*Bellamy Blake*
- Musicie mnie puścić! Muszę im pomóc! - krzyknąłem po raz kolejny, jeszcze głośniej.
- Zamknij się wreszcie, Bell! - Octavia stała przede mną i trzymała mnie za ramiona. Pierwszy raz od bardzo dawna całkowicie ją zignorowałem, wyrywając się strażnikom, którzy mnie trzymali.
- Proszę cię, Bellamy, zachowaj spokój. To już trzecia próba ucieczki tego dnia - powiedziała doktor Griffin. - Jeżeli nie obchodzi cię, że dopiero trzy dni temu przeszedłeś operację, to pomyśl o pozostałych pacjentach, których straszysz.
- Przestanę, jeśli pozwolicie mi wyjść i im pomóc!
- Wiesz, jaka jest odpowiedź.
- O mój Boże, tu chodzi o CLARKE! Nie może pani...
- Myślisz, że mnie to nie obchodzi? To jest moja córka! Jestem jej MATKĄ! A ty kim jesteś? - spytała kobieta patrząc na mnie z wściekłością. Czyli wreszcie przegiąłem.
Nie wiedziałem jak odpowiedzieć na jej pytanie, więc milczałem.
- Jesteś rannym nastolatkiem, nabuzowanym od targającym nim emocji, który tylko by przeszkadzał w misji ratowniczej. Więc teraz pójdziesz do swojej sali i wreszcie dasz sobie odpocząć. Jeśli nie, dostaniesz kolejną porcję środków nasennych, których dozwolony limit już dawno przekroczyłeś.
Jej wściekłość, była podszyta smutkiem i troską o córkę, co widziałem w jej zmęczonych oczach. Chyba to spowodowało, że zrezygnowałem. Opuściłem zrezygnowany ramiona i pochyliłem głowę. Gdy to zobaczyła, dodała łagodniejszym tonem.
- Kiedy ją znajdą, od razu cię powiadomię. Będziesz pierwszym, który się dowie. A jeżeli nie znajdą jej, aż wyzdrowiejesz... - tu głos jej zadrżał. - sam wysuszysz na poszukiwania.
Strażnicy zaprowadzili mnie do mojego pokoju. Znajdowałem się w szpitalu w Mount Weather. Mój stan był na tyle poważny, że Raven, Miller i Jasper, którzy mnie znaleźli, od razu mnie tu zawieźli. Musieli mnie zszywać, a gdy się obudziłem obok mnie siedzieli Octavia, Lincoln i Gina, nie było jednak Clarke. Zaginęła. Porwali ją. A jeżeli zabili? Nie, to niemożliwe. Jeżeli tak, to ich znajdę w najciemniejszej dziurze, nie ukryją się, nigdy nie zaznają spokoju...
Za każdym razem, gdy przychodził ktoś w odwiedziny miałem nadzieję, że to ona. Za każdym kolejnym razem, czułem coraz większe rozczarowanie. Czy proszę o tak wiele? Chciałbym po prostu znowu zobaczyć jej jasną czuprynę. Jej niebieskie oczy. Jej uśmiech.
A jeżeli już nigdy jej nie zobaczę? Przecież jeszcze nie zdążyłem jej przerosić! Nie powiedziałem jej tylu rzeczy!
Gdy strażnicy zostawili mnie w mojej izolatce, zacząłem chodzić po pokoju, by rozładować jakoś napięcie. Octavia usiadła obok Lincolna na moim łóżku i z niepokojem śledziła moje ruchy. Gina siedziała niedaleko nich na krześle i też na mnie patrzyła. Nie zwracałem na nich uwagi.
Kiedy mnie wreszcie wypuszczą, od razu wyruszam. Biorę jeden z samochodów i ruszam. Przeszukam każdy zakątek tego cholernego lasu. Znajdę ją, nawet jeśli miałbym zapuścić się w sam środek siedziby Ziemian....
- Bell, przestań - po pewnym czasie odezwała się Octavia. Ledwo na nią zerknąłem. - Clarkę byłaby wkurzona twoim zachowaniem. Zachowujesz się, jakby była ośmiolatką. A to dorosła dziewczyna. Jestem pewna, że już sama poradziła sobie z tymi Ziemianami i wraca do obozu cała i zdrowa.
- Nie rozumiesz tego, O! - zatrzymałem się i spojrzałem na siostrę z udręką. - Nie było cię tam. Nie widziałaś tych Ziemian. Byli silni i ogromni. Zaskoczyli nas. Nie zdążyliśmy zareagować. A jeden rzucił Clarke o drzewo! Boże... - ukryłem twarz w dłoniach, przypominając sobie tą scenę. I jej krzyk, kiedy traciłem przytomność.
- To moja wina! Gdybym nie zemdlał jak jakiś cholerny mięczak, może udałoby mi się jej pomóc. Może kupiłbym jej trochę czasu, żeby uciekła....
- Ona nigdy nie zostawiłaby cię samego! Nie bądź głupi! To silna dziewczyna! Dlaczego nie wierzysz w jej umiejętności?
Jej słowa odebrały mi mowę.
- Oczywiście że wierzę!- krzyknąłem po dłuższej chwili. - Wiem, że jest silna i mądra i pomysłowa i że tyle razy uratowała zarówno siebie jak i nas wszystkich! Jest mądrzejsza ode mnie i gdyby nie ona już dawno bym nie żył!
- Wiec dlaczego tak cholernie się martwisz?
- Bo nie wiem czy żyje! Nie wiem czy jeszcze kiedyś ją zobaczę, dobra? A jeżeli nie? Byliśmy tak strasznie pokłóceni. Ja... powiedziałem coś, czego teraz żałuję, coś czego żałowałem już od dawna i nie zdążyłem jej przeprosić!... Jeżeli jej już nigdy nie spotkam, nie będę mógł jej powiedzieć, że mi przykro!
Octavia spojrzała na mnie ze współczuciem. Przepraszała mnie wzrokiem za swoje słowa. Zagotowałem się z gniewu, ale nie na siostrę, tylko na sobie. Za to, że powiedziałem Clarke, że ją nienawidzę. Za to, że pozwoliłem Ziemianinom na atak, że jej nie uratowałem i że już nie wiem co mam myśleć. Że moja głowa jest zawsze taka pełna splątanych myśli...
- Tęsknisz za nią - usłyszałem pierwszy raz od dawna głos Giny.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Oczywiście, że tak. To moja przyjaciółka.
- Nie - powiedziała z łagodnym, ale smutnym uśmiechem. - Ja jestem twoją przyjaciółką... i chce nią być do końca, także po tym co teraz zrobię.
Mimo zdziwienia, zacząłem rozumieć do czego zmierza.
- Gina, to nie jest najlepszy moment...
- To jest i d e a l n y moment- wstała i podeszła do mnie. - Wiem, kiedy odpuścić. Wiem też, kto potrafi cię uszczęśliwić. Nie jestem to ja.
- Gina, Clarke wcale... - zacząłem protestować, ale ona uciszyła mnie. W jej oczach błyszczały łzy, ale nie pozwoliła im wypłynąć.
- Nie przejmuj się, wiem co się dzieje. Zawsze wiedziałam... tylko nie chciałam się do tego przyznać, tak jak ty przed samym sobą - uśmiechnęła się jeszcze raz, tak strasznie smutno i wyminęła mnie.
Stałem oszołomiony. Czułem... pustkę. Spodziewałem się... rozpaczy? A był tylko smutek. Dlaczego ranię wszystkie ważne dla mnie osoby?
Potem doszło do mnie też zrozumienie decyzji Giny i... akceptacja.
Zerwanie z Giną trochę mnie ostudziło. Octavii udało się przekonać mnie do pójścia na stołówkę. Po posiłku ruszyłem zrezygnowany w stronę swojego pokoju, kiedy Octavia próbowała zabawić mnie rozmową. Nie szło jej dobrze. Co chwilę szturchała Lincolna, żeby też coś dorzucił, aż w końcu całkiem się wyłączyłem. Jeszcze tylko parę dni i pójdę po nią. Znajdę ją...
Szedłem ze spuszczoną głową i uniosłem ją dopiero, gdy usłyszałem cichy okrzyk Octavii. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Czyżby przypomniała sobie coś z naszej akcji w Mount Weather? Rozejrzałem się, gotów obronić ją przed każdym niebezpieczeństwem, kiedy zobaczyłem jasne loki wśród grupy Strażników. Poznałem Abby, która wypuściła kogoś z objęć. Krew w moich żyłach zatrzymała się na jedna długą chwilę, gdy ją rozpoznałem. Była brudna, zakrwawiona, ale w tamtej chwili nikt nie mógł dorównać jej pięknem. Miałem wrażenie, że zaraz się przewrócę z ulgi, jaką poczułem. Udało mi się ledwie wyszeptać jej imię, ale jakimś cudem mnie usłyszała. Podniosła na mnie wzrok, a ja poczułem się jak najszczęśliwszy chłopak na całej Ziemi.
*Clarke Griffin*
Usłyszałam swoje imię, wypowiedziane ledwo słyszalnym szeptem, a mimo to wiedziałam, że to Bellamy. Nie wiem kiedy zaczęłam, ale po chwili już biegłam w jego stronę, a on w moją. W jednej chwili pokonaliśmy dzielącą nas odległość.
Już po chwili byłam w jego objęciach. Siła, z jaką na niego wpadłam, była tak duża, że się zachwiał, ale zamiast upaść, zakręcił mną w powietrzu, po czym postawił mnie na ziemi, ale nie wypuszczał z objęć. Poczułam łzy na policzkach. Bellamy szeptał moje imię z taką samą ulgą i radością, jaką ja czułam. Szczęście rozpierało mnie od środka.
Wreszcie odsunęłam się od niego, by zbadać jego ranę. Niewiele myśląc, uniosłam jego koszulkę, by spojrzeć na ranę od noża, ale była zakryta bandażem. Czyli dobrze się nim zajęli. Potem zaczęłam badać jego twarz, szczególnie miejsce, gdzie został uderzony. Zauważyłam, ze on też uważnie obserwuje moje obrażania. Patrzył się na moje posiniaczone ręce, na moją poranioną twarz i zrozumiałam, ze muszę wyglądać okropnie.
-Skrzywdzili cię....- zaczął niskim głosem.
Zaczęłam szybko kręcić głową i chwyciłam jego dłonie.
- Nic mi nie jest, naprawdę - zapewniłam.
- Przepraszam za wszystko, nie powinienem był mówić, że cię nienawidzę....
- To ja przepraszam, za to wszystko co robiłam...
- Nie chciałem cię zrozumieć, a mogłem chociaż spróbować....
- Nie doceniałam twoich chęci i twojej troski....
Zaczęliśmy mówić przez siebie, a gdy zdaliśmy sobie z tego sprawę, umilkliśmy. Bellamy ujął moją twarz w swoje dłonie. Chciał chyba coś powiedzieć, ale tylko patrzył na mnie z zachwytem, jakbym to ja była ważniejsza. A przecież to jego potrzeby były najważniejsze.
- Tak się o ciebie bałam - wyszeptałam.
- A ja o ciebie. Nawet nie wiesz jak bardzo cię cieszę, że cię widzę.
Wiedziałam. Cieszył się pewnie równie mocno jak ja. Nic nie odpowiedziałam, tylko jeszcze raz objęłam go i uścisnęłam, a on odwzajemnił uścisk. Staliśmy tak, ciesząc się swoją obecnością, zapominając o całym świecie obok nas.
Venia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz