niedziela, 30 października 2016

Rozdział 11

Otrząsnęłam się ze zdumienia w tej samej chwili, w której Murphy odnalazł wzrokiem Ziemiankę.
Podbiegł do niej i nachylił się nad nią. Stażyści podeszli do mnie ze wszystkimi rzeczami o jakie prosiłam. Zbliżyłam się do dziewczyny i jeszcze raz na nią spojrzałam. Była blada, pomimo ciemniejszej karnacji. Zauważyłam tatuaż wokół jej lewego oka ciągnący się na czole i policzku. Miała ranę na czubku głowy, ale nie była poważna. Problemem była rana w brzuchu, prawdopodobnie po ostrzu noża.
- Odsuń się Murphy - powiedziałam jak najspokojniej.
- Nie - warknął w moją stronę, ściskając jej dłoń.
- Tylko trochę - odparłam łagodniej. - Daj mi miejsce działania. Pomogę jej - nie ruszał się. - Murphy, nie traćmy na to czasu!
Wreszcie odsunął się, ale nadal trzymał ją za rękę.
Ines od razu przystąpiła do dziewczyny i zaczęła opatrywać uraz głowy. Ja zajęłam się raną główną. Była głęboka, dlatego Louis musiał ją cały czas uciskać, kiedy ja zajmowałam się oczyszczaniem rany. Musiałam ją zaszyć, ale krew nie przestawała płynąć. Całe prześcieradło przesiąkło krwią. Starałam się nie zwracać uwagi na pot spływający mi po szyi w dół pleców. Gloria podawała mi nowe ręczniki, a Ines opowiadała co robi, żebym w razie potrzeby mogła ją poprawić. W końcu udało mi się zatrzymać krwotok na tyle, żebym mogła zaszyć ranę. Założyłam siedem szwów, a potem zabandażowałam ranę. Potem zajęłam się resztą ran, nie tak głębokich i groźnych jak ta w brzuchu czy na głowie.  Podałam jej morfinę i uniwersalne antidotum, które według Lincolna działa na większość trucizn Ziemian. Potem kazałam stażystom  umyć pacjentkę i posprzątać, co uczynili od razu, a ja sama podeszłam do Murphy'ego.
- Usiądź - rozkazałam. Upadł ciężko na sąsiednie łóżko, patrząc z dzikim niepokojem na dziewczynę.
Zaczęłam opatrywać także jego rany.
- Jak ma na imię?- spytałam.
- Emori - odparł lekko zachrypniętym głosem.
- Ładnie - przyjrzałam mu się. - To twoja przyjaciółka?
Kiwnął głową i wzruszył ramionami jednocześnie.
- Czy ona...?- zaczął.
- Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinna poczuć się lepiej za kilka dni - odparłam.
- Dziękuję - powiedział, patrząc na mnie. - Naprawdę.
Kiwnęłam głową, przyjmując podziękowania. Nigdy bym nie uwierzyła, że kiedykolwiek zobaczę jak Murphy mi za coś dziękuję. Ta dziewczyna musiała być naprawdę wspaniała, żeby tak zmienić Murphy'ego.
- Jak to się słało? Kto ją zranił? - spytałam.
Murphy obrzucił niespokojnym wzrokiem pomieszczenie. Pokręcił głową i zacisnął usta.
- Chodź ze mną. Monty i Bellamy popilnują Emori.
Ruszyłam w stronę pomieszczenia dla lekarzy. Po chwili wahania Murphy ruszył za mną. A za nim Bellamy. Świetnie.
Zamknęłam za nami drzwi. Umyłam ręce w umywalce, kiedy chłopcy siadali przy biurku.
- Co się stało? Myśleliśmy, że już nigdy cię nie zobaczymy, odkąd uciekłeś z Jahą - odezwał się Bellamy. Nawet dźwięk jego głosu powodował u mnie nieprzyjemny skurcz żołądka.
- Cholerny Jaha, nawet mi o nim nie przypominaj.
- Dlaczego? Nie żyje? - spytałam zaniepokojona. Bardzo mi się to wszystko nie podobało.
- Żyje i to jest najgorsze. Kompletnie oszalał. Cholerna Allie...
- Co? Co się stało? Oszalał, bo nie znaleźliście tego miejsca, o którym mówił?
- Znaleźliśmy, owszem. Szukaliśmy go idąc przez pustynie, a pod koniec już mu odbiło. Potem była ta rezydencja i Allie...
- Jaka Allie...?
- To taki program. Nie wiem dokładnie jak działa. Zbiera ludzi, którzy później nie są już tacy sami. Nie czują bólu. Nic nie czują. Nie pamiętają niczego. Są jak marionetki Allie. Cokolwiek powie, oni to zrobią...
- I Jaha się do niej przyłączył? skąd to wszystko wiesz? - dopytywał się Bellamy, nie do końca wszystko rozumiejąc.
- Bo tam byłem, do cholery! Potem z Emori uciekliśmy i zaczęliśmy... w pewnym momencie po prostu nas zaatakowała jakaś dwójka Ziemian. Emori oberwała pierwsza. Spanikowałem. Byliśmy tylko pół godziny drogi od waszego obozu, a ja nie miałem żadnych leków. Miałem tylko nadzieje, że nie jesteście aktualnie w stanie wojny z Ziemianami.
Postanowiłam nie zwracać uwagi, ze przemilczał sprawę swojego zajęcia po ucieczce. Sądząc po jego tonie nie zamierzał też wracać do obozu.
- Czego ta Allie chce? - spytałam zamiast tego. - Mówisz o niej jakby była kobietą, ale jednocześnie wspomniałeś o programie komputerowym.
- Nie wiem, jak to działa. Jaha tak o niej mówił. Nosił ją wszędzie ze sobą, taką jakby torbę, czy plecak, a w w środku był jakiś dysk. Ale gdy o niej opowiadał to mówił jak o kobiecie. Prawdopodobnie kiedyś przyjdzie i będzie was chciał zachęcać do przyjęcia Allie, ale to zbyt niebezpiecznie. Nie możecie mu ufać.
- Dlaczego Allie jest taka straszna? - dopytywał się Bellamy.
- Dlaczego, Bellamy? Bo może wszystko. To ona doprowadziła do katastrofy. Za jednym zamachem zabiła prawie całą ludzkość.

Tym razem krótki rozdział, ponieważ chce teraz wprowadzić trochę narracji Bellamy'ego. :D
Venia

czwartek, 13 października 2016

Rozdział 10

- Skończyłaś program szkoleniowy - oznajmiła mi mama tydzień po mojej rozmowie z Arthurem. - Nie jesteś już stażystką. Jeśli napiszesz odpowiedni test, zostaniesz lekarzem.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Miałam być doktorem. Prawdziwym doktorem. Wiedziałam, że na Arce wygadało to inaczej niż na Ziemi przed katastrofą. Okres stażu obejmował kilka lat praktyk i nauki, po których pisało się test wiedzy i otrzymywało tytuł doktora. Zazwyczaj zapowiadało się ten test miesiące przed terminem, a ja miałam tylko kilka dni, bo według mojej mamy już wszystko wiedziałam. Mimo to ostatnie godziny przed egzaminem powtarzałam wszystkie wiadomości po raz dziesiąty i mimo przygotowania, nadal czułam niepokój. Jak się okazało test był trudny- a żeby go zaliczyć musiałam mieć co najmniej dziewięćdziesiąt procent.
Musiałam też  czekać na wyniki do następnego dnia. Wyczerpana psychicznie położyłam się i zasnęłam, co nie było dobrym pomysłem.

leżę na stosie i płonę razem z nimi chcę próbuje uciec zeskoczyć ale biały materiał wiążę mi ręce i nogi zaciska się wokół ciała i ciągnie w dół dół dół aż jestem zagrzebana w ziemi nie mogę się ruszyć nie mogę oddychać piasek ziemia dym i proch wciskają mi się w usta gdy próbuję krzyczeć wrzeszczeć wołać o pomoc widzę twarz Jaspera wściekłą i ociekająca wodą słyszę głos Bellamy'ego który mówi Ja ciebie też patrzy z taką nienawiścią tak bardzo mnie nienawidzi...

Nie mogę powstrzymać łez, które napływają mi do oczy, kiedy tylko się budzę.  Tak długo je powstrzymywałam. Zawsze próbowałam szybko opanować się po kolejnym koszmarze, które stawały się coraz gorsze, coraz bardziej przekonywujące, że już nie pamiętałam co to spokojny sen. Próbowałam skupić się na dobrych rzeczach, tak jak radził mi Bellamy, ale po naszej kłótni jego pomysł przestał mi pomagać.
Nie mogę. Już dłużej nie wytrzymam. Zaczynałam rozumieć Jaspera. Kiedy każda chwila, nawet ta w nocy, która powinna być chwilą zapomnienia i otuchy, była jednym wielkim koszmarem, przestawałam widzieć jakiekolwiek wyjście z mojej sytuacji.
Już dłużej nie dam rady...

- Gratuluję, pani doktor - przywitał się Gary swoim normalnym nudnym głosem, kiedy przyszedł zmienić Arthura. Miał mnie odprowadzić do szpitala.
- Naprawdę? - wyszeptałam, nie mogąc uwierzyć.
Gary wzruszył ramionami i poszedł za mną, kiedy pospieszyłam w stronę miejsca pracy. Przywitał mnie tam szeroki uśmiech Jacksona i moja mama, która pokazała mi wynik - 98% i tylko jeden błąd. Najlepszy wynik w ciągu pięciu lat.
Na chwilę zapomniałam o całym bólu, poczuciu winy i złości. Przez chwilę rozkoszowałam się ogarniającym mnie szczęściem i dumą.
- Przyjęliśmy na praktykę trzech kolejnych stażystów, którzy zaczęli naukę już na Arce. Teraz chcieli ją kontynuować. Będziesz się nimi zajmowała i przez kilka najbliższych miesięcy Jackson będzie ci pomagał. - zaczęła mi wyjaśniać mama. Patrzyłam na nią z uśmiechem, chyba po raz pierwszy od bardzo dawna. Dziwne, ale mówiła jakby ostrożnie i z każdym słowem wydawała się smutniejsza, albo... niespokojna.
- Coś nie tak? - spytałam.
- Widzisz, będą wybory nowego kanclerza. Już jutro.
- Wiem - potwierdziłam.
Mama nie kandydowała, za to Kane i paru innych tak.
- Nie kandydujesz, bo chcesz się poświęcić pracy lekarza, tak? - spytałam, nie za bardzo wiedząc, co to ma do mojej pracy.
- Tak i w tym rzecz - potwierdziła. - Uzgodniliśmy z Ziemianami nowe warunki umowy na ostatnim spotkaniu. Poruszyliśmy temat Mount Weather. Postanowiliśmy stworzyć tam nowy szpital i od prawie miesiąca przekształcaliśmy go właśnie w tym celu. Ten szpital na być zarówno dla Ziemian, jak i naszych ludzi. Najpierw zaczniemy w nim leczyć pozostałych Kosiarzy, ale później wykorzystamy to miejsce do leczenia poważniejszych chorób i przeprowadzenia operacji. Musisz zrozumieć- mają tam lepszy sprzęt. Tu nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego. Będziemy tam mogli produkować leki. Pozostali doktorzy wybrali mnie jako dyrektora szpitala - muszę tam jechać i kierować pracą. Ty i Jackson zostaniecie i będziecie pracować tutaj i dodatkowo szkolić stażystów.
Mówiła z szybkością błyskawicy i musiałam się nieźle skupić, żeby ją zrozumieć. Patrzyła na mnie w oczekiwaniu na wybuch, ale on nie nastąpił. Sama się zdziwiłam.
- Dziękuję - powiedziałam niepewnie.
- Dziękujesz? - zdziwiła się mama.
- Że to nie ja muszę tam pracować... Ja... nie dałabym rady.
Mama kiwnęła głową i posłała mi krzepiący uśmiech.
- Kiedy zaczynasz? - spytałam.
- Jutro.

Stażyści okazali się być tylko o rok młodsi ode mnie, ale zaczęli naukę w wieku szesnastu lat, podczas, gdy mnie mama zaczęła uczyć już kiedy miałam trzynaście lat. Były to dwie dziewczyny: Ines i Gloria i chłopak Louis, z którym miałam pewne kłopoty. Podczas, gdy dziewczyny były raczej posłuszne i chętne do pomocy, Louis od samego początku nie był zadowolony, że rozkazuje mu tylko rok starsza dziewczyna, która dodatkowo siedziała kilka miesięcy w więzieniu. Nie powiedział tego, ale wiedziałam, że w myślach oskarża mnie także o zabicie Ludzi z Gór. Pewnie myślał, co ktoś kto zabił tylu ludzi może wiedzieć o ratowaniu życia. Otóż dużo. Nawet więcej niż ktokolwiek inny, bo jak komuś odbierzesz życie, dociera do ciebie jak wiele sposobów istnieje na jego ratowanie.
Toczyłam więc ciężkie boje z Louisem, ale jednocześnie starałam się ich wszystkich nauczyć jak najwięcej, nawet, gdy nie mieliśmy pacjentów. A ostatnio zdarzało się to bardzo często. Ludzie ranili się podczas pracy, najczęściej były to nieszczęśliwe wypadki.
- Pani doktor, przybył nowy pacjent - zawołała mnie Gloria, ruchliwa i entuzjastyczna jak zwykle.
- Mówiłam ci, żebyś nazywała mnie po imieniu - upomniałam ją, odstawiając kubek z kawą i wstając od biurka, znajdującego się w pokoiku przylegającym do szpitala. Musiałam nadrobić papierkową robotę, która stała się moim nowym obowiązkiem.
- Dobrze, pani doktor Clarke - odpowiedziała Gloria, a ja nie wiedziałam czy żartuje, czy mówi serio.
- Przez ciebie czuję się staro - dodałam i weszłam do pomieszczenia szpitalnego.
Usłyszałam jeszcze pogardliwy śmiech Louisa - on nie miał problemu z nazywaniem mnie po nazwisku, bez żadnego tytułu. Zignorowałam chłopaka i spojrzałam na pacjenta
- Cześć - przywitałam się z pacjentem i spojrzałam na jego towarzysza. - Cześć, Monty. Co się stało?- dodałam, podchodząc.
- Bellamy był na patrolu i jak wracał przechodził przez pole uprawne. Trochę się zagadaliśmy i przez to nie zauważył drutu kolczastego odstraszającego zwierzęta. Trochę się poharatał.
Trochę, to mało powiedziane. Nie wiem, jak pacjent to zrobił, ale całą lewą rękę i plecy miał zakrwawione. Musiało go to strasznie boleć, ale jego twarz nie wyrażała bólu, była tylko napięta. Pacjent nie patrzył na mnie, tylko na przestrzeń nad moją głową.
Dlaczego w ogóle nazywam go pacjentem, jakby nie miał imienia? 
- Gloria, przynieś bandaże i plastry. Ines, leki przeciwbólowe i penicylinę - zaczęłam wydawać rozkazy. - Louis, napełnij miskę ciepła wodą i przynieś czysty ręcznik.
Wypełnili rozkazy od razu, nawet Louis, a gdy to zrobili, obserwowali moje poczynania z pewnej odległości. Nie zwracałam na nich uwagi. Pacjenta potraktowałam jako zwykłego pacjenta, chociaż na widok jego obrażeń, ścisnęło mnie w żołądku i odruchowo przyspieszyłam działań.
Podałam mu leki i rozcięłam jego koszulkę. Zaczęłam delikatnie przemywać rany, ale i tak, kiedy to robiłam, spiął się i cicho westchnął przez zaciśnięte zęby. Odruchowo mówiłam co po kolei robię, używając wyuczonego lekarskiego tonu. Szybko oczyściłam jego plecy i założyłam bandaże, tłumacząc wszystko stażystom, żeby także teraz się uczyli. Musiałam założyć nawet parę szwów, bo niektóre rany były głębokie i nie chciały przestać krwawić.
- Teraz powinieneś zostać tu jeszcze parę godzin na obserwacji - powiedziałam, gdy skończyłam. Pacjent pokiwał głową, niezbyt zadowolony. Trudno. Ja też nie byłam szczęśliwa z tego powodu. - Louis, przynieś zapasową koszulkę.
- A gdzie "proszę"? - wymruczał pod nosem, wyciągając z jednej z półek szarą koszulkę.
- Słyszałam to - powiedziałam głośno i wyraźnie, przez co mimowolnie drgnął i spojrzał na mnie przez ramię.
Usłyszałam śmiech dochodzący z rogu sali. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że Arthur właśnie się obudził. Ostatnio na swoich wartach upodobał sobie spanie na jednym z łóżek szpitalnianych, skąd mógł także komentować moje poczynania.
- Śpij dalej, Arthurze - zakomenderowałam ciepłym głosem.
- A w czym ci ja przeszkadzam?
- W życiu - znowu odpowiedział mi śmiech.
Pozwoliłam jeszcze stażystom na sprawdzenie stanu innych pacjentów, a potem wysłałam ich do wypełniania dokumentów. Mieliśmy akurat trzy tablety z kartotekami, idealnie dla nich.
- Nieźle się tu urządziłaś - stwierdził Monty. - Zostałaś doktorem. Gratulacje!
- Dzięki - uśmiechnęłam się, jednocześnie zauważając szybkie spojrzenie pacjenta na mój kitel.
- Pewnie dlatego nie przychodziłaś do kapsuły.
- Tak, mam strasznie dużo roboty od otwarcia szpitala w Mount Weather - wiedziałam, że życie w kapsule toczy się w najlepsze, ostatnio zaczęli sobie nawet robić tatuaże. Żałowałam, że nie mam czasu uczestniczyć w zabawie, ale świetnie wiedziałam, że dają sobie beze mnie radę.
- Jak na to zareagowałaś? - spytał Monty z ciekawością i współczuciem.
Wzruszyłam ramionami.
- Co mogłam zrobić? Nie mogłam stanąć przed wejściem i zakazać im pracy. Ale jak zareagował Jasper? - bałam się, że może znów wpadnie w szał, gdy się dowie.
- Był wkurzony- Monty się skrzywił. - Przez kilka następnych dni musiałem słuchać, jak wygrażał się na Radę, ale po pewnym czasie uspokoił się i jest teraz tylko smutny.
Zmarszczyłam brwi.
- Rozmawiał z tobą?
- Tak... - Monty się zawahał. - Znowu gadamy. Jasper znalazł sobie pracę i wreszcie się czymś zajął.... On tak jakby mi przebaczył. Znaczy nie przebaczył... on znowu chce być moim przyjacielem...- dokończył, niepewny mojej reakcji.
- O Boże, to cudownie! - wykrzyknęłam i aż uściskałam Monty'ego. - To najlepsza wiadomość w całym moim życiu!
Monty spojrzał na mnie z ulgą. Oczywiście, że się cieszyłam. Jasper, który zaczyna normalnie żyć i odnawia przyjaźń z Montym? Fantastycznie! Nie musi przecież rozmawiać ze mną! Nie musi mi przebaczać. Ważne, żeby zrozumiał, że Monty nie jest winien.
Już miałam spytać co u niego, kiedy drzwi do szpitala otworzyły się i ukazały dwójkę strażników, niosących zakrwawioną Ziemiankę na noszach. Podbiegłam do nich i wskazałam pierwsze wolne łóżko. Kątem oka zarejestrowałam ruch - Arthur wstał i podszedł do mnie. Zaczęłam wołać stażystów, oceniać stan dziewczyny i odwróciłam się, by wygonić Strażników, ale kiedy to zrobiłam, przez drzwi weszła jeszcze jedna osoba - też brudna i zakrwawiona, ale to prawdopodobnie nie była jego krew. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to...
- MURPHY?! - wykrzyknął Bellamy, wstrząśnięty. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam z jego ust tego dnia.

Venia