piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział 15

*Bellamy Blake*
- Musicie mnie puścić! Muszę im pomóc! - krzyknąłem po raz kolejny, jeszcze głośniej.
- Zamknij się wreszcie, Bell! - Octavia stała przede mną i trzymała mnie za ramiona. Pierwszy raz od bardzo dawna całkowicie ją zignorowałem, wyrywając się strażnikom, którzy mnie trzymali.
- Proszę cię, Bellamy, zachowaj spokój. To już trzecia próba ucieczki tego dnia - powiedziała doktor Griffin. - Jeżeli nie obchodzi cię, że dopiero trzy dni temu przeszedłeś operację, to pomyśl o pozostałych pacjentach, których straszysz.
- Przestanę, jeśli pozwolicie mi wyjść i im pomóc!
- Wiesz, jaka jest odpowiedź.
- O mój Boże, tu chodzi o CLARKE! Nie może pani...
- Myślisz, że mnie to nie obchodzi? To jest moja córka! Jestem jej MATKĄ! A ty kim jesteś? - spytała kobieta patrząc na mnie z wściekłością. Czyli wreszcie przegiąłem.
Nie wiedziałem jak odpowiedzieć na jej pytanie, więc milczałem.
- Jesteś rannym nastolatkiem, nabuzowanym od targającym nim emocji, który tylko by przeszkadzał w misji ratowniczej. Więc teraz pójdziesz do swojej sali i wreszcie dasz sobie odpocząć. Jeśli nie, dostaniesz kolejną porcję środków nasennych, których dozwolony limit już dawno przekroczyłeś.
Jej wściekłość, była podszyta smutkiem i troską o córkę, co widziałem w jej zmęczonych oczach. Chyba to spowodowało, że zrezygnowałem. Opuściłem zrezygnowany ramiona i pochyliłem głowę. Gdy to zobaczyła, dodała łagodniejszym tonem.
- Kiedy ją znajdą, od razu cię powiadomię. Będziesz pierwszym, który się dowie. A jeżeli nie znajdą jej, aż wyzdrowiejesz... - tu głos jej zadrżał. -  sam wysuszysz na poszukiwania.
Strażnicy zaprowadzili mnie do mojego pokoju. Znajdowałem się w szpitalu w  Mount Weather.  Mój stan był na tyle poważny, że Raven, Miller i Jasper, którzy mnie znaleźli, od razu mnie tu zawieźli. Musieli mnie zszywać, a gdy się obudziłem obok mnie siedzieli Octavia, Lincoln i Gina, nie było jednak Clarke. Zaginęła. Porwali ją. A jeżeli zabili? Nie, to niemożliwe. Jeżeli tak, to ich znajdę w najciemniejszej dziurze, nie ukryją się, nigdy nie zaznają spokoju...
Za każdym razem, gdy przychodził ktoś w odwiedziny miałem nadzieję, że to ona. Za każdym kolejnym razem, czułem coraz większe rozczarowanie. Czy proszę o tak wiele? Chciałbym po prostu znowu zobaczyć jej jasną czuprynę. Jej niebieskie oczy. Jej uśmiech.
A jeżeli już nigdy jej nie zobaczę? Przecież jeszcze nie zdążyłem jej przerosić! Nie powiedziałem jej tylu rzeczy!
Gdy strażnicy zostawili mnie w mojej izolatce, zacząłem chodzić po pokoju, by rozładować jakoś napięcie. Octavia usiadła obok Lincolna na moim łóżku i z niepokojem śledziła moje ruchy. Gina siedziała niedaleko nich na krześle i też na mnie patrzyła. Nie zwracałem na nich uwagi.
Kiedy mnie wreszcie wypuszczą, od razu wyruszam. Biorę jeden z samochodów i ruszam. Przeszukam każdy zakątek tego cholernego lasu. Znajdę ją, nawet jeśli miałbym zapuścić się w sam środek siedziby Ziemian....
- Bell, przestań - po pewnym czasie odezwała się Octavia. Ledwo na nią zerknąłem. - Clarkę byłaby wkurzona twoim zachowaniem. Zachowujesz się, jakby była ośmiolatką. A to dorosła dziewczyna. Jestem pewna, że już sama poradziła sobie z tymi Ziemianami i wraca do obozu cała i zdrowa.
- Nie rozumiesz tego, O! - zatrzymałem się i spojrzałem na siostrę z udręką. - Nie było cię tam.  Nie widziałaś tych Ziemian. Byli silni i ogromni. Zaskoczyli nas. Nie zdążyliśmy zareagować. A jeden rzucił Clarke o drzewo! Boże... - ukryłem twarz w dłoniach, przypominając sobie tą scenę. I jej krzyk, kiedy traciłem przytomność.
- To moja wina! Gdybym nie zemdlał jak jakiś cholerny mięczak, może udałoby mi się jej pomóc. Może kupiłbym jej trochę czasu, żeby uciekła....
- Ona nigdy nie zostawiłaby cię samego! Nie bądź głupi! To silna dziewczyna! Dlaczego  nie wierzysz w jej umiejętności?
Jej słowa odebrały mi mowę.
- Oczywiście że wierzę!- krzyknąłem po dłuższej chwili. - Wiem, że jest silna i mądra i pomysłowa i że tyle razy uratowała zarówno siebie jak i nas wszystkich! Jest mądrzejsza ode mnie i gdyby nie ona już dawno bym nie żył!
- Wiec dlaczego tak cholernie się martwisz?
- Bo nie wiem czy żyje! Nie wiem czy jeszcze kiedyś ją zobaczę, dobra? A jeżeli nie? Byliśmy tak strasznie pokłóceni. Ja... powiedziałem coś, czego teraz żałuję, coś czego żałowałem już od dawna i nie zdążyłem jej przeprosić!... Jeżeli jej już nigdy nie spotkam, nie będę mógł jej powiedzieć, że mi przykro!
Octavia spojrzała na mnie ze współczuciem. Przepraszała mnie wzrokiem za swoje słowa. Zagotowałem się z gniewu, ale nie na siostrę, tylko na sobie. Za to, że powiedziałem Clarke, że ją nienawidzę. Za to, że pozwoliłem Ziemianinom na atak, że jej nie uratowałem i że już nie wiem co mam myśleć. Że moja głowa jest zawsze taka pełna splątanych myśli...
- Tęsknisz za nią - usłyszałem pierwszy raz od dawna głos Giny.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Oczywiście, że tak. To moja przyjaciółka.
- Nie - powiedziała z łagodnym, ale smutnym uśmiechem. - Ja jestem twoją przyjaciółką... i chce nią być do końca, także po tym co teraz zrobię.
Mimo zdziwienia, zacząłem rozumieć do czego zmierza.
- Gina, to nie jest najlepszy moment...
- To jest  i d e a l n y  moment- wstała i podeszła do mnie. - Wiem, kiedy odpuścić. Wiem też, kto potrafi cię uszczęśliwić. Nie jestem to ja.
- Gina, Clarke wcale... - zacząłem protestować, ale ona uciszyła mnie. W jej oczach błyszczały łzy, ale nie pozwoliła im wypłynąć.
- Nie przejmuj się, wiem co się dzieje. Zawsze wiedziałam... tylko nie chciałam się do tego przyznać, tak jak ty przed samym sobą - uśmiechnęła się jeszcze raz, tak strasznie smutno i wyminęła mnie.
Stałem oszołomiony. Czułem... pustkę. Spodziewałem się... rozpaczy? A był tylko smutek. Dlaczego ranię wszystkie ważne dla mnie osoby?
Potem doszło do mnie też zrozumienie decyzji Giny i... akceptacja.

Zerwanie z Giną trochę mnie ostudziło. Octavii udało się przekonać mnie do pójścia na stołówkę. Po posiłku ruszyłem zrezygnowany w stronę swojego pokoju, kiedy Octavia próbowała zabawić mnie rozmową. Nie szło jej dobrze. Co chwilę szturchała Lincolna, żeby też coś dorzucił, aż w końcu całkiem się wyłączyłem. Jeszcze tylko parę dni i pójdę po nią. Znajdę ją...
Szedłem ze spuszczoną głową i uniosłem ją dopiero, gdy usłyszałem cichy okrzyk Octavii. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Czyżby przypomniała sobie coś z naszej akcji w Mount Weather? Rozejrzałem się, gotów obronić ją przed każdym niebezpieczeństwem, kiedy zobaczyłem jasne loki wśród grupy Strażników. Poznałem Abby, która wypuściła kogoś z objęć. Krew w moich żyłach zatrzymała się na jedna długą chwilę, gdy ją rozpoznałem. Była brudna, zakrwawiona, ale w tamtej chwili nikt nie mógł dorównać jej pięknem. Miałem wrażenie, że zaraz się przewrócę z ulgi, jaką poczułem. Udało mi się ledwie wyszeptać jej imię, ale jakimś cudem mnie usłyszała. Podniosła na mnie wzrok, a ja poczułem się jak najszczęśliwszy chłopak na całej Ziemi.

*Clarke Griffin*
Usłyszałam swoje imię, wypowiedziane ledwo słyszalnym szeptem, a mimo to wiedziałam, że to Bellamy. Nie wiem kiedy zaczęłam, ale po chwili już biegłam w jego stronę, a on w moją. W jednej chwili pokonaliśmy dzielącą nas odległość.
Już po chwili byłam w jego objęciach. Siła, z jaką na niego wpadłam, była tak duża, że się zachwiał, ale zamiast upaść, zakręcił mną w powietrzu, po czym postawił mnie na ziemi, ale nie wypuszczał z objęć. Poczułam łzy na policzkach. Bellamy szeptał moje imię z taką samą ulgą i radością, jaką ja czułam. Szczęście rozpierało mnie od środka.
Wreszcie odsunęłam się od niego, by zbadać jego ranę. Niewiele myśląc, uniosłam jego koszulkę, by spojrzeć na ranę od noża, ale była zakryta bandażem. Czyli dobrze się nim zajęli. Potem zaczęłam badać jego twarz, szczególnie miejsce, gdzie został uderzony. Zauważyłam, ze on też uważnie obserwuje moje obrażania. Patrzył się na moje posiniaczone ręce, na moją poranioną twarz i zrozumiałam, ze muszę wyglądać okropnie.
-Skrzywdzili cię....- zaczął niskim głosem.
Zaczęłam szybko kręcić głową i chwyciłam jego dłonie.
- Nic mi nie jest, naprawdę - zapewniłam.
- Przepraszam za wszystko, nie powinienem był mówić, że cię nienawidzę....
- To ja przepraszam, za to wszystko co robiłam...
- Nie chciałem cię zrozumieć, a mogłem chociaż spróbować....
- Nie doceniałam twoich chęci i twojej troski....
Zaczęliśmy mówić przez siebie, a gdy zdaliśmy sobie z tego sprawę, umilkliśmy. Bellamy ujął moją twarz w swoje dłonie. Chciał chyba coś powiedzieć, ale tylko patrzył na mnie z zachwytem, jakbym to ja była ważniejsza. A przecież to jego potrzeby były najważniejsze.
-  Tak się o ciebie bałam - wyszeptałam.
- A ja o ciebie. Nawet nie wiesz jak bardzo cię cieszę, że cię widzę.
Wiedziałam. Cieszył się pewnie równie mocno jak ja. Nic nie odpowiedziałam, tylko jeszcze raz objęłam go i uścisnęłam, a on odwzajemnił uścisk. Staliśmy tak, ciesząc się swoją obecnością, zapominając o całym świecie obok nas.

Venia

sobota, 3 grudnia 2016

Rozdział 14

*Bellamy Blake*
Clarke...
Ból był wszędzie. Był wszystkim. Z trudem otworzyłem powieki. Niewiele myśląc sięgnąłem do kieszeni kurtki i  natrafiłem na fiolkę. Drżącą ręką wyciągnąłem ją, otwarłem i wypiłem zawartość. Spróbowałem jeszcze raz i trafiłem na to, czego szukałem. Nacisnąłem przycisk krótkofalówki, ale nie zdążyłem nic powiedzieć. Znowu był tylko ból. I ciemność...

*Clarke Griffin*
Bellamy....
Siłą wlali mi w gardło jakiś płyn. Założyli mi worek na głowę. Najpierw mnie nieśli. Przez wiele godzin.  Nie wiem ile, bo płyn odebrał mi wszelką kontrolę nad ciałem. Całkowicie opadłam z sił. Mruganie było bólem... Myślenie było bólem...
Bellamy...
Przepraszam... tak bardzo przepraszam...

*Bellamy Blake*
Clarke...
Na przemian budziłem się i znów zasypiałem. Nic nie widziałem. Tylko jakieś krzyki, głosy. Chciałem usłyszeć Clarke. Czemu jej tu nie ma? Czemu nic nie mówi? Potem coś się stało. Nie ruszałem się, a ziemia płynęła pode mną. I tylko ten jednostajny ryk. Ciągły, nieprzerwany pomruk....

*Clarke Griffin*
Zaczęłam rozróżniać odgłosy. Mogłam zrozumieć, że coś mówią, że rozmawiają, mimo, że nadal nie odzyskałam władzy nad ciałem. Mówili w swoim języku. Rozumiałam co trzecie słowo. Ciągle powtarzali Wanheda, a ja musiałam się nieźle wysilić, by przypomnieć sobie sens tego słowa.
- Ślad.... znajdą ..... fałszywy trop....
- Zmylić.... oszukać.... Wanheda... nagroda....
- Szczęście... Królowa...
- Heda....Królowa.... nagroda...
- Wanheda...
- Postój.... przerwa...
Zatrzymali się i zrzucili mnie na ziemie. Poczułam uderzenie - dobry znak. Kształty, wcześniej zamazane, teraz odzyskiwały ostrość. Dźwięki także stawały się głośniejsze. Ale wraz z powracającymi zmysłami w moim ciele nasilał się ból, prawdopodobnie wywołany działaniem trucizny. Po chwili był tak nieznośny, że musiałam zaciskać zęby, by nie zacząć krzyczeć. Czułam krew w ustach, musiałam przegryźć sobie język w którymś momencie. Wiedziałam jednak, że nie mogę się odezwać - nie mogę się nawet ruszyć - żeby nie zauważyli, że mikstura przestaje działać. Starałam się oddychać równo i cicho. Dzięki temu, że siedziałam z twarzą zwróconą w stronę Ziemian mogłam obserwować ich poczynania, ale siedzieli za daleko, bym mogła zrozumieć, o czym rozmawiają.
Mężczyźni rozpalili ognisko i zaczęli piec nad nim jakieś mięso. Kazało mi to zwrócić uwagę na porę dnia. Ściemniało się, więc nieśli mnie cały dzień. Żeby wrócić do obozu musiałam kierować się na południe. Wyznaczyłam sobie kierunek ucieczki, za pomocą niknącego na horyzoncie słońca.
Starałam się wymyślić jakiś sensowny plan, ale wraz z powracającą świadomością, na pierwszy plan wybił się Bellamy. Starałam się wyrzucić go z umysłu, ale ciągle do mnie wracał obraz jego twarzy, gdy ostatni raz na mnie spojrzał. W tej ostatniej chwili, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, w jego oczach nie było już nienawiści. Był strach i ból, ale nie wynikający z ran - to był ból psychiczny. W tamtej chwili zrozumiałam, że go skrzywdziłam. Tyle dla mnie robił, a ja go odepchnęłam, jak wszystkich wokół. Zależało mu na mnie, a ja to zignorowałam.
Nagle naszła mnie straszna myśl, która odebrała mi dech w piersiach. Jeżeli Bellamy nie żyje?
Nie, to niemożliwe. Bellamy musi żyć. Tyle przeżył, to nie możliwe, by umarł. Nie on. Tylko nie on...
O dziwo, ta myśl, zamiast odebrać mi wszelką moc, dodała mi siły. Skupiłam się i zaczęłam obmyślać plan. Nie zawiodę ponownie Bellamy 'ego.
Nie miałam zbyt wielu możliwości. Nie miałam broni. Wciąż odzyskiwałam siły. Byłam więźniem dwójki rosłych Ziemian. Do tego leżałam na boku i jakaś twarda gałąź gniotła mnie w biodro...
Przed oczami stanęła mi scena, gdy Bellamy podawał mi broń, przed tym jak wyruszyliśmy.
O mało nie krzyknęłam z radości, nie dowierzając własnemu szczęściu. Jak to możliwe, że nie zgubiłam pistoletu, który dostałam od Bellamy'ego? Jak to możliwe, że Ziemianie go nie wyczuli?
W głowie widziałam już, co muszę zrobić. Zaczęłam poruszać nadgarstkami, związanymi za plecami. Starałam się robić to jak najciszej, mimo, że każdy ruch sprawiał mi ogromny ból. Wydawało mi się, że trwało to milion lat, zanim udało mi się rozluźnić więzły i uwolniłam dłonie.
Uniosłam biodro do góry i wyciągnęłam rękę w stronę pistoletu. Przy pierwszych próbach broń ruszyła się ledwie o parę milimetrów. Później odważyłam się pociągnąć mocniej. Serce zabiło mi mocniej, kiedy uwolniłam broń i uścisnęłam ją w ręku. Leciutko zbadałam jej powierzchnie. Wyczułam spust, ale podejrzewałam, że to nie wystarczy. Prawdopodobnie musiałam ją przeładować, albo coś w tym stylu. Kiedy oglądaliśmy film podczas jednego spotkania w kapsule, widziałam jak jeden z głównych bohaterów to robi. Miałam nadzieję, że w rzeczywistości polegało to na tym samy co w filmie. Tylko jak zrobić to bezgłośnie? Poczułam dreszcze, gdy reszta planu uformowała się w moim umyśle.
Spokojnie, teraz spokojnie. 
Poczekałam jeszcze trochę, obserwując Ziemian, aż całkiem się ściemni. Gdy stwierdziłam, że już czas, zaniosłam się głośnym kaszlem, jednocześnie ciągnąc za górną część pistoletu. Usłyszałam trzask, co chyba było dobrym znakiem, ale jednocześnie serce zastygło mi ze zgrozy.
Mężczyźni unieśli głowy i wymienili parę zdań. Jeden z nich zaczął grzebać w swojej torbie. Wyciągnął z niej coś małego, jakby fiolkę, prawdopodobnie z kolejną porcją trucizny. Wstał i zaczął się zbliżać. Poczułam jak krew uderza mi do głowy, w żyłach płynie adrenalina.
Był już blisko. Jeszcze tylko trochę...
Kolejna ofiara, kolejny koszmar... Kolejny głos wołający w mojej głowie...Przepraszam...
Już teraz...
Kolejny raz...
Teraz!
Uniosłam broń i zacisnęłam broń na spuście.
Rozległ się strzał, który zabrzmiał w mojej głowie i odbił się echem od drzew. Reszta potoczyła się tak szybko....Zanim jeszcze pierwszy Ziemianin upadł na ziemię, ja już celowałam w pierś drugiego. Zanim zdołał chociaż wstać, ja przeładowałam broń i wystrzeliłam po raz drugi.
Oczy zaszły mi łzami. Myślałam, że nowa broń mnie zawiedzie. A jeśli nie ona, to moje ciało.
Ale podczas oddawania strzału dłoń nawet mi nie zadrżała.

Niewiele myśląc podniosłam się z ziemi i od razu upadłam. Możliwe, że był to skutek działania płynu, a może po prostu wreszcie dodarło do mnie co się stało, co zrobiłam. Z zawrotami głowy, czując okropne mdłości podniosłam się i na czworaka doczołgałam się do jednej z toreb mężczyzn. Przewiesiłam ją sobie przez ramię i sięgnęłam jeszcze po nóż, który upuścił drugi z nich. Jak najszybciej dotarłam do najbliższego drzewa i opierając się o nie, wstałam. Ruszyłam, najszybciej jak potrafiłam, poruszając się od drzewa do drzewa. Po paru metrach zwymiotowałam. Targana torsjami, ruszyłam dalej. Nie wiem, co powodowało mój pośpiech. Biegłam na pomoc Bellamy'emu, czy uciekałam przed Ziemianami, jakby była możliwość, że przeżyli? A może uciekałam przed poczuciem winy i świadomością, czego się dopuściłam?
Potykając się co chwile, upadając i wstając, parłam przed siebie z uporem, a przed oczami na przemian stawały mi sceny upadku Bellamy'ego i śmierci dwójki Ziemian. Przypomniało mi się moje pierwsze morderstwo - gdy nie udało mi się uratować małej Ziemianki, a w zamian Finn miał zostać zabity. Z zimną krwią zabiłam mężczyznę, bo mnie nie docenił. Tak samo postąpiły moje dwie najnowsze ofiary.
Dlaczego nikt nie rozumie, że jestem zdolna do tak wielkiego zła? Dlaczego ciągle zmuszają mnie do udowadniania, że potrafię być okrutna i bezuczuciowa? Że mogę być morderczynią? Wszyscy się umówili, by doprowadzić do tego, że znienawidzę się jeszcze bardziej?!
W pewnym momencie potknęłam się, kiedy zbiegałam ze stromego stoku. Oczywiście zadziałały wszystkie ziemskie siły i zaczęłam się staczać, obijając się o skały, gałęzie i krzaki.  Zatrzymałam się bez tchu u podnóża stoku. Musiałam spadać dobre pięćdziesiąt metrów. Wstałam z bólem i spróbowałam złapać oddech. Na szczęście nic nie złamałam, ale byłam cała poobijana, szczególnie bolały mnie żebra. Wtedy zdałam sobie sprawę, z tego, gdzie się znajdowałam.
To była wielka, pozbawiona drzew przestrzeń. Nie żadna polana - była zbyt wielka. Potem dostrzegłam, że światło księżyca odbija się od dziwnych powierzchni, które wzięłam za skały. Potem to do mnie dotarto. To tego szukaliśmy. Tyle zostało z jednej ze stacji Arki. Wielkie pogorzelisko.
Chciałam ruszyć dalej, ale wiedziałam, że daleko nie zajdę. A jeżeli faktycznie jeden z Ziemian przeżył i mnie ścigał, to tylko w tym miejsc mogłam znaleźć bezpieczne miejsce na odpoczynek. Potykając się, zagłębiłam się w ruiny. Po chwili znalazłam uchylony właz. Otworzyłam go szerzej. Okazało się, że korytarz był zawalony, ale te kilka metrów, jakie były wolne, mogłam wykorzystać jako schronienie. Zatrzasnęłam właz, i ułożyłam się na podłodze. Starałam się nie myśleć o tym, jak zginęli ludzie z tej stacji. Wyłączyłam myślenie i opadłam z sił.  Skuliłam się w kłębek.
Nie martw się, Bellamy. Za niedługo znowu się spotkamy...

Obudziłam się dopiero po południu. Mimo, że nie czułam już tego strasznego bólu, to byłam wyczerpana. Nie mogłam jednak dłużej zwlekać. Musiałam się spieszyć.
Pogrzebałam w torbie, wymazując z pamięci do kogo wcześniej należała. Znalazłam tam tylko trochę ususzonego mięsa, które smakowało jak papier. Zjadłam jednak połowę z posiadanej porcji, próbując zapełnić żołądek. Znalazłam też do połowy wypełnioną menażkę z wodą, którą łapczywie wypiłam.
Po posiłku ruszyłam w drogę. Szybko opuściłam miejsce katastrofy, gdzie byłam widoczna jak na dłoni. Rozchwianym krokiem ruszyłam na przemian truchtając i idąc wolnym krokiem, by nadrobić zaległości i przejść jak największy odcinek przed zmrokiem. Dłuższy postój zrobiłam dopiero po północy, sądząc z położenia księżyca. Nie miałam już sił na dalszą podróż. Spróbowałam się przespać, ale noc była zimna, a ja bałam się rozpalić ognisko.  Budziłam się co jakiś czas, trzęsąc się z zimna. Gdy byłam jeszcze bardziej zmęczona niż przed postojem, wstałam i ruszyłam w dalszą drogę. Ciało obite przy upadku poprzedniego dnia, bolało jeszcze bardziej. Miałam też wiele rozcięć, nie wiem kiedy dokładnie je zdobyłam. Musiałam wyglądać jak sto nieszczęść, ale w tej chwili najważniejsze było dla mnie, żeby Bellamy wyglądał dobrze. Wreszcie w południe dotarłam do miejsca, gdzie to wszystko się zaczęło.
Nawet nie spodziewałam się tak wielkiej ulgi, która mnie opanowała, gdy nie zobaczyłam ciała Bellamy'ego. Więc go znaleźli...
Radość i ulga powaliły mnie na kolana. Przez chwilę klęczałam, próbując odzyskać panowanie nad ciałem. Nie było to łatwe. Cała byłam obolała, głodna i spragniona. Nie otrząsnęłam się jeszcze z działania trucizny, a w głowie bez przerwy mi się kręciło.
Po krótkim odpoczynku ruszyłam przed siebie. Chciałam teraz znaleźć coś do jedzenia i jakiś strumień, jeżeli miałam dojść do obozu o własnych siłach. Mijając polanę, na której zatrzymaliśmy się prawie trzy dni temu, przed oczami widziałam mroczki. Parłam uparcie naprzód, mimo, że straciłam zdolność logicznego myślenia. Potem było jeszcze gorzej. Zaczęłam mieć halucynacje. Najpierw słyszałam jakiś głośny i nieustanny dźwięk. Potem widziałam jakieś postacie w oddali, jakieś cienie. Zaczęłam uciekać. Ziemianie rzucili się za mną. W końcu gdy myślałam, że ich zgubiłam i zatrzymałam się, by złapać oddech, pojawili się znowu. Już nie miałam siły. Straciłam przytomność. Przywitałam ciemność z dziwną radością i ulgą.

Venia

sobota, 26 listopada 2016

Rozdział 13

*Clarke Griffin*
Strażnik Rasheed zauważył niezręczną ciszą dopiero po chwili.
- Co znowu? - spytał ze zniecierpliwieniem.
Murphy parsknął śmiechem.
- To chyba nie najlepszy pomysł - odparł.
- Nie przyjmuję sprzeciwów, panie Murphy- uprzedził drażliwie strażnik. - Blake zna się na rzeczy, a Griffin jest nowa. Dadzą sobie radę.
- Ja tylko grzecznie uprzedzam - powiedział Murphy, unosząc obronnie dłonie.
Musiałam się pchać na patrole. Musiałam. Musiałam chcieć udowodnić mamie, że jestem godna zaufania. Musiałam, a teraz co? Płace za to. Musze spędzić cały, diabelnie długi dzień w JEGO towarzystwie. Udało mi się zerknąć w jego stronę. Zaciskał pięści i szczękę. Wiedziałam, że intensywnie myśli jak wybrnąć z tej sytuacji. Tak, szybko wpadnij na pomysł! Tylko nie każcie mi z nim iść!
Ale nim zdołał coś wymyślić, Rasheed już kazał się rozchodzić. Bellamy stał w miejscu, a po chwili wyciągnął w moją stronę rękę. Trzymał w niej czarny pistolet, niewielki w porównaniu z karabinami, które znałam. Nie patrzył na mnie, więc szybko odebrałam pistolet i schowałam go za pasek spodni.   Nie dowierzając własnemu nieszczęściu, zabrałam swój plecak i ruszyłam za Bellamym, który szedł już w zabójczym tempie w stronę  lasu. Może to był jego plan: zgubić mnie po drodze. Świetny. Jeżeli jeszcze kiedyś się do niego odezwę, to pogratuluję mu pomysłowości.
Kolejne nieszczęście: plan nie wypalił. Drzewa rosły tu tak gęsto, że Bellamy musiał zwolnić. Przez kolejne kilka godzin przedzieraliśmy się przez krzaki, przeskakiwaliśmy zwalone pnie i strumyki. Plusem było to, że było niesamowicie pięknie. Powietrze było świeże i czyste. Zwierzęta nie zwracały uwagi na naszą obecność. Ptaki śpiewały niezwykle głośno, a słońce tylko w niektórych miejscach przedostawało się przez korony drzew i tworzyło jasne plany na korach i poszyciu. Gdybym tylko miała w ręce coś do malowania. Gdybym tylko była tu sama...
Gdyby nie przytłaczająca obecność Bellamy'ego. Sama świadomość, tego, że znajduje się obok mnie dekoncentrowała, denerwowała i wprawiała w nieśmiałość.
Starałam się myśleć o czymś innym. O drzewach, liściach, świetle, kolorach, a gdy to przestało działać to o pracy... Przecież istnieje tyle tematów, dlaczego nie mogę przestać wracać myślami do Bellamy'ego, bijącego od niego chłodu... Tak bardzo starałam się nie zerkać w jego stronę, ale mimo to i tak zauważyłam, że  jego skora przybrała ciemniejszy odcień, musiał długo przebywać na słońcu, że miał dłuższe włosy i ciemne loki wpadały mu do oczu...
Tak bardzo starałam się odwrócić swoją uwagę od niedostępnej pozy Bellamy'ego, że potknęłam się o wystający korzeń i poleciałam na twarz. Odruchowa zamknęłam oczy, ale nie poczułam uderzenia. Czułam za to ręce podtrzymujące mnie, a zaraz potem stawiające z powrotem na ziemi. Uniosłam powieki i przypomniałam sobie, że Bellamy, który mnie złapał i nie pozwolił upaść, jest aktualnie moim wrogiem. On musiał zrozumieć to w tej samej chwili co ja, bo jednocześnie od siebie odskoczyliśmy. Założyłam ręce na piersi, przybierając niechętna pozę, a on najpierw wsunął dłonie do kieszeni kurtki, potem przeczesał nimi włosy, odgarniając je z czoła, a następnie znów schował do kieszeni, jakby nie do końca wiedział co z nimi zrobić. Przez chwile wyglądał na naprawdę speszonego.
- Nie dotykaj mnie więcej - powiedziałam cicho, starając się z całych sił, by mój głos brzmiał groźnie, a nie błagalnie.
- Jak sobie życzysz - odparł obojętnie, ale na mnie nie patrzył. - Ale mogłabyś uważać pod nogi.
To było więcej niż powiedział do mnie przez OSTATNIE DWA TYGODNIE! Już zamierzałam odpowiedzieć mu ciętą ripostą, ale przestał na mnie zwracać uwagę. Podszedł do miejsca, w którym się potknęłam. Powinien tam być korzeń, albo jakaś gałąź, ale zamiast tego była gruba lina pomalowana na ciemną zieleń świeżą farbą albo błotem, przez co zlewała się z poszyciem.
Bellamy spojrzał na mnie po raz pierwszy od dawna bez obojętności lub nienawiści. Spojrzał na mnie z niepokojem, który sama czułam, kiedy uświadomiłam sobie, co to oznacza.
- To pułap...- zaczął, ale w tym samym momencie za jego plecami pojawiła się wielka, okryta futrem postać, która zamachnęła się czymś dużym i zamierzyła się w jego stronę.

Bellamy odtoczył się na bok unikając uderzenia i klęcząc, szybkim ruchem sięgnął po karabin zawieszony na placach, ale w tej chwili pojawił się drugi napastnik i wytrącił mu go z ręki. Bellamy odskoczył do tyłu i kopnął Ziemianina. Ruszyłam w jego kierunku, ale poczułam silne dłonie opasające mnie od tyłu i unieruchamiające ręce. Krzyknęłam i zaczęłam się wyrywać, ale mężczyzna był za silny.
Moje krzyki zdekoncentrowały Bellamy'ego, który zamiast wstać i skupić się na przeciwniku, spojrzał na mnie ze strachem.
- Clarke! - krzyknął w moją stronę i nie zauważył następnego ciosu. Padł na ziemię, ale nie stracił przytomności choć z jego nosa buchnęła krew. Tym razem wstał i zadał serie szybkich ciosów Ziemianinowi. Tamten zaczął się cofać.
Zaczęłam się szarpać i kopać z większą niż wcześniej zawziętością. Mężczyzna nie mogąc mnie utrzymać rzucił mnie, jak szmaciana lalkę, o drzewo. Uderzyłam głową, aż zadzwoniły mi zęby. Poczułam okropny ból z tyłu czaszki, a oczy zaszły mi mgłą.W tej samej chwili Bellamy wydał okropny okrzyk bólu. Podniosłam powoli wzrok, by zobaczyć, jak Ziemianin cofa rękę trzymającą gruby konar. Z czoła Bellamy'ego lała się krew, a on sam leżał bez ruchu na ziemi.
Chciałam krzyczeć. Wrzeszczeć na cały głos, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa. Patrzyłam przerażona jak mężczyzna zadaje ostateczny cios - zagłębia nóż w jego brzuchu.
- NIE!!! - udało mi się wreszcie krzyknąć. Chciałam wstać i podbiec do niego, ale w tej samej chwili drugi z napastników rzucił się na mnie i znowu uderzył mnie w twarz. Unieruchomił moje ręce, wiążąc je, a drugi zawiązał mi usta, uniemożliwiając dalsze krzyki. Mogłam tylko patrzeć na nieruchome ciało Bellamy'ego. Czułam łzy spływające mi po policzkach i nie potrafiłam się już bronić.
Myślałam tylko o tym, że ostatnimi wypowiedzianymi do Bellamy'ego słowami było zdanie: "Nie dotykaj mnie więcej".

Venia
:D

środa, 9 listopada 2016

Rozdział 12

*Bellamy Blake*
- Do zobaczenia na kolacji - nachyliłem się i pocałowałem krótko Ginę. Posłała mi śliczny uśmiech.
- Do zobaczenia - odparła. - I przestań już myśleć o tych wszystkich problemach.
Kiwnąłem głową na potwierdzenie, ale jednocześnie zastanawiałem się, jak można być tak spokojnym jak Gina. Sprawiała wrażenie oazy spokoju, w przeciwieństwie do mnie. Rozumiała mnie i nie osądzała (chyba to najbardziej w niej lubiłem). Wiedziała, że gdyby przeniosła moje myśli na papier wyszłaby jej jedna czarna dziura, spowodowana natłokiem myśli i zmartwień. Starała się mi pomóc, mogłem z nią zawsze porozmawiać. Nie poruszaliśmy tylko tematu Clarke. Od naszej kłótni nie potrafiłem wypowiedzieć na głos jej imienia. Omijaliśmy więc ten temat, choć to o niej, jak na złość, najwięcej myślałem. Raz jej nienawidziłem, raz znowu tęskniłem za osobą, którą kiedyś była. Bo teraz to nie była moja Clarke... znaczy Clarke, którą znałem, szanowałem i lubiłem. Ta Clarke była obca i znienawidzona. Chciałem jej pomóc. Stworzyć dom, a co z tego wyszło? Wszystkim innym to pomogło, a ona nawet już nie przychodzi do kapsuły. Nie będę się starał, skoro ona tego nie chce. Niech znajdzie sobie kogoś innego do służenia. Może tych stażystów? Szczególnie tego chłopaka. Niech się do niej zbliży, a pożałuje... Zresztą, co mi do tego? Niech sobie rozporządza kim zechce, byle nie mną! Mam inne zmartwienia.
Na przykład Murphy. To o czym nam opowiedział zszokowało wszystkich, a nowy kanclerz Kane był nieźle zdezorientowany. Jak wszyscy. Że jakaś Allie sprowadziła na Ziemie zagładę? Program komputerowy? Jak?  Ale Murphy utrzymywał, że to prawda. Że Jaha oszalał.
Dziwnie patrzyło się na zakochanego Murphy'ego. Emori musiała być naprawdę wyjątkowa. Murphy zmienił się, ale nadal był uparty i z tego co usłyszałem (wcale nie podsłuchiwałem rozmowy Clarke z Raven- siedziałem niedaleko, a one mówiły strasznie głośno) Murphy przez pierwsze dni nie odstępował od łóżka dziewczyny. Ale później, gdy jej stan znacznie się poprawił i obudziła się, rozkazała Murphy'emu się czymś zająć, żeby nie siedział bezczynnie. Postarałem się, żeby nie musiał sprzątać korytarzy, tak jak przed jego ucieczką. Załatwiłem mu miejsce w patrolach. Jak na niego przystało nie był zachwycony i narzekał na kilku pierwszych patrolach, ale w końcu się uspokoił.

Po obiedzie poszedłem do Strażnika Wade'a, koordynatora patroli.
- Odnaleźliśmy możliwy sygnał  jednej ze stacji.
- Po dwóch miesiącach? - zdziwiłem się.
- Też nie mogliśmy w to uwierzyć. Zespół Sinclaira poszerzył zasięg odbioru i wpadł na sygnał oddalony o dzień drogi stąd. Sygnał nie pochodzi z jednego miejsca, ale czterech. To będzie największa misja, jaką dotąd otrzymaliście. Wyślemy wszystkie dostępne patrole w tamto miejsce.
- Ile osób?
- Dziesięć.
Zazwyczaj wyruszaliśmy w trójkę, góra czwórkę.
- Musicie być ostrożni, to może być pułapka - przypomniał Wade.
- Jak zwykle.
Mimo, że pokój był zawarty, Wade nadal był nieufny. I dobrze. Ktoś musiał.
- Ale z drugiej strony, możecie natknąć się na resztki katastrofy. Nie wiemy, co się stało z innymi stacjami.  Z dwunastu wiemy, że przetrwały cztery, kolejne pięć uległy niemalże całkowitemu zniszczeniu. Co z ostatnimi trzema? Nikt nie wie.
Kiwałem głową, ale nie uważałem na jego słowa. Dobrze wiedziałem jak wygląda sytuacja, a Wade uwielbiał wygłaszać długie monologi na najróżniejsze tematy.
- Kiedy mamy wyruszać? - spytałem, korzystając z okazji, że przerwał pogadankę, by zaczerpnąć tchu.
- Jutro z samego rana. Wyruszycie przed śniadaniem. Zbiórka o piątej pod bramą.
- Jedziemy samochodami?
- Tak, ale wybieracie się poza tereny, które wcześniej poznaliśmy, dlatego jadą z wami jeszcze kierowcy. W razie potrzeby zostaną przy samochodach, gdy wy wyruszycie dalej pieszo.
- Nie potrzebni nam kierowcy. Ja mogę prowadzić - zaproponowałem.
Wade posłał mi surowe spojrzenie.
- Myśl logicznie - powiedział tylko, a ja kiwnąłem głowa.
Kiedy tylko nauczyłem się prowadzić, możliwość jazdy przytrafiała mi się bardzo rzadko.
- Dostaniecie cały sprzęt. Krótkofalówki, sondy i broń. Obowiązuje zakaz strzelania, chyba że Ziemianie zaatakują was pierwsi.
No tak. Chociaż nieufny, wierny prawu i rozkazom kanclerza. Prawdziwy Strażnik.
- Dowodzi strażnik Rasheed, a zastępcą jest strażnik Wayne.
Gwałtownie uniosłem głowę. To ja zwykle byłem zastępcą! Już miałem się sprzeciwić, ale Wade mnie uprzedził.
- To nie ulegnie zmianie. To ważna i niebezpieczna misja. Zapuścicie się na nieznane Ziemiańskie tereny. Tak dużą grupą muszą dowodzić doświadczeni i starsi ranga oficerowie. Nie możemy pozwolić sobie na straty. Zrozumiano?
Zacisnąłem zęby ze złości, ale potwierdziłem. Jeszcze tego by brakowało, żeby mnie odsunęli od akcji.
- Będzie wam też towarzyszył któryś z doktorów, w razie gdybyście znaleźli rannych. Ale jak mówiłem to mało prawdopodobne. Może wam się najwyżej przydać w razie gdyby ktoś z was złamał sobie nogę - powiedział lekceważąco.
Zawsze byliśmy gotowi na atak ze strony Ziemian. Każdy otrzymywał zabezpieczoną fiolkę z uniwersalnym antidotum Lincolna. Jak na razie nigdy nie była potrzebna.
- Dobrze, to tyle. Dzisiaj nigdzie się nie włócz. Masz się wyspać i o piątej stawić na miejscu zbiórki. Jak się spóźnisz, pojadą bez ciebie.
Wstałem i skinąłem na pożegnanie strażnikowi. Wyszedłem i skierowałem się do swojego pokoju, żeby się przygotować. Zebrałem swoje rzeczy potrzebne na dłuższą wyprawę, po czym odebrałem przydział lekarstw i też go spakowałem. Prowiant i broń otrzymamy dopiero rano. Po tak spędzonym popołudniu spotkałem się na kolacji z Giną. Opowiadała mi o książkach, które znalazła w zbiorach Mount Weather. Dzieliliśmy się wrażeniami z dnia, kiedy odprowadzałem ją do pokoju. Przytuliłem ją do swojego boku i szliśmy wolno, spokojnie rozmawiając. Droga do jej pokoju zajęła nam więcej czasu niż zwykle, a gdy już w końcu tam dotarliśmy, było już dość późno.
- Musze już iść - powiedziałem, odwracając się w jej stronę. Dalej trzymałem jej dłoń.
Uśmiechała się leciutko. Nie była drobna. Znałem mniejsze dziewczyny, które wydawały się starsze niż ona. Nie, że była niedojrzała - wręcz przeciwnie. Ale była taka niewinna  - to sprawiało, że wydawała się niższa i delikatniejsza niż w rzeczywistości. To też sprawiało, że nie zasługiwałem na nią. Zdawałem sobie z tego sprawę, jak wszyscy wokoło.
- Racja, musisz się wyspać - potwierdziła, ale trochę posmutniała. Na ten widok serce mi stanęło z żalu. - Przyjdę cię pożegnać.
- O piątej? Nie musisz. Lepiej żebyś się wyspała. Miałaś ciężki dzień. Spotkamy się znowu za góra cztery dni.
Popatrzyła na mnie z żartobliwą złością.
- Cztery dni? Tylko tyle dajesz mi od ciebie odpocząć? -ścisnęła moja rękę.
- Będę tęsknić - zapewniłem.
- No ja myślę.
Zacząłem się odsuwać, ale Gina przyciągnęła mnie z powrotem do siebie.
- Bellamy? - miała niepewny głos, ale następne słowa wypowiedziała z mocą. - Kocham cię.
W ciągu jednej milisekundy przez moją zagraconą głowę przepłynęły miliony najróżniejszych myśli.
Co?
Odpowiedz jej
Co ona powiedziała?!
Powiedz coś
Ja ciebie też
To nie jest najlepszy moment
Tylko nie to!
CO?!
Gina, ja...
Uciekaj 
Odpowiedz coś!
Może jak będę szybki to nie zauważy, że zniknąłem...
Ja ciebie też kocham... 
CO?!!!
Tylko nie pomyl imienia!
Dlaczego zawsze ja? 
Co ja mam teraz zrobić?
Spanikowałem. Moje ciało zareagowało szybciej niż myśli. Pochyliłem się i pocałowałem Ginę. Przyciągnąłem ją do siebie i nie dałem czasu na myślenie. Początkowo zaskoczona gwałtownością moich ruchów, po chwili rozluźniła się w moich ramionach i oddała pocałunek. Moje myśli krzyczały ALARM!!! ALARM!!!, ale ja nie przestawałem, aż w końcu nam obojgu zabrakło tchu. Gina odsunęła się ode mnie, uroczo zarumieniona i posłała mi jeden ze swoich cudownych uśmiechów, na które tak ciężko było mi odpowiadać.
- Dobranoc - powiedziała i musnęła wargami moje usta na pożegnanie. Gdy tylko jej drzwi dotknęły framugi, ja już biegłem ile sił w nocach z dala od Giny, jej pokoju, od zdania, na które nie potrafiłem odpowiedzieć, od odpowiedzi, której nie udzieliłem. Nie chciałem być takim chłopakiem - który rozkochuje w sobie dziewczynę, a sam tylko ją lubi. Chciałem czuć coś więcej do Giny. Więc dlaczego, do jasnej cholery, nie potrafiłem? Dlaczego najbardziej oczywista odpowiedź nie chciała przejść mi przez usta? I teraz ją zostawię na tak długi czas, żeby się zadręczała, co znaczył ten pocałunek, czy był odpowiedzią, czy jej uniknięciem.
Powodzenia z wyspaniem się na wyprawę. pogratulowałem sobie.

Tak jak przewidziałem, miałem za sobą nieprzespaną noc. Przez kilka godzin chodziłem po pokoju mając nadzieję, że odważę się wrócić do Giny i powiedzieć jej prawdę. Potem zastanawiałem się czym jest ta prawda? Że tylko ją lubię? Że zależy mi na niej, ale tego uczucia nie mogę nazwać miłością? Przecież wiem, czym jest miłość - kocham Octavie najbardziej na świecie. Ale nie chciałbym tak kochać Giny. Tak mogę kochać tylko siostrę. Tylko ja z pośród ludzi z Arki wiem, co to znaczy. Dlaczego nie mogę kochać Ginę, jak Finn kochał Clarke? Albo Lincoln Octavię? Dlaczego tylko ją lubię? Nie chciałem dawać jej nadziei. Ani okłamywać i zapewniać o fałszywym uczuciu. Nie chciałbym jej zranić.
Potem zaczęła się godzina złości na Ginę, że musiała wystrzelić z czymś takim akurat przed ważną misją. Ta godzina minęła jednak szybko i nastała godzina zrezygnowania. O czwartej zacząłem się szykować na patrol. Zjawiłem się pierwszy w miejscu odbierania prowiantu, zjadłem też śniadanie w samotności. Musiałem czekać na pozostałych. Po chwili byli już prawie wszyscy: strażnicy Rasheed i Wayne, Asher i Miller, Jasper i Monty, Harper, Murphy plus dwóch kierowców: Raven i Wick. Żałowałem, że Lincoln i Octavia nie jadą z nami, ale byli na innym patrolu. Czekaliśmy jeszcze na jednego uczestnika - kogoś ze szpitala. Niecierpliwiłem się, im dłużej zwlekaliśmy, tym większe prawdopodobieństwo, że Gina przyjdzie się pożegnać i co wtedy zrobię?
Jak na zawołanie z korytarza wyłoniła się postać i skierowała się w moją stronę. Gina była zaspana, ale podeszła do mnie i dała się przytulić. Ze wszystkich sił starałem się wyglądać normalnie, ale nie wiem, jak mi to wyszło.
- Blake, jedziemy! - usłyszałem krzyk Rasheeda.
- Do zobaczenia- powiedziałem, odsuwając się.
- Do zobaczenia - uważaj na siebie.
Pocałowałem ją krótko i odwróciłem się. Wsiadłem do tylnej części samochodu. Gdy tylko zamknąłem drzwi ruszyliśmy. Prowadziła Raven, obok niej siedział Rasheed. Obok mnie Jasper, Monty i Miller kłócili się, kto ile zajmuje miejsca. Ale szybko umilkli, kiedy Rasheed kazał im się zamknąć. Reszta jechała z Wickiem drugim samochodem. Czekała nas długa podróż, a ja w końcu zasnąłem.

Po kilku godzinach zmieniłem Raven. Przez Rasheeda, na którego wczesna pora źle działała, musieliśmy być cicho. Koło drugiej zrobiliśmy krótki postój, żeby coś zjeść i rozruszać kości. Mieliśmy wjechać na tereny Ziemian, na które nigdy wcześniej nie byliśmy. Raven znowu miała prowadzić. Wtedy też po raz pierwszy tego dnia zobaczyłem ostatniego uczestnika patrolu. Oczywiście była to Clarke. Bo kto inny mógłby pojechać na patrol jako medyk? Przecież była już doktorem. Przed oczami stanęło mi wspomnienie ze szpitala, kiedy jak prawdziwy lekarz w kitlu w ciągu sekundy podejmowała decyzje. To było... imponujące. Ale nie miałem zamiaru pokazać jej, że mi zaimponowała. Nadal była Nie-Tą-Clarke.
Po godzinie znowu byliśmy w drodze. Atmosfera trochę się oczyściła, ponieważ Rasheed odzyskał dobry humor. Raven puściła w radiu nagranie, prawdopodobnie zabrane z archiwum Mount Weather. Był to zespół Queen*, już wcześniej go słuchałem. Inni także musieli, bo za chwilę cały samochód śpiewał refreny z wokalistą, a Rasheed zatykał sobie uszy i próbował nas przekrzyczeć.  Dzięki hałasowi nie byłem w stanie się skupić na poczuciu winy i zamartwianiu się obecnością Clarke. Dzięki temu nie zastanawiałem się, jak Clarke zareaguje w obecności Jaspera, ani jak Jasper czuje się w jej pobliżu.
Pod koniec dnia dojechaliśmy na miejsce oddalone od sygnału o pięć kilometrów. Rozpoczynał się tam gesty las, którego pokonanie samochodami byłoby niemożliwe. Postanowiliśmy rozbić obóz na noc, a rano wyruszyć na nogach. Zjedliśmy kolację i rozdzieliliśmy warty. Objąłem pierwszą z Millerem. Z chęcią położyłem się na ziemi po zmianie warty i odciąłem się od myśli dręczących mnie przez cały dzień.

- Trzeba się rozdzielić - oznajmił Rasheed. - Idziemy w odległości pół kilometra. Gdyby dana grupa znalazła jakiś ślad musi się zameldować przez krótkofalówkę, zrozumiano? Wick i Raven zostają przy samochodach. Ja idę z Murphym, Wayne z McIntyre**, Jordan z Greenem,  Asher z Millerem.
- A ja? - spytałem, czując narastającą panikę.
- Ty idziesz z Griffin, oczywiście.

Venia

* a to z takiego powodu, że akurat słuchałam Queen, kiedy pisałam ten fragment
** Nazwisko Harper

niedziela, 30 października 2016

Rozdział 11

Otrząsnęłam się ze zdumienia w tej samej chwili, w której Murphy odnalazł wzrokiem Ziemiankę.
Podbiegł do niej i nachylił się nad nią. Stażyści podeszli do mnie ze wszystkimi rzeczami o jakie prosiłam. Zbliżyłam się do dziewczyny i jeszcze raz na nią spojrzałam. Była blada, pomimo ciemniejszej karnacji. Zauważyłam tatuaż wokół jej lewego oka ciągnący się na czole i policzku. Miała ranę na czubku głowy, ale nie była poważna. Problemem była rana w brzuchu, prawdopodobnie po ostrzu noża.
- Odsuń się Murphy - powiedziałam jak najspokojniej.
- Nie - warknął w moją stronę, ściskając jej dłoń.
- Tylko trochę - odparłam łagodniej. - Daj mi miejsce działania. Pomogę jej - nie ruszał się. - Murphy, nie traćmy na to czasu!
Wreszcie odsunął się, ale nadal trzymał ją za rękę.
Ines od razu przystąpiła do dziewczyny i zaczęła opatrywać uraz głowy. Ja zajęłam się raną główną. Była głęboka, dlatego Louis musiał ją cały czas uciskać, kiedy ja zajmowałam się oczyszczaniem rany. Musiałam ją zaszyć, ale krew nie przestawała płynąć. Całe prześcieradło przesiąkło krwią. Starałam się nie zwracać uwagi na pot spływający mi po szyi w dół pleców. Gloria podawała mi nowe ręczniki, a Ines opowiadała co robi, żebym w razie potrzeby mogła ją poprawić. W końcu udało mi się zatrzymać krwotok na tyle, żebym mogła zaszyć ranę. Założyłam siedem szwów, a potem zabandażowałam ranę. Potem zajęłam się resztą ran, nie tak głębokich i groźnych jak ta w brzuchu czy na głowie.  Podałam jej morfinę i uniwersalne antidotum, które według Lincolna działa na większość trucizn Ziemian. Potem kazałam stażystom  umyć pacjentkę i posprzątać, co uczynili od razu, a ja sama podeszłam do Murphy'ego.
- Usiądź - rozkazałam. Upadł ciężko na sąsiednie łóżko, patrząc z dzikim niepokojem na dziewczynę.
Zaczęłam opatrywać także jego rany.
- Jak ma na imię?- spytałam.
- Emori - odparł lekko zachrypniętym głosem.
- Ładnie - przyjrzałam mu się. - To twoja przyjaciółka?
Kiwnął głową i wzruszył ramionami jednocześnie.
- Czy ona...?- zaczął.
- Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinna poczuć się lepiej za kilka dni - odparłam.
- Dziękuję - powiedział, patrząc na mnie. - Naprawdę.
Kiwnęłam głową, przyjmując podziękowania. Nigdy bym nie uwierzyła, że kiedykolwiek zobaczę jak Murphy mi za coś dziękuję. Ta dziewczyna musiała być naprawdę wspaniała, żeby tak zmienić Murphy'ego.
- Jak to się słało? Kto ją zranił? - spytałam.
Murphy obrzucił niespokojnym wzrokiem pomieszczenie. Pokręcił głową i zacisnął usta.
- Chodź ze mną. Monty i Bellamy popilnują Emori.
Ruszyłam w stronę pomieszczenia dla lekarzy. Po chwili wahania Murphy ruszył za mną. A za nim Bellamy. Świetnie.
Zamknęłam za nami drzwi. Umyłam ręce w umywalce, kiedy chłopcy siadali przy biurku.
- Co się stało? Myśleliśmy, że już nigdy cię nie zobaczymy, odkąd uciekłeś z Jahą - odezwał się Bellamy. Nawet dźwięk jego głosu powodował u mnie nieprzyjemny skurcz żołądka.
- Cholerny Jaha, nawet mi o nim nie przypominaj.
- Dlaczego? Nie żyje? - spytałam zaniepokojona. Bardzo mi się to wszystko nie podobało.
- Żyje i to jest najgorsze. Kompletnie oszalał. Cholerna Allie...
- Co? Co się stało? Oszalał, bo nie znaleźliście tego miejsca, o którym mówił?
- Znaleźliśmy, owszem. Szukaliśmy go idąc przez pustynie, a pod koniec już mu odbiło. Potem była ta rezydencja i Allie...
- Jaka Allie...?
- To taki program. Nie wiem dokładnie jak działa. Zbiera ludzi, którzy później nie są już tacy sami. Nie czują bólu. Nic nie czują. Nie pamiętają niczego. Są jak marionetki Allie. Cokolwiek powie, oni to zrobią...
- I Jaha się do niej przyłączył? skąd to wszystko wiesz? - dopytywał się Bellamy, nie do końca wszystko rozumiejąc.
- Bo tam byłem, do cholery! Potem z Emori uciekliśmy i zaczęliśmy... w pewnym momencie po prostu nas zaatakowała jakaś dwójka Ziemian. Emori oberwała pierwsza. Spanikowałem. Byliśmy tylko pół godziny drogi od waszego obozu, a ja nie miałem żadnych leków. Miałem tylko nadzieje, że nie jesteście aktualnie w stanie wojny z Ziemianami.
Postanowiłam nie zwracać uwagi, ze przemilczał sprawę swojego zajęcia po ucieczce. Sądząc po jego tonie nie zamierzał też wracać do obozu.
- Czego ta Allie chce? - spytałam zamiast tego. - Mówisz o niej jakby była kobietą, ale jednocześnie wspomniałeś o programie komputerowym.
- Nie wiem, jak to działa. Jaha tak o niej mówił. Nosił ją wszędzie ze sobą, taką jakby torbę, czy plecak, a w w środku był jakiś dysk. Ale gdy o niej opowiadał to mówił jak o kobiecie. Prawdopodobnie kiedyś przyjdzie i będzie was chciał zachęcać do przyjęcia Allie, ale to zbyt niebezpiecznie. Nie możecie mu ufać.
- Dlaczego Allie jest taka straszna? - dopytywał się Bellamy.
- Dlaczego, Bellamy? Bo może wszystko. To ona doprowadziła do katastrofy. Za jednym zamachem zabiła prawie całą ludzkość.

Tym razem krótki rozdział, ponieważ chce teraz wprowadzić trochę narracji Bellamy'ego. :D
Venia

czwartek, 13 października 2016

Rozdział 10

- Skończyłaś program szkoleniowy - oznajmiła mi mama tydzień po mojej rozmowie z Arthurem. - Nie jesteś już stażystką. Jeśli napiszesz odpowiedni test, zostaniesz lekarzem.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Miałam być doktorem. Prawdziwym doktorem. Wiedziałam, że na Arce wygadało to inaczej niż na Ziemi przed katastrofą. Okres stażu obejmował kilka lat praktyk i nauki, po których pisało się test wiedzy i otrzymywało tytuł doktora. Zazwyczaj zapowiadało się ten test miesiące przed terminem, a ja miałam tylko kilka dni, bo według mojej mamy już wszystko wiedziałam. Mimo to ostatnie godziny przed egzaminem powtarzałam wszystkie wiadomości po raz dziesiąty i mimo przygotowania, nadal czułam niepokój. Jak się okazało test był trudny- a żeby go zaliczyć musiałam mieć co najmniej dziewięćdziesiąt procent.
Musiałam też  czekać na wyniki do następnego dnia. Wyczerpana psychicznie położyłam się i zasnęłam, co nie było dobrym pomysłem.

leżę na stosie i płonę razem z nimi chcę próbuje uciec zeskoczyć ale biały materiał wiążę mi ręce i nogi zaciska się wokół ciała i ciągnie w dół dół dół aż jestem zagrzebana w ziemi nie mogę się ruszyć nie mogę oddychać piasek ziemia dym i proch wciskają mi się w usta gdy próbuję krzyczeć wrzeszczeć wołać o pomoc widzę twarz Jaspera wściekłą i ociekająca wodą słyszę głos Bellamy'ego który mówi Ja ciebie też patrzy z taką nienawiścią tak bardzo mnie nienawidzi...

Nie mogę powstrzymać łez, które napływają mi do oczy, kiedy tylko się budzę.  Tak długo je powstrzymywałam. Zawsze próbowałam szybko opanować się po kolejnym koszmarze, które stawały się coraz gorsze, coraz bardziej przekonywujące, że już nie pamiętałam co to spokojny sen. Próbowałam skupić się na dobrych rzeczach, tak jak radził mi Bellamy, ale po naszej kłótni jego pomysł przestał mi pomagać.
Nie mogę. Już dłużej nie wytrzymam. Zaczynałam rozumieć Jaspera. Kiedy każda chwila, nawet ta w nocy, która powinna być chwilą zapomnienia i otuchy, była jednym wielkim koszmarem, przestawałam widzieć jakiekolwiek wyjście z mojej sytuacji.
Już dłużej nie dam rady...

- Gratuluję, pani doktor - przywitał się Gary swoim normalnym nudnym głosem, kiedy przyszedł zmienić Arthura. Miał mnie odprowadzić do szpitala.
- Naprawdę? - wyszeptałam, nie mogąc uwierzyć.
Gary wzruszył ramionami i poszedł za mną, kiedy pospieszyłam w stronę miejsca pracy. Przywitał mnie tam szeroki uśmiech Jacksona i moja mama, która pokazała mi wynik - 98% i tylko jeden błąd. Najlepszy wynik w ciągu pięciu lat.
Na chwilę zapomniałam o całym bólu, poczuciu winy i złości. Przez chwilę rozkoszowałam się ogarniającym mnie szczęściem i dumą.
- Przyjęliśmy na praktykę trzech kolejnych stażystów, którzy zaczęli naukę już na Arce. Teraz chcieli ją kontynuować. Będziesz się nimi zajmowała i przez kilka najbliższych miesięcy Jackson będzie ci pomagał. - zaczęła mi wyjaśniać mama. Patrzyłam na nią z uśmiechem, chyba po raz pierwszy od bardzo dawna. Dziwne, ale mówiła jakby ostrożnie i z każdym słowem wydawała się smutniejsza, albo... niespokojna.
- Coś nie tak? - spytałam.
- Widzisz, będą wybory nowego kanclerza. Już jutro.
- Wiem - potwierdziłam.
Mama nie kandydowała, za to Kane i paru innych tak.
- Nie kandydujesz, bo chcesz się poświęcić pracy lekarza, tak? - spytałam, nie za bardzo wiedząc, co to ma do mojej pracy.
- Tak i w tym rzecz - potwierdziła. - Uzgodniliśmy z Ziemianami nowe warunki umowy na ostatnim spotkaniu. Poruszyliśmy temat Mount Weather. Postanowiliśmy stworzyć tam nowy szpital i od prawie miesiąca przekształcaliśmy go właśnie w tym celu. Ten szpital na być zarówno dla Ziemian, jak i naszych ludzi. Najpierw zaczniemy w nim leczyć pozostałych Kosiarzy, ale później wykorzystamy to miejsce do leczenia poważniejszych chorób i przeprowadzenia operacji. Musisz zrozumieć- mają tam lepszy sprzęt. Tu nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego. Będziemy tam mogli produkować leki. Pozostali doktorzy wybrali mnie jako dyrektora szpitala - muszę tam jechać i kierować pracą. Ty i Jackson zostaniecie i będziecie pracować tutaj i dodatkowo szkolić stażystów.
Mówiła z szybkością błyskawicy i musiałam się nieźle skupić, żeby ją zrozumieć. Patrzyła na mnie w oczekiwaniu na wybuch, ale on nie nastąpił. Sama się zdziwiłam.
- Dziękuję - powiedziałam niepewnie.
- Dziękujesz? - zdziwiła się mama.
- Że to nie ja muszę tam pracować... Ja... nie dałabym rady.
Mama kiwnęła głową i posłała mi krzepiący uśmiech.
- Kiedy zaczynasz? - spytałam.
- Jutro.

Stażyści okazali się być tylko o rok młodsi ode mnie, ale zaczęli naukę w wieku szesnastu lat, podczas, gdy mnie mama zaczęła uczyć już kiedy miałam trzynaście lat. Były to dwie dziewczyny: Ines i Gloria i chłopak Louis, z którym miałam pewne kłopoty. Podczas, gdy dziewczyny były raczej posłuszne i chętne do pomocy, Louis od samego początku nie był zadowolony, że rozkazuje mu tylko rok starsza dziewczyna, która dodatkowo siedziała kilka miesięcy w więzieniu. Nie powiedział tego, ale wiedziałam, że w myślach oskarża mnie także o zabicie Ludzi z Gór. Pewnie myślał, co ktoś kto zabił tylu ludzi może wiedzieć o ratowaniu życia. Otóż dużo. Nawet więcej niż ktokolwiek inny, bo jak komuś odbierzesz życie, dociera do ciebie jak wiele sposobów istnieje na jego ratowanie.
Toczyłam więc ciężkie boje z Louisem, ale jednocześnie starałam się ich wszystkich nauczyć jak najwięcej, nawet, gdy nie mieliśmy pacjentów. A ostatnio zdarzało się to bardzo często. Ludzie ranili się podczas pracy, najczęściej były to nieszczęśliwe wypadki.
- Pani doktor, przybył nowy pacjent - zawołała mnie Gloria, ruchliwa i entuzjastyczna jak zwykle.
- Mówiłam ci, żebyś nazywała mnie po imieniu - upomniałam ją, odstawiając kubek z kawą i wstając od biurka, znajdującego się w pokoiku przylegającym do szpitala. Musiałam nadrobić papierkową robotę, która stała się moim nowym obowiązkiem.
- Dobrze, pani doktor Clarke - odpowiedziała Gloria, a ja nie wiedziałam czy żartuje, czy mówi serio.
- Przez ciebie czuję się staro - dodałam i weszłam do pomieszczenia szpitalnego.
Usłyszałam jeszcze pogardliwy śmiech Louisa - on nie miał problemu z nazywaniem mnie po nazwisku, bez żadnego tytułu. Zignorowałam chłopaka i spojrzałam na pacjenta
- Cześć - przywitałam się z pacjentem i spojrzałam na jego towarzysza. - Cześć, Monty. Co się stało?- dodałam, podchodząc.
- Bellamy był na patrolu i jak wracał przechodził przez pole uprawne. Trochę się zagadaliśmy i przez to nie zauważył drutu kolczastego odstraszającego zwierzęta. Trochę się poharatał.
Trochę, to mało powiedziane. Nie wiem, jak pacjent to zrobił, ale całą lewą rękę i plecy miał zakrwawione. Musiało go to strasznie boleć, ale jego twarz nie wyrażała bólu, była tylko napięta. Pacjent nie patrzył na mnie, tylko na przestrzeń nad moją głową.
Dlaczego w ogóle nazywam go pacjentem, jakby nie miał imienia? 
- Gloria, przynieś bandaże i plastry. Ines, leki przeciwbólowe i penicylinę - zaczęłam wydawać rozkazy. - Louis, napełnij miskę ciepła wodą i przynieś czysty ręcznik.
Wypełnili rozkazy od razu, nawet Louis, a gdy to zrobili, obserwowali moje poczynania z pewnej odległości. Nie zwracałam na nich uwagi. Pacjenta potraktowałam jako zwykłego pacjenta, chociaż na widok jego obrażeń, ścisnęło mnie w żołądku i odruchowo przyspieszyłam działań.
Podałam mu leki i rozcięłam jego koszulkę. Zaczęłam delikatnie przemywać rany, ale i tak, kiedy to robiłam, spiął się i cicho westchnął przez zaciśnięte zęby. Odruchowo mówiłam co po kolei robię, używając wyuczonego lekarskiego tonu. Szybko oczyściłam jego plecy i założyłam bandaże, tłumacząc wszystko stażystom, żeby także teraz się uczyli. Musiałam założyć nawet parę szwów, bo niektóre rany były głębokie i nie chciały przestać krwawić.
- Teraz powinieneś zostać tu jeszcze parę godzin na obserwacji - powiedziałam, gdy skończyłam. Pacjent pokiwał głową, niezbyt zadowolony. Trudno. Ja też nie byłam szczęśliwa z tego powodu. - Louis, przynieś zapasową koszulkę.
- A gdzie "proszę"? - wymruczał pod nosem, wyciągając z jednej z półek szarą koszulkę.
- Słyszałam to - powiedziałam głośno i wyraźnie, przez co mimowolnie drgnął i spojrzał na mnie przez ramię.
Usłyszałam śmiech dochodzący z rogu sali. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że Arthur właśnie się obudził. Ostatnio na swoich wartach upodobał sobie spanie na jednym z łóżek szpitalnianych, skąd mógł także komentować moje poczynania.
- Śpij dalej, Arthurze - zakomenderowałam ciepłym głosem.
- A w czym ci ja przeszkadzam?
- W życiu - znowu odpowiedział mi śmiech.
Pozwoliłam jeszcze stażystom na sprawdzenie stanu innych pacjentów, a potem wysłałam ich do wypełniania dokumentów. Mieliśmy akurat trzy tablety z kartotekami, idealnie dla nich.
- Nieźle się tu urządziłaś - stwierdził Monty. - Zostałaś doktorem. Gratulacje!
- Dzięki - uśmiechnęłam się, jednocześnie zauważając szybkie spojrzenie pacjenta na mój kitel.
- Pewnie dlatego nie przychodziłaś do kapsuły.
- Tak, mam strasznie dużo roboty od otwarcia szpitala w Mount Weather - wiedziałam, że życie w kapsule toczy się w najlepsze, ostatnio zaczęli sobie nawet robić tatuaże. Żałowałam, że nie mam czasu uczestniczyć w zabawie, ale świetnie wiedziałam, że dają sobie beze mnie radę.
- Jak na to zareagowałaś? - spytał Monty z ciekawością i współczuciem.
Wzruszyłam ramionami.
- Co mogłam zrobić? Nie mogłam stanąć przed wejściem i zakazać im pracy. Ale jak zareagował Jasper? - bałam się, że może znów wpadnie w szał, gdy się dowie.
- Był wkurzony- Monty się skrzywił. - Przez kilka następnych dni musiałem słuchać, jak wygrażał się na Radę, ale po pewnym czasie uspokoił się i jest teraz tylko smutny.
Zmarszczyłam brwi.
- Rozmawiał z tobą?
- Tak... - Monty się zawahał. - Znowu gadamy. Jasper znalazł sobie pracę i wreszcie się czymś zajął.... On tak jakby mi przebaczył. Znaczy nie przebaczył... on znowu chce być moim przyjacielem...- dokończył, niepewny mojej reakcji.
- O Boże, to cudownie! - wykrzyknęłam i aż uściskałam Monty'ego. - To najlepsza wiadomość w całym moim życiu!
Monty spojrzał na mnie z ulgą. Oczywiście, że się cieszyłam. Jasper, który zaczyna normalnie żyć i odnawia przyjaźń z Montym? Fantastycznie! Nie musi przecież rozmawiać ze mną! Nie musi mi przebaczać. Ważne, żeby zrozumiał, że Monty nie jest winien.
Już miałam spytać co u niego, kiedy drzwi do szpitala otworzyły się i ukazały dwójkę strażników, niosących zakrwawioną Ziemiankę na noszach. Podbiegłam do nich i wskazałam pierwsze wolne łóżko. Kątem oka zarejestrowałam ruch - Arthur wstał i podszedł do mnie. Zaczęłam wołać stażystów, oceniać stan dziewczyny i odwróciłam się, by wygonić Strażników, ale kiedy to zrobiłam, przez drzwi weszła jeszcze jedna osoba - też brudna i zakrwawiona, ale to prawdopodobnie nie była jego krew. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to...
- MURPHY?! - wykrzyknął Bellamy, wstrząśnięty. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam z jego ust tego dnia.

Venia

piątek, 30 września 2016

Rozdział 9

*Raven Reyes*
Usłyszałam głośny jęk. Zatem się obudził.
Obróciłam się delikatnie, uważając na plecy i  spojrzałam na budzącego się Jaspera. Pilnowaliśmy go wszyscy na zmianę od dziesięciu godzin, przez które spał niemalże jak zabity. Położyliśmy go w jego pokoju i zamienialiśmy się co dwie godziny. Dziwne, ale nie zjawili się ani Bellamy, ani Clarke.
- Ciesz się, że nie ma tu Bellamy'ego - powiedziałam dość głośno, ale i tak nie wiedziałam, czy mnie usłyszał.
Przez chwile tylko jęczał i wzdychał, ale po chwili zamilkł. Obserwowałam, jak jego twarz staje się wyprana z emocji, kiedy na mnie spojrzał.
- Po co mnie uratowaliście? - spytał z groźną nutą w głosie.
- Nie martw się, mimo, że żyjesz, to i tak wyglądasz na trupa - nie mogłam się powstrzymać, ale taka była prawda.
Przez ten miesiąc wyraźnie schudł, policzki były zapadnięte, oczy podkrążone. Był przerażająco blady. Naprawdę wyglądał na martwego.
Zamilkł i wydawał się nieobecny, jakby od nowa zaczął planować samobójstwo. Nie mogłam na to spokojnie patrzeć.
- Jesteś totalnym kretynem, wiesz Jasper? Zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo się martwiliśmy? Przez kilka minut naprawdę nie oddychałeś! Gdyby Clarke cię nie uratowała...
- Nie wymawiaj przy mnie jej imienia! - warknął. - Ona jest dla mnie niczym.
- To masz problem, bo zawdzięczasz jej swoje życie, idioto!  - prawie krzyknęłam. Jego zachowanie naprawdę mnie wkurzało. Jak można być tak głupim? - To co powiedziałeś do niej zaraz potem, też było okrutne! Taki chcesz być? Bezduszny i bezwzględny? Wiecznie pijany, wściekły i samotny? Nie poradzisz sobie z bólem, gdy będziesz wszystkich odpychać, wiesz o tym?  Maya by tego nie chciała.
- Nie wiesz czego by chciała, bo nie żyje! - jego głos zadrżał. Zamrugał, przeganiając łzy. - I to wina Clarke. Bellamy'ego, Monty'ego i Clarke, bo to był jej pomysł.
- Każdy robi głupie rzeczy. Ona też, a to był jedyny sposób żebyśmy wyszli z Mount Weather żywi. Więc tak właściwie dwukrotnie uratowała ci życie.
- Jak możesz tak mówić? Nasze życie za życie Ludzi z Góry? To jest okrucieństwo! Nie jest sprawiedliwe pod żadnym względem.
- Oczywiście, że nie jest. Ale nie zauważyłeś, że na Ziemi nic takie nie jest? Jasper, tylu ludzi już tu zginęło. Nie jesteś jedynym, który kogoś stracił - teraz to ja musiałam przełknąć gulę w gardle.
- To Clarke zabiła Finna. Nie pamiętasz?- rzucił w moją stronę, jak wyzwanie.
- Jak mogłabym zapomnieć? - oburzyłam się, ale zaraz potem opanowałam. - Na początku byłam na nią wściekła. Ale gdy zobaczyłam i doświadczyłam na własnej skórze bólu, który Finn musiałby przeżyć... Clarke wiedziała na czym to polega. Ona... naprawdę go kochała. Ja nie byłabym w stanie zabić Finna, by oszczędzić mu cierpień. Po części ze względu na niego, ale także na mnie - jak mogłabym żyć ze świadomością, że zabiłam ukochaną osobę? Nawet gdyby mnie oto poprosił. Nie potrafiłabym. Zdajesz sobie sprawę, jaka Clarke była wtedy odważna? Jak bardzo musiało ją to boleć? Jak bardzo boli teraz? Owszem byłam wściekła i teraz też w głębi czuję złość. Ale z drugiej strony zrozumiałam i jestem jej wdzięczna, że go uratowała od poniżenia... że to nie musiałam być ja...- czułam, że się plączę, więc przerwałam i tylko pokręciłam głową.
Milczał przez chwilę, patrząc w podłogę.
- Clarke nie powinna nikim dowodzić - mruknął pod nosem.
- Sama już do tego doszła - odparłam. - Wiedziałbyś, gdybyś przez chwilę nie był pijany.
Przełknął ślinę.
- Jak miałbym przestać jej nienawidzić? - spytał, podnosząc na mnie wzrok. - To tak bardzo boli...
Jego oczy zaszły łzami. Po chwili ukrył twarz w dłoniach i głośno zaszlochał. Jasper zawsze był delikatny na swój sposób. Starał się to ukryć, ale kiepsko mu to wychodziło. Teraz widziałam to dokładnie. Jasper był złamany.
- Musisz się zmierzyć z bólem - zasugerowałam delikatnie. - Przestań od niego uciekać. Nie jesteś tchórzem, Jasper. Nie możesz być. Zacznij żyć normalnie. Nie użalaj się nad sobą, bo to wcale nie pomaga. Pogadaj z przyjaciółmi. Nawet nie wiesz jak bardzo im przykro. Jak bardzo chcieliby cię przeprosić. A jeżeli nie z wszystkimi to chociaż z Montym - chyba to on najbardziej się o ciebie martwi. I proszę cię, przestań obwiniać Clarke. Zrobiła to co musiała, a jej wyrzuty sumienia już wystarczają. Twoje zachowanie może sprawić, że to ona się załamie. A wierz mi, jest tego bliska.
Przez chwilę Jasper po prostu na mnie patrzył, potem powoli pokiwał głową.
- Tak naprawdę nie chciałem się zabić - wyszeptał niepewnie. - Ja... nie wiedziałem... chciałem tylko, żeby przestało boleć.
- Wiem - potwierdziłam. - Więc to dobrze, że cię znaleźliśmy.

*Clarke Griffin*
Mama pozwoliła mi wyjść z pokoju po trzech dniach usilnych błagań i przyrzekania, że nigdzie nie ucieknę. I tak dziwiłam się, że to tak krótko trwało- może zmęczyło ją wysyłanie kogoś po posiłek dla mnie.
- Naprawdę nie zamierzam nigdzie uciekać - powiedziałam po raz ostatni, kiedy tylko oznajmiła mi dobrą nowinę.
- Tego jestem pewna - odparła ponuro. Krzyczała na mnie tylko przez jakąś godzinę po odejściu Bellamy'ego, ale gdy zauważyła, że jej nie słucham, że kłótnia z przyjacielem mnie załamała, przestała. - Ja nie mogę cię ciągle pilnować, dlatego przydzielam ci dwóch opiekunów. To strażnicy i mają cię powstrzymać przed każdą próbą ucieczki.
- CO?! - byłam zszokowana. - Ale mamo, nie masz na co marnować pracy strażników?
- Zawiodłaś moje zaufanie, Clarke - odparła twardo. Skuliłam się mimowolnie na te słowa. - Będziesz musiała na nie zasłużyć.
Żadne błagania nie pomagały. Od tamtego dnia chodziłam wszędzie w obecności jednego ze strażników. Gary, starszy, ale rosły mężczyzna, był milczący i sztywny. Natomiast drugi był znacznie bardziej rozmowny. Trzydziestokilkuletni Arthur mimo mięśni i maski "wielkiego i groźnego strażnika", potrafił być ironiczny i zabawny. W pracy czasem mi pomagał i pozwalał na prywatność. Ale nawet to nie pomagało mi w kontaktach towarzyskich. Wszyscy się zastanawiali, dlaczego zawsze chodzą za mną Strażnicy, niczym ochroniarze, a szczególnie Setka. Nie dziwiłam im się - nikt nie lubił Strażników, a co dopiero nastoletni przestępcy. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Rozkaz Kanclerza, jak to powtarzał Arthur.
- Podaj mi to pudło - rzuciłam do Arthura. To był piąty dzień naszej znajomości, akurat pracowałam w szpitalu i rozkładałam leki przyniesione z laboratorium.
- Powiedz proszę - rozkazał przemądrzałym tonem.
- Ani mi się śni. Ty tu jesteś do pomocy - powiedziałam, naśladując jego głos.
- Jestem do pilnowania, żebyś nie wpadała na kolejne głupie, nastoletnie pomysły, mądralo - poprawił mnie, ale podniósł pudło i podszedł do mnie. Zaczęłam wyciągać opakowania i układać na pułki w kolejności alfabetycznej.
- Dobra, dobra.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz zapisać się na patrole. Nie chce mieć dodatkowej roboty - mówił żartobliwym tonem, ale to nie na ton zwróciłam uwagę. Zastygłam z wyciągniętą ręką i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Możesz mówić jaśniej?
- Kane dowiedział się o tych waszych schadzkach pod kapsułą - zaczął, wzruszając ramionami. - Wiedział też o waszej akcji ratowniczej tego chłopaka - mimowolnie zadrżałam, ale niczego nie zauważył. -Stwierdził, że potrzebujecie dodatkowych emocji. Mamy mało strażników, dlatego młodzież będzie mogła chodzić na patrole po okolicy, pod opieką dorosłych oczywiście i szukać pozostałych stacji z Arki. Gdybyś też chciała, musiałbym chodzić z tobą, a to mi się nie uśmiecha, szczerze powiedziawszy. Ten Kane to ma pomysły. A wiedziałaś, że ostatnio zaleca się do twojej mamy? Nie żebym plotkował, czy coś.
- Nie, przecież nigdy nie plotkujesz.
- No własnie.
Tak naprawdę był gorszym plotkarzem, niż niejedna kobieta. I jeżeli chodzi o mamę i Kane'a to wiedziałam. Już wcześniej wydawali się dobrymi przyjaciółmi, ale teraz kiedy tylko nadarzyła się okazja, Kane przychodził i rozmawiał z mamą. Pomagał jej, doradzał, pocieszał i z czułością wymawiał jej imię, przez co czułam ból w sercu i żałowałam, że nikt tak do mnie nie mówi. Oczywiście po części czułam, jakby zdradzała tatę, ale szczerze powiedziawszy, co gorszego mogła zrobić od wydania go na śmierć? Chciałam, żeby była szczęśliwa. Mimo całej urazy, którą do niej czułam, to była moja mama. Chciałam, żeby znalazła sobie kogoś, kto się nią zaopiekuje.
Patrole powinny spodobać się Setce. Będą mogli chodzić po lesie i czuć się potrzebni. Dostarczy to im potrzebnych wrażeń. Czasem, kiedy w nocy pilnował mnie Arthur pozwalał mi na wypad do kapsuły, ale za każdym razem musiałam wrócić o określonej godzinie.
- Ale, o dziwo, to nie oni są  parą tygodnia - mówił dalej Arthur, wyrywając mnie z zamyślenia. - To ten chłopak Bellamy Blake i ta dziewczyna, ta niesamowicie urocza...
- Gina - wtrąciłam, czując okropną suchość w gardle.
- Tak, właśnie - potwierdził zadowolony, że słucham. Nie zauważył już, że na samą myśl jest mi niedobrze.  - To urocza para, nie sądzisz? Tak ładnie razem wyglądają.  
Potwierdziłam. Oczywiście, że ładnie wyglądali. Byli do siebie podobni z wyglądu, ale całkowicie inni z charakteru. Dzięki temu wydawali się tworzyć idealną całość i nie dało się temu zaprzeczyć. Nadal lubiłam Ginę, nie dało jej się  n i e  lubić, ale za każdym razem, kiedy spojrzałam na Bellamy'ego, odradzał się we mnie na nowo ten sam gniew, który czułam podczas naszej kłótni. Szczerze wątpiłam, czy jeszcze kiedyś będę mogła na niego normalnie patrzeć, a co dopiero podziwiać jak piękną parę tworzy z Giną.
- A tak poza tym, jak się czujesz z awansem?  - zapytał, a ja dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, że mówi do mnie, ponieważ w szpitalu nie było nikogo innego.
- Awansem? - powtórzyłam, jak głupia.
- Nie wiesz? - mężczyzna wyglądał na okropnie zmieszanego.
- O czym? - dopytywałam się.
- Skoro nie wiesz, to nie mogę ci powiedzieć-uparł się i po raz pierwszy od godziny, zamknął usta.
- Nie możesz zacząć tematu, a potem przerwać i nie dokończyć! -uparłam się. - To najgorszy sposób prowadzenia rozmowy na całym świecie!
- Wkrótce się dowiesz - odparł tylko. - Jestem pewien.
I miał rację.

Venia

sobota, 17 września 2016

Rozdział 8

Przedzierałam się przez poszycie lasu, rozpaczliwie się rozglądając, ale nigdzie na znalazłam śladu Jaspera. To moja wina, to moja wina, to moja wina.
To przeze mnie Jasper się załamał. Gdy tylko Monty wpadł do szpitala szukając przyjaciela, kiedy wytłumaczył mi pospiesznie o co chodzi, poczułam uścisk w żołądku. Nagle zrobiło mi się zimno i zakręciło w głowie, ale udało mi się opanować na tyle, żeby móc pomóc w poszukiwaniach.
Powinnam była odejść. Mój widok musiał go jeszcze bardziej przygnębić. Musiał mnie nienawidzić coraz bardziej z każdym dniem. Co gorsza musiał też zacząć nienawidzić samego siebie.
Spokojnie, Clarke, to tylko fałszywy alarm. Jasper nie jest dzieckiem, nie zrobi sobie krzywdy. Po prostu poszedł się przejść. 
Próbowałam sobie wmówić, że wszystko jest  w porządku. Ale miałam naprawdę złe przeczucia.
Wyszłam na plażę nad jeziorem jako pierwsza. Moja artystyczna część umysłu zarejestrowała światło odbijające się od przejrzystej powierzchni jeziora, jego barwę, promienie słoneczne przechodzące przez liście drzew na przeciwnym brzegu.
Ale to tylko ta część mnie, która kochała malować. W tej chwili zdominowała mnie cześć martwiąca się o przyjaciół i od razu zaczęłam się rozglądać. Po chwili na plażę wyszli też inni, ale nadal nie było widać Jaspera. Zaczęła mnie ogarniać nadzieja. Może faktycznie za bardzo dramatyzowaliśmy? Może to był tylko fałszy...
- Tam! - usłyszałam krzyk Raven i odwróciłam się w jej stronę. Wskazywała ręką na jezioro, ale tam niczego nie było, tylko jakaś pływająca na powierzchni kłoda.
Zaraz, to wcale nie wyglądało na kłodę...
O BOŻE!!!
Zanim zdążyłam się w ogóle ruszyć, Bellamy, Kyle i Monty już wskoczyli do wody. Bellamy pierwszy dopłynął do Jaspera, póżniej Monty. Kyle zatrzymał się w pewnym momencie, pewnie dlatego, że jeszcze nie zdążył nauczyć się pływać. Pomógł chłopakom wyciągnąć na brzeg ciało i obrócić na plecy. Twarz Jaspera posiniała. Jeden z nich nachylił się, próbując poczuć oddech.
- Nie oddycha! - usłyszałam.
Rzuciłam się na kolana przy ciele Jaspera i odepchnęłam wszystkich.
Proszę tylko nie on. 
Rozerwałam jego ubranie i zaczęłam uciskać jego klatkę piersiową. Jeden... dwa... trzy...
Nie może być moją kolejną ofiarą. 
Piętnaście... szesnaście... siedemnaście...
Nie Jasper.
Dwadzieścia osiem... dwadzieścia dziewięć... trzydzieści...
Błagam, tylko nie on!
Odchyliłam jego głowę do tyłu, zatkałam nos i wykonałam dwa wdechy, potem zaczęłam od nowa uciskać jego klatkę...
Zabiję się, jeżeli Jasper zginie z mojej winy!
Trzydzieści uciśnięć... dwa oddechy...
Proszę!
Dziewiętnaście... dwadzieścia...
Nagle Jasper głośno zaczerpnął powietrza, a zaraz potem odwrócił się na bok i zaczął wypluwać wodę z płuc. Opanowała mnie tak wielka ulga, że myślałam, ze zaraz zemdleję. Wśród ogólnych westchnięć, zorientowałam się, że moje policzki są mokre. Zatem płakałam. Wciągnęłam powietrze, cała rozedrgana.
- Coś ty zrobiła?! - usłyszałam ochrypły głos.
Skupiłam wzrok z powrotem na nadal sinej twarzy Jaspera, którą wykrzywiał  wściekły grymas.
- Uratowała ci życie, debilu - warknął Bellamy.
Nie zwróciłam na niego uwagi, cały czas patrząc na Jaspera i czując kolejną falę łez napływająca do moich oczu.
- Dlaczego? Nie chciałem tego! - zawołał, po czym odwrócił się do mnie. -  Odebrałaś życie tylu osobom i myślałaś, że uratowanie mnie pomoże ci odpokutować swoje winy? - rzucił złośliwym tonem.
Przełknęłam gule w gardle, wstałam i odwróciłam się. Ledwo widząc, przez mgłę zalegającą moje oczy ruszyłam w stronę lasu. Usłyszałam odgłos uderzenia, okrzyk bólu i przekleństwa Bellamy'ego pod adresem Jaspera. Puściłam się szaleńczym biegiem. Słyszałam jak Bellamy krzyczy do reszty, żeby doprowadzili Jaspera do obozu.
Przyspieszyłam.
Wydawało mi się, że minęła ledwie sekunda, kiedy dotarłam do obozu. Dobiegłam do szpitala, mijając ludzi, odwracających się, by mi się przyjrzeć, ale nie zwracałam na nich uwagi. Dotarłam do szpitala, pustego o tej godzinie i dobiegłam do półki, w której trzymałam zapakowany i gotowy do drogi plecak. Chwyciłam kurtkę, którą zostawiłam obok niego. Od samego początku byłam gotowa na ucieczkę.
Odwróciłam się do drzwi, w tym samym czasie, w którym wpadł przez nie Bellamy.
- Clarke! - zatrzymał się w odległości dwóch metrów ode mnie, zagradzając mi drogę do wyjścia.
Przez chwile tylko lustrował mnie wzrokiem, domyślając się, co zamierzałam zrobić.
- Uciekasz - powiedział z niedowierzaniem.
Nie odpowiedziałam.
- Jasper jest kompletnym idiotą - powiedział. Zerknęłam na jego dłoń. Skóra na kostkach była rozerwana i sączyła się z nich krew. Więc uderzył Jaspera. - Powiedział to tylko dlatego, że przeżył szok.
- Powiedział tak, bo to prawda - odparłam cicho.
- Naprawdę w to wierzysz? Że uratowałaś go, bo chciałaś odpokutować?
Wzruszyłam ramionami. Wściekł się. Nie musiałam na niego patrzeć, by wyczuć, że atmosfera zgęstniała od tłumionego gniewu.
- Posłuchaj mnie bardzo uważnie - nie byłam w stanie spojrzeć mu w twarz, kiedy to mówił. - Zrobiłaś to, bo to twój przyjaciel. Bo ci na min zależy. Bo jesteś najlepszą i najbardziej troskliwą dziewczyną na Ziemi, która jest gotowa dla swoich przyjaciół zrobić dosłownie wszystko.
- Zabić - wtrąciłam.
Umilkł.
- Co czyni mnie jednocześnie potworem- dodałam.
- Nie...
- Ty tez uważałeś się za potwora. Dlaczego ja nie mogę?
- Bo ty nim nie jesteś!
- Zabiłam więcej ludzi od ciebie.
- Dlaczego chcesz się targować? Dlaczego zwalasz całą winę na siebie? Ja też ich zabiłem! Wiesz jak mnie boli, kiedy przejmujesz całą winę? - milczałam. - Gdyby nie ja, najprawdopodobniej nie byłabyś w stanie tego zrobić. Gdybym nie dał ci swojego przyzwolenia...
- No właśnie - potwierdziłam spokojnie, choć złość rozsadzała mnie od środka. Nienawidziłam, gdy prawił mi kazania.
Cofnął się o krok. Zaniemówił, a ja postanowiłam wykorzystać jego zdumienie do ucieczki, zaczęłam go wymijać. Już do minęłam, gdy gwałtownie odwrócił się i zatrzymał mnie w miejscu. Gotował się ze złości.
- Nie bądź idiotką, Clarke - odezwał się zimno. - Co da ci ucieczka? Wytłumacz mi. Myślisz, że to odgoni wyrzuty sumienia? Że przestaniesz o tym myśleć? Że to ci pomoże, bo nie będziesz  musiała patrzeć na twarze osób, które uratowałaś?
Drwił ze mnie. Otwarcie ze mnie drwił. Wyrwałam się.
- Robię to dla Jaspera. Nie chcę by mój widok przypominał mu Mayę. Nie rozumiesz, że to ja spowodowałam, ze prawie się dzisiaj zabił?! Parę minut i byłoby po nim!
- Nie odpowiadasz za czyny Jaspera!
- Ale odpowiadam za swoje czyny!
- Spójrz na mnie - powiedział stalowym głosem. Nie posłuchałam. - Cholera, spójrz na mnie!
Uniosłam dumnie głowę.
- Spójrz mi w oczy i powiedź prawdę. Dlaczego sobie nie wybaczysz?
- Bo nie potrafię! - warknęłam.
- Nie kłam! Dlaczego sobie nie wybaczysz?
- Nie zasługuję na przebaczenie.
- Dlaczego?!
- Bo nie chcę! - wykrzyknęłam. - Nie chcę, jasne? Nie zasłużyłam na coś takiego jak wybaczenie po zabiciu tylu ludzi.
- Clarke - powiedział łagodniej, a jego oczy miały jakiś dziwny, czuły wyraz. - Każdy na to zasługuje.
- O co ci chodzi? Dlaczego nie chcesz mnie puścić? - odepchnęłam go.
- Jestem twoim przyjacielem.
- Przyjacielem, nie ochroniarzem. I co z tego? To nie uprawnia cię do zatrzymywania mnie w jednym miejscu. I co, przez cale moje życie będziesz mną kierował? Nie zauważyłeś, że nikt tego nie lubi? Twoja własna siostra tego nienawidzi, a co dopiero ja!
- Nie wtrącaj do tego Octavii - warknął.
- Ale taka prawda. Nie jest już dzieckiem. Nie potrzebuje twojej ochrony.
- Świetnie, że wyraziłaś swoje zdanie na ten temat, ale nie masz tu nic do gadania. Ty nie masz młodszej siostry i nie wiesz jak to jest.
- Dobrze, chcesz kontynuować nasza dyskusję? Oto pytanie: dlaczego ciągle zakazujesz mi odejść?
- Bo ja zostałem! - wybuchnął. Zaciskał ze złości pieści. był cały spięty, wydawał mi się wyższy, a jego twarz była podobna do twarzy na początku naszej znajomości. Zimnej i obcej. - Chciałem odejść i miałem do tego pełne prawo! Ale zostałem, bo uświadomiłaś mi, że ktoś mnie potrzebuję. Prosiłaś, żebym został i chociaż wtedy nieszczególnie cię lubiłem, zostałem i pomogłem ci! A teraz, kiedy jestem twoim przyjacielem i kiedy ja proszę ciebie, żebyś została, ty nie rozumiesz, że rolę się odwróciły. Nie widzisz, że ja zostałem, kiedy ty chcesz odejść!
Wiedziałam, że miał rację, ale jednocześnie byłam wściekła, że nie chciał zrozumieć mojego punktu widzenia. Egoistyczny dupek.
 - Twoje słowa nic nie zmienią - powiedziałam chłodno. - Odejdę z twoją zgodą, czy bez niej. dla mnie to bez różnicy.
- Ach tak? I już po raz drugi spróbujesz odejść bez pożegnania? Nie powiesz matce, przyjaciołom i zwalisz na mnie odpowiedzialność?
- Po raz drugi? - odezwał się nowy głos, należący do mojej mamy. Musiała podsłuchiwać. - Kiedy był pierwszy raz?
- Zaraz po Mount Weather - odparł Bellamy, patrząc ponad moim ramieniem zapewne na mamę.
Spojrzałam na niego z nieskrywanym wyrzutem. Zdradził mnie. Taki świetny z niego przyjaciel.
- No co? - zapytał z udawaną słodyczą w głosie, kiedy przeniósł spojrzenie na mnie. - Oszczędziłem ci wymyślania kłamstw.
Zamachnęłam się i uderzyłam go z całej siły otwartą dłonią w twarz. Ręka piekła mnie, ale nie zwróciłam na to uwagi, tylko opuściłam ją wzdłuż ciała. Patrzyłam jak przez dobrą minute, Bellamy nie rusza się, tkwiąc w miejscu, z głową odwróconą na bok. Zostawiłam mu na policzku czerwony ślad. Gdy wreszcie się odwrócił, patrzył na mnie zimnym i pustym spojrzeniem, od którego mimowolnie przeszły mnie ciarki. Tak mógłby patrzeć na największego wroga... albo na obcą sobie osobę. Miałam wrażenie, że uważa mnie za jedno i drugie.
- Nie będę cię już do niczego zmuszał - zapowiedział oschle. - Chcesz jeszcze coś powiedzieć?
- Nienawidzę cię - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Milczał przez chwile, tylko na mnie patrząc, jakby analizując moje słowa.
- Ja ciebie też - odpowiedział w końcu, a ja mu uwierzyłam.
Wyminął mnie i wyszedł ze szpitala.
Nie spodziewałam się, że po takiej kłótni te trzy słowa tak mnie zabolą. Naprawdę go nienawidziłam. Czułam to każda komórką mojego ciała. Ale jednocześnie świadomość, że Bellamy mnie także nienawidzi, a mówił to jak najbardziej szczerze, sprawiła, że opadłam ze wszystkich sił. Kolana się pode mną ugięły i upadłam na podłogę, czując przejmujący ból w sercu. Miałam ochotę wcisnąć pięści w oczodoły, rwać włosy z głowy, rozdrapywać skórę paznokciami. Ale zamiast tego zakryłam dłońmi twarz i głośno zapłakałam.

Venia

piątek, 2 września 2016

Rozdział 7

*Raven Reyes*
Sinclair przydzielił mnie znowu do pracy z Wickiem. Dalej nie mogłam się zdecydować co do niego czuję. Podobało mi się jego poczucie humoru, chociaż często zachowywał się jak ośmiolatek. Nie mogłam zaprzeczyć, że był przystojny. Ale mimo to nadal pamiętałam Finna. Zresztą przez całe życie miałam tylko jednego chłopaka i to takiego, którego znałam od dzieciństwa. Pewnie dlatego czułam się tak niepewnie i wszystko wydawało się takie nowe i odmienne.
- Raven, tu powinien znajdować się główny zawór - odezwał się Wick.
Właśnie pracowaliśmy nad prysznicami. Mieliśmy podłączyć rury, tak by łączyły jezioro z Obozem Jaha... to znaczy z Arkadią. To Wick, jako inżynier, przygotował plany, a ja musiałam wykonać całą robotę. Taka już rola mechanika.
- Tak, wiem - odparłam, przykręcając jedną część rury do drugiej.
- Więc dlaczego go tu nie ma? - dopytywał się, zaglądając przez moje ramię. Miałam ochotę zdzielić go kluczem po głowie.
- Bo zmieniłam jego położenie. Będzie bliżej samych pryszniców - wzruszyłam ramionami.
- Co? - nie musiałam podnosić głowy, by wiedzieć, że jest oburzony. - A wykonałaś wszystkie obliczenia? Nie można tak po prostu zmieniać położenia głównego zaworu!
- Za kogo mnie masz? - zapytałam, marszcząc brwi. - Oczywiście, że wszystko obliczyłam.
- Ale to nie jest zadanie mechanika, tylko inżyniera!
Spojrzałam na niego przez ramię.
- A od kiedy zadaniem inżyniera jest rozpraszanie mechanika przy pracy?
- To ty nie chciałaś żebym ci pomógł - zauważył.
- Bo to też nie jest zadanie inżyniera.
- Ale nie możesz się przemęczać. Dopiero co wyszłaś ze szpitala.
Odwróciłam się w jego stronę i posłałam mu groźne spojrzenie.
- Jeszcze jedno słowo a poproszę Sinclaira, żeby nie przydzielał nam wspólnych zadań - zagroziłam, co zamknęło mu usta, chociaż nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. - Jeżeli chcesz pomoc, zajmij się przykręcaniem tych rur, żebyśmy mogli pójść na przerwę.
Zadowolona z wygranej potyczki wróciłam do pracy.
 Z trudem opanowałam okrzyk bólu. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu czułam przejmujący ból promieniujący z kręgosłupa do biodra. Zaczęło się po wybuchu w tamie. Możliwe też, że spotęgowały go eksperymenty Ludzi z Góry. Miałam dość siedzenia w szpitalu, dlatego skłamałam, że już wyzdrowiałam. Miałam nadzieję, że praca pomoże i zlikwiduje ból, albo przynajmniej zajmie mój umysł, na tyle, żebym mogła o nim zapomnieć. Ale było całkiem na odwrót. Zaczynałam nienawidzić Ziemi. Nienawidziłam swojego życia. Bo z czego miałam się cieszyć? Gdy ledwo udało mi się dostać na Ziemię, okazało się, że Finn, chłopak dla którego prawie się zabiłam, zdążył zakochać się w innej. Przez tą miłość i pobyt na Ziemi oszalał. Najlepszy człowiek jakiego znałam zabił osiemnaście osób. Potem zginął na moich oczach, a ja nie miałam nawet szansy się z nim pożegnać. O czymś zapomniałam? A tak: Murphy postrzelił mnie, przez co straciłam czucie w lewej nodze.  Do tego dochodzi ból po wybuchu. Więc wybaczcie ludzie, że mam zły humor!
Otrząsnęłam się z zamyślenia, kiedy Wick oznajmił, że czas na przerwę. Ruszyliśmy do jadalni i usiedliśmy przy pierwszym wolnym stoliku. Zauważyłam Bellamy'ego, który wszedł do pomieszczenia, trzymając za rękę Ginę. Bellamy zawsze był gburowaty, dlatego nieźle się zdziwiłam, kiedy dwa dni temu zobaczyłam, że całuję się z najbardziej pozytywną dziewczyną w całej Arkadii. Jednocześnie pomyślałam, że gdyby Clarke to zobaczyła, prawdopodobnie już nigdy nie wyszłaby ze szpitala.
Oczywiście Asher musiał jej wszystko wygadać przy ognisku. Na pierwszy rzut oka wyglądało jakby jej to nie obchodziło, a jednak ledwo dostrzegalnie skuliła się w sobie. Wiedziałam jak to jest mieć świadomość, że chłopak, na którym ci zależy, woli inną. Chociaż to była trochę inna sytuacja - oboje, Clarke i Bellamy, zdawali się nie mieć pojęcia, co tak naprawdę do siebie czują, chociaż wszyscy wokoło to widzieli.
Moje myśli powędrowały w stronę późniejszej rozmowy Clarke z Lincolnem. Clarke spytała się Ziemianina o znaczenie słowa "Wanheda".
- Komandor Śmierci - odparł chłopak.
- Co to oznacza? - zapytała Clarke.
- To musi być tytuł. Czasem nadajemy podobne tytuły osobom, które czymś zasłynęły, ale nie wiem kim może być Wanheda. Nie mam już wstępu do wiosek i miast Ziemian. Nie znam najnowszych wiadomości.
Clarke wytłumaczyła nam, dlaczego o to pytała, a ja miałam przeczucie, że to ważna wiadomość. Że za niedługo będziemy często słyszeć o Wanhedzie.
- Widzieliście Jaspera? - uniosłam głowę i zauważyłam zaniepokojoną twarz Monty'ego.
- Nie ma go tu? - zapytałam zdziwiona i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rzeczywiście, chłopak, który przez ostatni miesiąc codziennie przesiadywał w jadalni, często leżąc pijany na podłodze, zniknął.
- Szukałem go już na zewnątrz, ale nie ma go tam - Monty wydawał się nieźle przestraszony, a jego niepokój zaczął mi się udzielać.
Co mogło przyjść do głowy niestabilnemu emocjonalnie nastolatkowi, dodatkowo pijanemu? Zresztą, cholera, to był JASPER! Kto mógł wiedzieć, co wymyślił?
Wstałam.
- Pomożemy ci szukać.
- Kogo? - usłyszałam głos Bellamy'ego za plecami.
- Jaspera - odparł za mnie Wick.
- Kiedy ostatni raz go widzieliście? - zapytał Bellamy.
- Wczoraj wieczorem, ale rano już go tu nie było - powiedział Monty, a ja potwierdziłam.
- Musimy się podzielić. Trzeba przeszukać każdy kawałeczek tego wraku, żeby zacząć szukać na zewnątrz.
Tak też zrobiliśmy. Szukałam w każdym, nawet najmniej prawdopodobnym miejscu, jednak nie znalazłam ani śladu Jaspera. Zaczęłam się coraz bardziej denerwować, ale wciąż miałam nadzieję, że ktoś inny go znalazł. Gdy spotkaliśmy się w jadalni ponownie, nadzieja mnie opuściła, gdy tylko zobaczyłam przestraszone twarze towarzyszy. Ale chyba najbardziej przerażoną, była Clarke, która musiała w pewnym momencie dołączyć do poszukiwań.
- Musimy komuś powiedzieć - powiedział Wick.
Kiwnęliśmy głowami, ale w tym samym momencie podszedł do nas Asher.
- Hejka, wiecie co z Jasperem? - zapytał. - Nieźle się zdziwiłem, kiedy gadał dzisiaj ze mną.
- Dzisiaj? - zapytał Monty z niedowierzaniem.
- Tak - potwierdził Asher. - Co ciekawsze był  t r z e ź w y!  Ale mimo to gadał od rzeczy.
- Co mówił? - dopytywał się Bellamy, chcąc przyspieszyć wypowiedź Ashera.
- Coś o jeziorze. Pytał się czy wiem jak jest daleko. Kiedy spytałam, czy chce się wykąpać, odparł, że nie. To samo odpowiedział, gdy zapytałem, czy chce się przejść. A gdy stwierdziłem, że chyba potrzebuje towarzystwa, uciekł. Po prostu odwrócił się i uciekł bez słowa.
- Pytał o jezioro? - powtórzył Bellamy, ale nie oczekiwał odpowiedzi, myśląc nad czymś.
- Musimy tam iść - wtrącił szybko Monty.- Nie możemy zignorować czegoś takiego.
- Tak - potwierdził Bellamy, wczuwając się w rolę przywódcy. - Asher, zostań w obozie. Gdybyś zobaczył Jaspera, zatrzymaj go w Arkadii. Nie pozwól mu odejść. Powiedz to wszystkim z Setki, dobra? - gdy chłopak potwierdził, zwrócił się w nasza stronę. - My pójdziemy nad jezioro. Każdy idzie osobno w pewnej odległości od siebie, żeby zwiększyć obszar poszukiwań. Krzyczymy, kiedy go znajdziemy.
Potwierdziliśmy, że rozumiemy.
- Dobra, ruszamy.

Hej!
Rok szkolny się zaczął, wiec chce Was uprzedzić, że rozdziały będą teraz krótsze i dodawane w większych odstępach czasu. :) Nie wiem kiedy uda mi się dodać kolejny rozdział, ale postaram sie zrobić to jak najszybciej :D
Venia

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 6

Osiemnastego dnia po  Mount Weather Kane wrócił z Polis, stolicy Ziemian. Mama odzyskała pełnię sił i teraz dzieliła czas miedzy szpitalem, a zadaniami kanclerza, wiec nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby akurat nie zajmowała się chorymi.  Ale to tylko i wyłącznie moja wina, bo znowu nie wychodziłam ze szpitala. Nawet udało mi się przekonać Jacksona, żeby przynosił mi posiłki, kiedy mama nie patrzyła. Coraz bardziej zaczynałam go lubić- mimo że naprawdę szanował moją matkę, to miał swój własny rozum.
- W południe odbędzie się spotkanie rady. Kane przekaże nam wszystko co udało mu się ustalić - usłyszałam głos mamy, kiedy sprawdzałam rany Harper, które już całkowicie się zagoiły. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mama mówiła do mnie.
- Więc udało mu się osiągnąć porozumienie z Ziemianami - to było raczej stwierdzenie faktu niż pytanie, ale mama i tak potwierdziła.
Uśmiechnęłam się do Harper, która odpowiedziała tym samym. Wyglądała znacznie lepiej i nie mogła się doczekać wypisania ze szpitala. Odsunęłam się od jej łóżka i odwróciłam, natrafiając na ciężkie spojrzenie mamy.
- Myślę, że powinnaś pójść na nie ze mną - powiedziała przyciszonym głosem.
- Po co? Nie ja jestem kanclerzem. Nie należę do Rady - odparłam również szeptem.
- Clarke, dlaczego tak wszystko utrudniasz? - spytała z wyrzutem. Wzruszyłam ramionami. - Nie tylko ty jesteś zaproszona. Bellamy i parę innych osób też przyjdzie. Ty powinnaś pójść jako reprezentantka Setki. To ciebie słuchają.
- Skoro Bellamy idzie, to ja już nie muszę.
Mama chwyciła mnie pod ramię i wyciągnęła ze szpitala na korytarz, wyraźnie wkurzona. Nie miałam siły się sprzeciwiać. Przez ostatni tydzień spałam najwyżej przez trzy godziny dziennie.
- Clarke - obróciła mnie twarzą do siebie i chwyciła za oba ramiona. Czułam się jak ośmiolatka, mimo że byłam jej wzrostu. - Myślałam, że ci przejdzie, ale minęły dwa tygodnie, a ty prawie w ogóle nie wychodzisz ze szpitala. Pracujesz tu, śpisz, nawet jesz...
Zatem Jackson jednak mnie wydał! Najwyraźniej źle go oceniłam...
- Unikasz ludzi, nawet przyjaciół. Nie możesz tak żyć. Musisz sobie wreszcie wybaczyć!
Ha. Dobre. Jakbym potrafiła.
- Jeżeli nie przestaniesz, usunę cie ze szpitala.
- Co?! - chyba się przesłyszałam. - Nie możesz!
Spojrzała na mnie z powagą.
- Jako twoja matka, przełożona szpitala i  k a n c l e r z  mam pełne prawo przenieść cię. I zrobię to, jeżeli nie zaczniesz z powrotem panować nad swoim życiem. Mnie odpychasz i nie chcesz mojej pomocy, ale nie możesz tego robić przyjaciołom. Dlatego jeżeli się nie zmienisz, przeniosę cię do kuchni, albo do sektora rolniczego, gdzie jest znacznie więcej ludzi. Musisz zmierzyć się ze swoimi lękami.
Genialnie. Własna matka chce mnie zabić. I jakby nie zdawała sobie sprawy, że taka zmiana prawdopodobnie mnie zniszczy. Że wyrzuty sumienia w końcu mnie pogrążą, bo nie jestem w stanie się ich pozbyć.
- Tu nie chodzi o to, że nie potrafisz sobie wybaczyć, Clarke. Tu chodzi o to, że nie chcesz - odezwała się, jakby czytała mi w myślach.

Poszłam na spotkanie. Oczywiście, że poszłam. Nie zamierzałam pozwolić sobie na przeniesienie. I tak dzisiejszego popołudnia wypisaliśmy większość pacjentów, przez co pracy będzie teraz zdecydowanie mniej. Postanowiłam też chodzić do jadalni na posiłki. To musi mamie wystarczyć.
Spotkanie trwało trzy godziny. Na początek przedstawiciele rady przedstawiali pani kanclerz raporty, co zajęło pół godziny i dopiero potem głos zabrał Kane. Mama na wyjazd do Polis udzieliła mu swojej władzy, tak że mógł wszystko zatwierdzić, jakby sam był kanclerzem. Na początku mówił o przydzielonej nam ziemi wokół obozu. Mogliśmy wreszcie zająć się rolnictwem, a Ziemianie mieli nam w tym pomóc. Potem o sposobie handlowania z Ziemianami. Rada poruszała wiele innych tematów, zadawała masę pytań, a Kane udzielał odpowiedzi. Przez większość czasu uważałam na ich słowa, jednak pod koniec zaczęłam odczuwał zmęczenie. Zerknęłam na Bellamy'ego. Siedział z założonymi rekami i poważną miną, ale wiedziałam, że słucha uważnie. Jak zwykle nieufny. pomyślałam.
Kiedy Kane opisał już wszystkie założenie umowy, w tym to o wzajemnym wsparciu i traktowaniu się jak sojuszników, mama zadała pytanie, które wszystkich nas gnębiło.
- Podczas obrad, czy coś cię zaniepokoiło? Jakaś nieścisłość, coś o czym nie chcieli rozmawiać?
Kane zastanawiał się przez chwilę.
- Ich komandor starała się wszystkiego dopilnować. Ja sam też. Wydaje mi się, że wszystkie ważne punkty omówiliśmy i podjęliśmy wobec nich postanowienia. Za dwa miesiące znowu mamy się spotkać, by sprawdzić czy wszystko funkcjonuje jak należy.
- Czyli wszystko było w porządku?
Kane zmarszczył brwi.
- Kilkakrotnie przywódcy klanów zadawali jakieś pytania w ich języku, które komandor od razu uciszała, nie udzielając odpowiedzi. Nie chciała po spotkaniu o tym mówić.
- Jakie to były pytania?
- Nie potrafię powtórzyć. Ale za każdym razem powtarzało się jedno słowo. Wydaje mi się, że brzmiało Wanheda.
- "Heda" w ich języku oznacza komandor - wyrwało mi się. Wszyscy na mnie spojrzeli.
- A "wanheda"?  - spytał jeden z radnych.
Pokręciłam głową.
- Trzeba spytać Lincolna - wtrącił Bellamy.
Radni pokiwali głową.
- Komandor mówiła, że chodzi o ich wierzenia. Że nie warto się tym przejmować.
Zapadła cisza, podczas której każdy przetrawiał tą wiadomość.
- Pani kanclerz? - odezwał się wreszcie jeden z radnych. - Powinniśmy zagłosować w sprawie nazwy obozu, skoro radny Kane już wrócił.
- Dobrze - odezwała się mama. - Na ostatnim posiedzeniu rozważaliśmy zmianę nazwy obozu. - zaczęła tłumaczyć Kane'owi. - Mimo, że kanclerz Jaha po naszym powrocie na Ziemie stał się bohaterem, gdy pojawił się w obozie nazwanym jago nazwiskiem, doprowadziło to do niezręcznych sytuacji. Kiedy zniknął, biorąc ze sobą paru ludzi, reszta społeczeństwa zaczęła nieprzychylnie patrzeć na jego zachowanie. Dlatego postanowiliśmy zmienić nazwę  na bliżej związaną z naszą historią - przerwała na chwilę, by po chwili podjąć. - Kto zgadza się na zmianę nazwy obozu z "Obozu Jaha"  na "Arkadię"?
Wszyscy radni jednogłośnie podnieśli ręce do góry.
Na tym zakończyło się posiedzenie.
Od razu skierowałam się w stronę jadalni. Trudno uwierzyć, że zwykłe siedzenie i słuchanie potrafi tak bardzo zwiększyć apetyt.
Spotkałam tam Millera i parę innych osób z Setki, którzy siedzieli przy jednym stole. Zaczęli mnie wołać i zapraszać do siebie, więc usiadłam razem z nimi. Ich radosne żarty i przekomarzania podniosły mnie trochę na duchu - jak się okazało nie wszyscy się zmienili.
- Nie widzieliśmy cię przy kapsule - zwrócił się do mnie w pewnym momencie Miller.
Zdziwiona uniosłam brwi.
- Tak szybko się nami znudziłaś? - zapytał Asher z szelmowskim uśmiechem.
- Zamknij się, stary - odparł Miller. - Księżniczka miała prawo od nas odpocząć.
- To raczej niemożliwe - mruknęłam.
Asher wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Podobno byłaś na spotkaniu rady - szepnęła jedna z dziewczyn, chyba Criss.
- Ale tylko jako widz - odparłam szybko.
- Dowiedziałaś się czegoś? - spytał Miller.
Wiedziałam, że mama zamierza ogłosić spotkanie dla wszystkich i ogłosić publicznie wieści, ale nie mogłam się powstrzymać i powtórzyłam im prawie wszystko co usłyszałam.
Przez chwile jeszcze rozmawialiśmy, ale gdy zaczęli się rozchodzić, by wykonać codzienne obowiązki, sama także wstałam. Dowiedziałam się, że każdy dostał jakąś pracę i że zawsze mieli coś do roboty, dzięki czemu się nie nudzili. Cieszyłam się tym, choć wiedziałam, że są uważnie obserwowani przez strażników. Nawet nie podejrzewałam, że takie spotkanie może mi poprawić humor.

Przez dwa kolejne dni nie dawało mi spokoju jedno zdanie wypowiedziane przez Millera. "Nie widzieliśmy cię przy kapsule"? Co to miało znaczyć? Czy oni także przychodzili do naszego starego obozu? A może nie o to mu chodziło? Ale w takim razie o co?
W końcu drugiego dnia wieczorem ciekawość zwyciężyła.
- Mamo, mogę już skończyć? - spytałam, myjąc ręce i ściągając fartuch. - Chciałabym się jeszcze gdzieś przejść.
Mama wyglądała na szczerze zaskoczoną, że ją o to proszę, ale od razu się zgodziła. Zresztą po wypisaniu pacjentów nie było wiele pracy.
Zaglądnęłam jeszcze do swojego pokoju i zabrałam kurtkę, którą dostałam przed wysłaniem na Ziemię. Dawno jej nie ubierałam. Spieszyłam się do kapsuły, chcąc tylko zobaczyć czy ktoś tam będzie. Jeżeli tak, to moje podejrzenia się sprawdzą. A jeżeli będzie pusta, wrócę do Arkadii i zajmę się tym czym zawsze- uciekaniem przed myślami.
Już zbliżając się do starego obozowiska, usłyszałam głosy. Dużo głosów. Nagle wyszłam z lasu i mijając bramę, wyszłam na polanę. Zamurowało mnie. To nie było parę osób. To była Setka. Ponad pięćdziesiąt osób, które przeżyły Ziemian i Mount Weather. Stojąc w grupkach rozpalali ogniska, rozmawiali i śmiali się, popychając się i przekomarzając. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Niektórzy już mnie zauważyli, w tym Monty, który zaczął do mnie machać. Skierowałam się w jego stronę, witając się z napotkanymi osobami. Uścisnęłam Monty'ego i rozejrzałam się. W grupce, do której dołączyłam stali, oprócz Monty'ego, Raven, Kyle, Miller, Harper, Asher i paru innych, których mniej znałam. Przywitałam się z wszystkimi.
- Wreszcie księżniczka zaszczyciła nas swoim towarzystwem - powiedział Asher żartobliwym tonem.
 - Uważaj, bo księżniczka cię zamknie za takie gadanie - odparowała Harper. Chwilę potem zwróciła się do mnie. - Błagam, zrób to. Tak trudno z nim wytrzymać.
- Jak i z tobą - dorzucił Miller.
- Dwóch na jedną? Niezbyt to sprawiedliwe - tym razem odezwała się Raven.
- Jak chcesz to możesz się dołączyć - odparł Asher.
- Dobrze wiecie że w porachunku ze mną nie macie żadnych szans - Raven założyła ręce na piersi i spojrzała na nich wyzywająco.
- Może spytamy co o tym sądzi Wick? - zapytał Miller.
Kyle już kręcił głową.
- Stary, ona jest mądrzejsza od was dwóch razem wziętych. Już przegraliście.
- No nie, jego też przeciągnęłaś na swoją stronę?
Słyszałam całą rozmowę, ale skupiłam się na Montym, który tłumaczył mi co tak właściwie robi tu Setka. Okazało się, że to sprawka Bellamy'ego. Po prostu rozmawiał z paroma osobami i przekonał ich, że kapsuła jest najlepszym miejscem na poprawę humoru. Wieść szybko rozniosła się wśród Setki - i tak od siedmiu dni wieczorami przybywa coraz więcej osób. Podobno następnego dnia Criss i jeden chłopak zajmujący się magazynowaniem starych przedmiotów i urządzeń z Arki mieli przynieść prawdziwy rzutnik i puścić jakiś film z archiwum. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
Postanowiłam przejść się i pogadać z innymi osobami. Chodziłam od jednej grupki do drugiej i dowiadywałam się czym kto się zajmuje. W końcu udało mi się zamienić słowa z każdym nastolatkiem. Gdy to zrobiłam wróciłam do pierwszej grupki, gdzie Miller i Asher kłócili się o nazwę "Setka".
- Skoro jest nas teraz prawie pięćdziesiąt, a nie  s t o  to nie powinniśmy nazywać się Setką - twierdził Asher.
- I co, mamy się nazywać Połowa z Setki? - zapytał z niedowierzaniem Miller.
- Nie, idioto, Pięćdziesiątka!
- Lepiej brzmi Setka.
- Ale nie odnosi się do prawdziwej liczby ludzi!
- Ale lepiej brzmi.
- Ale z ciebie prymityw.
- I kto to mówi?
Usiadłam miedzy Raven a Harper i przysłuchiwałam się rozmowie. Jakim cudem blisko pięćdziesiąt osób zdołało się tu przekraść i nikt tego nie zauważył? I jak wracali? Przecież musieli gdzieś spać.
Spytałam o to Raven.
- Każdy, kto chce, może rozłożyć sobie hamak w kapsule. A rano pójść zająć się swoimi obowiązkami - odparła wzruszając ramionami.
- Gdzie ten Bellamy? - usłyszałam czyjś głos. Nie zrozumiałam odpowiedzi.
Wcześniej obeszłam cały obóz i nie zauważyłam go. Gdzie on się podziewa? Już miałam wstać i pójść go szukać, ale przypomniałam sobie o Ginie. Mimowolnie opuściłam ramiona. Nie moja sprawa gdzie chodzi.
Rozmowa toczyła się dalej, ale przerwało ją pojawienie się nikogo innego, tylko Bellamy'ego, Octavii i Lincolna. Nieśli ze sobą upolowanego jelenia. Czyli poszli na polowanie. Poczułam, że ucisk w moim brzuchu rozluźnia się. Trójka, gdy tylko odstawiła zdobycz, by zajęli się nią inni, podeszła do naszej grupki.
- Większego nie było? - zagadnął Asher. Naprawdę jemu powinno zakazać się odzywać.
- Następnym razem to ty pójdziesz na polowanie - odparła Octavia. - I jestem ciekawa czy wyjdziesz z tego cało.
Bellamy usiadł koło mnie i oparł się o pień pobliskiego drzewa.
- Wreszcie przyszłaś - mruknął. - Już myślałem, że nigdy się nie zjawisz.
- A niby skąd miałam wiedzieć, że tu się spotykacie?
- Gdybyś częściej wychodziła ze szpitala...
- Tylko nie powtarzaj słów mojej mamy!- przerwałam mu.
O dziwo, zamknął usta. Wyczuwałam dziwne napięcie miedzy nami. W pewnym momencie miałam ochotę się od niego odsunąć, ale coś mnie powstrzymało.
- Ciesze się, że tu ich sprowadziłeś - odezwałam się i zerknęłam na niego. - To uspokajający widok.
Kiwnął głowa i także na mnie spojrzał.  Przez chwile nic nie mówił.
- Chciałem cię przeprosić, za to co powiedziałem wcześniej. Wiem, że nie powinienem ci rozkazywać jak rozkazuję O - wskazał głową swoją siostrę. - Nie mam prawa.
- Czekaj, czy ty mnie własnie przeprosiłeś? - zapytałam żartobliwie, a on, mogę przysiąc, uniósł koniuszek ust.
- Nie proś, żebym powtarzał. To nie w mojej naturze.
Uśmiechnęłam się leciutko, ale za chwile spoważniałam.
- To ja powinnam cię przeprosić. Miałeś rację. I nie rozkazywałeś mi, tylko dobrze radziłeś.
Przyjął moje przeprosiny i po chwili siedzieliśmy obok siebie w ciszy, ale tym razem nie była niezręczna.
- Bell! - w pewnym momencie Octavia zawołała brata, wyrywając nas z zamyślenia. - Ludzie chcą zacząć lekcje.
Bellamy podniósł się.
- Lekcję? - zapytałam odruchowo.
Spojrzał na mnie.
- Chodź i sama zobacz. - odparł.
Ruszył na środek obozu, gdzie było sporo wolnego miejsca. Wokół zbierała się Setka, siadając na ziemi w okręgu. Potem Lincoln i Bellamy weszli na środek. Lincoln zaczął tłumaczyć i pokazywać na Bellamym różne chwyty.
Lekcja samoobrony. uświadomiłam sobie.
Po tym jak chłopcy zademonstrowali na sobie, kazali dobrać się w pary i ćwiczyć. Oni sami chodzili i poprawiali błędy. W końcu Octavia zauważyła, że ja, tak jak parę innych osób w tym Raven, czy Harper nie ćwiczymy.  Zawołała brata, który podszedł do mnie i siłą mnie podniósł.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, Bellamy - zaczęłam. - Wiesz, że tego nie lubię.
- Czyżby, księżniczka bała się, że przegra? - zapytał, przekrzywiając głowę.
Prychnęłam.
- Nigdy.