piątek, 13 października 2017

Rozdział 29

Otworzył usta z niedowierzaniem i zdumieniem. Chwilę zajęło mu opanowanie się.
- Pozwól, że wszystko podsumuję - zaczął spokojnym tonem, którym próbował ukryć wściekłość i rozczarowanie. Zaczął wyliczać na palcach. - Oboje kochamy się jak nikogo innego. Jesteśmy w stanie poświęcić dla siebie wszystko, co nam w życiu drogie. Jesteśmy razem szczęśliwi. Dlatego powinniśmy się rozstać. - pokiwał ze złością głową. - Tak to ma sens. Świetny plan, Księżniczko! Gratuluję!
- Nie kpij z tego! - rzuciłam, czułam napływające do oczu łzy. Wzięłam głęboki oddech, dla uspokojenia się - nie pomogło. - Staram się postąpić słusznie!
- Clarke, po co tyle walczyliśmy o przetrwanie, jeżeli nie możemy być szczęśliwi?! Ja mogę być szczęśliwy tylko z tobą! - teraz przybrał błagalny ton.
- Tego nie wiesz na pewno. Warto chociaż spróbować.
- Czy ty próbujesz sprawić, żebym cię znienawidził? - zapytał podejrzliwie. - Cokolwiek zrobisz, nie uda ci się to. Kocham cię Clarke.
- A ja kocham ciebie.  Dlatego nie mogę i nie chcę patrzeć jak niszczysz swoje życie dla mnie - odparłam z całą pewnością  jaką udało mi się zebrać. - Wolę żyć z dala od ciebie, wiedząc, że jesteś bezpieczny, niż palić twoje zwłoki.
Przez chwilę tylko na mnie patrzył z szokiem wymalowanym na twarzy.
- Wiem, że czujesz to samo co ja - dodałam.
- Wszystko jeszcze może być dobrze. Po pozbyciu się tytułu, znowu będziesz bezpieczna. Będziesz mogła normalnie żyć! - próbował mnie przekonać, ale ja zaczęłam kręcić głową.
- Tego nie wiesz na pewno. Nie wiemy, czy do wszystkich Ziemian dotrze, że nie jestem już Wanhedą.
- Ale po jakimś czasie będziemy pewni - odparł cicho jakby się nad czymś zastanawiając.
- Co proponujesz? -zapytałam rzeczowo, marszcząc brwi.
- Za jakiś rok powinniśmy wiedzieć, czy jesteś bezpieczna. Chcę uszanować twoją decyzję, ale wiem, że nie mogę żyć bez ciebie. Dlatego proponuję, żebyśmy zrobili sobie roczną przerwę. Potem zdecydujemy na stałe.
- Dwa lata - targowałam się.
Spojrzał na mnie z niedowarzeniem i trochę ze złością.
 - Dwa lata, nie mniej. - uprzedziłam jego protest. - I przez ten czas mamy żyć normalnie. Próbować wszystkiego bez ograniczeń. Mamy zapomnieć o tej miłości. Jeżeli znajdziesz kogoś innego, kogo obdarzysz uczuciem - mówiąc to poczułam mdłości, ale kontynuowałam. - nie zastanawiaj się. Chcę żebyś był szczęśliwy, nawet jeżeli oznacza to że będziesz szczęśliwy z kimś innym. - mimowolnie w moich ostatnich słowach zabrzmiał smutek, który odczuwałam, a który starałam się ukryć pod maską pewności.
Bellamy przełknął głośno ślinę, patrząc na mnie z bólem.
- 730 dni. Od dzisiaj. I ani dnia dłużej. - oznajmił.
- Masz na mnie nie czekać, Bellamy - odparłam.
- I myślisz, że kiedy ktoś pokocha cię tak mocno jak ja, to nie będzie chciał oddać za ciebie życia?- zapytał, i choć nie oczekiwał odpowiedzi, udzieliłam mu jej.
- Mam nadzieję, że nie.
- Boże, to zabrzmi okropnie, ale mam nadzieję, że nikogo takiego nie spotkasz... - odwrócił wzrok i parsknął gorzkim śmiechem.
- Tak to było okrutne - potwierdziłam.
Spojrzał na mnie jeszcze raz po dłuższej chwili.
- Przepraszam. Masz rację, jeżeli mam cię unieszczęśliwiać swoim zachowaniem, to lepiej żebyś o mnie zapomniała. A jeżeli kogoś pokochasz przez ten czas, to mogę mu tylko pogratulować.
- A ja mogę pogratulować twojej przyszłej dziewczynie.
Bellamy odsunął się o krok. Zakrył dłońmi twarz, a gdy ją opuścił, nie ukrywał rozpaczy.
- To wszystko przeze mnie, prawda? Przez to, że zachowywałem się jak cholerny bohater, zniszczyłem nas. - pokiwał głową i zacisnął usta. - Nic nowego.
- Nie - podeszłam do niego i dotknęłam dłonią jego policzka. - To nie twoja wina. Jeżeli naprawdę mnie kochasz, to proszę cię nie obwiniaj się i żyj normalnie. Zrób to dla mnie, dobrze?
Jego oczy były takie smutne. W świetle świecy nie mogłam dostrzec dokładnie rysów jego twarzy i wszystkich blizn jakie nosił, ale nie musiałam. Zapamiętałam je już dawno temu. Kochałam go tak bardzo, każdą cząsteczkę jego istnienia, tak mocno, że aż bolało. I głównie dlatego podjęłam te decyzję. Wszystko co dzisiaj powiedziałam było najszczersza prawdą.
- Mogę cię pocałować jeszcze tylko ten jeden raz? - zapytał.
Stał tak blisko, że czułam ciepło jego ciała. Możliwe, że po raz ostatni byłam tak blisko niego. Na samą myśl przechodziły mnie dreszcze.
Kiwnęłam przyzwalająco głową.
Bellamy nie spieszył się. Podszedł jeszcze bliżej mnie, tak że stykaliśmy się ciałami. Zanurzył dłonie w moich włosach. Potem pocałował mnie, najpierw wolno i delikatnie Potem jednak jakby przypomniał sobie, że taka okazja może się już nie powtórzyć, a pocałunek stał się bardziej gwałtowny i pełen bólu jaki oboje czuliśmy. Serce biło mi dwa razy szybciej, w uszach słyszałam dudnienie krwi. Przyciągnęłam go bliżej siebie, a on całował mnie tak, jakby próbował zapamiętać każdy centymetr moich ust. Gdy oboje straciliśmy oddech, wreszcie oderwał się ode mnie, ale nie odsunął się jeszcze.
- Kocham cię - wyszeptał z bólem. - O Boże, tak bardzo cię kocham...
Czułam, że moje policzki były mokre od łez.
- Ja ciebie też - odparłam.
Przypomniałam sobie, że kiedyś jak się pokłóciliśmy o moją chęć ucieczki, powiedziałam dwa słowa, które niemalże zniszczyły naszą przyjaźń: "Nienawidzę cię". Pamiętałam jego odpowiedź: "Ja ciebie też". Niby sytuacja była całkiem inna, a jednak odnalazłam w tych dwóch rozmowach jakąś analogie.
Już teraz zaczęłam żałować swojej decyzji. Jak ja zasnę z dala od niego? Kto go będzie powstrzymywał przed durnymi wybrykami?
Już otworzyłam usta, by zrezygnować i odwołać wszystko to co powiedziałam, gdy usłyszałam ponaglający okrzyk Monty'ego.
- Clarke! Bellamy! Drzwi się otwierają!
Zamknęłam usta. Obiecałam sobie w duchu, że wytrwam choćby było ciężko. Bellamy pocałował mnie jeszcze w czubek głowy, zanim się odsunął.
- No to chodź, księżniczko - powiedział zabierając świeczkę. - Skoro mają już nowego kandydata na Wanhedę, to nie dajmy im czekać.


Zanim wyszliśmy pozwolili mi się jeszcze przebrać. Dodatkowo jedna z Ziemianek wymalowała mi czarne pasy ciągnące się od jednej skroni do drugiej. Przygotowana w otoczeniu po raz drugi w ciągu dwóch dni ruszyłam tą samą drogą na plac przed wierzą. Wcześniej wytłumaczono mi jak będzie przebiegać ceremonia i jaką rolę mam odegrać, ale nie mogłam opanować zdenerwowania. Widziałam to też w postawach moich strażników. Poprzedni atak ich zaskoczył i upokorzył, bali się, że może nastąpić kolejny. Podzielałam ich obawy.
Tym razem byłam obecna już na początku ceremonii. Przede mną ustawiono stos pogrzebowy dla poległych wojowników. Ich pochówek jako bohaterów, był pierwszym z elementów uroczystości. Lexa wygłosiła długą przemowę w języku Ziemian i choć nie rozumiałam znaczenia większości słów, domyślałam się, że mówiła o chwalebnej śmierci, o zaszczytach i dobrej walce, bo właśnie tak Ziemianie postrzegali zabijanie.
Gdy Lexa zakończyła mówić, kapłan podał jej płonąca pochodnie. Następnie dziewczyna podała ją mnie. Trzymając ją w dłoni, zeszłam z podwyższenia po schodach i zbliżyłam się do stosu. Dziesięć ciał owiniętych w białe płótna. Gdy liczyłam na ilu pogrzebach już byłam, czułam mdłości.
- Yu gomplei ste odon - powiedziałam głośno, stojąc nad ciałami ludzi, którzy zginęli pragnąc tytułu, którego nienawidziłam.
- Yu gomplei ste odon - usłyszałam jak Ziemianie powtarzają za mną.
Zniżyłam pochodnie i przytknęłam ją do drewna. Nasączone oliwą zapłonęło niemal od razu. Odsunęłam się i stałam jeszcze przez chwilę, schyliwszy głowę. Potem wycofałam się na scenę, a kiedy znalazłam się z powrotem koło Lexy, starałam się już nie patrzeć na płonące ciała. Zamiast tego skupiłam się na obłokach dymu, na ciszy, która zapanowała wśród Ziemian, przerywanej tylko trzaskaniem płomieni.
Ciała paliły się długo, nikt nie śmiał się odezwać, ani nawet ruszyć. Dopiero, kiedy stos spłonął doszczętnie, komandor wystąpiła do przodu.
- Niech wystąpi zwycięzca! - zawołała, a ludzie od razu się ożywili.
Zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiem jaki klan zwyciężył. Spojrzałam na proporce za mną. Widniał na nich symbol: okrąg i cztery strzałki wewnątrz niego, wskazujące środek figury.
- Isao z Delfikru!
W tym momencie wzniósł się radosny okrzyk, chyba najgłośniejszy jaki w życiu słyszałam. Na podest wstąpił potężny mężczyzna, wznosząc do góry ręce. Szczerzył zęby w uśmiechu. Był czysty, zdążył zmyć krew i przebrać się, a jego twarz została pomalowana tak samo jak moja. Miał długie rude włosy i brodę, miał najwyżej trzydzieści lat. Zarówno wyglądem, jak i ruchami przypominał lisa. Może to wrażenie potęgowały też małe rozbiegane oczy, z których prześwitywał spryt i inteligencja. Schylił głowę z szacunkiem przed Lexą, jednak zaraz odwrócił się w moją stronę. Klęknął przede mną tak, żeby Ziemianie widzieli jego profil. Odetchnęłam głęboko.
Nadszedł czas.
Kapłan zbliżył się do mnie z poduszką na której spoczywał długi sztylet z misternie rzeźbioną rękojeścią.
- Oto broń, którą Isao zabił ostatniego przeciwnika! - oznajmiła Lexa.
Akurat podniosłam nóż do góry, a słysząc to zdanie niemalże wypuściłam go z ręki. Nie chciałam go trzymać. Wiedziałam jednak, że muszę odegrać swoją rolę. Miałam tylko nadzieję, że został dokładnie oczyszczony.
Zaczęłam mówić wyuczoną formułkę w języku Ziemian.
- Przez ten czyn zrzekam się prawa do tytułu Wanhedy. Uznaję swą wyższość nade mną, Isao z Delfikru i przysięgam nie nazywać się Wanhedą. Ten tytuł należy teraz tylko do ciebie!
Zbliżyłam sztylet do wnętrza dłoni. Szybko przecięłam skórę nad głową wojownika. Zacisnęłam pięść, by krew płynęła szybciej. Kiedy przeciekała mi przez palce, czułam ból, ale starałam się go ignorować. Panowała niemalże namaszczalna cisza.
- Przez krew nabyty, przez krew oddany - dodałam swoją ostatnią kwestie.
Moja krew kapała na rudą czuprynę Ziemianina. Nagle odchylił głowę i otworzył usta tak, że potoczyła się po jego twarzy i spłynęła do gardła. Myślałam, że zwymiotuję.
Zacisnęłam mocniej krew, by zatrzymać krwawienie. Kiedy myślałam już, że będę musiała tak stać w nieskończoność, kapłan ponownie do mnie podszedł, odbierając sztylet.
Spojrzałam na niego pytająco, a kiedy skinął głową obróciłam dłoń i cofnęłam ją do siebie. Wtedy też Isao wstał. Cała jego twarz była czerwona od krwi, a także szyja i koszula. Odebrał od kapłana pasek białej chustki z wyszytym na środku symbolem swojego klanu, po czym obandażował nią moją ranną dłoń. Uśmiechał się przy tym z wyższością, a jego ruchy były szybkie i szorstkie.
Jedyne co mi pozostało, to pokłonić się nowemu Wanhedzie. Uklękłam przed nim pochylając głowę i starając się wyglądać na pełną szacunku. Ziemianom najwyraźniej spodobał się ten pokaz słabości z mojej strony, bo od razu wybuchły wiwaty i skandowanie.
Kolejną częścią ceremonii miała być wielka uczta na cześć Wanhedy. Isao miał poprowadzić tłum na miejsce. Ruszył wśród okrzyków. Wtedy tez wstałam z klęczek. Lexa podeszła do mnie z zadowolonym wyrazem twarzy.
- Dobrze to rozegrałaś, Clarke - pochwaliła.
- To nie był mój plan - przypomniałam, ale za chwilę się zreflektowałam. - Dziękuję, za pomoc. Gdyby nie Konklawe pewnie już bym nie żyła. Zresztą widzę, że zwycięstwo Isao cię ucieszyło.
- Tak - potwierdziła. - Znam go od dawna. Jest synem przywódcy Delfikru. To inteligentny mężczyzna i wyśmienity wojownik. Jego ojciec popiera koalicje i może rządy, a Isao nawet jako Wanheda nie sprzeciwiłby się ojcu. zresztą sama możesz się przekonać na uczcie...
- Wolałabym wracać już do Arkadii - zaprzeczyłam.
- Ale jesteś już całkowicie bezpieczna...
- Tego nie wiemy na pewno - zaprzeczył Bellamy, który w pewnym momencie zjawił się za moimi plecami. - W obozie będzie bezpieczniejsza - dodał, jednocześnie podając mi jakąś fiolkę.
- Antidotum na trucizny? - zdziwiłam się.
Pokiwał głową.
- Sztylet mógł być zatruty - wyjaśnił.
- Śmiesz oskarżać moich ludzi o zdradę? - zapytała Lexa z wściekłością.
- Przezorny zawsze ubezpieczony - mruknął, pilnując bym wypiła zawartość fiolki. Potem skierował na komandor twarde i oskarżające spojrzenie. - Zresztą byliśmy już świadkami zdrady jednego z twoich ludzi.
Mina Lexy zmarkotniała.
- Napastnik był wojownikiem Azgedy - wyjaśniła, patrząc na mnie. - Właściwie byłym, bo wygnanym przez swoją własną matke z klanu.
- To był syn królowej Nii? - zapytałam z niedowierzaniem.
Dziewczyna potwierdziła.
- Roan z Ludzi Lodu. Gdybym nie odebrała Azgedzie możliwości posiadania reprezentanta, z pewnością to on wygrałby Konklawe. To najlepszy wojownik jakiego znam.
- Co zamierzasz z nim zrobić? - zapytał Bellamy.
- Możliwe, że wykorzystam go do odebrania tronu Nii. Jeśli zezna, że to ona rozkazała mu was zaatakować, to będzie poważne obciążenie dla niej. Został już raz wygnany ze swojego klanu, poważniejszą karą jest tylko śmierć. Lecz o tym zdecyduje już Rada. Mogłabyś zostać i poczekać na ogłoszenie wyroku - dodała.
- Nie chcę - zaprzeczyłam twardo. Potem spojrzałam jej w oczy. - Jeszcze raz dziękuję za wszelką pomoc, która udzieliłaś nie tylko mi, ale i moim ludziom.  Nie wiem jak mogę się odwdzięczyć.
- Wybacz mi, że cię wtedy zdradziłam.
Z trudem się nie skrzywiłam. Opanowałam się jednak. Lexa udowodniła, że zasługuje na moje przebaczenie.
- Postaram się - opowiedziałam i posłałam jej uśmiech.
- Moi strażnicy będą was eskortować do Arkadii. - dodała jeszcze. Wyciągnęła swoją rękę, którą uścisnęłam.- Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Spojrzałam na nią zaskoczona, że zna nasze tradycyjne pożegnanie.
- Może się jeszcze kiedyś spotkamy - odparłam mechanicznie.
Zeszłam z Bellamym z podestu, a kiedy otoczyli nas strażnicy od razu ruszyliśmy w stronę samochodów. Tym razem weszliśmy do samochodów większa grupą, ale i tak czterech naszych ludzi i wszyscy strażnicy Lexy musieli jechać konno. Nie miałam czasu się przebrać, ani umyć, chociaż zabrano moje ubrania i zapakowano do auta. Jednak ja chciałam jak najszybciej wyjechać z Polis. Marzyłam o opuszczeniu terenów należących do Ziemian.
Ściśnięta na siedzeniu i podskakując na wybojach, spojrzałam na zakrwawioną chustkę. Ręka bolała mnie niemiłosiernie, ale nawet ten ból przestał być tak dotkliwy, kiedy oddaliliśmy się od odgłosów zabawy, która trwała w najlepsze, a słychać ją było w całym mieście.
Dopiero wtedy poczułam ulgę. Mogłam wziąć głęboki wdech bez oporów, jakby wcześniej coś mnie powstrzymywało.
Byłam wolna.

Rozdział 28

Po tym całym przedstawieniu miałam z powrotem udać się do bunkra i tam czekać na rozstrzygnięcie. Przywódcy zebrali się w oknach, próbując wypatrzeć wojowników, ja jednak skierowałam się do wyjścia ze swoją strażą. Jedną rzeczą, którą zauważyłam zanim wyszłam, był złośliwy uśmiech Królowej Nii, posłany w moim kierunku. Mimowolnie zadrżałam.  
Korytarze były opustoszałe. Tylko nasze kroki były słyszalne w wszechobecnej ciszy. Wydawało się, jakby całe miasto wstrzymało oddech w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Konklawe.
- Nie miała racji - wyszeptał Bellamy. Z nerwów nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że idzie koło mnie.
- Kto? - odszeptałam.
- Lexa - odparł. - Kiedy uznała, że jesteś samolubna.
- Ja to powiedziałam.
- Ale ona zasugerowała - zaprzeczył. Po chwili milczenia kontynuował cicho. - Gdybyś zatrzymała tytuł nie tylko ty byś zginęła, ale cała Arkadia zostałaby zniszczona. Azgeda zaatakowałaby obóz nawet, gdybyś oddała się w ich ręce i dała się zabić.
- Więc dlaczego chciałeś mnie zastąpić, skoro wiedziałeś że to nic nie da?
- Chyba miałem nadzieję, że Arkadia zyska dość czasu, by się przygotować. Albo uzyskać pomoc.
Pokręciłam głową z dezaprobata nie mając siły się gniewać.
- Jesteś kompletnym hipokrytą, idioto.
Nie odpowiedział, ale kiedy zerknęłam na niego,  kąciki jego ust były wykrzywione w zawadiackim uśmiechu. Znalazł sobie czas na radość.
- Nie wiem, czy zauważyłeś - zagadnęłam, chcąc wydusić z siebie to co mnie dręczyło. - Nia nie wyglądała na szczególnie nieszczęśliwą, kiedy wychodziliśmy.
- Nie może ci zagrozić - odparł pewnym tonem. - Kiedy dojdziemy do bunkra, nikt tam nie wejdzie....- jego głos zadrżał, kiedy wypowiadał ostatnie słowa.
Spojrzeliśmy po sobie, uświadamiając sobie w tym samym czasie, jak ważne jest to słowo "kiedy". Bellamy otworzył usta do ostrzegawczego krzyku, kiedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Za zakrętu wyłonił się wielki zamaskowany napastnik. Dopiero po chwili zorientowałam się, że dwa błyski, które mignęły mi w ułamku sekundy, to były duże sztylety, które rozcięły krtanie pierwszym dwóm strażnikom. Buchnęła krew, a oni upadli na ziemie, próbując zatamować krwotok. Moim pierwszym odruchem było pobiegnięcie do nich, jednak w tym samym czasie zobaczyłam oba te noże, szybujące w moim kierunku. Jednak zauważyłam je zbyt późno. Zatkało mnie i podświadomie przyszykowałam się na cios. Jednak on nie nastąpił, poczułam zamiast tego uderzenie o chropowatą ścianę. Uderzyłam mocno głową i trochę zajęło mi odzyskanie wzroku. Spojrzałam na Bellamy'ego, który mnie odepchnął. Jeden ze sztyletów tkwił w jego ramieniu. Odebrało mi dech. Wyszarpał go, zanim zdążyłam zareagować. Zacisnął drugą rękę na ranie i spojrzał na rozgrywającą się obok nas scenę. Też spojrzałam, wyszarpując broń za paska.
Napastnik zdążył ugodzić jeszcze JJa i Millera, potem jednak trzej ze straży przybocznej Lexy rzucili się na niego i po długiej walce, udało im się go ogłuszyć. Nie było jednak łatwo. Ziemianin walczył jak sam diabeł i dawał sobie radę z trójką świetnie wyszkolonych strażników.
- Monty, Jasper!- usłyszałam głos Bellamy'ego przekrzykujący odgłosy walki. - Pomóżcie JJowi i Millerowi. Rasheed, sprawdź co z rannymi Ziemianami. Reszta wokół Clarke.
Wypełnili bez  szemrania jego rozkazy, podenerwowani i zawstydzeni wpadnięciem w zasadzkę. Rasheed podszedł do leżących na ziemi mężczyzn, ale po chwili wstał z zaciśniętymi ustami i pokręcił głową ze smutkiem.
- Muszę was wszystkich opatrzyć - powiedziałam nagląco. - W bunkrze jest apteczka. Możliwe, że ostrza były zatrute.
- Trójka zostaje z Ziemianami -odezwał się Rasheed, wskazując na poszczególnych strażników.-Reszta idzie do bunkra. Potem wy też wróćcie. Ktoś musi jeszcze zawiadomić komandor.
- My to zrobimy -odezwał się jeden z Ziemian, wciąż stojąc nad nieprzytomnym przeciwnikiem. - Przyprowadzimy zdrajce do komandor. Wy musicie zaprowadzić Wanhedę w bezpieczne miejsce.
Ruszyliśmy pospiesznie, jednak tym razem uważając na wszelkie podejrzane odgłosy. Wszyscy nieśli naładowaną broń, przygotowaną do wystrzału. Rannych prowadziliśmy po dwóch, jednak Bellamy nie chciał przyjąć pomocy mimo, że krew przeciekała mu przez palce.
Droga dłużyła się jak na złość. Kiedy wreszcie dotarliśmy do drzwi, czułam się jakbym doczekała zbawienia. Kapłan już tam na nas czekał, a kiedy nas zobaczył na jego opanowanej twarzy wymalowała się dezorientacja. Zaczął zadawać pytania, wpisując kod, Rasheed pospiesznie mu wszystko streszczał.
- Ranni do środka. Natychmiast. - zarządziłam. - Miller. JJ. Bellamy....
- Monty i Jasper wy też - dodał Bellamy. - Reszta broni wyjścia....
Wciągnęłam go do środka, chociaż się opierał. Wcześniej, nie pomyślałabym, że to możliwe, ale kiedy drzwi zamknęły się ponownie odcinając nas od ciepła i światła, poczułam ulgę.

- Na posłania szybko! - rozkazałam, choć Monty i Jasper już prowadzili młodych strażników w tamtym kierunku. Spojrzałam na Bellamy'ego. - Ty też.
Kiedy usiadł na jednym z materacy, zauważyłam, że ze wszystkich sił starał się nie okazywać bólu, ale widziałam go w jego oczach i ściągniętych rysach twarzy. Wtredy zdałam sobie sprawę, że wciąż trzymał w ręku pistolet. Szybko go schowałam.
- Monty, Jasper, sprawdźcie jakie odnieśli obrażenia - nakazałam, grzebiąc w zapasach i szukając apteczki. Zauważyłam, że Ziemianie musieli donieść nam czystych ubrań w czasie naszej nieobecności. Nowe koce i skóry leżały niedaleko. - Bellamy, oprócz rany od noża, odniosłeś jeszcze jakieś obrażenia?
Chłopak szybko zaprzeczył.
- Jesteś pewny?
- No chyba - odparł napiętym głosem. Jednak kiedy podeszłam do niego z apteczką, odsunął się ode mnie. - Najpierw oni! - rozkazał twardym głosem.
Nie miałam czasu się z nim sprzeczać.
Zaczęłam przetrząsać apteczkę w poszukiwaniu uniwersalnego antidotum. Znalazłam je po dłuższej chwili.
- Monty, chodź tu szybko - zawołałam chłopaka, odsuwając się od Bellamy'ego. Przekazałam zdenerwowanemu nastolatkowi jedną z fiolek. - Zaciśnij ramię Bellamy'ego bandażem nad raną. Oczyść ranę alkoholem, i daj mu trochę tego antidotum. Potem podaj je jeszcze JJowi i Millerowi.
Pobiegłam do Millera, który jak już wiedziałam od Monty'ego odniósł cięższą niż JJ ranę w klatkę piersiową. Bałam się przez chwilę, że Ziemianin przebił mu płuco, ale po zbadaniu go, okazało się, że nóż trafił na jedno z żeber. Rozciął skórę i mięśnie, więc musiałam ją zszyć, ale nie uszkodził organów.
- Clarke, co mam robić? - krzyknął Jasper, kucając przy JJu. Chłopak otrzymał cios w nogę, ale zdołał odskoczyć na tyle, by uniknąć głębszych uszkodzeń.
- Przemyj ranę i spróbuj zatrzymać krwawienie - odkrzyknęłam, zaszywając ranę Millera.
- Już to zrobiłem - odpowiedział szybko Jasper.
- Więc zabandażuj ranę mocno, ale nie za ciasno. Potem przynieś wody i przygotuj jakieś jedzenie. Muszą coś zjeść, po utracie krwi. Rozdziel też koce i upewnij się, że jest im ciepło.
Szybko i sprawnie założyłam szwy, po czym zabandażowałam ranę. Martwiłam się trochę, czy nie wda się jakieś zakażenie.
- Połóż się i odpoczywaj - poinstruowałam Millera. - Spróbuj zasnąć.
Kiwnął powoli głową, krzywiąc się z bólu. Nie tylko rana ale i zszywanie musiały go boleć niemiłosiernie, a ja nie miałam, żadnych środków przeciwbólowych.
Moje miejsce przy Millerze zastąpił Monty, który miał czuwać nad nim i wołać mnie w razie komplikacji. Sprawdziłam opatrunek JJa, potem zbadałam go jeszcze w poszukiwaniu innych obrażeń. Kiedy nic nie znalazłam, poleciłam mu to samo to Millerowi.
Wreszcie podbiegłam do Bellamy'ego. Krew płynęła już wolniej, dzięki uciskowi założonemu przez Monty'ego.  Chłopak był jednak strasznie blady, nawet w słabym świetle świec, co wyglądało upiornie w porównaniu z czerwienią która splamiła całą jego ramię i koszulkę. Monty już wcześniej pomógł mu ściągnąć kurtkę.
- Twoja kolej - powiedziałam i najpierw przemyłam jego ramię jeszcze raz, a potem zdezynfekowałam igłę i nitkę. Zabrałam się do pracy. Bellamy cały się spiął, jakby powstrzymując się, by nie uciec przed szyciem. Dla pewności przytrzymałam go.
Moje serce galopowało, a żyłach krążyła adrenalina. Strach o Bellamy'ego i przyjaciół, mieszał się z wściekłością na tego Ziemianina i Królową Nię, bo nie było wątpliwości, że to ona go nasłała.
Wiedząc jak Bellamy zaciska mocniej usta z bólu, postanowiłam zająć jego myśli gadaniem.
- Dziękuję, że mnie odepchnąłeś - odezwałam się, nie patrząc mu w oczy. - Uratowałeś mnie.
- Przepraszam, że zrobiłem to tak mocno - odparł, głosem napiętym od bólu.  - Spanikowałem.
- Gdybyś tego nie zrobił, nie byłoby mnie tu żeby cię teraz opatrywać - powiedziałam kończąc szyć. Zaczęłam zakładać bandaż.
- Jak twoja głowa? - zapytał, a ja czułam na sobie jego przeszywające spojrzenie.
- Będzie potężny guz. Ale poza tym w porządku - prawdę powiedziawszy głowa bolała mnie strasznie na początku, ale ból słabł z każdą minutą. - No, gotowe. Teraz masz się oszczędzać, puki mamy wolny czas. -  wstałam i poklepałam go po zdrowym ramieniu z zamiarem sprawdzenia co u reszty rannych.
- Ale ten drugi nóż cię nie trafił? - zapytał z niepokojem łapiąc mnie za rękę i przytrzymując.
- Spokojnie, nic mi nie jest, dzięki tobie - uspokoiłam go, patrząc mu w oczy, dla potwierdzenia swoich słów. Przyglądał mi się przez chwilę od stóp do głów, potem pokiwał głową uspokojony. Nie mogłam się jednak powstrzymać, by go nie zganić. - Chociaż uratowałeś mi życie, to nadal uważam, że było to niewyobrażalnie głupie. Mogłeś zginąć.
Odpowiedział mi twardym i pewnym spojrzeniem.
- Za ciebie warto.
Pokręciłam głową, czując niewyobrażalny smutek.
- Odpoczywaj. Kiedy nabierzesz sił, porozmawiamy. Teraz spróbuj zasnąć. - odwróciłam się i odeszłam.


Z pięciu posłań, trzy były zajęte. Pozostałymi dwoma dzieliliśmy się z Montym i Jasperem, tak że gdy reszta spała, jedna osoba czuwała przy rannych. Obecne czekanie aż drzwi odtworza się jeszcze raz było gorsze od poprzedniego. Ostatnim razem wiedzieliśmy za ile wrota się otworzą. Teraz nie mieliśmy pojęcia. Nie wiedziałam też, czy dadzą mi czas na ogarnięcie się przed ceremonią. Dlatego przez cały czas starałam się być gotowa. Przygotowana suknia czekała obok mnie.
Kiedy byliśmy już wyspani powróciła od nowa nuda. Minął jeden dzień, a nas nie wypuszczono. Kiedy obudziłam się kolejnego dnia, zobaczyłam, że Bellamy też już nie śpi. Zamiast tego siedział na swoim posłaniu, obok Monty'ego i przypatrywał mi się.
Odwzajemniłam spojrzenie i podniosłam się do pozycji siedzacej.
- Znowu miałaś koszmary - powiedział jakby ze smutkiem.
Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi.
Oczywiście, że czasami znowu nawiedzały mnie koszmary. Coraz rzadziej, od kiedy spotykałam się z Bellamym, nie były też tak okrutne i  przerażające. Ten jednak przypominał jeden z pierwszych koszmarów po Mount Weather. Byłam owinięta w białe płótno, ale widziałam przez nie twarze Ziemian z tatuażami Azgedy, rozpoznałam też szyderczy uśmiech Królowej Nii. "Niech żyje Wanheda!" usłyszałam ich chóralny okrzyk, zanim przytknęli płonące pochodnie do mojego ciała i dopiero wtedy zrozumiałam, że znajduje się na stosie pogrzebowym.
Obudziłam się, boleśnie odczuwając brak Bellamy'ego u mojego boku. Mimo, że siedział kilka kroków ode mnie, potrzebowałam go zaraz obok siebie. Zganiłam się w duchu za tą głupią słabość.
- Jak tam ramię? - spytałam chłopaka, wstając i podchodząc do niego.
- Dobrze. Już nie boli. -  opowiedział, kiedy sprawdzałam bandaże. Rana przestała krwawić, nie wdało się też zakażenie.
- Jasne, uważaj bo ci uwierzę. - odparłam. - Za kilka godzin wymienię ci ten opatrunek.
Potem ruszyłam no zwyczajowy obchód. Millerowi trudno było wstawać, ale nie skarżył się. Z JJem wszystko było w porządku.
Kiedy wszystko sprawdziłam, zabrałam się za śniadanie. Następnie poszłam się umyć. Wracając z mokrymi włosami, zastałam Bellamy'ego w połowie drogi, ze świeczką w ręce.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Chciałbym to mieć już za sobą - wytłumaczył ponuro.
Poprowadziłam go na drugi koniec bunkra, jak najdalej od reszty nastolatków.  Tam odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam w górę, prosto w jego oczy, po tym jak odłożył świeczkę na ziemię i wyprostował się.
- Bellamy miałam naprawdę dużo czasu, żeby wszystko przemyśleć i musisz wiedzieć, że nie mówię tego w przypływie gniewu, czy innych emocji. Robię to dla naszego wspólnego dobra.
Patrzył na mnie bez wyrazu, nie przerywając mi, jakby spodziewając się co zaraz powiem.
- Bellamy kocham cię najbardziej na świecie. To dzięki tobie udało mi się sobie wybaczyć po tym co zrobiłam i znowu poczuć się szczęśliwa. Wielokrotnie mnie wspierałeś i pomagałaś mi w trudnych chwilach....- recytowałam przygotowaną wcześniej przemowę, błagając w duchu, żeby mi nie przerywał. - ale przeze mnie ciągle znajdujesz się w niebezpieczeństwie....
- Sam się w nie pcham - wtrącił. Pokiwałam głową.
- Do tego zmierzam. Gdyby nie ja, takie głupie pomysły nie przyszłyby ci do głowy. Nie musiałbyś narażać swojego życia... Na litość boską, w ciągu miesiąca trzykrotnie byłeś bliski śmierci! I do tego zdradziłeś moje zaufanie. Oddanie się zamiast mnie w ręce Azgedy to chyba najgorszy czyn, jaki zamierzałeś popełnić w całym swoim życiu! Nie wiem czy kiedykolwiek będę mogła o tym zapomnieć i wybaczyć ci.
- Miałem ci pozwolić na samobójstwo?! - zapytał ze złością.
- A ja miałam?! - odparłam wściekła. Nie chciałam się kłócić, ale chyba nie było innego wyjścia.  - Kazałeś naszym przyjaciołom zatrzymać mnie w Arkadii! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego co wtedy czułam?
- Clarke, uwierz mi postąpiłabyś tak samo na moim miejscu!
- Pewnie tak. Dlatego nie powinniśmy być już razem. - powiedziałam, uważnie obserwując jego reakcję. Widziałam, że tymi słowami złamałam mu serce, tak jak i sobie.