sobota, 7 stycznia 2017

Rozdział 16

*Bellamy Blake*
- Bell, my też cieszymy się z powrotu Clarke - głos Octavii przebił się do mojej świadomości. - Może ją wypuścisz, żebyśmy i my się z nią przywitali?
Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że musieliśmy z Clarke dziwnie wyglądać - staliśmy w końcu przytuleni do siebie od dobrych paru minut. Zrozumiałem, że powinienem ją puścić, ale coś mnie powstrzymywało. Nie chciałem jej już nigdy wypuszczać ze swoich objęć. Może bałem, że jak to zrobię, to zniknie i okaże się, że to był tylko cudowny, ale okrutny sen? A może spodobało mi się to przejmujące uczucie ulgi, jakie oblało moje ciało?
Z wielkim trudem odsunąłem się od niej i pozwoliłem jej przywitać się z innymi. Zauważyłem, że i ona z niechęcią się ode mnie odsuwa, co mile połechtała moją próżność. Ale po chwili z entuzjazmem witała się z moją siostrą i Lincolnem. Jej mama podeszła do nas, a jej twarz była wreszcie rozluźniona i pełna szczęścia. Pewnie wyglądałem podobnie jak ona.
Jednocześnie nie mogłem przestać myśleć jak wiele obrażeń miała Clarke. Była blada, całe jej ciało pokrywały zadrapania i okropne sińce. Co oni musieli jej zrobić? Powiedziała, że jej nie skrzywdzili... a jeśli znała inną definicje słowa "skrzywdzić" niż ja? Postanowiłem ją o to zapytać, kiedy tylko zbierze trochę sił i odpocznie. Znając ją, zajmie jej to zaledwie kilka dni.
- Musimy poznać szczegóły twojego porwania i ucieczki - odezwał się strażnik Rasheed, którego dopiero teraz zauważyłem, wśród innych strażników.
- Jeszcze nie teraz - odpowiedział na to strażnik Kane... teraz już kanclerz Kane, zanim ktokolwiek z nas zdążył zaprotestować. - Clarke musi wyzdrowieć. Za parę dni będzie gotowa, żeby wszystko nam powiedzieć...
- Już jestem gotowa - przerwała mu Clarke.
- Clarke... - zaprotestowała jej mama.
- Naprawdę jestem - odparła dziewczyna, patrząc, nie wiedząc czemu na mnie. Jej spojrzenie było błagające, jakby chciała poprosić mnie o potwierdzenie jej słów. Kiwnąłem głową.
Rozumiałem ją - chciała wyrzucić z siebie te wspomnienia, mieć to z głowy i nie musieć się już tym przejmować. Mimo, że wolałem, jak inni, by trochę odpoczęła, nie miałem prawa jej rozkazywać.
- Dobrze, chodźcie za mną - Abby poprowadziła nas do sali, którą rozpoznałem dopiero po chwili.
Była to dawna jadalnia, teraz zmieniona na przestrzenne biuro i archiwum. Zatarto wszystkie pamiątki po ludziach z Mount Weather, ale to była nadal ta sama sala, w której zginęła większość z nich.
Od początku trzymałem się blisko Clarke, a teraz spojrzałem na nią z niepokojem, bojąc się jej reakcji. Jej oczy zaszkliły się, ale szybko mrugając przegoniła łzy. Starała się być silna, ale wiedziałem, że po niedawnych przeżyciach i wielomiesięcznych wyrzutach sumienia, przychodzi jej to z trudem. Po chwili jednak opanowała się i uniosła wysoko podbródek. Zbeształem się w duchu za to, że zwątpiłem w jej siłę. Oczywiście, że da radę! Była przecież taka dzielna.
- Wiemy już, jak zostaliście zaatakowani, opowiedział nam o tym Bellamy - zaczął Kane, kiedy już wszyscy usiedli i zamienili się w słuch. -  Możesz nam powiedzieć, co się stało, kiedy Bellamy został ranny?
Clarke wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać. Siedziałem obok niej i z zapartym tchem słuchałem jej opowieści. Wyłożyła wszystko dokładnie i z precyzją lekarza, którym była. Krew we mnie wrzała, gdy mówiła o skutkach trucizny, jaka nią napoili, czułem jednocześnie podziw i współczucie, gdy opowiadała w jaki sposób zabiła tych dwóch Ziemian, odczuwałem jej strach, kiedy opisywała drogę powrotną do  miejsca naszego rozstania. Wraz z innymi oniemiałem, gdy wspomniała o miejscu katastrofy stacji.
- Dalsza podróż, nie jest dla mnie już jasna. Byłam odwodniona i chora po truciźnie, wiec nie wiem, kto mnie znalazł i jak to się stało - zakończyła swoją opowieść, a ja zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie chwyciłem jej dłoń, która teraz leżała spleciona z moją na jej nogach. Leciutko ją ścisnąłem, a ona odwzajemniła uścisk.
- Gdy odnaleźliśmy Bellamy'ego, a ciebie z nim nie było, podzieliliśmy się na grupy. Jedna zawiozła Bellamy'ego do szpitala, a reszta rozpoczęła poszukiwania - Rasheed pospieszył z wyjaśnieniami.- Potem przysłano posiłki. Próbowaliśmy iść tropem Ziemian, ale sprytnie ukryli ślady, więc musieliśmy polegać tylko na sobie. Szukaliśmy we wszystkich kierunkach, ale nie wzięliśmy pod uwagę, że będą poruszać się w takim tempie, dlatego nie szukaliśmy w tak dużych odległościach od miejsca zajścia. Znaleźli cię Miller i strażnik Wayne. Podobno uciekałaś przed nimi. Gdy cię dogonili leżałaś na ziemi nieprzytomna. Byłaś w lepszym stanie niż Blake, ale wyglądałaś okropnie, dlatego zawieźli cię do Arkadii, która jest bliżej niż Mount Weather. Tam zajął się tobą doktor Jackson i stażyści. Byłaś nieprzytomna przez dzień. A gdy się obudzi, przewieźliśmy cie tutaj, ale to już wiesz - zakończył.
- Dlaczego zaatakowali was mimo obowiązującego traktatu? - zadał pytanie Kane, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego. - Nie wiedzieli o nim? Weszliście na ich terytorium?
- Ciągle powtarzali to słowo - odezwała się nagle Clarke. Podniosła głowę i spojrzała Kane'owi prosto w oczy. - Wanheda. Przez cały czas.
- Komandor Śmierci, ale o co im chodzi z tym słowem? - Kanclerz zadał kolejne pytanie.
- U mojego ludu jest taka legenda... - odezwał się milczący do tego momentu Lincoln. - Nie brałem jej pod uwagę, dopóki nie spytałem o to mojego przyjaciela. Niestety, zrobiłem to za późno i kiedy już o tym wiedziałem, wy zostaliście zaatakowani. Proszę was o przebaczenie - Lincoln spojrzał na mnie i Clarke poważnymi oczami.
- Co to za legenda? - spytała Abby.
- Komandor Śmierci to osoba, która nią włada - odparł Lincoln. - Która dokonała wielkiego czynu, pokonała najwięcej przeciwników za jednym razem. Nie wiedziałem, że ta historia ożyje w moim ludzie i że uzna on kogoś pochodzącego z poza naszego plemienia za Wanhedę. Ale wieść o tak masowym zabójstwie szybko się rozniosła.
- Mount Wheater - powiedziała Clarke zdławionym głosem i ścisnęła mocno moją rękę. Z bolącym sercem patrzyłem na strach, malujący się w jej oczach.
Lincoln pokiwał głową.
- Ludzie uznali, że skoro jesteś zdolna do takiego czynu, to bez wątpienia jesteś Wanhedą. Jesteś równie ważna dla mojego ludu jak Lexa.
- W takim razie, dlaczego ci dwaj chcieli ją zabić? - zapytała z oburzeniem doktor Grffin.
- To dalsza część legendy - Lincoln na chwilę zamilkł, a gdy kontynuował, jego głos był twardy i suchy. - Według niej można przejąć moc Wanhedy i stać się Komandorem Śmierci ze wszystkimi umiejętnościami, jakie posiadał jej poprzedni władca. By to zrobić należy zabić Wanhedę - właśnie przez ten czyn, przejmuje się jej moc.
Zapadła nagła cisza. Patrzyliśmy na Lincolna z niedowierzaniem.
- Ale oni nie próbowali mnie zabić. Większości obrażeń nabawiłam się w czasie ucieczki. Dlaczego mnie nie zabili skoro mogli uzyskać moją... moc? - ostatnie słowo wydusiła z siebie z trudem.
Lincoln pokręcił głową.
- Nie jestem pewien. Mówiłaś, że wspominali o królowej? W takim razie mogli być tylko posłańcami, doręczycielami... - Lincoln zastanawiał się na głos.
- Co takiego? - zapytałem, marszcząc mimowolnie brwi. Nie chciałem, by Lincoln myślał, że jestem wściekły na niego, bo to nie była jego wina, ale nie mogłem pohamować gniewu, jaki narastał w mojej klatce piersiowej.
- Ziemianie dzielą się na dwanaście klanów. Wszystkimi razem włada Heda, ale każdy z klanów na swojego własnego władcę, który podlega Hedzie. Z opisu tych dwóch Ziemian wnioskuję, że mogli oni należeć do Ludzi Lodu, znajdowaliście się niedaleko ich terytorium. A skoro mówili o królowej, to zapewne ona zleciła im tę misję.
- Po co jej moc Wanhedy?
- Jeżeli ktoś dokona tak wielkiego czynu, by zostać nazwanym Wanhedą, to zabicie Wanhedy daje jeszcze większą sławę, a ta osoba w oczach ludu staje się niezwyciężona. Ludzie za nią podążają. Słuchają jej. Gdyby królowa zabiła Clarke, stałaby się przywódcą, autorytetem, co pozwoliłoby jej obalić Hedę i zająć jej miejsce.
- Czy to pewne? - zapytał Kane.
- Królowa jest znana ze swojego sprzeciwu wobec władzy Lexy - odparł tylko Lincoln.
- Trzeba powiadomić o tym Lexę - odezwał się Kane. Wstał i wydał rozkazy strażnikom. - Dziękuję, Lincolnie. Clarke, to wszystko na teraz. Musisz odpocząć. Strażnicy zaprowadzą cię....
- Ja mogę ją zaprowadzić! - wyrwało mi się.
Kane spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a z kąta usłyszałem parsknięcie Octavii. Zastanowiłem się, o co im chodzi. Przecież chyba nie mysleli, że... że ja i Clarke? Nie! Nie mogli być tak głupi! Przecież to absurdalne! Co oni się tak na nas uparli? Nawet Gina coś sugerowała! A Clarke to tylko przyjaciółka! To już nie można mieć przyjaciółki?
Zresztą nie myślałem o niej w ten sposób. Oczywiście nie można było zaprzeczyć, że jest niebywale twarda, odważna i stanowcza. Ale miała też wiele wad. Co prawda, czyniło ją to jeszcze ciekawszą... I była też piękna. Na zupełnie inny niż Gina sposób, ale jednak.
Ale nie miałem, po co się zastanawiać. Nawet jakbym do niej coś czuł, to i tak jestem pewien, że ona traktuje mnie tylko jako przyjaciela. Nie jestem nikim więcej.
Kiedy jednak posłała mi wdzięczny uśmiech w odpowiedzi za moją ofertę, coś wreszcie do mnie dotarło.
Zrozumiałem, że wcale nie jestem tego taki pewny.

Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz