piątek, 30 września 2016

Rozdział 9

*Raven Reyes*
Usłyszałam głośny jęk. Zatem się obudził.
Obróciłam się delikatnie, uważając na plecy i  spojrzałam na budzącego się Jaspera. Pilnowaliśmy go wszyscy na zmianę od dziesięciu godzin, przez które spał niemalże jak zabity. Położyliśmy go w jego pokoju i zamienialiśmy się co dwie godziny. Dziwne, ale nie zjawili się ani Bellamy, ani Clarke.
- Ciesz się, że nie ma tu Bellamy'ego - powiedziałam dość głośno, ale i tak nie wiedziałam, czy mnie usłyszał.
Przez chwile tylko jęczał i wzdychał, ale po chwili zamilkł. Obserwowałam, jak jego twarz staje się wyprana z emocji, kiedy na mnie spojrzał.
- Po co mnie uratowaliście? - spytał z groźną nutą w głosie.
- Nie martw się, mimo, że żyjesz, to i tak wyglądasz na trupa - nie mogłam się powstrzymać, ale taka była prawda.
Przez ten miesiąc wyraźnie schudł, policzki były zapadnięte, oczy podkrążone. Był przerażająco blady. Naprawdę wyglądał na martwego.
Zamilkł i wydawał się nieobecny, jakby od nowa zaczął planować samobójstwo. Nie mogłam na to spokojnie patrzeć.
- Jesteś totalnym kretynem, wiesz Jasper? Zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo się martwiliśmy? Przez kilka minut naprawdę nie oddychałeś! Gdyby Clarke cię nie uratowała...
- Nie wymawiaj przy mnie jej imienia! - warknął. - Ona jest dla mnie niczym.
- To masz problem, bo zawdzięczasz jej swoje życie, idioto!  - prawie krzyknęłam. Jego zachowanie naprawdę mnie wkurzało. Jak można być tak głupim? - To co powiedziałeś do niej zaraz potem, też było okrutne! Taki chcesz być? Bezduszny i bezwzględny? Wiecznie pijany, wściekły i samotny? Nie poradzisz sobie z bólem, gdy będziesz wszystkich odpychać, wiesz o tym?  Maya by tego nie chciała.
- Nie wiesz czego by chciała, bo nie żyje! - jego głos zadrżał. Zamrugał, przeganiając łzy. - I to wina Clarke. Bellamy'ego, Monty'ego i Clarke, bo to był jej pomysł.
- Każdy robi głupie rzeczy. Ona też, a to był jedyny sposób żebyśmy wyszli z Mount Weather żywi. Więc tak właściwie dwukrotnie uratowała ci życie.
- Jak możesz tak mówić? Nasze życie za życie Ludzi z Góry? To jest okrucieństwo! Nie jest sprawiedliwe pod żadnym względem.
- Oczywiście, że nie jest. Ale nie zauważyłeś, że na Ziemi nic takie nie jest? Jasper, tylu ludzi już tu zginęło. Nie jesteś jedynym, który kogoś stracił - teraz to ja musiałam przełknąć gulę w gardle.
- To Clarke zabiła Finna. Nie pamiętasz?- rzucił w moją stronę, jak wyzwanie.
- Jak mogłabym zapomnieć? - oburzyłam się, ale zaraz potem opanowałam. - Na początku byłam na nią wściekła. Ale gdy zobaczyłam i doświadczyłam na własnej skórze bólu, który Finn musiałby przeżyć... Clarke wiedziała na czym to polega. Ona... naprawdę go kochała. Ja nie byłabym w stanie zabić Finna, by oszczędzić mu cierpień. Po części ze względu na niego, ale także na mnie - jak mogłabym żyć ze świadomością, że zabiłam ukochaną osobę? Nawet gdyby mnie oto poprosił. Nie potrafiłabym. Zdajesz sobie sprawę, jaka Clarke była wtedy odważna? Jak bardzo musiało ją to boleć? Jak bardzo boli teraz? Owszem byłam wściekła i teraz też w głębi czuję złość. Ale z drugiej strony zrozumiałam i jestem jej wdzięczna, że go uratowała od poniżenia... że to nie musiałam być ja...- czułam, że się plączę, więc przerwałam i tylko pokręciłam głową.
Milczał przez chwilę, patrząc w podłogę.
- Clarke nie powinna nikim dowodzić - mruknął pod nosem.
- Sama już do tego doszła - odparłam. - Wiedziałbyś, gdybyś przez chwilę nie był pijany.
Przełknął ślinę.
- Jak miałbym przestać jej nienawidzić? - spytał, podnosząc na mnie wzrok. - To tak bardzo boli...
Jego oczy zaszły łzami. Po chwili ukrył twarz w dłoniach i głośno zaszlochał. Jasper zawsze był delikatny na swój sposób. Starał się to ukryć, ale kiepsko mu to wychodziło. Teraz widziałam to dokładnie. Jasper był złamany.
- Musisz się zmierzyć z bólem - zasugerowałam delikatnie. - Przestań od niego uciekać. Nie jesteś tchórzem, Jasper. Nie możesz być. Zacznij żyć normalnie. Nie użalaj się nad sobą, bo to wcale nie pomaga. Pogadaj z przyjaciółmi. Nawet nie wiesz jak bardzo im przykro. Jak bardzo chcieliby cię przeprosić. A jeżeli nie z wszystkimi to chociaż z Montym - chyba to on najbardziej się o ciebie martwi. I proszę cię, przestań obwiniać Clarke. Zrobiła to co musiała, a jej wyrzuty sumienia już wystarczają. Twoje zachowanie może sprawić, że to ona się załamie. A wierz mi, jest tego bliska.
Przez chwilę Jasper po prostu na mnie patrzył, potem powoli pokiwał głową.
- Tak naprawdę nie chciałem się zabić - wyszeptał niepewnie. - Ja... nie wiedziałem... chciałem tylko, żeby przestało boleć.
- Wiem - potwierdziłam. - Więc to dobrze, że cię znaleźliśmy.

*Clarke Griffin*
Mama pozwoliła mi wyjść z pokoju po trzech dniach usilnych błagań i przyrzekania, że nigdzie nie ucieknę. I tak dziwiłam się, że to tak krótko trwało- może zmęczyło ją wysyłanie kogoś po posiłek dla mnie.
- Naprawdę nie zamierzam nigdzie uciekać - powiedziałam po raz ostatni, kiedy tylko oznajmiła mi dobrą nowinę.
- Tego jestem pewna - odparła ponuro. Krzyczała na mnie tylko przez jakąś godzinę po odejściu Bellamy'ego, ale gdy zauważyła, że jej nie słucham, że kłótnia z przyjacielem mnie załamała, przestała. - Ja nie mogę cię ciągle pilnować, dlatego przydzielam ci dwóch opiekunów. To strażnicy i mają cię powstrzymać przed każdą próbą ucieczki.
- CO?! - byłam zszokowana. - Ale mamo, nie masz na co marnować pracy strażników?
- Zawiodłaś moje zaufanie, Clarke - odparła twardo. Skuliłam się mimowolnie na te słowa. - Będziesz musiała na nie zasłużyć.
Żadne błagania nie pomagały. Od tamtego dnia chodziłam wszędzie w obecności jednego ze strażników. Gary, starszy, ale rosły mężczyzna, był milczący i sztywny. Natomiast drugi był znacznie bardziej rozmowny. Trzydziestokilkuletni Arthur mimo mięśni i maski "wielkiego i groźnego strażnika", potrafił być ironiczny i zabawny. W pracy czasem mi pomagał i pozwalał na prywatność. Ale nawet to nie pomagało mi w kontaktach towarzyskich. Wszyscy się zastanawiali, dlaczego zawsze chodzą za mną Strażnicy, niczym ochroniarze, a szczególnie Setka. Nie dziwiłam im się - nikt nie lubił Strażników, a co dopiero nastoletni przestępcy. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Rozkaz Kanclerza, jak to powtarzał Arthur.
- Podaj mi to pudło - rzuciłam do Arthura. To był piąty dzień naszej znajomości, akurat pracowałam w szpitalu i rozkładałam leki przyniesione z laboratorium.
- Powiedz proszę - rozkazał przemądrzałym tonem.
- Ani mi się śni. Ty tu jesteś do pomocy - powiedziałam, naśladując jego głos.
- Jestem do pilnowania, żebyś nie wpadała na kolejne głupie, nastoletnie pomysły, mądralo - poprawił mnie, ale podniósł pudło i podszedł do mnie. Zaczęłam wyciągać opakowania i układać na pułki w kolejności alfabetycznej.
- Dobra, dobra.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz zapisać się na patrole. Nie chce mieć dodatkowej roboty - mówił żartobliwym tonem, ale to nie na ton zwróciłam uwagę. Zastygłam z wyciągniętą ręką i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Możesz mówić jaśniej?
- Kane dowiedział się o tych waszych schadzkach pod kapsułą - zaczął, wzruszając ramionami. - Wiedział też o waszej akcji ratowniczej tego chłopaka - mimowolnie zadrżałam, ale niczego nie zauważył. -Stwierdził, że potrzebujecie dodatkowych emocji. Mamy mało strażników, dlatego młodzież będzie mogła chodzić na patrole po okolicy, pod opieką dorosłych oczywiście i szukać pozostałych stacji z Arki. Gdybyś też chciała, musiałbym chodzić z tobą, a to mi się nie uśmiecha, szczerze powiedziawszy. Ten Kane to ma pomysły. A wiedziałaś, że ostatnio zaleca się do twojej mamy? Nie żebym plotkował, czy coś.
- Nie, przecież nigdy nie plotkujesz.
- No własnie.
Tak naprawdę był gorszym plotkarzem, niż niejedna kobieta. I jeżeli chodzi o mamę i Kane'a to wiedziałam. Już wcześniej wydawali się dobrymi przyjaciółmi, ale teraz kiedy tylko nadarzyła się okazja, Kane przychodził i rozmawiał z mamą. Pomagał jej, doradzał, pocieszał i z czułością wymawiał jej imię, przez co czułam ból w sercu i żałowałam, że nikt tak do mnie nie mówi. Oczywiście po części czułam, jakby zdradzała tatę, ale szczerze powiedziawszy, co gorszego mogła zrobić od wydania go na śmierć? Chciałam, żeby była szczęśliwa. Mimo całej urazy, którą do niej czułam, to była moja mama. Chciałam, żeby znalazła sobie kogoś, kto się nią zaopiekuje.
Patrole powinny spodobać się Setce. Będą mogli chodzić po lesie i czuć się potrzebni. Dostarczy to im potrzebnych wrażeń. Czasem, kiedy w nocy pilnował mnie Arthur pozwalał mi na wypad do kapsuły, ale za każdym razem musiałam wrócić o określonej godzinie.
- Ale, o dziwo, to nie oni są  parą tygodnia - mówił dalej Arthur, wyrywając mnie z zamyślenia. - To ten chłopak Bellamy Blake i ta dziewczyna, ta niesamowicie urocza...
- Gina - wtrąciłam, czując okropną suchość w gardle.
- Tak, właśnie - potwierdził zadowolony, że słucham. Nie zauważył już, że na samą myśl jest mi niedobrze.  - To urocza para, nie sądzisz? Tak ładnie razem wyglądają.  
Potwierdziłam. Oczywiście, że ładnie wyglądali. Byli do siebie podobni z wyglądu, ale całkowicie inni z charakteru. Dzięki temu wydawali się tworzyć idealną całość i nie dało się temu zaprzeczyć. Nadal lubiłam Ginę, nie dało jej się  n i e  lubić, ale za każdym razem, kiedy spojrzałam na Bellamy'ego, odradzał się we mnie na nowo ten sam gniew, który czułam podczas naszej kłótni. Szczerze wątpiłam, czy jeszcze kiedyś będę mogła na niego normalnie patrzeć, a co dopiero podziwiać jak piękną parę tworzy z Giną.
- A tak poza tym, jak się czujesz z awansem?  - zapytał, a ja dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, że mówi do mnie, ponieważ w szpitalu nie było nikogo innego.
- Awansem? - powtórzyłam, jak głupia.
- Nie wiesz? - mężczyzna wyglądał na okropnie zmieszanego.
- O czym? - dopytywałam się.
- Skoro nie wiesz, to nie mogę ci powiedzieć-uparł się i po raz pierwszy od godziny, zamknął usta.
- Nie możesz zacząć tematu, a potem przerwać i nie dokończyć! -uparłam się. - To najgorszy sposób prowadzenia rozmowy na całym świecie!
- Wkrótce się dowiesz - odparł tylko. - Jestem pewien.
I miał rację.

Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz