- Skończyłaś program szkoleniowy - oznajmiła mi mama tydzień po mojej rozmowie z Arthurem. - Nie jesteś już stażystką. Jeśli napiszesz odpowiedni test, zostaniesz lekarzem.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Miałam być doktorem. Prawdziwym doktorem. Wiedziałam, że na Arce wygadało to inaczej niż na Ziemi przed katastrofą. Okres stażu obejmował kilka lat praktyk i nauki, po których pisało się test wiedzy i otrzymywało tytuł doktora. Zazwyczaj zapowiadało się ten test miesiące przed terminem, a ja miałam tylko kilka dni, bo według mojej mamy już wszystko wiedziałam. Mimo to ostatnie godziny przed egzaminem powtarzałam wszystkie wiadomości po raz dziesiąty i mimo przygotowania, nadal czułam niepokój. Jak się okazało test był trudny- a żeby go zaliczyć musiałam mieć co najmniej dziewięćdziesiąt procent.
Musiałam też czekać na wyniki do następnego dnia. Wyczerpana psychicznie położyłam się i zasnęłam, co nie było dobrym pomysłem.
leżę na stosie i płonę razem z nimi chcę próbuje uciec zeskoczyć ale biały materiał wiążę mi ręce i nogi zaciska się wokół ciała i ciągnie w dół dół dół aż jestem zagrzebana w ziemi nie mogę się ruszyć nie mogę oddychać piasek ziemia dym i proch wciskają mi się w usta gdy próbuję krzyczeć wrzeszczeć wołać o pomoc widzę twarz Jaspera wściekłą i ociekająca wodą słyszę głos Bellamy'ego który mówi Ja ciebie też patrzy z taką nienawiścią tak bardzo mnie nienawidzi...
Nie mogę powstrzymać łez, które napływają mi do oczy, kiedy tylko się budzę. Tak długo je powstrzymywałam. Zawsze próbowałam szybko opanować się po kolejnym koszmarze, które stawały się coraz gorsze, coraz bardziej przekonywujące, że już nie pamiętałam co to spokojny sen. Próbowałam skupić się na dobrych rzeczach, tak jak radził mi Bellamy, ale po naszej kłótni jego pomysł przestał mi pomagać.
Nie mogę. Już dłużej nie wytrzymam. Zaczynałam rozumieć Jaspera. Kiedy każda chwila, nawet ta w nocy, która powinna być chwilą zapomnienia i otuchy, była jednym wielkim koszmarem, przestawałam widzieć jakiekolwiek wyjście z mojej sytuacji.
Już dłużej nie dam rady...
- Gratuluję, pani doktor - przywitał się Gary swoim normalnym nudnym głosem, kiedy przyszedł zmienić Arthura. Miał mnie odprowadzić do szpitala.
- Naprawdę? - wyszeptałam, nie mogąc uwierzyć.
Gary wzruszył ramionami i poszedł za mną, kiedy pospieszyłam w stronę miejsca pracy. Przywitał mnie tam szeroki uśmiech Jacksona i moja mama, która pokazała mi wynik - 98% i tylko jeden błąd. Najlepszy wynik w ciągu pięciu lat.
Na chwilę zapomniałam o całym bólu, poczuciu winy i złości. Przez chwilę rozkoszowałam się ogarniającym mnie szczęściem i dumą.
- Przyjęliśmy na praktykę trzech kolejnych stażystów, którzy zaczęli naukę już na Arce. Teraz chcieli ją kontynuować. Będziesz się nimi zajmowała i przez kilka najbliższych miesięcy Jackson będzie ci pomagał. - zaczęła mi wyjaśniać mama. Patrzyłam na nią z uśmiechem, chyba po raz pierwszy od bardzo dawna. Dziwne, ale mówiła jakby ostrożnie i z każdym słowem wydawała się smutniejsza, albo... niespokojna.
- Coś nie tak? - spytałam.
- Widzisz, będą wybory nowego kanclerza. Już jutro.
- Wiem - potwierdziłam.
Mama nie kandydowała, za to Kane i paru innych tak.
- Nie kandydujesz, bo chcesz się poświęcić pracy lekarza, tak? - spytałam, nie za bardzo wiedząc, co to ma do mojej pracy.
- Tak i w tym rzecz - potwierdziła. - Uzgodniliśmy z Ziemianami nowe warunki umowy na ostatnim spotkaniu. Poruszyliśmy temat Mount Weather. Postanowiliśmy stworzyć tam nowy szpital i od prawie miesiąca przekształcaliśmy go właśnie w tym celu. Ten szpital na być zarówno dla Ziemian, jak i naszych ludzi. Najpierw zaczniemy w nim leczyć pozostałych Kosiarzy, ale później wykorzystamy to miejsce do leczenia poważniejszych chorób i przeprowadzenia operacji. Musisz zrozumieć- mają tam lepszy sprzęt. Tu nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego. Będziemy tam mogli produkować leki. Pozostali doktorzy wybrali mnie jako dyrektora szpitala - muszę tam jechać i kierować pracą. Ty i Jackson zostaniecie i będziecie pracować tutaj i dodatkowo szkolić stażystów.
Mówiła z szybkością błyskawicy i musiałam się nieźle skupić, żeby ją zrozumieć. Patrzyła na mnie w oczekiwaniu na wybuch, ale on nie nastąpił. Sama się zdziwiłam.
- Dziękuję - powiedziałam niepewnie.
- Dziękujesz? - zdziwiła się mama.
- Że to nie ja muszę tam pracować... Ja... nie dałabym rady.
Mama kiwnęła głową i posłała mi krzepiący uśmiech.
- Kiedy zaczynasz? - spytałam.
- Jutro.
Stażyści okazali się być tylko o rok młodsi ode mnie, ale zaczęli naukę w wieku szesnastu lat, podczas, gdy mnie mama zaczęła uczyć już kiedy miałam trzynaście lat. Były to dwie dziewczyny: Ines i Gloria i chłopak Louis, z którym miałam pewne kłopoty. Podczas, gdy dziewczyny były raczej posłuszne i chętne do pomocy, Louis od samego początku nie był zadowolony, że rozkazuje mu tylko rok starsza dziewczyna, która dodatkowo siedziała kilka miesięcy w więzieniu. Nie powiedział tego, ale wiedziałam, że w myślach oskarża mnie także o zabicie Ludzi z Gór. Pewnie myślał, co ktoś kto zabił tylu ludzi może wiedzieć o ratowaniu życia. Otóż dużo. Nawet więcej niż ktokolwiek inny, bo jak komuś odbierzesz życie, dociera do ciebie jak wiele sposobów istnieje na jego ratowanie.
Toczyłam więc ciężkie boje z Louisem, ale jednocześnie starałam się ich wszystkich nauczyć jak najwięcej, nawet, gdy nie mieliśmy pacjentów. A ostatnio zdarzało się to bardzo często. Ludzie ranili się podczas pracy, najczęściej były to nieszczęśliwe wypadki.
- Pani doktor, przybył nowy pacjent - zawołała mnie Gloria, ruchliwa i entuzjastyczna jak zwykle.
- Mówiłam ci, żebyś nazywała mnie po imieniu - upomniałam ją, odstawiając kubek z kawą i wstając od biurka, znajdującego się w pokoiku przylegającym do szpitala. Musiałam nadrobić papierkową robotę, która stała się moim nowym obowiązkiem.
- Dobrze, pani doktor Clarke - odpowiedziała Gloria, a ja nie wiedziałam czy żartuje, czy mówi serio.
- Przez ciebie czuję się staro - dodałam i weszłam do pomieszczenia szpitalnego.
Usłyszałam jeszcze pogardliwy śmiech Louisa - on nie miał problemu z nazywaniem mnie po nazwisku, bez żadnego tytułu. Zignorowałam chłopaka i spojrzałam na pacjenta
- Cześć - przywitałam się z pacjentem i spojrzałam na jego towarzysza. - Cześć, Monty. Co się stało?- dodałam, podchodząc.
- Bellamy był na patrolu i jak wracał przechodził przez pole uprawne. Trochę się zagadaliśmy i przez to nie zauważył drutu kolczastego odstraszającego zwierzęta. Trochę się poharatał.
Trochę, to mało powiedziane. Nie wiem, jak pacjent to zrobił, ale całą lewą rękę i plecy miał zakrwawione. Musiało go to strasznie boleć, ale jego twarz nie wyrażała bólu, była tylko napięta. Pacjent nie patrzył na mnie, tylko na przestrzeń nad moją głową.
Dlaczego w ogóle nazywam go pacjentem, jakby nie miał imienia?
- Gloria, przynieś bandaże i plastry. Ines, leki przeciwbólowe i penicylinę - zaczęłam wydawać rozkazy. - Louis, napełnij miskę ciepła wodą i przynieś czysty ręcznik.
Wypełnili rozkazy od razu, nawet Louis, a gdy to zrobili, obserwowali moje poczynania z pewnej odległości. Nie zwracałam na nich uwagi. Pacjenta potraktowałam jako zwykłego pacjenta, chociaż na widok jego obrażeń, ścisnęło mnie w żołądku i odruchowo przyspieszyłam działań.
Podałam mu leki i rozcięłam jego koszulkę. Zaczęłam delikatnie przemywać rany, ale i tak, kiedy to robiłam, spiął się i cicho westchnął przez zaciśnięte zęby. Odruchowo mówiłam co po kolei robię, używając wyuczonego lekarskiego tonu. Szybko oczyściłam jego plecy i założyłam bandaże, tłumacząc wszystko stażystom, żeby także teraz się uczyli. Musiałam założyć nawet parę szwów, bo niektóre rany były głębokie i nie chciały przestać krwawić.
- Teraz powinieneś zostać tu jeszcze parę godzin na obserwacji - powiedziałam, gdy skończyłam. Pacjent pokiwał głową, niezbyt zadowolony. Trudno. Ja też nie byłam szczęśliwa z tego powodu. - Louis, przynieś zapasową koszulkę.
- A gdzie "proszę"? - wymruczał pod nosem, wyciągając z jednej z półek szarą koszulkę.
- Słyszałam to - powiedziałam głośno i wyraźnie, przez co mimowolnie drgnął i spojrzał na mnie przez ramię.
Usłyszałam śmiech dochodzący z rogu sali. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że Arthur właśnie się obudził. Ostatnio na swoich wartach upodobał sobie spanie na jednym z łóżek szpitalnianych, skąd mógł także komentować moje poczynania.
- Śpij dalej, Arthurze - zakomenderowałam ciepłym głosem.
- A w czym ci ja przeszkadzam?
- W życiu - znowu odpowiedział mi śmiech.
Pozwoliłam jeszcze stażystom na sprawdzenie stanu innych pacjentów, a potem wysłałam ich do wypełniania dokumentów. Mieliśmy akurat trzy tablety z kartotekami, idealnie dla nich.
- Nieźle się tu urządziłaś - stwierdził Monty. - Zostałaś doktorem. Gratulacje!
- Dzięki - uśmiechnęłam się, jednocześnie zauważając szybkie spojrzenie pacjenta na mój kitel.
- Pewnie dlatego nie przychodziłaś do kapsuły.
- Tak, mam strasznie dużo roboty od otwarcia szpitala w Mount Weather - wiedziałam, że życie w kapsule toczy się w najlepsze, ostatnio zaczęli sobie nawet robić tatuaże. Żałowałam, że nie mam czasu uczestniczyć w zabawie, ale świetnie wiedziałam, że dają sobie beze mnie radę.
- Jak na to zareagowałaś? - spytał Monty z ciekawością i współczuciem.
Wzruszyłam ramionami.
- Co mogłam zrobić? Nie mogłam stanąć przed wejściem i zakazać im pracy. Ale jak zareagował Jasper? - bałam się, że może znów wpadnie w szał, gdy się dowie.
- Był wkurzony- Monty się skrzywił. - Przez kilka następnych dni musiałem słuchać, jak wygrażał się na Radę, ale po pewnym czasie uspokoił się i jest teraz tylko smutny.
Zmarszczyłam brwi.
- Rozmawiał z tobą?
- Tak... - Monty się zawahał. - Znowu gadamy. Jasper znalazł sobie pracę i wreszcie się czymś zajął.... On tak jakby mi przebaczył. Znaczy nie przebaczył... on znowu chce być moim przyjacielem...- dokończył, niepewny mojej reakcji.
- O Boże, to cudownie! - wykrzyknęłam i aż uściskałam Monty'ego. - To najlepsza wiadomość w całym moim życiu!
Monty spojrzał na mnie z ulgą. Oczywiście, że się cieszyłam. Jasper, który zaczyna normalnie żyć i odnawia przyjaźń z Montym? Fantastycznie! Nie musi przecież rozmawiać ze mną! Nie musi mi przebaczać. Ważne, żeby zrozumiał, że Monty nie jest winien.
Już miałam spytać co u niego, kiedy drzwi do szpitala otworzyły się i ukazały dwójkę strażników, niosących zakrwawioną Ziemiankę na noszach. Podbiegłam do nich i wskazałam pierwsze wolne łóżko. Kątem oka zarejestrowałam ruch - Arthur wstał i podszedł do mnie. Zaczęłam wołać stażystów, oceniać stan dziewczyny i odwróciłam się, by wygonić Strażników, ale kiedy to zrobiłam, przez drzwi weszła jeszcze jedna osoba - też brudna i zakrwawiona, ale to prawdopodobnie nie była jego krew. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to...
- MURPHY?! - wykrzyknął Bellamy, wstrząśnięty. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam z jego ust tego dnia.
Venia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz