Przedzierałam się przez poszycie lasu, rozpaczliwie się rozglądając, ale nigdzie na znalazłam śladu Jaspera. To moja wina, to moja wina, to moja wina.
To przeze mnie Jasper się załamał. Gdy tylko Monty wpadł do szpitala szukając przyjaciela, kiedy wytłumaczył mi pospiesznie o co chodzi, poczułam uścisk w żołądku. Nagle zrobiło mi się zimno i zakręciło w głowie, ale udało mi się opanować na tyle, żeby móc pomóc w poszukiwaniach.
Powinnam była odejść. Mój widok musiał go jeszcze bardziej przygnębić. Musiał mnie nienawidzić coraz bardziej z każdym dniem. Co gorsza musiał też zacząć nienawidzić samego siebie.
Spokojnie, Clarke, to tylko fałszywy alarm. Jasper nie jest dzieckiem, nie zrobi sobie krzywdy. Po prostu poszedł się przejść.
Próbowałam sobie wmówić, że wszystko jest w porządku. Ale miałam naprawdę złe przeczucia.
Wyszłam na plażę nad jeziorem jako pierwsza. Moja artystyczna część umysłu zarejestrowała światło odbijające się od przejrzystej powierzchni jeziora, jego barwę, promienie słoneczne przechodzące przez liście drzew na przeciwnym brzegu.
Ale to tylko ta część mnie, która kochała malować. W tej chwili zdominowała mnie cześć martwiąca się o przyjaciół i od razu zaczęłam się rozglądać. Po chwili na plażę wyszli też inni, ale nadal nie było widać Jaspera. Zaczęła mnie ogarniać nadzieja. Może faktycznie za bardzo dramatyzowaliśmy? Może to był tylko fałszy...
- Tam! - usłyszałam krzyk Raven i odwróciłam się w jej stronę. Wskazywała ręką na jezioro, ale tam niczego nie było, tylko jakaś pływająca na powierzchni kłoda.
Zaraz, to wcale nie wyglądało na kłodę...
O BOŻE!!!
Zanim zdążyłam się w ogóle ruszyć, Bellamy, Kyle i Monty już wskoczyli do wody. Bellamy pierwszy dopłynął do Jaspera, póżniej Monty. Kyle zatrzymał się w pewnym momencie, pewnie dlatego, że jeszcze nie zdążył nauczyć się pływać. Pomógł chłopakom wyciągnąć na brzeg ciało i obrócić na plecy. Twarz Jaspera posiniała. Jeden z nich nachylił się, próbując poczuć oddech.
- Nie oddycha! - usłyszałam.
Rzuciłam się na kolana przy ciele Jaspera i odepchnęłam wszystkich.
Proszę tylko nie on.
Rozerwałam jego ubranie i zaczęłam uciskać jego klatkę piersiową. Jeden... dwa... trzy...
Nie może być moją kolejną ofiarą.
Piętnaście... szesnaście... siedemnaście...
Nie Jasper.
Dwadzieścia osiem... dwadzieścia dziewięć... trzydzieści...
Błagam, tylko nie on!
Odchyliłam jego głowę do tyłu, zatkałam nos i wykonałam dwa wdechy, potem zaczęłam od nowa uciskać jego klatkę...
Zabiję się, jeżeli Jasper zginie z mojej winy!
Trzydzieści uciśnięć... dwa oddechy...
Proszę!
Dziewiętnaście... dwadzieścia...
Nagle Jasper głośno zaczerpnął powietrza, a zaraz potem odwrócił się na bok i zaczął wypluwać wodę z płuc. Opanowała mnie tak wielka ulga, że myślałam, ze zaraz zemdleję. Wśród ogólnych westchnięć, zorientowałam się, że moje policzki są mokre. Zatem płakałam. Wciągnęłam powietrze, cała rozedrgana.
- Coś ty zrobiła?! - usłyszałam ochrypły głos.
Skupiłam wzrok z powrotem na nadal sinej twarzy Jaspera, którą wykrzywiał wściekły grymas.
- Uratowała ci życie, debilu - warknął Bellamy.
Nie zwróciłam na niego uwagi, cały czas patrząc na Jaspera i czując kolejną falę łez napływająca do moich oczu.
- Dlaczego? Nie chciałem tego! - zawołał, po czym odwrócił się do mnie. - Odebrałaś życie tylu osobom i myślałaś, że uratowanie mnie pomoże ci odpokutować swoje winy? - rzucił złośliwym tonem.
Przełknęłam gule w gardle, wstałam i odwróciłam się. Ledwo widząc, przez mgłę zalegającą moje oczy ruszyłam w stronę lasu. Usłyszałam odgłos uderzenia, okrzyk bólu i przekleństwa Bellamy'ego pod adresem Jaspera. Puściłam się szaleńczym biegiem. Słyszałam jak Bellamy krzyczy do reszty, żeby doprowadzili Jaspera do obozu.
Przyspieszyłam.
Wydawało mi się, że minęła ledwie sekunda, kiedy dotarłam do obozu. Dobiegłam do szpitala, mijając ludzi, odwracających się, by mi się przyjrzeć, ale nie zwracałam na nich uwagi. Dotarłam do szpitala, pustego o tej godzinie i dobiegłam do półki, w której trzymałam zapakowany i gotowy do drogi plecak. Chwyciłam kurtkę, którą zostawiłam obok niego. Od samego początku byłam gotowa na ucieczkę.
Odwróciłam się do drzwi, w tym samym czasie, w którym wpadł przez nie Bellamy.
- Clarke! - zatrzymał się w odległości dwóch metrów ode mnie, zagradzając mi drogę do wyjścia.
Przez chwile tylko lustrował mnie wzrokiem, domyślając się, co zamierzałam zrobić.
- Uciekasz - powiedział z niedowierzaniem.
Nie odpowiedziałam.
- Jasper jest kompletnym idiotą - powiedział. Zerknęłam na jego dłoń. Skóra na kostkach była rozerwana i sączyła się z nich krew. Więc uderzył Jaspera. - Powiedział to tylko dlatego, że przeżył szok.
- Powiedział tak, bo to prawda - odparłam cicho.
- Naprawdę w to wierzysz? Że uratowałaś go, bo chciałaś odpokutować?
Wzruszyłam ramionami. Wściekł się. Nie musiałam na niego patrzeć, by wyczuć, że atmosfera zgęstniała od tłumionego gniewu.
- Posłuchaj mnie bardzo uważnie - nie byłam w stanie spojrzeć mu w twarz, kiedy to mówił. - Zrobiłaś to, bo to twój przyjaciel. Bo ci na min zależy. Bo jesteś najlepszą i najbardziej troskliwą dziewczyną na Ziemi, która jest gotowa dla swoich przyjaciół zrobić dosłownie wszystko.
- Zabić - wtrąciłam.
Umilkł.
- Co czyni mnie jednocześnie potworem- dodałam.
- Nie...
- Ty tez uważałeś się za potwora. Dlaczego ja nie mogę?
- Bo ty nim nie jesteś!
- Zabiłam więcej ludzi od ciebie.
- Dlaczego chcesz się targować? Dlaczego zwalasz całą winę na siebie? Ja też ich zabiłem! Wiesz jak mnie boli, kiedy przejmujesz całą winę? - milczałam. - Gdyby nie ja, najprawdopodobniej nie byłabyś w stanie tego zrobić. Gdybym nie dał ci swojego przyzwolenia...
- No właśnie - potwierdziłam spokojnie, choć złość rozsadzała mnie od środka. Nienawidziłam, gdy prawił mi kazania.
Cofnął się o krok. Zaniemówił, a ja postanowiłam wykorzystać jego zdumienie do ucieczki, zaczęłam go wymijać. Już do minęłam, gdy gwałtownie odwrócił się i zatrzymał mnie w miejscu. Gotował się ze złości.
- Nie bądź idiotką, Clarke - odezwał się zimno. - Co da ci ucieczka? Wytłumacz mi. Myślisz, że to odgoni wyrzuty sumienia? Że przestaniesz o tym myśleć? Że to ci pomoże, bo nie będziesz musiała patrzeć na twarze osób, które uratowałaś?
Drwił ze mnie. Otwarcie ze mnie drwił. Wyrwałam się.
- Robię to dla Jaspera. Nie chcę by mój widok przypominał mu Mayę. Nie rozumiesz, że to ja spowodowałam, ze prawie się dzisiaj zabił?! Parę minut i byłoby po nim!
- Nie odpowiadasz za czyny Jaspera!
- Ale odpowiadam za swoje czyny!
- Spójrz na mnie - powiedział stalowym głosem. Nie posłuchałam. - Cholera, spójrz na mnie!
Uniosłam dumnie głowę.
- Spójrz mi w oczy i powiedź prawdę. Dlaczego sobie nie wybaczysz?
- Bo nie potrafię! - warknęłam.
- Nie kłam! Dlaczego sobie nie wybaczysz?
- Nie zasługuję na przebaczenie.
- Dlaczego?!
- Bo nie chcę! - wykrzyknęłam. - Nie chcę, jasne? Nie zasłużyłam na coś takiego jak wybaczenie po zabiciu tylu ludzi.
- Clarke - powiedział łagodniej, a jego oczy miały jakiś dziwny, czuły wyraz. - Każdy na to zasługuje.
- O co ci chodzi? Dlaczego nie chcesz mnie puścić? - odepchnęłam go.
- Jestem twoim przyjacielem.
- Przyjacielem, nie ochroniarzem. I co z tego? To nie uprawnia cię do zatrzymywania mnie w jednym miejscu. I co, przez cale moje życie będziesz mną kierował? Nie zauważyłeś, że nikt tego nie lubi? Twoja własna siostra tego nienawidzi, a co dopiero ja!
- Nie wtrącaj do tego Octavii - warknął.
- Ale taka prawda. Nie jest już dzieckiem. Nie potrzebuje twojej ochrony.
- Świetnie, że wyraziłaś swoje zdanie na ten temat, ale nie masz tu nic do gadania. Ty nie masz młodszej siostry i nie wiesz jak to jest.
- Dobrze, chcesz kontynuować nasza dyskusję? Oto pytanie: dlaczego ciągle zakazujesz mi odejść?
- Bo ja zostałem! - wybuchnął. Zaciskał ze złości pieści. był cały spięty, wydawał mi się wyższy, a jego twarz była podobna do twarzy na początku naszej znajomości. Zimnej i obcej. - Chciałem odejść i miałem do tego pełne prawo! Ale zostałem, bo uświadomiłaś mi, że ktoś mnie potrzebuję. Prosiłaś, żebym został i chociaż wtedy nieszczególnie cię lubiłem, zostałem i pomogłem ci! A teraz, kiedy jestem twoim przyjacielem i kiedy ja proszę ciebie, żebyś została, ty nie rozumiesz, że rolę się odwróciły. Nie widzisz, że ja zostałem, kiedy ty chcesz odejść!
Wiedziałam, że miał rację, ale jednocześnie byłam wściekła, że nie chciał zrozumieć mojego punktu widzenia. Egoistyczny dupek.
- Twoje słowa nic nie zmienią - powiedziałam chłodno. - Odejdę z twoją zgodą, czy bez niej. dla mnie to bez różnicy.
- Ach tak? I już po raz drugi spróbujesz odejść bez pożegnania? Nie powiesz matce, przyjaciołom i zwalisz na mnie odpowiedzialność?
- Po raz drugi? - odezwał się nowy głos, należący do mojej mamy. Musiała podsłuchiwać. - Kiedy był pierwszy raz?
- Zaraz po Mount Weather - odparł Bellamy, patrząc ponad moim ramieniem zapewne na mamę.
Spojrzałam na niego z nieskrywanym wyrzutem. Zdradził mnie. Taki świetny z niego przyjaciel.
- No co? - zapytał z udawaną słodyczą w głosie, kiedy przeniósł spojrzenie na mnie. - Oszczędziłem ci wymyślania kłamstw.
Zamachnęłam się i uderzyłam go z całej siły otwartą dłonią w twarz. Ręka piekła mnie, ale nie zwróciłam na to uwagi, tylko opuściłam ją wzdłuż ciała. Patrzyłam jak przez dobrą minute, Bellamy nie rusza się, tkwiąc w miejscu, z głową odwróconą na bok. Zostawiłam mu na policzku czerwony ślad. Gdy wreszcie się odwrócił, patrzył na mnie zimnym i pustym spojrzeniem, od którego mimowolnie przeszły mnie ciarki. Tak mógłby patrzeć na największego wroga... albo na obcą sobie osobę. Miałam wrażenie, że uważa mnie za jedno i drugie.
- Nie będę cię już do niczego zmuszał - zapowiedział oschle. - Chcesz jeszcze coś powiedzieć?
- Nienawidzę cię - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Milczał przez chwile, tylko na mnie patrząc, jakby analizując moje słowa.
- Ja ciebie też - odpowiedział w końcu, a ja mu uwierzyłam.
Wyminął mnie i wyszedł ze szpitala.
Nie spodziewałam się, że po takiej kłótni te trzy słowa tak mnie zabolą. Naprawdę go nienawidziłam. Czułam to każda komórką mojego ciała. Ale jednocześnie świadomość, że Bellamy mnie także nienawidzi, a mówił to jak najbardziej szczerze, sprawiła, że opadłam ze wszystkich sił. Kolana się pode mną ugięły i upadłam na podłogę, czując przejmujący ból w sercu. Miałam ochotę wcisnąć pięści w oczodoły, rwać włosy z głowy, rozdrapywać skórę paznokciami. Ale zamiast tego zakryłam dłońmi twarz i głośno zapłakałam.
Venia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz