*Bellamy Blake*
Clarke...
Ból był wszędzie. Był wszystkim. Z trudem otworzyłem powieki. Niewiele myśląc sięgnąłem do kieszeni kurtki i natrafiłem na fiolkę. Drżącą ręką wyciągnąłem ją, otwarłem i wypiłem zawartość. Spróbowałem jeszcze raz i trafiłem na to, czego szukałem. Nacisnąłem przycisk krótkofalówki, ale nie zdążyłem nic powiedzieć. Znowu był tylko ból. I ciemność...
*Clarke Griffin*
Bellamy....
Siłą wlali mi w gardło jakiś płyn. Założyli mi worek na głowę. Najpierw mnie nieśli. Przez wiele godzin. Nie wiem ile, bo płyn odebrał mi wszelką kontrolę nad ciałem. Całkowicie opadłam z sił. Mruganie było bólem... Myślenie było bólem...
Bellamy...
Przepraszam... tak bardzo przepraszam...
*Bellamy Blake*
Clarke...
Na przemian budziłem się i znów zasypiałem. Nic nie widziałem. Tylko jakieś krzyki, głosy. Chciałem usłyszeć Clarke. Czemu jej tu nie ma? Czemu nic nie mówi? Potem coś się stało. Nie ruszałem się, a ziemia płynęła pode mną. I tylko ten jednostajny ryk. Ciągły, nieprzerwany pomruk....
*Clarke Griffin*
Zaczęłam rozróżniać odgłosy. Mogłam zrozumieć, że coś mówią, że rozmawiają, mimo, że nadal nie odzyskałam władzy nad ciałem. Mówili w swoim języku. Rozumiałam co trzecie słowo. Ciągle powtarzali Wanheda, a ja musiałam się nieźle wysilić, by przypomnieć sobie sens tego słowa.
- Ślad.... znajdą ..... fałszywy trop....
- Zmylić.... oszukać.... Wanheda... nagroda....
- Szczęście... Królowa...
- Heda....Królowa.... nagroda...
- Wanheda...
- Postój.... przerwa...
Zatrzymali się i zrzucili mnie na ziemie. Poczułam uderzenie - dobry znak. Kształty, wcześniej zamazane, teraz odzyskiwały ostrość. Dźwięki także stawały się głośniejsze. Ale wraz z powracającymi zmysłami w moim ciele nasilał się ból, prawdopodobnie wywołany działaniem trucizny. Po chwili był tak nieznośny, że musiałam zaciskać zęby, by nie zacząć krzyczeć. Czułam krew w ustach, musiałam przegryźć sobie język w którymś momencie. Wiedziałam jednak, że nie mogę się odezwać - nie mogę się nawet ruszyć - żeby nie zauważyli, że mikstura przestaje działać. Starałam się oddychać równo i cicho. Dzięki temu, że siedziałam z twarzą zwróconą w stronę Ziemian mogłam obserwować ich poczynania, ale siedzieli za daleko, bym mogła zrozumieć, o czym rozmawiają.
Mężczyźni rozpalili ognisko i zaczęli piec nad nim jakieś mięso. Kazało mi to zwrócić uwagę na porę dnia. Ściemniało się, więc nieśli mnie cały dzień. Żeby wrócić do obozu musiałam kierować się na południe. Wyznaczyłam sobie kierunek ucieczki, za pomocą niknącego na horyzoncie słońca.
Starałam się wymyślić jakiś sensowny plan, ale wraz z powracającą świadomością, na pierwszy plan wybił się Bellamy. Starałam się wyrzucić go z umysłu, ale ciągle do mnie wracał obraz jego twarzy, gdy ostatni raz na mnie spojrzał. W tej ostatniej chwili, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, w jego oczach nie było już nienawiści. Był strach i ból, ale nie wynikający z ran - to był ból psychiczny. W tamtej chwili zrozumiałam, że go skrzywdziłam. Tyle dla mnie robił, a ja go odepchnęłam, jak wszystkich wokół. Zależało mu na mnie, a ja to zignorowałam.
Nagle naszła mnie straszna myśl, która odebrała mi dech w piersiach. Jeżeli Bellamy nie żyje?
Nie, to niemożliwe. Bellamy musi żyć. Tyle przeżył, to nie możliwe, by umarł. Nie on. Tylko nie on...
O dziwo, ta myśl, zamiast odebrać mi wszelką moc, dodała mi siły. Skupiłam się i zaczęłam obmyślać plan. Nie zawiodę ponownie Bellamy 'ego.
Nie miałam zbyt wielu możliwości. Nie miałam broni. Wciąż odzyskiwałam siły. Byłam więźniem dwójki rosłych Ziemian. Do tego leżałam na boku i jakaś twarda gałąź gniotła mnie w biodro...
Przed oczami stanęła mi scena, gdy Bellamy podawał mi broń, przed tym jak wyruszyliśmy.
O mało nie krzyknęłam z radości, nie dowierzając własnemu szczęściu. Jak to możliwe, że nie zgubiłam pistoletu, który dostałam od Bellamy'ego? Jak to możliwe, że Ziemianie go nie wyczuli?
W głowie widziałam już, co muszę zrobić. Zaczęłam poruszać nadgarstkami, związanymi za plecami. Starałam się robić to jak najciszej, mimo, że każdy ruch sprawiał mi ogromny ból. Wydawało mi się, że trwało to milion lat, zanim udało mi się rozluźnić więzły i uwolniłam dłonie.
Uniosłam biodro do góry i wyciągnęłam rękę w stronę pistoletu. Przy pierwszych próbach broń ruszyła się ledwie o parę milimetrów. Później odważyłam się pociągnąć mocniej. Serce zabiło mi mocniej, kiedy uwolniłam broń i uścisnęłam ją w ręku. Leciutko zbadałam jej powierzchnie. Wyczułam spust, ale podejrzewałam, że to nie wystarczy. Prawdopodobnie musiałam ją przeładować, albo coś w tym stylu. Kiedy oglądaliśmy film podczas jednego spotkania w kapsule, widziałam jak jeden z głównych bohaterów to robi. Miałam nadzieję, że w rzeczywistości polegało to na tym samy co w filmie. Tylko jak zrobić to bezgłośnie? Poczułam dreszcze, gdy reszta planu uformowała się w moim umyśle.
Spokojnie, teraz spokojnie.
Poczekałam jeszcze trochę, obserwując Ziemian, aż całkiem się ściemni. Gdy stwierdziłam, że już czas, zaniosłam się głośnym kaszlem, jednocześnie ciągnąc za górną część pistoletu. Usłyszałam trzask, co chyba było dobrym znakiem, ale jednocześnie serce zastygło mi ze zgrozy.
Mężczyźni unieśli głowy i wymienili parę zdań. Jeden z nich zaczął grzebać w swojej torbie. Wyciągnął z niej coś małego, jakby fiolkę, prawdopodobnie z kolejną porcją trucizny. Wstał i zaczął się zbliżać. Poczułam jak krew uderza mi do głowy, w żyłach płynie adrenalina.
Był już blisko. Jeszcze tylko trochę...
Kolejna ofiara, kolejny koszmar... Kolejny głos wołający w mojej głowie...Przepraszam...
Już teraz...
Kolejny raz...
Teraz!
Uniosłam broń i zacisnęłam broń na spuście.
Rozległ się strzał, który zabrzmiał w mojej głowie i odbił się echem od drzew. Reszta potoczyła się tak szybko....Zanim jeszcze pierwszy Ziemianin upadł na ziemię, ja już celowałam w pierś drugiego. Zanim zdołał chociaż wstać, ja przeładowałam broń i wystrzeliłam po raz drugi.
Oczy zaszły mi łzami. Myślałam, że nowa broń mnie zawiedzie. A jeśli nie ona, to moje ciało.
Ale podczas oddawania strzału dłoń nawet mi nie zadrżała.
Niewiele myśląc podniosłam się z ziemi i od razu upadłam. Możliwe, że był to skutek działania płynu, a może po prostu wreszcie dodarło do mnie co się stało, co zrobiłam. Z zawrotami głowy, czując okropne mdłości podniosłam się i na czworaka doczołgałam się do jednej z toreb mężczyzn. Przewiesiłam ją sobie przez ramię i sięgnęłam jeszcze po nóż, który upuścił drugi z nich. Jak najszybciej dotarłam do najbliższego drzewa i opierając się o nie, wstałam. Ruszyłam, najszybciej jak potrafiłam, poruszając się od drzewa do drzewa. Po paru metrach zwymiotowałam. Targana torsjami, ruszyłam dalej. Nie wiem, co powodowało mój pośpiech. Biegłam na pomoc Bellamy'emu, czy uciekałam przed Ziemianami, jakby była możliwość, że przeżyli? A może uciekałam przed poczuciem winy i świadomością, czego się dopuściłam?
Potykając się co chwile, upadając i wstając, parłam przed siebie z uporem, a przed oczami na przemian stawały mi sceny upadku Bellamy'ego i śmierci dwójki Ziemian. Przypomniało mi się moje pierwsze morderstwo - gdy nie udało mi się uratować małej Ziemianki, a w zamian Finn miał zostać zabity. Z zimną krwią zabiłam mężczyznę, bo mnie nie docenił. Tak samo postąpiły moje dwie najnowsze ofiary.
Dlaczego nikt nie rozumie, że jestem zdolna do tak wielkiego zła? Dlaczego ciągle zmuszają mnie do udowadniania, że potrafię być okrutna i bezuczuciowa? Że mogę być morderczynią? Wszyscy się umówili, by doprowadzić do tego, że znienawidzę się jeszcze bardziej?!
W pewnym momencie potknęłam się, kiedy zbiegałam ze stromego stoku. Oczywiście zadziałały wszystkie ziemskie siły i zaczęłam się staczać, obijając się o skały, gałęzie i krzaki. Zatrzymałam się bez tchu u podnóża stoku. Musiałam spadać dobre pięćdziesiąt metrów. Wstałam z bólem i spróbowałam złapać oddech. Na szczęście nic nie złamałam, ale byłam cała poobijana, szczególnie bolały mnie żebra. Wtedy zdałam sobie sprawę, z tego, gdzie się znajdowałam.
To była wielka, pozbawiona drzew przestrzeń. Nie żadna polana - była zbyt wielka. Potem dostrzegłam, że światło księżyca odbija się od dziwnych powierzchni, które wzięłam za skały. Potem to do mnie dotarto. To tego szukaliśmy. Tyle zostało z jednej ze stacji Arki. Wielkie pogorzelisko.
Chciałam ruszyć dalej, ale wiedziałam, że daleko nie zajdę. A jeżeli faktycznie jeden z Ziemian przeżył i mnie ścigał, to tylko w tym miejsc mogłam znaleźć bezpieczne miejsce na odpoczynek. Potykając się, zagłębiłam się w ruiny. Po chwili znalazłam uchylony właz. Otworzyłam go szerzej. Okazało się, że korytarz był zawalony, ale te kilka metrów, jakie były wolne, mogłam wykorzystać jako schronienie. Zatrzasnęłam właz, i ułożyłam się na podłodze. Starałam się nie myśleć o tym, jak zginęli ludzie z tej stacji. Wyłączyłam myślenie i opadłam z sił. Skuliłam się w kłębek.
Nie martw się, Bellamy. Za niedługo znowu się spotkamy...
Obudziłam się dopiero po południu. Mimo, że nie czułam już tego strasznego bólu, to byłam wyczerpana. Nie mogłam jednak dłużej zwlekać. Musiałam się spieszyć.
Pogrzebałam w torbie, wymazując z pamięci do kogo wcześniej należała. Znalazłam tam tylko trochę ususzonego mięsa, które smakowało jak papier. Zjadłam jednak połowę z posiadanej porcji, próbując zapełnić żołądek. Znalazłam też do połowy wypełnioną menażkę z wodą, którą łapczywie wypiłam.
Po posiłku ruszyłam w drogę. Szybko opuściłam miejsce katastrofy, gdzie byłam widoczna jak na dłoni. Rozchwianym krokiem ruszyłam na przemian truchtając i idąc wolnym krokiem, by nadrobić zaległości i przejść jak największy odcinek przed zmrokiem. Dłuższy postój zrobiłam dopiero po północy, sądząc z położenia księżyca. Nie miałam już sił na dalszą podróż. Spróbowałam się przespać, ale noc była zimna, a ja bałam się rozpalić ognisko. Budziłam się co jakiś czas, trzęsąc się z zimna. Gdy byłam jeszcze bardziej zmęczona niż przed postojem, wstałam i ruszyłam w dalszą drogę. Ciało obite przy upadku poprzedniego dnia, bolało jeszcze bardziej. Miałam też wiele rozcięć, nie wiem kiedy dokładnie je zdobyłam. Musiałam wyglądać jak sto nieszczęść, ale w tej chwili najważniejsze było dla mnie, żeby Bellamy wyglądał dobrze. Wreszcie w południe dotarłam do miejsca, gdzie to wszystko się zaczęło.
Nawet nie spodziewałam się tak wielkiej ulgi, która mnie opanowała, gdy nie zobaczyłam ciała Bellamy'ego. Więc go znaleźli...
Radość i ulga powaliły mnie na kolana. Przez chwilę klęczałam, próbując odzyskać panowanie nad ciałem. Nie było to łatwe. Cała byłam obolała, głodna i spragniona. Nie otrząsnęłam się jeszcze z działania trucizny, a w głowie bez przerwy mi się kręciło.
Po krótkim odpoczynku ruszyłam przed siebie. Chciałam teraz znaleźć coś do jedzenia i jakiś strumień, jeżeli miałam dojść do obozu o własnych siłach. Mijając polanę, na której zatrzymaliśmy się prawie trzy dni temu, przed oczami widziałam mroczki. Parłam uparcie naprzód, mimo, że straciłam zdolność logicznego myślenia. Potem było jeszcze gorzej. Zaczęłam mieć halucynacje. Najpierw słyszałam jakiś głośny i nieustanny dźwięk. Potem widziałam jakieś postacie w oddali, jakieś cienie. Zaczęłam uciekać. Ziemianie rzucili się za mną. W końcu gdy myślałam, że ich zgubiłam i zatrzymałam się, by złapać oddech, pojawili się znowu. Już nie miałam siły. Straciłam przytomność. Przywitałam ciemność z dziwną radością i ulgą.
Venia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz