piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział 15

*Bellamy Blake*
- Musicie mnie puścić! Muszę im pomóc! - krzyknąłem po raz kolejny, jeszcze głośniej.
- Zamknij się wreszcie, Bell! - Octavia stała przede mną i trzymała mnie za ramiona. Pierwszy raz od bardzo dawna całkowicie ją zignorowałem, wyrywając się strażnikom, którzy mnie trzymali.
- Proszę cię, Bellamy, zachowaj spokój. To już trzecia próba ucieczki tego dnia - powiedziała doktor Griffin. - Jeżeli nie obchodzi cię, że dopiero trzy dni temu przeszedłeś operację, to pomyśl o pozostałych pacjentach, których straszysz.
- Przestanę, jeśli pozwolicie mi wyjść i im pomóc!
- Wiesz, jaka jest odpowiedź.
- O mój Boże, tu chodzi o CLARKE! Nie może pani...
- Myślisz, że mnie to nie obchodzi? To jest moja córka! Jestem jej MATKĄ! A ty kim jesteś? - spytała kobieta patrząc na mnie z wściekłością. Czyli wreszcie przegiąłem.
Nie wiedziałem jak odpowiedzieć na jej pytanie, więc milczałem.
- Jesteś rannym nastolatkiem, nabuzowanym od targającym nim emocji, który tylko by przeszkadzał w misji ratowniczej. Więc teraz pójdziesz do swojej sali i wreszcie dasz sobie odpocząć. Jeśli nie, dostaniesz kolejną porcję środków nasennych, których dozwolony limit już dawno przekroczyłeś.
Jej wściekłość, była podszyta smutkiem i troską o córkę, co widziałem w jej zmęczonych oczach. Chyba to spowodowało, że zrezygnowałem. Opuściłem zrezygnowany ramiona i pochyliłem głowę. Gdy to zobaczyła, dodała łagodniejszym tonem.
- Kiedy ją znajdą, od razu cię powiadomię. Będziesz pierwszym, który się dowie. A jeżeli nie znajdą jej, aż wyzdrowiejesz... - tu głos jej zadrżał. -  sam wysuszysz na poszukiwania.
Strażnicy zaprowadzili mnie do mojego pokoju. Znajdowałem się w szpitalu w  Mount Weather.  Mój stan był na tyle poważny, że Raven, Miller i Jasper, którzy mnie znaleźli, od razu mnie tu zawieźli. Musieli mnie zszywać, a gdy się obudziłem obok mnie siedzieli Octavia, Lincoln i Gina, nie było jednak Clarke. Zaginęła. Porwali ją. A jeżeli zabili? Nie, to niemożliwe. Jeżeli tak, to ich znajdę w najciemniejszej dziurze, nie ukryją się, nigdy nie zaznają spokoju...
Za każdym razem, gdy przychodził ktoś w odwiedziny miałem nadzieję, że to ona. Za każdym kolejnym razem, czułem coraz większe rozczarowanie. Czy proszę o tak wiele? Chciałbym po prostu znowu zobaczyć jej jasną czuprynę. Jej niebieskie oczy. Jej uśmiech.
A jeżeli już nigdy jej nie zobaczę? Przecież jeszcze nie zdążyłem jej przerosić! Nie powiedziałem jej tylu rzeczy!
Gdy strażnicy zostawili mnie w mojej izolatce, zacząłem chodzić po pokoju, by rozładować jakoś napięcie. Octavia usiadła obok Lincolna na moim łóżku i z niepokojem śledziła moje ruchy. Gina siedziała niedaleko nich na krześle i też na mnie patrzyła. Nie zwracałem na nich uwagi.
Kiedy mnie wreszcie wypuszczą, od razu wyruszam. Biorę jeden z samochodów i ruszam. Przeszukam każdy zakątek tego cholernego lasu. Znajdę ją, nawet jeśli miałbym zapuścić się w sam środek siedziby Ziemian....
- Bell, przestań - po pewnym czasie odezwała się Octavia. Ledwo na nią zerknąłem. - Clarkę byłaby wkurzona twoim zachowaniem. Zachowujesz się, jakby była ośmiolatką. A to dorosła dziewczyna. Jestem pewna, że już sama poradziła sobie z tymi Ziemianami i wraca do obozu cała i zdrowa.
- Nie rozumiesz tego, O! - zatrzymałem się i spojrzałem na siostrę z udręką. - Nie było cię tam.  Nie widziałaś tych Ziemian. Byli silni i ogromni. Zaskoczyli nas. Nie zdążyliśmy zareagować. A jeden rzucił Clarke o drzewo! Boże... - ukryłem twarz w dłoniach, przypominając sobie tą scenę. I jej krzyk, kiedy traciłem przytomność.
- To moja wina! Gdybym nie zemdlał jak jakiś cholerny mięczak, może udałoby mi się jej pomóc. Może kupiłbym jej trochę czasu, żeby uciekła....
- Ona nigdy nie zostawiłaby cię samego! Nie bądź głupi! To silna dziewczyna! Dlaczego  nie wierzysz w jej umiejętności?
Jej słowa odebrały mi mowę.
- Oczywiście że wierzę!- krzyknąłem po dłuższej chwili. - Wiem, że jest silna i mądra i pomysłowa i że tyle razy uratowała zarówno siebie jak i nas wszystkich! Jest mądrzejsza ode mnie i gdyby nie ona już dawno bym nie żył!
- Wiec dlaczego tak cholernie się martwisz?
- Bo nie wiem czy żyje! Nie wiem czy jeszcze kiedyś ją zobaczę, dobra? A jeżeli nie? Byliśmy tak strasznie pokłóceni. Ja... powiedziałem coś, czego teraz żałuję, coś czego żałowałem już od dawna i nie zdążyłem jej przeprosić!... Jeżeli jej już nigdy nie spotkam, nie będę mógł jej powiedzieć, że mi przykro!
Octavia spojrzała na mnie ze współczuciem. Przepraszała mnie wzrokiem za swoje słowa. Zagotowałem się z gniewu, ale nie na siostrę, tylko na sobie. Za to, że powiedziałem Clarke, że ją nienawidzę. Za to, że pozwoliłem Ziemianinom na atak, że jej nie uratowałem i że już nie wiem co mam myśleć. Że moja głowa jest zawsze taka pełna splątanych myśli...
- Tęsknisz za nią - usłyszałem pierwszy raz od dawna głos Giny.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Oczywiście, że tak. To moja przyjaciółka.
- Nie - powiedziała z łagodnym, ale smutnym uśmiechem. - Ja jestem twoją przyjaciółką... i chce nią być do końca, także po tym co teraz zrobię.
Mimo zdziwienia, zacząłem rozumieć do czego zmierza.
- Gina, to nie jest najlepszy moment...
- To jest  i d e a l n y  moment- wstała i podeszła do mnie. - Wiem, kiedy odpuścić. Wiem też, kto potrafi cię uszczęśliwić. Nie jestem to ja.
- Gina, Clarke wcale... - zacząłem protestować, ale ona uciszyła mnie. W jej oczach błyszczały łzy, ale nie pozwoliła im wypłynąć.
- Nie przejmuj się, wiem co się dzieje. Zawsze wiedziałam... tylko nie chciałam się do tego przyznać, tak jak ty przed samym sobą - uśmiechnęła się jeszcze raz, tak strasznie smutno i wyminęła mnie.
Stałem oszołomiony. Czułem... pustkę. Spodziewałem się... rozpaczy? A był tylko smutek. Dlaczego ranię wszystkie ważne dla mnie osoby?
Potem doszło do mnie też zrozumienie decyzji Giny i... akceptacja.

Zerwanie z Giną trochę mnie ostudziło. Octavii udało się przekonać mnie do pójścia na stołówkę. Po posiłku ruszyłem zrezygnowany w stronę swojego pokoju, kiedy Octavia próbowała zabawić mnie rozmową. Nie szło jej dobrze. Co chwilę szturchała Lincolna, żeby też coś dorzucił, aż w końcu całkiem się wyłączyłem. Jeszcze tylko parę dni i pójdę po nią. Znajdę ją...
Szedłem ze spuszczoną głową i uniosłem ją dopiero, gdy usłyszałem cichy okrzyk Octavii. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Czyżby przypomniała sobie coś z naszej akcji w Mount Weather? Rozejrzałem się, gotów obronić ją przed każdym niebezpieczeństwem, kiedy zobaczyłem jasne loki wśród grupy Strażników. Poznałem Abby, która wypuściła kogoś z objęć. Krew w moich żyłach zatrzymała się na jedna długą chwilę, gdy ją rozpoznałem. Była brudna, zakrwawiona, ale w tamtej chwili nikt nie mógł dorównać jej pięknem. Miałem wrażenie, że zaraz się przewrócę z ulgi, jaką poczułem. Udało mi się ledwie wyszeptać jej imię, ale jakimś cudem mnie usłyszała. Podniosła na mnie wzrok, a ja poczułem się jak najszczęśliwszy chłopak na całej Ziemi.

*Clarke Griffin*
Usłyszałam swoje imię, wypowiedziane ledwo słyszalnym szeptem, a mimo to wiedziałam, że to Bellamy. Nie wiem kiedy zaczęłam, ale po chwili już biegłam w jego stronę, a on w moją. W jednej chwili pokonaliśmy dzielącą nas odległość.
Już po chwili byłam w jego objęciach. Siła, z jaką na niego wpadłam, była tak duża, że się zachwiał, ale zamiast upaść, zakręcił mną w powietrzu, po czym postawił mnie na ziemi, ale nie wypuszczał z objęć. Poczułam łzy na policzkach. Bellamy szeptał moje imię z taką samą ulgą i radością, jaką ja czułam. Szczęście rozpierało mnie od środka.
Wreszcie odsunęłam się od niego, by zbadać jego ranę. Niewiele myśląc, uniosłam jego koszulkę, by spojrzeć na ranę od noża, ale była zakryta bandażem. Czyli dobrze się nim zajęli. Potem zaczęłam badać jego twarz, szczególnie miejsce, gdzie został uderzony. Zauważyłam, ze on też uważnie obserwuje moje obrażania. Patrzył się na moje posiniaczone ręce, na moją poranioną twarz i zrozumiałam, ze muszę wyglądać okropnie.
-Skrzywdzili cię....- zaczął niskim głosem.
Zaczęłam szybko kręcić głową i chwyciłam jego dłonie.
- Nic mi nie jest, naprawdę - zapewniłam.
- Przepraszam za wszystko, nie powinienem był mówić, że cię nienawidzę....
- To ja przepraszam, za to wszystko co robiłam...
- Nie chciałem cię zrozumieć, a mogłem chociaż spróbować....
- Nie doceniałam twoich chęci i twojej troski....
Zaczęliśmy mówić przez siebie, a gdy zdaliśmy sobie z tego sprawę, umilkliśmy. Bellamy ujął moją twarz w swoje dłonie. Chciał chyba coś powiedzieć, ale tylko patrzył na mnie z zachwytem, jakbym to ja była ważniejsza. A przecież to jego potrzeby były najważniejsze.
-  Tak się o ciebie bałam - wyszeptałam.
- A ja o ciebie. Nawet nie wiesz jak bardzo cię cieszę, że cię widzę.
Wiedziałam. Cieszył się pewnie równie mocno jak ja. Nic nie odpowiedziałam, tylko jeszcze raz objęłam go i uścisnęłam, a on odwzajemnił uścisk. Staliśmy tak, ciesząc się swoją obecnością, zapominając o całym świecie obok nas.

Venia

sobota, 3 grudnia 2016

Rozdział 14

*Bellamy Blake*
Clarke...
Ból był wszędzie. Był wszystkim. Z trudem otworzyłem powieki. Niewiele myśląc sięgnąłem do kieszeni kurtki i  natrafiłem na fiolkę. Drżącą ręką wyciągnąłem ją, otwarłem i wypiłem zawartość. Spróbowałem jeszcze raz i trafiłem na to, czego szukałem. Nacisnąłem przycisk krótkofalówki, ale nie zdążyłem nic powiedzieć. Znowu był tylko ból. I ciemność...

*Clarke Griffin*
Bellamy....
Siłą wlali mi w gardło jakiś płyn. Założyli mi worek na głowę. Najpierw mnie nieśli. Przez wiele godzin.  Nie wiem ile, bo płyn odebrał mi wszelką kontrolę nad ciałem. Całkowicie opadłam z sił. Mruganie było bólem... Myślenie było bólem...
Bellamy...
Przepraszam... tak bardzo przepraszam...

*Bellamy Blake*
Clarke...
Na przemian budziłem się i znów zasypiałem. Nic nie widziałem. Tylko jakieś krzyki, głosy. Chciałem usłyszeć Clarke. Czemu jej tu nie ma? Czemu nic nie mówi? Potem coś się stało. Nie ruszałem się, a ziemia płynęła pode mną. I tylko ten jednostajny ryk. Ciągły, nieprzerwany pomruk....

*Clarke Griffin*
Zaczęłam rozróżniać odgłosy. Mogłam zrozumieć, że coś mówią, że rozmawiają, mimo, że nadal nie odzyskałam władzy nad ciałem. Mówili w swoim języku. Rozumiałam co trzecie słowo. Ciągle powtarzali Wanheda, a ja musiałam się nieźle wysilić, by przypomnieć sobie sens tego słowa.
- Ślad.... znajdą ..... fałszywy trop....
- Zmylić.... oszukać.... Wanheda... nagroda....
- Szczęście... Królowa...
- Heda....Królowa.... nagroda...
- Wanheda...
- Postój.... przerwa...
Zatrzymali się i zrzucili mnie na ziemie. Poczułam uderzenie - dobry znak. Kształty, wcześniej zamazane, teraz odzyskiwały ostrość. Dźwięki także stawały się głośniejsze. Ale wraz z powracającymi zmysłami w moim ciele nasilał się ból, prawdopodobnie wywołany działaniem trucizny. Po chwili był tak nieznośny, że musiałam zaciskać zęby, by nie zacząć krzyczeć. Czułam krew w ustach, musiałam przegryźć sobie język w którymś momencie. Wiedziałam jednak, że nie mogę się odezwać - nie mogę się nawet ruszyć - żeby nie zauważyli, że mikstura przestaje działać. Starałam się oddychać równo i cicho. Dzięki temu, że siedziałam z twarzą zwróconą w stronę Ziemian mogłam obserwować ich poczynania, ale siedzieli za daleko, bym mogła zrozumieć, o czym rozmawiają.
Mężczyźni rozpalili ognisko i zaczęli piec nad nim jakieś mięso. Kazało mi to zwrócić uwagę na porę dnia. Ściemniało się, więc nieśli mnie cały dzień. Żeby wrócić do obozu musiałam kierować się na południe. Wyznaczyłam sobie kierunek ucieczki, za pomocą niknącego na horyzoncie słońca.
Starałam się wymyślić jakiś sensowny plan, ale wraz z powracającą świadomością, na pierwszy plan wybił się Bellamy. Starałam się wyrzucić go z umysłu, ale ciągle do mnie wracał obraz jego twarzy, gdy ostatni raz na mnie spojrzał. W tej ostatniej chwili, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, w jego oczach nie było już nienawiści. Był strach i ból, ale nie wynikający z ran - to był ból psychiczny. W tamtej chwili zrozumiałam, że go skrzywdziłam. Tyle dla mnie robił, a ja go odepchnęłam, jak wszystkich wokół. Zależało mu na mnie, a ja to zignorowałam.
Nagle naszła mnie straszna myśl, która odebrała mi dech w piersiach. Jeżeli Bellamy nie żyje?
Nie, to niemożliwe. Bellamy musi żyć. Tyle przeżył, to nie możliwe, by umarł. Nie on. Tylko nie on...
O dziwo, ta myśl, zamiast odebrać mi wszelką moc, dodała mi siły. Skupiłam się i zaczęłam obmyślać plan. Nie zawiodę ponownie Bellamy 'ego.
Nie miałam zbyt wielu możliwości. Nie miałam broni. Wciąż odzyskiwałam siły. Byłam więźniem dwójki rosłych Ziemian. Do tego leżałam na boku i jakaś twarda gałąź gniotła mnie w biodro...
Przed oczami stanęła mi scena, gdy Bellamy podawał mi broń, przed tym jak wyruszyliśmy.
O mało nie krzyknęłam z radości, nie dowierzając własnemu szczęściu. Jak to możliwe, że nie zgubiłam pistoletu, który dostałam od Bellamy'ego? Jak to możliwe, że Ziemianie go nie wyczuli?
W głowie widziałam już, co muszę zrobić. Zaczęłam poruszać nadgarstkami, związanymi za plecami. Starałam się robić to jak najciszej, mimo, że każdy ruch sprawiał mi ogromny ból. Wydawało mi się, że trwało to milion lat, zanim udało mi się rozluźnić więzły i uwolniłam dłonie.
Uniosłam biodro do góry i wyciągnęłam rękę w stronę pistoletu. Przy pierwszych próbach broń ruszyła się ledwie o parę milimetrów. Później odważyłam się pociągnąć mocniej. Serce zabiło mi mocniej, kiedy uwolniłam broń i uścisnęłam ją w ręku. Leciutko zbadałam jej powierzchnie. Wyczułam spust, ale podejrzewałam, że to nie wystarczy. Prawdopodobnie musiałam ją przeładować, albo coś w tym stylu. Kiedy oglądaliśmy film podczas jednego spotkania w kapsule, widziałam jak jeden z głównych bohaterów to robi. Miałam nadzieję, że w rzeczywistości polegało to na tym samy co w filmie. Tylko jak zrobić to bezgłośnie? Poczułam dreszcze, gdy reszta planu uformowała się w moim umyśle.
Spokojnie, teraz spokojnie. 
Poczekałam jeszcze trochę, obserwując Ziemian, aż całkiem się ściemni. Gdy stwierdziłam, że już czas, zaniosłam się głośnym kaszlem, jednocześnie ciągnąc za górną część pistoletu. Usłyszałam trzask, co chyba było dobrym znakiem, ale jednocześnie serce zastygło mi ze zgrozy.
Mężczyźni unieśli głowy i wymienili parę zdań. Jeden z nich zaczął grzebać w swojej torbie. Wyciągnął z niej coś małego, jakby fiolkę, prawdopodobnie z kolejną porcją trucizny. Wstał i zaczął się zbliżać. Poczułam jak krew uderza mi do głowy, w żyłach płynie adrenalina.
Był już blisko. Jeszcze tylko trochę...
Kolejna ofiara, kolejny koszmar... Kolejny głos wołający w mojej głowie...Przepraszam...
Już teraz...
Kolejny raz...
Teraz!
Uniosłam broń i zacisnęłam broń na spuście.
Rozległ się strzał, który zabrzmiał w mojej głowie i odbił się echem od drzew. Reszta potoczyła się tak szybko....Zanim jeszcze pierwszy Ziemianin upadł na ziemię, ja już celowałam w pierś drugiego. Zanim zdołał chociaż wstać, ja przeładowałam broń i wystrzeliłam po raz drugi.
Oczy zaszły mi łzami. Myślałam, że nowa broń mnie zawiedzie. A jeśli nie ona, to moje ciało.
Ale podczas oddawania strzału dłoń nawet mi nie zadrżała.

Niewiele myśląc podniosłam się z ziemi i od razu upadłam. Możliwe, że był to skutek działania płynu, a może po prostu wreszcie dodarło do mnie co się stało, co zrobiłam. Z zawrotami głowy, czując okropne mdłości podniosłam się i na czworaka doczołgałam się do jednej z toreb mężczyzn. Przewiesiłam ją sobie przez ramię i sięgnęłam jeszcze po nóż, który upuścił drugi z nich. Jak najszybciej dotarłam do najbliższego drzewa i opierając się o nie, wstałam. Ruszyłam, najszybciej jak potrafiłam, poruszając się od drzewa do drzewa. Po paru metrach zwymiotowałam. Targana torsjami, ruszyłam dalej. Nie wiem, co powodowało mój pośpiech. Biegłam na pomoc Bellamy'emu, czy uciekałam przed Ziemianami, jakby była możliwość, że przeżyli? A może uciekałam przed poczuciem winy i świadomością, czego się dopuściłam?
Potykając się co chwile, upadając i wstając, parłam przed siebie z uporem, a przed oczami na przemian stawały mi sceny upadku Bellamy'ego i śmierci dwójki Ziemian. Przypomniało mi się moje pierwsze morderstwo - gdy nie udało mi się uratować małej Ziemianki, a w zamian Finn miał zostać zabity. Z zimną krwią zabiłam mężczyznę, bo mnie nie docenił. Tak samo postąpiły moje dwie najnowsze ofiary.
Dlaczego nikt nie rozumie, że jestem zdolna do tak wielkiego zła? Dlaczego ciągle zmuszają mnie do udowadniania, że potrafię być okrutna i bezuczuciowa? Że mogę być morderczynią? Wszyscy się umówili, by doprowadzić do tego, że znienawidzę się jeszcze bardziej?!
W pewnym momencie potknęłam się, kiedy zbiegałam ze stromego stoku. Oczywiście zadziałały wszystkie ziemskie siły i zaczęłam się staczać, obijając się o skały, gałęzie i krzaki.  Zatrzymałam się bez tchu u podnóża stoku. Musiałam spadać dobre pięćdziesiąt metrów. Wstałam z bólem i spróbowałam złapać oddech. Na szczęście nic nie złamałam, ale byłam cała poobijana, szczególnie bolały mnie żebra. Wtedy zdałam sobie sprawę, z tego, gdzie się znajdowałam.
To była wielka, pozbawiona drzew przestrzeń. Nie żadna polana - była zbyt wielka. Potem dostrzegłam, że światło księżyca odbija się od dziwnych powierzchni, które wzięłam za skały. Potem to do mnie dotarto. To tego szukaliśmy. Tyle zostało z jednej ze stacji Arki. Wielkie pogorzelisko.
Chciałam ruszyć dalej, ale wiedziałam, że daleko nie zajdę. A jeżeli faktycznie jeden z Ziemian przeżył i mnie ścigał, to tylko w tym miejsc mogłam znaleźć bezpieczne miejsce na odpoczynek. Potykając się, zagłębiłam się w ruiny. Po chwili znalazłam uchylony właz. Otworzyłam go szerzej. Okazało się, że korytarz był zawalony, ale te kilka metrów, jakie były wolne, mogłam wykorzystać jako schronienie. Zatrzasnęłam właz, i ułożyłam się na podłodze. Starałam się nie myśleć o tym, jak zginęli ludzie z tej stacji. Wyłączyłam myślenie i opadłam z sił.  Skuliłam się w kłębek.
Nie martw się, Bellamy. Za niedługo znowu się spotkamy...

Obudziłam się dopiero po południu. Mimo, że nie czułam już tego strasznego bólu, to byłam wyczerpana. Nie mogłam jednak dłużej zwlekać. Musiałam się spieszyć.
Pogrzebałam w torbie, wymazując z pamięci do kogo wcześniej należała. Znalazłam tam tylko trochę ususzonego mięsa, które smakowało jak papier. Zjadłam jednak połowę z posiadanej porcji, próbując zapełnić żołądek. Znalazłam też do połowy wypełnioną menażkę z wodą, którą łapczywie wypiłam.
Po posiłku ruszyłam w drogę. Szybko opuściłam miejsce katastrofy, gdzie byłam widoczna jak na dłoni. Rozchwianym krokiem ruszyłam na przemian truchtając i idąc wolnym krokiem, by nadrobić zaległości i przejść jak największy odcinek przed zmrokiem. Dłuższy postój zrobiłam dopiero po północy, sądząc z położenia księżyca. Nie miałam już sił na dalszą podróż. Spróbowałam się przespać, ale noc była zimna, a ja bałam się rozpalić ognisko.  Budziłam się co jakiś czas, trzęsąc się z zimna. Gdy byłam jeszcze bardziej zmęczona niż przed postojem, wstałam i ruszyłam w dalszą drogę. Ciało obite przy upadku poprzedniego dnia, bolało jeszcze bardziej. Miałam też wiele rozcięć, nie wiem kiedy dokładnie je zdobyłam. Musiałam wyglądać jak sto nieszczęść, ale w tej chwili najważniejsze było dla mnie, żeby Bellamy wyglądał dobrze. Wreszcie w południe dotarłam do miejsca, gdzie to wszystko się zaczęło.
Nawet nie spodziewałam się tak wielkiej ulgi, która mnie opanowała, gdy nie zobaczyłam ciała Bellamy'ego. Więc go znaleźli...
Radość i ulga powaliły mnie na kolana. Przez chwilę klęczałam, próbując odzyskać panowanie nad ciałem. Nie było to łatwe. Cała byłam obolała, głodna i spragniona. Nie otrząsnęłam się jeszcze z działania trucizny, a w głowie bez przerwy mi się kręciło.
Po krótkim odpoczynku ruszyłam przed siebie. Chciałam teraz znaleźć coś do jedzenia i jakiś strumień, jeżeli miałam dojść do obozu o własnych siłach. Mijając polanę, na której zatrzymaliśmy się prawie trzy dni temu, przed oczami widziałam mroczki. Parłam uparcie naprzód, mimo, że straciłam zdolność logicznego myślenia. Potem było jeszcze gorzej. Zaczęłam mieć halucynacje. Najpierw słyszałam jakiś głośny i nieustanny dźwięk. Potem widziałam jakieś postacie w oddali, jakieś cienie. Zaczęłam uciekać. Ziemianie rzucili się za mną. W końcu gdy myślałam, że ich zgubiłam i zatrzymałam się, by złapać oddech, pojawili się znowu. Już nie miałam siły. Straciłam przytomność. Przywitałam ciemność z dziwną radością i ulgą.

Venia