Zaczęłam od nowa rysować, kiedy pozbyła się tytułu Wanhedy, czyli już pół roku temu. Zazwyczaj wieczorami, po pracy i spotkaniach ze znajomymi. Zdobywałam papier od Ziemian z najbliższej wioski, a przybory do rysowania i malowania znajdowały się w zapasach z Mount Weather. Na papier przelewałam wszystkie wspaniałe obrazy, które zobaczyłam na Ziemi.
Ostatnio zaczęłam ćwiczyć się w rysowaniu ludzi. Zawsze lepiej wychodziło mi malowanie pejzaży, jednak wiedziałam, że przez praktykę mogę stać się dobrą w jednym i w drugim.
Niestety zawiodłam się - nie wynikami pracy, bo rysunki wypadały dość realistycznie, według mojej własnej oceny. Niestety zazwyczaj w pewnym momencie dostrzegałam, że rysuję Bellamy'ego. Twarz chłopaka na tle nocnego nieba. Jego sylwetka oparta o drzewo. Bellamy z bronią w ręku. Bellamy z upartym wyrazem twarzy.
Nie potrafiłam jedynie odzwierciedlić jego uśmiechu. Może rzadko go widywałam?
Spojrzałam na dopiero ukończony rysunek. Właśnie podjęłam jedną z takich prób. Twarz jako taka wyszła ładnie, ale uśmiech nie był jego. Nie pasował do twarzy, którą znałam na pamięć, każdą krzywiznę, każdą bliznę. Odrzuciłam kartkę z dala i odchyliłam się na krześle.
Wiedziałam, że powoli popadam w obsesję. I jak miało mi to pomóc w życiu bez niego? Byłam głupia.
Od dzisiaj rysuję tylko pejzaże, obiecałam sobie.
Było już późno, więc położyłam się na łóżku i próbowałam zasnąć. Jednak myśli zaczęły krążyć w mojej głowie, nie pozwalając mi odpłynąć.
Arkadia rozwijała się jak najlepiej, choć w czasie zimy było naprawdę trudno. Zgodnie z radami Lincolna zebraliśmy spory zapas jedzenia, jednak nie spodziewaliśmy się takich mrozów. Według Ziemianina to była najcięższa zima jaką pamięta od dzieciństwa. Musieliśmy w czasie zimowych miesięcy stale uszczelniać zabudowania. W szpitalu ciągle zmierzyliśmy się z dużą liczbą przeziębień a także odmrożeń, na szczęście w większości niegroźnych. Jednak radość jaka zapanowała z powodu pierwszego śniegu to niezapomniana chwila. Nie mogliśmy się nadziwić jak małe były płatki śniegu. Wyciągaliśmy ręce, starając się potwierdzić tezę, że nie ma dwóch identycznych płatków. Nawet dorośli zachowywali się wtedy jak małe dzieci. Stale urządzaliśmy bitwy na śnieżki, lepiliśmy bałwany, zjeżdżaliśmy z kawałków metalu jak na sankach.
Najbardziej zimne dni wystąpiły trzy miesiące po wydarzeniach w Polis. Dalej było już lepiej i niedługo potem zima ustąpiła. Kiedy śnieg zaczął powoli się topić, postanowiliśmy z grupką przyjaciół pójść jeszcze raz na bitwę na śnieżki, w razie gdyby nie było już takiej okazji.
Bawiliśmy się na zewnątrz obozu, na polanie, gdzie przygotowaliśmy nawet dwa śnieżne mury naprzeciwko siebie, dla przeciwnych drużyn. Wybieraliśmy jak zwykle ja i Bellamy. W mojej grupie znaleźli się Jasper, Miller, Octavia i Harper, a w Bellamy'ego Lincoln, Monty, Kyle i Raven. Zazwyczaj graliśmy większymi grupami, ale nie zawsze wszyscy mieli czas pograć. Zabawa trwała w najlepsze: rzucaliśmy kulkami ze śniegu, kiedy tylko ktoś wychylił głowę za mur, najczęściej sami też obrywaliśmy. Obrzucaliśmy się wymyślnymi wyzwiskami, a nasz śmiech i piski słychać było w całej okolicy. Drużyna wygrywała kiedy kapitan zdobył flagę wetkniętą w ziemię pośrodku pomiędzy stacjami.
- Idę - rzuciłam do swoich towarzyszy.
Pokiwali głowami. To był sygnał dla nich, by nasilić atak. Obeszłam mur, a kiedy z głośnym krzykiem zaczęli rzucać śnieżkami, zgięta wpół puściłam się biegiem przed siebie. Oczywiście, wtedy drużyna przeciwna zaczęła celować we mnie. W moje ciało trafiały pociski zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Pędziłam coraz szybciej, ślizgając się na śniegu. Wiedziałam, że muszę wyglądać jak bałwan, cała oblepiona śniegiem. Byłam tuż tuż, już wyciągałam rękę by chwycić flagę, kiedy ktoś chwycił mnie w pół i przewrócił na ziemię, sam lądując na mnie.
Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Po chwili Bellamy (bo kto inny?) dołączył do mnie i oboje zanosiliśmy się śmiechem, kiedy nasze drużyny dalej rzucały śnieżkami.
Bellamy podniósł się na łokciach, tym samym chroniąc mnie przed ostrzałem. Śmiech zamarł mi w krtani, kiedy zrozumiałam, że tak blisko nie byliśmy od kilku miesięcy. On musiał to zrozumieć w tej samej chwili co ja, ale nie odsunął się. Wtedy też wzięłam w garść trochę śniegu i rzuciłam mu w twarz z radosnym okrzykiem. Kiedy odsunął się, otrzepując, wstałam i na czworaka podpęzłam do flagi, którą zerwałam i podniosłam do góry.
- Wygrałam, wygrałam! - krzyczałam. Za chwilę otoczyła mnie moja grupa, podskakując jak dzieci.
Spojrzałam na Bellamy'ego, który wyglądał na smutnego, mimo, że uśmiechał się lekko. I nie dlatego, że jego drużyna przegrała. Ścisnęło mnie w gardle na ten obraz.
Niestety takie sytuacje zdarzały się często. Za często. Nakrywaliśmy siebie nawzajem na wpatrywaniu się w siebie. Czasem było to tylko muśnięcie ręki, a jednak było bolesne dla nas obojga. Unikaliśmy takich wypadków jak ognia, szczególnie, że nie wiedzieliśmy jak się po tym zachować i nie pozwalały żyć dalej.
Początkowo nie wiedziałam jak sobie poradzić bez Bellamy'ego. To on przynosił mi ukojenie. Z czasem nauczyłam się, by być w stałym ruchu. Oprócz pracy w szpitalu z Glorią i Louisem (który chyba mnie nawet polubił) i praktyki z dwójką nowych stażystów, Michaelem i Donny, spotykałam się stale z przyjaciółmi i mamą, a także zaczęłam znowu rysować i uczyć się języka Ziemian.
Wszyscy się zresztą zaczęli rozwijać. Miller pozbierał się po śmierci Ashera i zdawał na strażnika, podczas gdy Monty na stałe zajął się rolnictwem. Zaczął umawiać się z Harper, która rozbudowywała szkołę. Zresztą pojawiało się coraz więcej dzieci. Gaja nie była już jedynym dzieckiem narodzonym na Ziemi. Nie pojawiło się jeszcze żadne rodzeństwo, choć zniesiono zakaz posiadania więcej niż jednego dziecka, wierzyłam jednak że wkrótce się to zmieni.
Murphy na początku chciał odejść z Emori, ale w końcu stwierdzili, że w Arkadii nie są traktowani jako wrogowie i oboje razem z Jasperem zaangażowali się w patrole. Lincoln i Octavia stali się posłami, naszymi przedstawicielami w spotkaniach z komandor i Radą. Od nich dowiedziałam się, że Roan został ułaskawiony, natomiast królowa Nia musiała odstąpić od władzy, straciwszy poparcie klanu. Isao zaś wykorzystał swoją potęgę do wparcia Lexy i koalicji. Dwukrotnie zorganizowano zamach na niego. Szczerze mu współczułam i żałowałam, że ściągnęłam na niego niebezpieczeństwo.
Bellamy także brał udział w patrolach, po pewnym czasie dowodził większością misji na jakie był wysyłany. Nasze relacje pozostawały przyjacielskie, ale każde z nas w duszy cierpiało. Zaczęłam nawet rozważać wyjazd z Arkadii, nawet do Mount Weather, ale Bellamy mnie uprzedził. Już od dawna mówiono o wybudowaniu drugiego miasta, z prawdziwymi budynkami. Wyznaczyliśmy nowy teren, niedaleko rzeki z dobrymi glebami pod uprawę. Miejsce to jednak było oddalone o kilka dni drogi. Bellamy zgłosił się do pierwszej grupy, która miała przygotować teren pod budowę. Miał tez zapewniać ochronę innym. Razem z nimi pojechali Kyle i Raven, jako najlepsi technicy. Mieli wykorzystać materiały z rozbitych stacji Arki. Z każdym miesiącem coraz więcej osób tam wyjeżdżało, by pomóc w budowie. Mnie także zaproponowało, ale wiedziałam, że nie mogę, jeśli Bellamy tam był. Zamiast tego zaproponowałam żeby to Jackson i Louis zorganizowali tam szpital.
życie z dala od Bellamy'ego było jednocześnie łatwiejsze, jak i trudniejsze. Jego widok każdego dnia powodował ból, kiedy wyjechał, mogłam czasami zapomnieć o złamanym sercu. Z drugiej strony nie mogłam doglądać czy jest bezpieczny i zdrowy. Jednak wierzyłam, że dawał sobie radę. Jak zwykle.
Przyzwyczaiłam się do tego, że nie ma go w pobliżu, tak jak do tego, że rzadko widywałam mamę. Abby kierowała szpitalem w Mount Weather z zapamiętaniem, powiększając laboratorium. Z tego co wiedziałam Ines, moja dawna stażystka, chciała teraz zostać chirurgiem i mama sama ją przyuczała.
Kane i Rada postanowiła zmienić część Mount Weather, która nie obejmowała szpitala w fabryki i uruchomić z powrotem turbiny wodne, tak by doprowadzić prąd do Arkadii i nowo tworzonego miasta.
W ciągu pół roku naprawdę dużo się zmieniło. Nawet ludzie. Ja też się zmieniłam. Ale niezmienne pozostały spotkania pod kapsułą i organizowane tam imprezy. Niektórych przyjaciół na nich brakowało. Zresztą od dawna nie było już Setki nastolatków. Wiedzieliśmy, że kiedyś będziemy musieli przestać imprezować, że z wiekiem przybędzie nam obowiązków. Jenak chyba już nie chodziło o same imprezy, tylko o samą wspólną zabawę, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, czyli po prostu o przyjaźń. I nawet jeśli kogoś wśród nas zabrakło, to pamiętaliśmy i chyba ta pamięć trzymała nas razem i dawała nadzieję, że nasze czyny nie zostaną zapomniane, że ktoś nas doceni.
Ta myśl wyciszyła wszystkie inne w mojej głowie i pozwoliła zasnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz