Moja mama twierdziła, że zdecydowanie zbyt szybko wróciłam do pracy. To samo Bellamy. Ale tym razem starczyło, że spojrzałam znacząco na jego nadal świeżą ranę i dał mi spokój. Ale cieszyłam się z tego, że mogę się czymś zająć. Wróciłam do szpitala w Arkadii i robiłam to, w czym w czym jestem najlepsza.
Przez pierwsze kilka dni ogromna liczba osób odwiedzała mnie, chcąc zobaczyć jak się czuję i na własne uszy usłyszeć historię mojego porwania. Po pewnym czasie większość osób zorientowała się, jak bardzo rani mnie opowiadanie o tym i przestała pytać.
- Dzień dobry, wszystkim! - przywitałam się z szerokim uśmiechem na twarzy, wchodząc do sali szpitalnej z samego rana dokładnie tydzień po napaści.
Tego dnia obudziłam się z niespotykanie dobrym humorem.
Ines i Gloria przywitały mnie z radością, a Louis nie raczył odpowiedzieć. Nie wiem czego się spodziewałam, ale gdy wróciłam do pracy zrobił się jeszcze bardziej złośliwy i niezadowolony. Nie skarżyłam na niego, jak radził mi strażnik Arthur. Stwierdziłam, że sama muszę sobie dać z nim radę. - Jak tam pacjenci? - spytałam Glorię.
- Na razie wszystko dobrze, Clarke - odparła. Wreszcie udało mi się przekonać dziewczyny, że mam imię, a "pani doktor" jest zbyt oficjalne.
- Dobrze. Jutro pojawi się dwóch nowych stażystów, którzy trochę z nami popracują. A ty, Ines, podobno za tydzień zostaniesz przeniesiona do Mount Weather?
Dziewczyna potwierdziła nerwowo.
- Trochę się tego boję - przyznała. - Mam się przyglądać jednej z trudniejszych operacji, jakiej jeszcze nie widziałam.
- Tak? - słuchałam jej, jednocześnie badając zapas leków. Dostrzegałam braki i zapisałam w pamięci, by posłać kogoś do Mount Weather.
- Tak. Raven Reyes zgłosiła się i pani doktor Griffin chce bym się przyjrzała i czegoś nauczyła.
- Raven się zgłosiła? - powtórzyłam i spojrzałam na nią ze zdumieniem, ale zanim zdążyła otworzyć usta, odpowiedział mi Bellamy, który musiał się obudzić. Chłopak przeniósł się wraz ze mną do szpitala w Arkadii i od tego czasu leczył rany.
- Kilka dni temu. Ta cała akcja była męcząca nie tylko dla nas. Raven od dawna cierpiała, ale nie raczyła się przyznać. Dopiero wysiłek i stres spowodowały, że jej organizm nie wytrzymał. Będzie mieć operacje na kręgosłup.
- Ale ostatnia się nie powiodła...- przypomniałam, czując niepokój. Nie chciałam, żeby Raven cierpiała. Tyle już przeszła, a kolejna porażka mogłaby ją całkowicie złamać...
- Tak, ale wtedy nie mieliśmy takich możliwości, jakimi teraz dysponujemy. Zresztą operacja nie ma na celu całkowitego wyleczenia - ma tylko wyeliminować ból i pozwolić Raven na pracę. Wiesz, ile to dla niej znaczy.
Bellamy usiadł na łóżku. Patrzył na mnie i mówił uspokajającym tonem, dzięki czemu opuściło mnie zdenerwowanie. Bellamy nie kłamałby w takiej sprawie.
- Mam nadzieję, że się uda. Postaram się ją jeszcze odwiedzić przed operacją. Pewnie nie uda mi się z nią wtedy być....
- Jakby obchodziło cię dobro innych... - usłyszałam wymamrotane przez Louisa słowa.
- Słucham? - pytanie zadałam zimnym i ostrym głosem. Tym razem Louis nie próbował udawać, że się przesłyszałam. Spojrzał na mnie wściekle.
- Wybacz, ale jakoś nie mogę zdzierżyć, kiedy udajesz, że tak bardzo ci na wszystkich zależy- wyprostował się i spojrzał na mnie z góry. - Jak komuś kto zabił tylu ludzi może zależeć na życiu kogokolwiek oprócz własnego? Jesteś zawsze taka radosna, uśmiechnięta, wyrachowana i spokojna! W ogóle nie myślisz o tym co zrobiłaś. Nie czujesz w ogóle poczucia winy! Jak taki człowiek ma leczyć ludzi? Taki potwór? Naprawdę uważasz, że lecząc i próbując ratować świat, odkupisz winy? Nie zwrócisz życia tym wszystkim, których zabiłaś!
Zarówno stażystki, jak i ja oniemiałyśmy. Z szoku, nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Co miałam odpowiedzieć? Jak wyrazić, jak bardzo się mylił? I jak bardzo miał rację? Zdołałam tylko bezsilnie pokręcić głową, Nie rozumiał. I nie zrozumie. Nie jest osobą, która mogłaby zrozumieć.
Odwróciłam się i chciałam zając ważniejszymi rzeczami, ale usłyszałam zduszony okrzyk Louisa, który z powrotem przyciągnął moje spojrzenie.
Bellamy przyciskał stażystę do ściany i dusił przedramieniem. Był wyższy o parę centymetrów i zdecydowanie silniejszy mimo ciężkiej rany. Dyszał wściekle, oczy płonęły mu, a kostki jego prawej ręki były zakrwawione. Spojrzałam na wzburzoną twarz Louisa. Jego oko już zaczęło puchnąć.
- Bellamy! - wrzasnęłam i podbiegłam do chłopaków, zaczęłam odciągać przyjaciela, ale stał nieporuszony.
- Jeszcze raz nazwiesz Clarke potworem, to pożałujesz, że przyleciałeś na Ziemię - Bellamy mówił pozornie spokojnym głosem, ale był on podszyty taką stalą i groźbą, że przeszedł mnie dreszcz. - Nic nie wiesz, nie rozumiesz, co musieliśmy zrobić, żebyś w tej chwili nie stał z bronią w ręku naprzeciwko rzędu Ziemian, albo ludzi z Góry. Ile poświęciliśmy ze swojego człowieczeństwa, żeby ochronić Setkę. Żeby choć część z nas mogła żyć. Myślisz, że tak łatwo było widzieć śmierć przyjaciół? Albo zabić kogoś kogo się kochało? Nie? A Clarke tak. Jeżeli naprawdę myślisz , że ona tego nie przeżywa, to jesteś ślepy. I niewyobrażalnie głupi. I nie obchodzi mnie, co teraz zrobisz. Możesz pójść do strażników i powiedzieć, że cię napadłem. Ale to nie jest Arka. I jeszcze coś ci powiem: jeszcze raz obrazisz Clarke, to nie będziesz musiał się liczyć tylko ze mną, ale z co najmniej setką ludzi, którzy mnie poprą. Wcale nie z powodu z a w o d u Clarke czy tego, że jej matka jest byłym kanclerzem - będzie to wynikało z szacunku jakim wszyscy darzą Clarke. Dzięki temu co dokonała i że tyle razy nas wszystkich uratowała. Więc teraz lepiej zastanów się nad swoim zachowaniem.
Twarz Louisa robiła się coraz bardziej fioletowa. Mimo, że krzyczałam, szarpałam i biłam Bellamy'ego nawet z pomocą stażystek nie udało mi się odciągnąć chłopaka.
- Puść go, kretynie, bo go udusisz! - wrzasnęłam prosto do ucha przyjaciela, kiedy skończył swoją idiotyczna przemowę.
Dopiero wtedy Bellamy powoli się odsunął. Popchnęłam go do tyłu, a on zatoczył się. Zauważyłam, że okropnie zbladł i przestraszyłam się, że przez ten wysiłek jego rana się otworzyła.
- Cholerny debilu! - mruknęłam, łapiąc go pod ramię i prowadząc do najbliższego łóżka. - Dziewczyny zajmijcie się Louisem!... Co ci strzeliło do głowy?! Co ty sobie wyobrażasz? Że jesteś wielkim rycerzem na koniu ratującym księżniczkę? Coś ci powiem: czasy średniowiecza już dawno minęły!
Bellamy zaśmiał się cicho i z bólem, a z tyłu słyszałam głośny chrapliwy oddech Louisa. Głęboko odetchnęłam. Spróbowałam uspokoić nerwy, kiedy rozpinałam koszulę Bellamy'ego, ściągałam bandaże i badałam ranę. Na szczęście szwy wytrzymały próbę.
- Przepraszam - usłyszałam nagle. Uniosłam głowę i spojrzałam z zaskoczeniem na Bellamy'ego. Wyglądał na naprawdę skruszonego. Gdybym go nie znała, nie zauważyłabym, że w głębi ducha jest dumny, że udało mu się pobić stażystę. - Nie chciałem, żebyś poczuła się źle z tym co powiedziałem. - Z tym co... Bellamy, dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi! - dopiero teraz chłopak pozwolił uśmiechowi wypłynąć na wierzch, co pokazało mi, że żartował. - Uważaj, bo ja cię uszkodzę, niewdzięczniku! - zaśmiał się cicho, a ja z politowaniem pokręciłam głową. - Bellamy, naprawdę dobrze było usłyszeć, że tak o mnie myślisz i że mnie wspierasz, ale nie możesz siłą rozwiązywać wszystkich problemów. Zresztą, kto tu jest starszy? Ty już dawno powinieneś to wiedzieć, przecież masz siostrę!... Poza tym Louis to mój problem, nie twój. Ja sama sobie z nim poradzę i w zupełnie inny sposób niż ty. Jeżeli nie dam rady i moja metoda zawiedzie, zwrócę się do ciebie. Ale na razie, z łaski twojej, nie wtrącaj się do nie swoich spraw!
Bellamy przez chwilę się nad czymś zastanawiał, a po chwili spytał poważnym tonem.
- Dlaczego nie mogę być rycerzem?
- Ja mówię poważnie! - oburzyłam się.
- A ja teraz żartuję. Przyjąłem do wiadomości, to co powiedziałaś, przyswoiłem to i wiesz, że szanuję. Ale teraz czas na żarty. Dlaczego nie mogę być rycerzem, kiedy chcę?
- Bo żeby być rycerzem, trzeba zachowywać kodeks rycerski. Jakoś nigdy nie widziałam, żebyś przestrzegał jakiekolwiek zasady.
- Bo zasady są dla frajerów.
- O, właśnie dlatego!
- To będę królem. Królowie nie muszą słuchać reguł.
- Nie możesz być królem, bo ja już jestem królową. Zapomniałeś?
- A jedno drugie wyklucza? - zapytał z szelmowskim uśmiechem, jaki rzadko gościł na jego twarzy.
Poczułam, że mimowolnie się rumienię, więc trzepnęłam go dłonią w czubek głowy, wstałam i odwróciłam się.
- Jednak nie jestem królową. Królowa nie pracuję, a ja tak - odparłam.
- Nie, po prostu cię zawstydzam! Wiesz, że gdybym był królem, jako królowa wypadłabyś co najmniej blado.
- Jak to mówią, głupszym się ustępuje!
- Zresztą i tak na zawsze pozostaniesz księżniczką.
- A czy księżniczka nie może awansować?
- Czyli jednak rozważasz możliwość dzielenia władzy?
- Nie na długo! Pamiętaj, że władca może być tylko jeden. Nie znasz dnia ani godziny!- ucięłam z nikłym uśmiechem, po czym kazałam Bellamy'emu nie ruszać się z łóżka i odpoczywać.
Czasem miałam wrażenie, że chłopak specjalnie chce wydłużyć czas powrotu do pełni sił, co było nie w jego stylu. Bellamy nie cierpiał siedzieć i czekać. Więc dlaczego tak długo pozwalał mi się niańczyć?
Podeszłam do Louisa i krzątających się wokół niego stażystek. Uśmiech całkiem zniknął mi z twarzy i z powagą spojrzałam na chłopaka. Odpowiedział nienawistnym spojrzeniem, ale dostrzegłam coś jeszcze - ból po utracie kogoś bliskiego.
- Kto? - spytałam cicho, ale tak by usłyszał. Nie wiedziałam tylko, czy zrozumie. Zrozumiał.
- Mój brat - warknął, jednak kiedy wymówił jego imię, głos mu się załamał. - Atom.
Pokiwałam głową, a fala wspomnień zalała mnie z powalającą siłą. Nigdy nie zaliczałam Atoma do grona moich ofiar. W sumie nie wiem dlaczego. To jego pierwszego zabiłam, nie tamtego Ziemianina. Ale on cierpiał. Prosił o śmierć. A Bellamy nie był zdolny tego zrobić, co pokazało mi że tak naprawdę nie jest taki twardy za jakiego się podawał. Że nie jest mordercą, A Atom, cały poparzony, zakrwawiony... Z takim wielkim cierpieniem w oczach.... Zrobiłam to. Tak by jak najmniej cierpiał.
Dlaczego nie zaliczałam go do grona zabitych przeze mnie?!
Uważałam to za akt łaski? Dobry uczynek? Ale byłam głupia! Nie pomyślałam, że miał rodzinę. Przyjaciół. Że miał nadzieję, jak my wszyscy, zobaczyć bliskich! Że nie był sam. Miał brata, który stał teraz przede mną, pełnego bólu. Ciekawe skąd się dowiedział o zabójcy brata....
Przez długą chwilę miałam ochotę uciec, zwinąć się w kłębek i zapłakać. Użalać się nad sobą, zmarłymi i tymi, którzy kogoś stracili. Albo odwrócić się i próbując zignorować, zdusić w sobie wyrzuty sumienia, zająć się pracą. Ale jedno spojrzenie na Louisa spowodowało, że zapałał we mnie gniew na samą siebie. Tylko to robiłam - chowałam się, uciekałam. A powinnam stawić temu czoła. Walczyć. Musiałam spróbować wyjaśnić co się naprawdę stało. Może stażysta już wie jak wyglądała śmierć jego brata, ale jeśli nie, to byłam mu winna wyjaśnienia.
- Proszę, chodź ze mną - ruszyłam w stronę gabinetu.
Louis wahał się przez chwilę, potem jednak ruszył. Zamknęłam za nim drzwi.
Venia
środa, 25 stycznia 2017
sobota, 7 stycznia 2017
Rozdział 16
*Bellamy Blake*
- Bell, my też cieszymy się z powrotu Clarke - głos Octavii przebił się do mojej świadomości. - Może ją wypuścisz, żebyśmy i my się z nią przywitali?
Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że musieliśmy z Clarke dziwnie wyglądać - staliśmy w końcu przytuleni do siebie od dobrych paru minut. Zrozumiałem, że powinienem ją puścić, ale coś mnie powstrzymywało. Nie chciałem jej już nigdy wypuszczać ze swoich objęć. Może bałem, że jak to zrobię, to zniknie i okaże się, że to był tylko cudowny, ale okrutny sen? A może spodobało mi się to przejmujące uczucie ulgi, jakie oblało moje ciało?
Z wielkim trudem odsunąłem się od niej i pozwoliłem jej przywitać się z innymi. Zauważyłem, że i ona z niechęcią się ode mnie odsuwa, co mile połechtała moją próżność. Ale po chwili z entuzjazmem witała się z moją siostrą i Lincolnem. Jej mama podeszła do nas, a jej twarz była wreszcie rozluźniona i pełna szczęścia. Pewnie wyglądałem podobnie jak ona.
Jednocześnie nie mogłem przestać myśleć jak wiele obrażeń miała Clarke. Była blada, całe jej ciało pokrywały zadrapania i okropne sińce. Co oni musieli jej zrobić? Powiedziała, że jej nie skrzywdzili... a jeśli znała inną definicje słowa "skrzywdzić" niż ja? Postanowiłem ją o to zapytać, kiedy tylko zbierze trochę sił i odpocznie. Znając ją, zajmie jej to zaledwie kilka dni.
- Musimy poznać szczegóły twojego porwania i ucieczki - odezwał się strażnik Rasheed, którego dopiero teraz zauważyłem, wśród innych strażników.
- Jeszcze nie teraz - odpowiedział na to strażnik Kane... teraz już kanclerz Kane, zanim ktokolwiek z nas zdążył zaprotestować. - Clarke musi wyzdrowieć. Za parę dni będzie gotowa, żeby wszystko nam powiedzieć...
- Już jestem gotowa - przerwała mu Clarke.
- Clarke... - zaprotestowała jej mama.
- Naprawdę jestem - odparła dziewczyna, patrząc, nie wiedząc czemu na mnie. Jej spojrzenie było błagające, jakby chciała poprosić mnie o potwierdzenie jej słów. Kiwnąłem głową.
Rozumiałem ją - chciała wyrzucić z siebie te wspomnienia, mieć to z głowy i nie musieć się już tym przejmować. Mimo, że wolałem, jak inni, by trochę odpoczęła, nie miałem prawa jej rozkazywać.
- Dobrze, chodźcie za mną - Abby poprowadziła nas do sali, którą rozpoznałem dopiero po chwili.
Była to dawna jadalnia, teraz zmieniona na przestrzenne biuro i archiwum. Zatarto wszystkie pamiątki po ludziach z Mount Weather, ale to była nadal ta sama sala, w której zginęła większość z nich.
Od początku trzymałem się blisko Clarke, a teraz spojrzałem na nią z niepokojem, bojąc się jej reakcji. Jej oczy zaszkliły się, ale szybko mrugając przegoniła łzy. Starała się być silna, ale wiedziałem, że po niedawnych przeżyciach i wielomiesięcznych wyrzutach sumienia, przychodzi jej to z trudem. Po chwili jednak opanowała się i uniosła wysoko podbródek. Zbeształem się w duchu za to, że zwątpiłem w jej siłę. Oczywiście, że da radę! Była przecież taka dzielna.
- Wiemy już, jak zostaliście zaatakowani, opowiedział nam o tym Bellamy - zaczął Kane, kiedy już wszyscy usiedli i zamienili się w słuch. - Możesz nam powiedzieć, co się stało, kiedy Bellamy został ranny?
Clarke wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać. Siedziałem obok niej i z zapartym tchem słuchałem jej opowieści. Wyłożyła wszystko dokładnie i z precyzją lekarza, którym była. Krew we mnie wrzała, gdy mówiła o skutkach trucizny, jaka nią napoili, czułem jednocześnie podziw i współczucie, gdy opowiadała w jaki sposób zabiła tych dwóch Ziemian, odczuwałem jej strach, kiedy opisywała drogę powrotną do miejsca naszego rozstania. Wraz z innymi oniemiałem, gdy wspomniała o miejscu katastrofy stacji.
- Dalsza podróż, nie jest dla mnie już jasna. Byłam odwodniona i chora po truciźnie, wiec nie wiem, kto mnie znalazł i jak to się stało - zakończyła swoją opowieść, a ja zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie chwyciłem jej dłoń, która teraz leżała spleciona z moją na jej nogach. Leciutko ją ścisnąłem, a ona odwzajemniła uścisk.
- Gdy odnaleźliśmy Bellamy'ego, a ciebie z nim nie było, podzieliliśmy się na grupy. Jedna zawiozła Bellamy'ego do szpitala, a reszta rozpoczęła poszukiwania - Rasheed pospieszył z wyjaśnieniami.- Potem przysłano posiłki. Próbowaliśmy iść tropem Ziemian, ale sprytnie ukryli ślady, więc musieliśmy polegać tylko na sobie. Szukaliśmy we wszystkich kierunkach, ale nie wzięliśmy pod uwagę, że będą poruszać się w takim tempie, dlatego nie szukaliśmy w tak dużych odległościach od miejsca zajścia. Znaleźli cię Miller i strażnik Wayne. Podobno uciekałaś przed nimi. Gdy cię dogonili leżałaś na ziemi nieprzytomna. Byłaś w lepszym stanie niż Blake, ale wyglądałaś okropnie, dlatego zawieźli cię do Arkadii, która jest bliżej niż Mount Weather. Tam zajął się tobą doktor Jackson i stażyści. Byłaś nieprzytomna przez dzień. A gdy się obudzi, przewieźliśmy cie tutaj, ale to już wiesz - zakończył.
- Dlaczego zaatakowali was mimo obowiązującego traktatu? - zadał pytanie Kane, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego. - Nie wiedzieli o nim? Weszliście na ich terytorium?
- Ciągle powtarzali to słowo - odezwała się nagle Clarke. Podniosła głowę i spojrzała Kane'owi prosto w oczy. - Wanheda. Przez cały czas.
- Komandor Śmierci, ale o co im chodzi z tym słowem? - Kanclerz zadał kolejne pytanie.
- U mojego ludu jest taka legenda... - odezwał się milczący do tego momentu Lincoln. - Nie brałem jej pod uwagę, dopóki nie spytałem o to mojego przyjaciela. Niestety, zrobiłem to za późno i kiedy już o tym wiedziałem, wy zostaliście zaatakowani. Proszę was o przebaczenie - Lincoln spojrzał na mnie i Clarke poważnymi oczami.
- Co to za legenda? - spytała Abby.
- Komandor Śmierci to osoba, która nią włada - odparł Lincoln. - Która dokonała wielkiego czynu, pokonała najwięcej przeciwników za jednym razem. Nie wiedziałem, że ta historia ożyje w moim ludzie i że uzna on kogoś pochodzącego z poza naszego plemienia za Wanhedę. Ale wieść o tak masowym zabójstwie szybko się rozniosła.
- Mount Wheater - powiedziała Clarke zdławionym głosem i ścisnęła mocno moją rękę. Z bolącym sercem patrzyłem na strach, malujący się w jej oczach.
Lincoln pokiwał głową.
- Ludzie uznali, że skoro jesteś zdolna do takiego czynu, to bez wątpienia jesteś Wanhedą. Jesteś równie ważna dla mojego ludu jak Lexa.
- W takim razie, dlaczego ci dwaj chcieli ją zabić? - zapytała z oburzeniem doktor Grffin.
- To dalsza część legendy - Lincoln na chwilę zamilkł, a gdy kontynuował, jego głos był twardy i suchy. - Według niej można przejąć moc Wanhedy i stać się Komandorem Śmierci ze wszystkimi umiejętnościami, jakie posiadał jej poprzedni władca. By to zrobić należy zabić Wanhedę - właśnie przez ten czyn, przejmuje się jej moc.
Zapadła nagła cisza. Patrzyliśmy na Lincolna z niedowierzaniem.
- Ale oni nie próbowali mnie zabić. Większości obrażeń nabawiłam się w czasie ucieczki. Dlaczego mnie nie zabili skoro mogli uzyskać moją... moc? - ostatnie słowo wydusiła z siebie z trudem.
Lincoln pokręcił głową.
- Nie jestem pewien. Mówiłaś, że wspominali o królowej? W takim razie mogli być tylko posłańcami, doręczycielami... - Lincoln zastanawiał się na głos.
- Co takiego? - zapytałem, marszcząc mimowolnie brwi. Nie chciałem, by Lincoln myślał, że jestem wściekły na niego, bo to nie była jego wina, ale nie mogłem pohamować gniewu, jaki narastał w mojej klatce piersiowej.
- Ziemianie dzielą się na dwanaście klanów. Wszystkimi razem włada Heda, ale każdy z klanów na swojego własnego władcę, który podlega Hedzie. Z opisu tych dwóch Ziemian wnioskuję, że mogli oni należeć do Ludzi Lodu, znajdowaliście się niedaleko ich terytorium. A skoro mówili o królowej, to zapewne ona zleciła im tę misję.
- Po co jej moc Wanhedy?
- Jeżeli ktoś dokona tak wielkiego czynu, by zostać nazwanym Wanhedą, to zabicie Wanhedy daje jeszcze większą sławę, a ta osoba w oczach ludu staje się niezwyciężona. Ludzie za nią podążają. Słuchają jej. Gdyby królowa zabiła Clarke, stałaby się przywódcą, autorytetem, co pozwoliłoby jej obalić Hedę i zająć jej miejsce.
- Czy to pewne? - zapytał Kane.
- Królowa jest znana ze swojego sprzeciwu wobec władzy Lexy - odparł tylko Lincoln.
- Trzeba powiadomić o tym Lexę - odezwał się Kane. Wstał i wydał rozkazy strażnikom. - Dziękuję, Lincolnie. Clarke, to wszystko na teraz. Musisz odpocząć. Strażnicy zaprowadzą cię....
- Ja mogę ją zaprowadzić! - wyrwało mi się.
Kane spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a z kąta usłyszałem parsknięcie Octavii. Zastanowiłem się, o co im chodzi. Przecież chyba nie mysleli, że... że ja i Clarke? Nie! Nie mogli być tak głupi! Przecież to absurdalne! Co oni się tak na nas uparli? Nawet Gina coś sugerowała! A Clarke to tylko przyjaciółka! To już nie można mieć przyjaciółki?
Zresztą nie myślałem o niej w ten sposób. Oczywiście nie można było zaprzeczyć, że jest niebywale twarda, odważna i stanowcza. Ale miała też wiele wad. Co prawda, czyniło ją to jeszcze ciekawszą... I była też piękna. Na zupełnie inny niż Gina sposób, ale jednak.
Ale nie miałem, po co się zastanawiać. Nawet jakbym do niej coś czuł, to i tak jestem pewien, że ona traktuje mnie tylko jako przyjaciela. Nie jestem nikim więcej.
Kiedy jednak posłała mi wdzięczny uśmiech w odpowiedzi za moją ofertę, coś wreszcie do mnie dotarło.
Zrozumiałem, że wcale nie jestem tego taki pewny.
Venia
- Bell, my też cieszymy się z powrotu Clarke - głos Octavii przebił się do mojej świadomości. - Może ją wypuścisz, żebyśmy i my się z nią przywitali?
Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że musieliśmy z Clarke dziwnie wyglądać - staliśmy w końcu przytuleni do siebie od dobrych paru minut. Zrozumiałem, że powinienem ją puścić, ale coś mnie powstrzymywało. Nie chciałem jej już nigdy wypuszczać ze swoich objęć. Może bałem, że jak to zrobię, to zniknie i okaże się, że to był tylko cudowny, ale okrutny sen? A może spodobało mi się to przejmujące uczucie ulgi, jakie oblało moje ciało?
Z wielkim trudem odsunąłem się od niej i pozwoliłem jej przywitać się z innymi. Zauważyłem, że i ona z niechęcią się ode mnie odsuwa, co mile połechtała moją próżność. Ale po chwili z entuzjazmem witała się z moją siostrą i Lincolnem. Jej mama podeszła do nas, a jej twarz była wreszcie rozluźniona i pełna szczęścia. Pewnie wyglądałem podobnie jak ona.
Jednocześnie nie mogłem przestać myśleć jak wiele obrażeń miała Clarke. Była blada, całe jej ciało pokrywały zadrapania i okropne sińce. Co oni musieli jej zrobić? Powiedziała, że jej nie skrzywdzili... a jeśli znała inną definicje słowa "skrzywdzić" niż ja? Postanowiłem ją o to zapytać, kiedy tylko zbierze trochę sił i odpocznie. Znając ją, zajmie jej to zaledwie kilka dni.
- Musimy poznać szczegóły twojego porwania i ucieczki - odezwał się strażnik Rasheed, którego dopiero teraz zauważyłem, wśród innych strażników.
- Jeszcze nie teraz - odpowiedział na to strażnik Kane... teraz już kanclerz Kane, zanim ktokolwiek z nas zdążył zaprotestować. - Clarke musi wyzdrowieć. Za parę dni będzie gotowa, żeby wszystko nam powiedzieć...
- Już jestem gotowa - przerwała mu Clarke.
- Clarke... - zaprotestowała jej mama.
- Naprawdę jestem - odparła dziewczyna, patrząc, nie wiedząc czemu na mnie. Jej spojrzenie było błagające, jakby chciała poprosić mnie o potwierdzenie jej słów. Kiwnąłem głową.
Rozumiałem ją - chciała wyrzucić z siebie te wspomnienia, mieć to z głowy i nie musieć się już tym przejmować. Mimo, że wolałem, jak inni, by trochę odpoczęła, nie miałem prawa jej rozkazywać.
- Dobrze, chodźcie za mną - Abby poprowadziła nas do sali, którą rozpoznałem dopiero po chwili.
Była to dawna jadalnia, teraz zmieniona na przestrzenne biuro i archiwum. Zatarto wszystkie pamiątki po ludziach z Mount Weather, ale to była nadal ta sama sala, w której zginęła większość z nich.
Od początku trzymałem się blisko Clarke, a teraz spojrzałem na nią z niepokojem, bojąc się jej reakcji. Jej oczy zaszkliły się, ale szybko mrugając przegoniła łzy. Starała się być silna, ale wiedziałem, że po niedawnych przeżyciach i wielomiesięcznych wyrzutach sumienia, przychodzi jej to z trudem. Po chwili jednak opanowała się i uniosła wysoko podbródek. Zbeształem się w duchu za to, że zwątpiłem w jej siłę. Oczywiście, że da radę! Była przecież taka dzielna.
- Wiemy już, jak zostaliście zaatakowani, opowiedział nam o tym Bellamy - zaczął Kane, kiedy już wszyscy usiedli i zamienili się w słuch. - Możesz nam powiedzieć, co się stało, kiedy Bellamy został ranny?
Clarke wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać. Siedziałem obok niej i z zapartym tchem słuchałem jej opowieści. Wyłożyła wszystko dokładnie i z precyzją lekarza, którym była. Krew we mnie wrzała, gdy mówiła o skutkach trucizny, jaka nią napoili, czułem jednocześnie podziw i współczucie, gdy opowiadała w jaki sposób zabiła tych dwóch Ziemian, odczuwałem jej strach, kiedy opisywała drogę powrotną do miejsca naszego rozstania. Wraz z innymi oniemiałem, gdy wspomniała o miejscu katastrofy stacji.
- Dalsza podróż, nie jest dla mnie już jasna. Byłam odwodniona i chora po truciźnie, wiec nie wiem, kto mnie znalazł i jak to się stało - zakończyła swoją opowieść, a ja zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie chwyciłem jej dłoń, która teraz leżała spleciona z moją na jej nogach. Leciutko ją ścisnąłem, a ona odwzajemniła uścisk.
- Gdy odnaleźliśmy Bellamy'ego, a ciebie z nim nie było, podzieliliśmy się na grupy. Jedna zawiozła Bellamy'ego do szpitala, a reszta rozpoczęła poszukiwania - Rasheed pospieszył z wyjaśnieniami.- Potem przysłano posiłki. Próbowaliśmy iść tropem Ziemian, ale sprytnie ukryli ślady, więc musieliśmy polegać tylko na sobie. Szukaliśmy we wszystkich kierunkach, ale nie wzięliśmy pod uwagę, że będą poruszać się w takim tempie, dlatego nie szukaliśmy w tak dużych odległościach od miejsca zajścia. Znaleźli cię Miller i strażnik Wayne. Podobno uciekałaś przed nimi. Gdy cię dogonili leżałaś na ziemi nieprzytomna. Byłaś w lepszym stanie niż Blake, ale wyglądałaś okropnie, dlatego zawieźli cię do Arkadii, która jest bliżej niż Mount Weather. Tam zajął się tobą doktor Jackson i stażyści. Byłaś nieprzytomna przez dzień. A gdy się obudzi, przewieźliśmy cie tutaj, ale to już wiesz - zakończył.
- Dlaczego zaatakowali was mimo obowiązującego traktatu? - zadał pytanie Kane, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego. - Nie wiedzieli o nim? Weszliście na ich terytorium?
- Ciągle powtarzali to słowo - odezwała się nagle Clarke. Podniosła głowę i spojrzała Kane'owi prosto w oczy. - Wanheda. Przez cały czas.
- Komandor Śmierci, ale o co im chodzi z tym słowem? - Kanclerz zadał kolejne pytanie.
- U mojego ludu jest taka legenda... - odezwał się milczący do tego momentu Lincoln. - Nie brałem jej pod uwagę, dopóki nie spytałem o to mojego przyjaciela. Niestety, zrobiłem to za późno i kiedy już o tym wiedziałem, wy zostaliście zaatakowani. Proszę was o przebaczenie - Lincoln spojrzał na mnie i Clarke poważnymi oczami.
- Co to za legenda? - spytała Abby.
- Komandor Śmierci to osoba, która nią włada - odparł Lincoln. - Która dokonała wielkiego czynu, pokonała najwięcej przeciwników za jednym razem. Nie wiedziałem, że ta historia ożyje w moim ludzie i że uzna on kogoś pochodzącego z poza naszego plemienia za Wanhedę. Ale wieść o tak masowym zabójstwie szybko się rozniosła.
- Mount Wheater - powiedziała Clarke zdławionym głosem i ścisnęła mocno moją rękę. Z bolącym sercem patrzyłem na strach, malujący się w jej oczach.
Lincoln pokiwał głową.
- Ludzie uznali, że skoro jesteś zdolna do takiego czynu, to bez wątpienia jesteś Wanhedą. Jesteś równie ważna dla mojego ludu jak Lexa.
- W takim razie, dlaczego ci dwaj chcieli ją zabić? - zapytała z oburzeniem doktor Grffin.
- To dalsza część legendy - Lincoln na chwilę zamilkł, a gdy kontynuował, jego głos był twardy i suchy. - Według niej można przejąć moc Wanhedy i stać się Komandorem Śmierci ze wszystkimi umiejętnościami, jakie posiadał jej poprzedni władca. By to zrobić należy zabić Wanhedę - właśnie przez ten czyn, przejmuje się jej moc.
Zapadła nagła cisza. Patrzyliśmy na Lincolna z niedowierzaniem.
- Ale oni nie próbowali mnie zabić. Większości obrażeń nabawiłam się w czasie ucieczki. Dlaczego mnie nie zabili skoro mogli uzyskać moją... moc? - ostatnie słowo wydusiła z siebie z trudem.
Lincoln pokręcił głową.
- Nie jestem pewien. Mówiłaś, że wspominali o królowej? W takim razie mogli być tylko posłańcami, doręczycielami... - Lincoln zastanawiał się na głos.
- Co takiego? - zapytałem, marszcząc mimowolnie brwi. Nie chciałem, by Lincoln myślał, że jestem wściekły na niego, bo to nie była jego wina, ale nie mogłem pohamować gniewu, jaki narastał w mojej klatce piersiowej.
- Ziemianie dzielą się na dwanaście klanów. Wszystkimi razem włada Heda, ale każdy z klanów na swojego własnego władcę, który podlega Hedzie. Z opisu tych dwóch Ziemian wnioskuję, że mogli oni należeć do Ludzi Lodu, znajdowaliście się niedaleko ich terytorium. A skoro mówili o królowej, to zapewne ona zleciła im tę misję.
- Po co jej moc Wanhedy?
- Jeżeli ktoś dokona tak wielkiego czynu, by zostać nazwanym Wanhedą, to zabicie Wanhedy daje jeszcze większą sławę, a ta osoba w oczach ludu staje się niezwyciężona. Ludzie za nią podążają. Słuchają jej. Gdyby królowa zabiła Clarke, stałaby się przywódcą, autorytetem, co pozwoliłoby jej obalić Hedę i zająć jej miejsce.
- Czy to pewne? - zapytał Kane.
- Królowa jest znana ze swojego sprzeciwu wobec władzy Lexy - odparł tylko Lincoln.
- Trzeba powiadomić o tym Lexę - odezwał się Kane. Wstał i wydał rozkazy strażnikom. - Dziękuję, Lincolnie. Clarke, to wszystko na teraz. Musisz odpocząć. Strażnicy zaprowadzą cię....
- Ja mogę ją zaprowadzić! - wyrwało mi się.
Kane spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a z kąta usłyszałem parsknięcie Octavii. Zastanowiłem się, o co im chodzi. Przecież chyba nie mysleli, że... że ja i Clarke? Nie! Nie mogli być tak głupi! Przecież to absurdalne! Co oni się tak na nas uparli? Nawet Gina coś sugerowała! A Clarke to tylko przyjaciółka! To już nie można mieć przyjaciółki?
Zresztą nie myślałem o niej w ten sposób. Oczywiście nie można było zaprzeczyć, że jest niebywale twarda, odważna i stanowcza. Ale miała też wiele wad. Co prawda, czyniło ją to jeszcze ciekawszą... I była też piękna. Na zupełnie inny niż Gina sposób, ale jednak.
Ale nie miałem, po co się zastanawiać. Nawet jakbym do niej coś czuł, to i tak jestem pewien, że ona traktuje mnie tylko jako przyjaciela. Nie jestem nikim więcej.
Kiedy jednak posłała mi wdzięczny uśmiech w odpowiedzi za moją ofertę, coś wreszcie do mnie dotarło.
Zrozumiałem, że wcale nie jestem tego taki pewny.
Venia
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)