sobota, 18 marca 2017

Rozdział 21

Twarz Bellamy'ego rozjaśnił szeroki uśmiech.
Machnął dworskim gestem w stronę koców i skłonił się żartobliwie.
- W takim razie zapraszam - powiedział, a kiedy usiadłam na kocach, przysiadł niedaleko mnie.
Nie mogłam opanować uśmiechu, który cisnął mi się na usta. Cały dzień przekonywałam się, że to nie będzie żadna randka, a teraz okazało się że właściwie to jest nią. Chyba.
Bellamy wyciągnął jedzenie i zaczęliśmy jeść w ciszy, która jednak nie była niezręczna. Pierwszy raz od bardzo dawna mogłam się rozluźnić, wiedząc że w obecności Bellamy'ego nic mi nie grozi. Zresztą zabraliśmy ze sobą czytniki ludzkiej obecności, więc nikt nie mógł nas zaskoczyć. Mogłam się spodziewać Ziemian o każdej porze dnia i nocy, ale w obecności Bellamy'ego nie przejmowałam się tym. Dzięki temu mogłam obserwować zachodzące słońce, którego obraz niezmiernie mnie zachwycał od kiedy wylądowaliśmy na Ziemi.
- Zdajesz sobie sprawę, że nasze dzieci, nie będą wiedziały jak to jest żyć w kosmosie? - zapytałam, gdy skończyliśmy jeść i ułożyliśmy się wygodnie, obserwując przyrodę wokół nas. - Nie będą miały porównania miedzy życiem wśród gwiazd na zimniej stalowej Arce, a oddychaniem świeżym powietrzem na Ziemi... - przerwałam, gdy usłyszałam dziwny dźwięk - połączenie śmiechu z dławieniem się.
Spojrzałam na Bellamy'ego, który próbował uspokoić oddech.
- Nasze dzieci? - zapytał patrząc na mnie z wesołymi iskierkami w oczach.
Przez chwilę nie wiedziałam o co mu chodzi, a gdy zrozumiałam, oblałam się rumieńcem.
- Nie chodziło mi o  n a s z e  dzieci! - wykrzyknęłam od razu, przerażona. - Ogólnie o następne pokolenie!
- Tak, tak teraz się tłumacz! - przerwał mi ze śmiechem. - Przyznaj się, że już planujesz naszą wspólna przyszłość, Księżniczko! - kpił sobie ze mnie. Nie mogłam w to uwierzyć.
- O mój Boże, ale ty jesteś głupi! - zawołałam, wyrzucając ręce do góry.
- To powiedz mi, ile będziemy mieć dzieci? - kontynuował, bawiąc się w najlepsze. - Co najmniej trójkę? Ale imiona ustalamy razem!
- Może ty mi powiedz, panie Mądraliński? - odparłam z przekąsem.
- Możemy przybrać sobie takie nazwisko, jak ci się podoba - zapewnił mnie gorliwie.
Nie wytrzymałam i przywaliłam mu pięścią w ramię, po czym wstałam i odbiegłam kawałek.
- Hej! - zawołał za mną. - Przecież imiona będziemy ustalać razem!
Zdusiłam śmiech. Co za głupek.
Nie udało mi się odbiec daleko - Bellamy dobiegł do mnie prędzej niż się spodziewałam i objął mnie od tyłu, podnosząc do góry. Pisnęłam zaskoczona, tracąc oparcie dla stóp. Zaczęłam kopać, ale to tylko pogorszyło sprawę, bo przez to Bellamy się zachwiał i oboje upadliśmy na ziemię. Spróbowałam się odsunąć ze śmiechem, ale on już znalazł się obok mnie i nachylił się nade mną.
- A księżniczka dokąd się wybiera? - wymruczał.
- Z daleka od księcia - odparłam.
Jego twarz w jednej chwili spoważniała i przestraszyłam się, że zrobiłam coś nie tak i znowu wszystko zepsułam.
- Pamiętasz o naszej poważnej rozmowie? - zapytał Bellamy po dłuższej chwili.
Kiwnęłam głową, uważnie go obserwując.
- To chodź - podniósł się i wyciągnął dłoń, by pomóc mi wstać.
Trzymając mnie za rękę zaprowadził mnie z powrotem na miejsce naszego pikniku. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, ale on nadal mnie nie puścił. Ani ja jego.
Czułam nieprzyjemne ściskanie w brzuchu, cała podenerwowana. Chociaż jednocześnie chciałam mieć to już jak najszybciej za sobą. Chciałam wreszcie ustalić z Bellamym co z nami będzie i wiedzieć co mogę robić, a czego nie w naszych codziennych relacjach.
- Nie wiem jak zacząć - odezwał się Bellamy, patrząc na nasze złączone dłonie. - Miałem trzy dni i nic nie wymyśliłem. - dodał z niewesołym śmiechem.
- Mogę cię o coś zapytać? - przypatrywałam mu się z uwagą, kiedy potwierdził. Był spięty i tak samo jak ja zdenerwowany. - Czy ma to związek z tym co się stało na imprezie?
Znowu pokiwał głową.
- Rozumiem - powiedziałam, mając ochotę zabrać rękę. - Pamiętam przecież co wtedy powiedziałeś.
Podniósł na mnie wzrok.
- Wcale nie rozumiesz - zaprzeczył szybko.
- A jak niby miałabym rozumieć twoje słowa? - zapytałam, próbując ukryć gorycz, odwróciłam wzrok. - Jak to było? "Nie. Nie w ten sposób? " Przecież to jasne...
- Clarke - Bellamy przerwał mi i dotknął dłonią mojego policzka. Spojrzałam na niego. - Źle mnie wtedy zrozumiałaś. Powiedziałem to bo nie chciałem, żeby nasz pierwszy pocałunek był po pijaku. Potem mógłbym w ogóle tego nie pamiętać. Co gorsze, TY mogłabyś tego nie pamiętać.
- Bell...- zaczęłam drżącym głosem, ale nie dopuścił mnie do głosu.
- Proszę nie przerywaj mi, bo to dla mnie strasznie trudne - powiedział, niemal błagalnie. - Znasz mnie i wiesz, że nie jestem typem, który lubi być ckliwy. I nie chciałbym, żeby to tak zabrzmiało, bo to co powiem jest najszczerszą prawda, jaką kiedykolwiek w życiu powiem.
Przerwał i wziął głęboki wdech, jakby zbierając się na odwagę. Kiedy się odezwał, patrzył mi w oczy, a ja chłonęłam każde słowo, które wypływało z jego ust.
- Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i naprawdę nie chciałbym spieprzyć tego co między nami już istnieje. Cierpiałem, kiedy się pokłóciliśmy, między innymi dlatego, że wiedziałem jak bardzo się zraniłem swoimi słowami. Umierałem, kiedy zostałaś porwana. I mówię to jak najbardziej szczerze - gdybym dowiedział się, że zginęłaś, wytropiłbym sprawców i dał bym się zabić, zabierając ich ze sobą, bo nie mogłem wyobrazić sobie życia bez ciebie. Wiem, że jesteśmy od siebie różni i strasznie często się nie zgadzamy, ale... Clarke, najważniejsze dla mnie jest to, żeby być cały czas blisko ciebie, nawet jako zwykły przyjaciel, więc jeżeli nie zgodzisz się z tym co chce powiedzieć, proszę pozwól mi być tylko swoim przyjacielem i będę najszczęśliwszym facetem na całej Ziemi...
To, że tak bardzo się bał mnie stracić, uznałam za tak urocze, że aż się wzruszyłam.
Kocham cię, Bellamy pomyślałam.
Zapadła cisza i zdałam sobie sprawę, że wypowiedziałam te słowa na głos. Bellamy spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Miałam wrażenie, że nawet ptaki umilkły.
- To była moja kwestia - odezwał się w końcu Bellamy z udawanym oburzeniem.
Potem podniósł moją dłoń do swoich ust i leciutko pocałował wnętrze mojej dłoni, patrząc mi w oczy. Nagle przyciągnął mnie do siebie. Obejmując mnie, delikatnie ułożył na kocach. Położył się obok i nachylił nade mną opierając dłonie po obu bokach mojej głowy. Obserwował mnie uważnie.
Słońce zaszło już dawno temu, a na jego miejsce pojawiło się niebo. Teraz pojawiały się gwiazdy, a ja zapragnęłam namalować ten widok - twarz Bellamy'ego, jego rozszerzone tęczówki, włosy wijące się wokół jego głowy, a za nim ciemny nieboskłon i tylko od czasu do czasu żółte plamki gwiazd.
Bellamy zniżył się i pocałował mnie w czoło.
- Kocham cię - wymruczał zachrypniętym głosem.
Całował kolejno moje policzki, powieki, brodę, po każdym pocałunku wyznając mi miłość. Całował moją szyję i złożył pocałunek na obojczyku, w miejscu, gdzie był tatuaż. Potem podniósł głowę i pocałował czubek mojego nosa.
- I kocham ten zadziorny nosek - dodał na koniec.
Następnie jego usta przylgnęły do moich warg, a ja z uczuciem oddałam pocałunek. Wsunęłam dłonie w jego włosy i przywarłam do niego całym ciałem, jakby bojąc się, że zaraz zniknie. W sumie cała ta sytuacja była raczej nierealna - Bellamy, ja, nasz gwałtowny i pełen pożądania pocałunek, jakbyśmy nie mogli się sobą nacieszyć.
Pierwszy raz od bardzo dawna czułam jedynie szczęście, rozpierające mnie od środka.
Nie wiem jak długo to trwało, ale wreszcie oderwaliśmy się od siebie z trudem łapiąc oddech. Byłam rozpalona i ledwie zdolna do myślenia. Zresztą moje myśli koncentrowały się tylko na jednym zdaniu: "O MÓJ BOŻE!".
Bellamy odsunął się troszeczkę z szerokim uśmiechem i opadł na koce z westchnieniem ulgi, jakby właśnie zrzucił z pleców wielki ciężar. Ja też w tamtej chwili czułam się niezwykle lekko, jakby wszystkie troski i kłopoty nagle gdzieś uleciały.
Bellamy przytulił mnie do swojego boku, a ja oparłam głowę na jego ramieniu i z głupkowatym uśmiechem na twarzy słuchałam odgłosów nocy. Szumu liści i nocnego pohukiwania sów, bzyczenia owadów. Kilka kilometrów stąd pod kapsułą, trwała impreza.
Ogarnął mnie niesamowity spokój. Miałam ochotę zatrzymać czas i już na zawsze pozostać w ramionach Bellamy'ego z dala od innych ludzi, od problemów i obowiązków.


Otworzyłam powoli oczy, czując jak jasne promienie słońca padały na moją twarz. Przechyliłam głowę i spojrzałam na Bellamy'ego. Nie spał już i także mnie obserwował, jednak kiedy zobaczył, że się obudziłam zamknął oczy, próbując ukryć uśmiech.  
W nocy nie wróciliśmy już do Arkadii, tylko opatuleni kocami zasnęliśmy w swoich objęciach przy ognisku.
- Dzień dobry - odezwałam się. - Chyba pora wstawać.
- Dzisiaj mamy wolne - wymruczał niewyraźnie.
- Co nie zmienia faktu, że trzeba już iść.
- Tak ci śpieszno? - zapytał.
Uśmiechnęłam się. Wcale nie było, ale miałam wrażenie, że o czymś zapominam, a nie wiedziałam o czym.
- No cóż, skoro ty nie chcesz, to ja pójdę sama - drażniłam się.
Bellamy uchylił powiekę.
- A pocałunek na pożegnanie?
- Nie dostaniesz, jeżeli nie wstaniesz! - zaśmiałam się.
Bellamy jęknął cicho.
- Sadystko!
Jednak wstał i zanim zebraliśmy nasze rzeczy, przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Tym razem wolno i delikatnie. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się dzieje - całowaliśmy się! Miałam wrażenie, że to piękny sen.
Wracaliśmy do Arkadii powoli, trzymając się za ręce, a ja czułam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
I wtedy zrozumiałam, czego nie mogłam sobie przypomnieć.
Byłam tak zaskoczona, że przystanęłam w miejscu. Bellamy spojrzał na mnie zaskoczony i trochę zmartwiony. Posłał mi pytające spojrzenia.
- Koszmary - powiedziałam cicho. - Nie pamiętam koszmarów z dzisiejszej nocy.
- Czasem tak się zdarza - odparł zdezorientowany.
Jednak ja zawsze pamiętałam. Wspomnienia zawsze nękały mnie od świtu, aż do nocy. Teraz jednak ich nie było. Ale nie dlatego, że nie pamiętałam koszmarów.
- Dzisiejszej nocy nic mi się nie śniło - powiedziałam na głos.
- To chyba dobrze - odparł niepewnie Bellamy,
- To wspaniale! - zaśmiałam się i zamknęłam na chwilę oczy, chcąc nacieszyć się spokojem jaki mnie ogarnął.
Usłyszałam jego śmiech. Po chwili wznowiliśmy marsz, a mnie było niezwykle lekko na duchu.
- W takim razie mój plan się powiódł - odezwał się po chwili.
- Plan? - zdziwiłam się.
- Pamiętasz kiedy po raz pierwszy po Mount Weather spotkaliśmy się w kapsule? Jak pilnowaliśmy siebie nawzajem podczas snu? Wtedy postanowiłem, że zrobię wszystko  byś nie miała już koszmarów. Żebyś żyła normalnie. I stwierdziłem, że stworzenie z kapsuły miejsca na wspólne zabawy Setki, będzie świetnym pomysłem, bo będziesz mogła odpocząć od obowiązków, jednocześnie widząc jak dobrze się spisałaś, dowodząc nami. Co prawda ten plan nie wypalił, bo wystarczyło cię tylko pocałować, Śpiąca Królewno. - dodał. - Mogłaś od razu uprzedzić - trwałoby to zdecydowanie krócej.
- Hej! - zawołałam. - Chyba najważniejsze, że znaleźliśmy lekarstwo, prawda?
Było jeszcze wcześnie, gdy prześlizgnęliśmy się przez dziurę w ogrodzeniu i znaleźliśmy się z powrotem w Arkadii.
Bellamy odprowadził mnie pod drzwi pokoju i przez chwilę po prostu patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że to się stało - wyznałam.
- Boisz się, że zapomnisz jak to jest, kiedy cię całuję? - zakpił.
- Nie... - wymruczałam, zbliżając się do niego. - A nawet jeśli, zawsze mogę zrobić to....
Stanęłam na palcach i zbliżyłam swoje usta do jego.
Upuścił pusty kosz i koce na ziemię, po czym objął mnie mocno i przycisnął do siebie. Kolana mi zmiękły i straciłam oddech, a....
- Przepraszam, że przeszkadzam - usłyszałam za plecami głos Raven. Oderwałam się od chłopaka i spojrzałam na dziewczynę. - Naprawdę, nie chciałam wam przerywać, ale mam wielką prośbę. Czy moglibyście publicznie okazać sobie uczucia jeszcze przed kolacją? Nie chciałabym przegrać zakładu z Asherem, o to kiedy wreszcie zaczniecie ze sobą chodzić. Jeżeli wygra, nie da mi żyć do końca życia.
- Zrobimy co w naszej mocy - odparł Bellamy, a ja z trudem powstrzymałam śmiech.
Dziewczyna posłała nam wdzięczny uśmiech i odwróciła się, by odejść.
- No to wracajcie, do tego co robiliście - zachęciła. - A i jeszcze prosiłabym, żebyście ujawnili się przed obiadem, bo inaczej przegram z Wickiem.


Venia

czwartek, 2 marca 2017

Rozdział 20

Następnego dnia zwlekłam się z łóżka z bolącą głową i suchym gardłem. Starałam się oporządzić, pozbyć bólu głowy i przypomnieć sobie wczorajszą noc. Było dużo alkoholu, tańca, muzyki. Pamiętałam roześmiane twarze, strzępki rozmów. Kiedy miałam wychodzić z pokoju przed oczami stanęła mi twarz Bellamy'ego z wczorajszego wieczoru. Wspomnienie prawie zwaliło mnie z nóg. Jego spojrzenie, zachowanie- nie wiedziałam, czy robił to świadomie, czy pod wpływem alkoholu. Nie wiedziałam, czy będzie to pamiętał. Ale z drugiej strony opanował się i uciekł. Znowu usłyszałam jego słowa. "Nie. Nie w ten sposób." Jasne, że nie w ten sposób. Nie z tą dziewczyną! O Boże! Przecież, jeżeli Gina się dowie, to wyjdzie, że Bellamy ja zdradził.
A przecież do niczego nie doszło! pomyślałam z niejakim żalem.
Moje przypuszczenia się sprawdziły, kiedy Bellamy unikał mnie przez następne dwa dni. Pewnie myślał, że wszystko wygadam. Ale ja nie miałam zamiaru. Wiedziałam, że kocha Ginę, nie chciałam stać na ich drodze do szczęścia. Nie chciałam być tą, która kolejny raz wszystko zniszczy.
Powtarzałam sobie, że to co się stało, nic nie znaczyło, że wcale mnie nie obchodzi Bellamy, ani że nie chciałabym, by mnie pocałował. Jednak wiedziałam, że tylko to pierwsze jest prawdą.
Kiedy starałam się nie zasnąć, by ominąć kolejne koszmary, myślałam o tym wszystkim. Próbowałam rozplątać swoje uczucia, jak zaplątane nitki, rozłożyć je i posortować. Znaleźć początek, przyczynę swoich uczuć.
Kiedy zauważyłam, że to co czuję do Bellamy'ego nie jest już zwykłą przyjaźnią? Zdecydowanie w czasie porwania. Chociaż ta zmiana musiała zajść wcześniej. Prawdopodobnie nie zauważyłam tego, zbyt przytłoczona śmiercią Finna i wydarzeniami z Mount Weather.
Czy zamierzałam kiedyś mu powiedzieć? Nie. Nie powiem mu, puki nie będę pewna, że nie zepsuje to jego związku z Giną. Czyli nigdy.
Czy chce być dalej jego przyjaciółką, jeśli nie mogę być kimś więcej? Oczywiście! Głupie pytanie...
Jednak kiedy nie widziałam się z Bellamym przez dwa dni, zaczął ogarniać mnie niepokój. A co jeśli on z nas zrezygnował? Jeżeli widział we mnie zagrożenie dla własnego szczęścia? Zawsze starałam się odganiać takie myśli, ale zanim to się udawało, miałam ochotę krzyczeć w poduszkę.

Zerwałam się z łóżka z krzykiem na ustach. Przez chwilę widziałam martwe twarze, czułam kościste dłonie chwytające moje ubrania, wciągające mnie pod wodę. Słyszałam ochrypły śmiech Ziemian. W tym śnie tonęłam we krwi. Po chwili udało mi się odpędzić obraz koszmaru. Oddychałam ciężko i lepiłam się od potu.
Było jeszcze wcześnie, pewnie większość mieszkańców Arkadii  jeszcze spała.
Musiałam się ruszyć, nie mogłam i nie chciałam dalej spać. Szybko wyszłam z pokoju, zabierając ubranie na zmianę i poszłam wziąć prysznic. Nie było kolejek, nikt jeszcze nie myślał o kąpieli. Pod zimnymi strugami wody, zadręczałam się wizją koszmarów.
Nie wiedziałam o co chodzi. Przecież zażegnałam wszystkie konflikty, nawet zaczęłam sobie wybaczać! No dobra nie wybaczać, ale uczyć się żyć ze świadomością, że zabiłam tylu ludzi. A koszmary nadal nie odchodziły! Każdej nocy czekały mnie kolejne twarze wołające o zemstę. Przestała pomagać technika Bellamy'ego - przez zaśnięciem zawsze myślałam o czymś przyjemnym - o tacie, o Wellsie, Setce. Przywoływałam dobre stare wspomnienia, czasem coś co wydarzyło się niedawno.  Ale to nie zmieniało faktu, że nie czułam się bezpiecznie. Taiłam to przed wszystkimi, grałam odważną, ale bałam się, że któregoś dnia pojawi się armia Ziemian i zniszczy pokój zawarty miedzy naszymi ludami. Przeze mnie. Bo będą chcieli dostać Wanhedę. I wiedziałam, że poszłabym z nimi, gotowa na śmierć. Co nie zmieniało faktu, że nie chciałam umierać w katuszach, jakie na pewno by mi zapewniono. W końcu zaczęłam się bać nie tylko armii, ale zwykłego niewielkiego napadu. Cóż mogłam zdziałać wobec pięciu silnych Ziemian, którzy nie zlekceważyliby mojej siły?
Wychodząc spod prysznica, ubrana i odświeżona, z mokrymi włosami, dotknęłam tatuażu. Zdziwiło mnie i trochę przeraziło to, jak bardzo był trafny.
Miałam naprawdę wisielczy humor, kiedy wracałam do pokoju. Miałam jeszcze dwie godziny do rozpoczęcia własnej zmiany w szpitalu, ale zastanawiałam się, czy nie przyjść wcześniej.
Już miałam wchodzić do pokoju, kiedy zatrzymała mnie czyjaś dłoń.
Podskoczyłam w miejscu, czując nagły napływ adrenaliny. Strach ścisnął mnie w gardle. Moje serce wciąż biło jak szalone, kiedy poznałam, kto mnie tak przeraził.
- Jezu, Bellamy, chcesz, żebym dostała zawału? ...- powiedziałam lekko drżącym głosem.
- Nie chciałem - wydawał się rozbawiony moją reakcją, ale za chwilę spoważniał. - Clarke, musimy poważnie porozmawiać.
Jęknęłam w duchu. Ten dzień nie mógł się gorzej zacząć. W tej chwili nawet porwanie przez Ziemian wydawało się lepsza perspektywą, niż poważna rozmowa z Bellamym.
Mimo wszystko, kiwnęłam głową i zachęcając go do wejścia. Kiedy zamknął za sobą drzwi do mojego pokoju, poczułam się głupio. W pokoju nie było bardzo brudno, ale czysto też nie, a ostatnio nie miałam czasu posprzątać. Wskazałam mu krzesło, ale wolał stać. Oparł się o drzwi i z założonymi rękami i nieodgadnioną miną patrzył na mnie. Wydawał mi się wyglądać nieprzyzwoicie męsko i przystojnie, przez co musiałam odwrócić wzrok.
Wiedziałam, że przyszedł mnie prosić, bym nie mówiła Ginie o tej feralnej imprezie. Jednak jakoś nie palił się zacząć rozmowy. Byłam coraz bardziej zdenerwowana.
Odchrząknął.
- Clarke...
Nie wytrzymałam napięcia i przerwałam mu, mówiąc szybko i ledwie hamując krzyk.
- Bellamy, nie martw się, naprawdę! Nic nie powiem!
- Nic nie powiesz?- powtórzył zdziwiony. Głupek, wcale mnie nie znał.
- Oczywiście, że nie. To co się zdarzyło, było wielką pomyłką. Oboje byliśmy pijani. To się więcej nie powtórzy. Nadal możemy być przyjaciółmi i zapomnieć o sprawie. Co ty na to?- mówiłam gorączkowo, chcąc go zapewnić o mojej szczerości.
- Pomyłką, mówisz? - mruknął, patrząc na mnie z kamienną twarzą.
- Tak - potwierdziłam, chociaż to słowo łamało mi serce.
- Skoro jesteś pewna...
Wydawał mi się wkurzony i  nieprzekonany. Musiałam jakoś wybrnąć z tej sytuacji.
- Bellamy, znasz mnie.... Życzę ci jak najlepiej. Chce, żebyś był szczęśliwy - nie patrzył mi w oczy. - Naprawdę nie powiem Ginie... Musisz mi uwierzyć!
Nagle podniósł na mnie wzrok.
- Ginie? - powtórzył, zbijając mnie z pantałyku.
- Tak... - powiedziałam wolno. Czułam, jak rumieniec wypływa na moją twarz. - Bo o to ci chodziło, prawda? Żebym nie zniszczyła twojego związku z Giną?
Przez długa chwilę patrzył na mnie w oszołomieniu, a potem wybuchł śmiechem. Szczerym, głośnym śmiechem. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam, żeby tak się śmiał.
- Bellamy, o co ci chodziło? - zapytałam.
Próbował powstrzymać napady śmiechu i spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem, ale się nie odezwał.
- Bellamy! Powiesz wreszcie? - piekliłam się, wkurzona jego tajemniczym zachowaniem.
- Och, Księżniczko - wymruczał. - Czy ty nie wychodzisz ze szpitala? Nie słuchasz plotek?
- Co? - byłam całkowicie zdezorientowana. Zagniewana, zaczęłam chodzić po pokoju i zastanawiać się co takiego mogłam przegapić. Chyba nie ogłosili zaręczyn, prawda?
Bellamy złapał mnie delikatnie za ramię i zmusił do spojrzenia sobie w oczy.
- Nic nie zauważyłaś? Od prawie miesiąca nie chodzę z Giną. Rozstaliśmy się zaraz po tym, jak zostałaś porwana.
Ta informacja dotarła do mnie dopiero po dłuższej chwili. Musiałam ją przetrawić. Musiałam pomyśleć.
- Och. Aha. - zdołałam wykrztusić. - Ja... Przykro mi?
Nie mam pojęcia, dlaczego z tego ostatniego wyszło mi pytanie. Przełknęłam ślinę, pod wpływem jego rozbawionego spojrzenia. Stał bardzo blisko. Pokój nagle wydał mi się za mały.
Przełknęłam ślinę. Czułam się wyjątkowo głupio. Dałam się upokorzyć z własnej winy. Gdybym trochę poczekała, powiedziałby mi po co przyszedł i nie byłoby problemu.
Ale jeżeli nie chodzi z Giną, to dlaczego zjawił się tak wcześnie pod moimi drzwiami?
- To o czym...- zaczęłam zachrypniętym głosem, odchrząkując.  - O czym chciałeś porozmawiać?
Bellamy zamrugał, jakby wytrącony z transu i wyglądał jakby chciał się odsunąć. Nie zrobił tego.
- Dzisiaj w nocy będziemy mieć imprezę. Wszyscy byliby zachwyceni, gdybyś się pojawiła.
Zmarszczyłam brwi.
- I to ma być poważna rozmowa? Informacja o imprezie?
Uśmiechnął się tajemniczo. Na chwilę zabrakło mi oddechu.
- Nie. Chyba jednak przełożymy na później tę poważną rozmowę - odparł.
- Skoro jest poważna to nie może czekać - drażniłam się, nie wiedzieć czemu.
- Myślę, że parę godzin może poczekać. Chyba chcemy, żeby napięcie rosło? - mówiąc to, pochylił się nade mną.
- Czyżby? - wyszeptałam, bo bałam się, że głos mógłby mi się załamać, gdybym mówiła głośniej.
- Zdecydowanie - z zaskoczeniem zauważyłam, że się odsunął z niechęcią. - O której kończysz?
- O piątej.
- Więc o szóstej trzydzieści będę na ciebie czekał pod twoim tajnym wyjściem. Wymkniemy się z obozu - dodał konspiracyjnym szeptem z błyskiem w oku.
- A kolacja? - zapytałam zdziwiona.
- Zjemy coś na imprezie.

Po tym jak Bellamy wyszedł obiecałam sobie, że przeżyję ten dzień jak każdy inny. Nie wyszło. Byłam rozkojarzona i podekscytowana. Paradoksalnie minuty wlokły się jak godziny. Koło południa byłam bliska wariactwa i nieźle wkurzona na Bellamy'ego. Nie mógł przyjść kilka godzin później, zamiast trzymać mnie cały dzień w niepewności?
Myślałam że na obiedzie trochę zaspokoję ciekawość, dosiadając się do przyjaciół, ale było wręcz na odwrót.
- Wiec ta impreza to z jakiegoś powodu? - spytałam Millera, który dość często zajmował się organizowaniem zabaw.
- Nie, bez powodu - odparł z jakimś dziwnym uśmiechem. - Tylko będzie mega wypasiona. Raven z Wickiem zbudowali fajerwerki.
- Jaka impreza? - zapytał Asher. Zmarszczyłam brwi. Asher nie wiedział o imprezie? To się nie zdarzało.
- Ta na którą nie zostałeś zaproszony - odparła szybko Harper.
- Co?! To niemożliwe! Co to za ściema?! - Asher był naprawdę oburzony. Nagle otworzył szeroko oczy i krzyknął z bólu, sięgając pod stół, by pomasować piszczel, w który musiał zostać uderzony. - Aua!!!... A to za coooo...Aaaa masz na myśli TĄ imprezę, na którą nie zostałem zaproszony? Tak dzisiaj będzie ta impreza, na którą nie przyjdę, bo nie dostałem zaproszenia... No tak zapomniałem....
Reszta rozmowy była już w miarę normalna, ale kiedy odeszłam od stołu zdążyłam usłyszeć, jak Harper upomina Ashera.
- Prawie udało ci się wszystko zepsuć, gratuluję tumanie!
- Ej, no przecież nie zepsułem, co nie? - zaczął się bronić. - A ty powinnaś pójść na strażnika, tylko oni potrafią tak dokopać...
Całe szczęście, że po obiedzie miałam dużo pracy, dzięki czemu nie mogłam myśleć o dziwacznym zachowaniu przyjaciół. Czas minął mi zdecydowanie szybciej i nim się obejrzałam już wybiła piąta. Zaczęłam się denerwować. Mam upiąć jakoś włosy, czy zostawić rozpuszczone? Co na siebie włożyć? Nie żebym miała duży wybór. Przydałaby się jakaś sukienka....
Weź się dziewczyno uspokój! zbeształam się w duchu. To nie żadna randka, tylko zwykła impreza. Byłaś już na wielu, a ta nie będzie się niczym różnić!
Mimo to ubrałam najmniej zniszczony zestaw jaki udało mi się znaleźć - czarne spodnie i biała bawełniana bluzka na ramiączkach. Nie miałam dużego wyboru z butami i kurtką. Włosy spięłam w wysoki kucyk.
Musiałam się powstrzymywać, by nie biec na miejsce spotkania. Byłam idealnie na czas, ale przy ogrodzeniu już czekał Bellamy. Uśmiechnął się na mój widok. Czarny podkoszulek podkreślał jego mięśnie. Dopiero teraz zauważyłam, że ciemne loki były krótsze, ale mimo to nadal opadały mu na czoło.
- Idziemy? - zapytał, kiedy podeszłam.
Pokiwałam głową. Przepuścił mnie pierwszą, a potem to on prześlizgnął się przez dziurę w ogrodzeniu, której nadal nikt nie naprawił.
Zdziwiłam się, kiedy zamiast prowadzić mnie w stronę kapsuły, chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę jeziora.
Kiedy posłałam mu pytające spojrzenie, wzruszył ramionami.
- Ustalone odgórnie.
Droga  była krótsza niż w stronę kapsuły, ale nie słyszałam zbliżających się odgłosów rozmów ani muzyki. Tylko ptaki i liście poruszane na wietrze.
- Będziemy pierwsi? - zdziwiłam się.
Bellamy nie odpowiedział, ale wydawał mi się podenerwowany, chociaż starał się to ukryć.
Wszystko wyjaśniło się, kiedy wyszliśmy za drzew na plażę. Niedaleko od nas na piasku leżały koce i kosz pełen jedzenia. Nagle wszystko rozjaśniło mi się w głowie i spojrzałam zdumiona na chłopaka.
- Imprezy wcale nie ma, prawda? - domyśliłam się.
Bellamy wzruszył ramionami.
- Nie była w planach. Jednak kiedy poprosiłem Setkę, żeby mnie kryła, chyba stwierdzili, że to dobry pomysł - po chwili na jego twarzy pojawiło się zmieszanie. - Oczywiści, jeżeli chcesz możemy tam pójść i....
- Nie! - przerwałam mu szybko, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. - Z chęcią zostanę.

Venia