanowiłam najpierw sprawdzić w garażu, licząc, że jeszcze się stamtąd nie ruszyła. Zobaczyłam ją, stojącą obok Bellamy'ego i od razu pobiegłam w jej stronę. Przez umysł przebiegła mi dziwna myśl, że ona i chłopak stoją podejrzanie daleko od siebie. Jakby coś się wydarzyło. Ale wtedy Clarke mnie zauważyła i ruszyła w moją stronę. Objęłam ją mocno, kiedy się spotkałyśmy i nie mogłam opanować łez ulgi.
- Och, Clarke, tak się o ciebie bałam - wyszeptałam w jej włosy, potem odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią szukając jakichkolwiek obrażeń.
Oprócz rany na ręce, zawiniętej w chustkę, nie była ranna. Przynajmniej nie fizycznie, bo kiedy jej się przyjrzałam, zobaczyłam, że pod maską radości i spokoju, skrywała wielką ranę, która powodowała wielki ból.
- Co tutaj robisz? - zapytała pozornie szczęśliwa. - Powinnaś być w Mount Weather...
- Marcus zawiadomił mnie o wszystkich, kiedy tylko wyjechaliście do Polis - zaczęłam szybko tłumaczyć. - Przybyłam najszybciej jak potrafiłam.
- Nie trzeba było - powiedziała. - Wszystko w porządku. Już nie jestem Wanhedą. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i Ziemianie uznają tą zmianę, to jestem bezpieczna. Wszystko jest w porządku....
- Przecież widzę, że nie jest - zaprzeczyłam.
Clarke głośno przełknęła ślinę. Pokręciła głową, jakby nie mogąc wydusić ani słowa.
Objęłam ją ramieniem.
- Choć, wszystko mi opowiesz...
Siedziałyśmy u niej w pokoju, tak jak kiedyś i Clarke początkowo niechętnie i z trudem wszystko mi opowiedziała. Potem mówiła coraz szybciej i gwałtowniej, jakby szukała potwierdzenia, że postąpiła słusznie. O dziwo, nie zdziwiło mnie, że chodzi o Bellamy'ego, ale bałam się, że Clarke zerwała z nim, by się unieszczęśliwić, ukarać za wszystkie grzechy. Jednak przekonałam się, że głównym powodem był strach, że chłopak zginie z jej winy. Z tym nie potrafiłaby sobie poradzić, tak jak Bellamy nie przeżyłby utraty Clarke.
Może tak będzie lepiej. Może w końcu nauczą się żyć bez siebie, sami radzić sobie z problemami. Nadal mogli być zresztą przyjaciółmi.
Wciąż jednak nawiedzał mnie obraz twarzy Clarke, gdy była razem z Bellamym. Tak szczęśliwej i beztroskiej....
Życie jednak nie jest beztroskie. Na pewno nie na Ziemi. Zresztą w kosmosie też nie.
Clarke płakała, chyba bezwiednie. Kiedy skończyła mówić, nie pozostało mi nic innego jak przytulić ją i powiedzieć, że postąpiła słusznie. A dwa lata minął szybciej, niż sobie wyobraża.
- Ale jeśli za dwa lata wszystko się zmieni? - zapytała niespokojnie. - Jeżeli my się zmienimy? Jeżeli...
- Jeżeli to co czuliście było prawdziwe, nic się nie zmieni - przerwałam jej.
Clarke nie powiedziała już nic więcej.
*Bellamy Blake*
Otrząśnięcie się z ostatnich wydarzeń było trudne. Dopiero po dwóch tygodniach zniesiono zakaz wychodzenia poza obóz. Dziura w obozie, którą odkryła Clarke została załatana. Początkowo niepewnie, później coraz śmielej zaczęliśmy wychodzić na spotkania w kapsule. Ale nawet imprezy i rozmowy z przyjaciółmi nie zmniejszyły bólu, jaki czułem po rozstaniu z Clarke. Chciałbym ją znienawidzić, ale jak mógłbym, kiedy jednocześnie tak strasznie ją kochałem? Zresztą czasami faktycznie wydawało mi się, że ją nienawidzę, ale kiedy tylko ją widziałem tęskniłem za jej obecnością.
Widziałem, że pochłonęła ją praca, ale częściej niż wcześniej wychodziła ze szpitala, żeby porozmawiać ze znajomymi. Na pierwszy rzut oka wyglądała naturalnie, ale za dobrze ją znałem. Zresztą widziałem, że czasem patrzy na mnie, tak jak ja na nią - z niewyobrażalną tęsknotą. Oczywiście oboje udawaliśmy, że tego nie zauważamy.
Clarke chciała, żebyśmy żyli normalnie. Normalnie, czyli z kimś innym? Ja nie mógłbym udawać przed kimś miłości, zresztą ona też nie zaczęła spotykać się z nikim innym. Nie chciałem, żeby powtórzyła się sytuacja, jak z Giną (która zainteresowała się JJem, co ciekawe).
Octavia próbowała mnie jakoś pocieszyć, choć nie wyjawiłem jej powodu mojego rozżalenia. Zresztą nie musiałem. Moje rozstanie z Clarke stało się plotką roku. Wiedziałem, że ludzie dyskutowali i zakładali się dlaczego się rozstaliśmy, czy zamierzamy się zejść i tak dalej. Starałem się nie zwracać na to uwagi. Wkrótce przestaną o tym mówić. Znajdą się nowe plotki.
Życie na Ziemi było nieprzewidywalne - a my dopiero ją poznawaliśmy. Może za kilka lat wszystko będzie prostsze, ale na razie czekały na nas kolejne niebezpieczne przygody, nowe przeszkody, a my będziemy musieli się z nimi zmierzyć.
I damy sobie radę. To właśnie robiliśmy. Jeżeli w kosmosie udało nam się przeżyć, to na Ziemi nie? Przecież stąd pochodziliśmy. I czuliśmy to każdej minuty każdego dnia od kiedy Setka nastoletnich kryminalistów wylądowała na powierzchni planety.
Czy byliśmy przygotowani? O nie.
Czy przeżyliśmy? Owszem.
Czy przetrwamy? Nie mam co do tego wątpliwości.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)