piątek, 2 września 2016

Rozdział 7

*Raven Reyes*
Sinclair przydzielił mnie znowu do pracy z Wickiem. Dalej nie mogłam się zdecydować co do niego czuję. Podobało mi się jego poczucie humoru, chociaż często zachowywał się jak ośmiolatek. Nie mogłam zaprzeczyć, że był przystojny. Ale mimo to nadal pamiętałam Finna. Zresztą przez całe życie miałam tylko jednego chłopaka i to takiego, którego znałam od dzieciństwa. Pewnie dlatego czułam się tak niepewnie i wszystko wydawało się takie nowe i odmienne.
- Raven, tu powinien znajdować się główny zawór - odezwał się Wick.
Właśnie pracowaliśmy nad prysznicami. Mieliśmy podłączyć rury, tak by łączyły jezioro z Obozem Jaha... to znaczy z Arkadią. To Wick, jako inżynier, przygotował plany, a ja musiałam wykonać całą robotę. Taka już rola mechanika.
- Tak, wiem - odparłam, przykręcając jedną część rury do drugiej.
- Więc dlaczego go tu nie ma? - dopytywał się, zaglądając przez moje ramię. Miałam ochotę zdzielić go kluczem po głowie.
- Bo zmieniłam jego położenie. Będzie bliżej samych pryszniców - wzruszyłam ramionami.
- Co? - nie musiałam podnosić głowy, by wiedzieć, że jest oburzony. - A wykonałaś wszystkie obliczenia? Nie można tak po prostu zmieniać położenia głównego zaworu!
- Za kogo mnie masz? - zapytałam, marszcząc brwi. - Oczywiście, że wszystko obliczyłam.
- Ale to nie jest zadanie mechanika, tylko inżyniera!
Spojrzałam na niego przez ramię.
- A od kiedy zadaniem inżyniera jest rozpraszanie mechanika przy pracy?
- To ty nie chciałaś żebym ci pomógł - zauważył.
- Bo to też nie jest zadanie inżyniera.
- Ale nie możesz się przemęczać. Dopiero co wyszłaś ze szpitala.
Odwróciłam się w jego stronę i posłałam mu groźne spojrzenie.
- Jeszcze jedno słowo a poproszę Sinclaira, żeby nie przydzielał nam wspólnych zadań - zagroziłam, co zamknęło mu usta, chociaż nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. - Jeżeli chcesz pomoc, zajmij się przykręcaniem tych rur, żebyśmy mogli pójść na przerwę.
Zadowolona z wygranej potyczki wróciłam do pracy.
 Z trudem opanowałam okrzyk bólu. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu czułam przejmujący ból promieniujący z kręgosłupa do biodra. Zaczęło się po wybuchu w tamie. Możliwe też, że spotęgowały go eksperymenty Ludzi z Góry. Miałam dość siedzenia w szpitalu, dlatego skłamałam, że już wyzdrowiałam. Miałam nadzieję, że praca pomoże i zlikwiduje ból, albo przynajmniej zajmie mój umysł, na tyle, żebym mogła o nim zapomnieć. Ale było całkiem na odwrót. Zaczynałam nienawidzić Ziemi. Nienawidziłam swojego życia. Bo z czego miałam się cieszyć? Gdy ledwo udało mi się dostać na Ziemię, okazało się, że Finn, chłopak dla którego prawie się zabiłam, zdążył zakochać się w innej. Przez tą miłość i pobyt na Ziemi oszalał. Najlepszy człowiek jakiego znałam zabił osiemnaście osób. Potem zginął na moich oczach, a ja nie miałam nawet szansy się z nim pożegnać. O czymś zapomniałam? A tak: Murphy postrzelił mnie, przez co straciłam czucie w lewej nodze.  Do tego dochodzi ból po wybuchu. Więc wybaczcie ludzie, że mam zły humor!
Otrząsnęłam się z zamyślenia, kiedy Wick oznajmił, że czas na przerwę. Ruszyliśmy do jadalni i usiedliśmy przy pierwszym wolnym stoliku. Zauważyłam Bellamy'ego, który wszedł do pomieszczenia, trzymając za rękę Ginę. Bellamy zawsze był gburowaty, dlatego nieźle się zdziwiłam, kiedy dwa dni temu zobaczyłam, że całuję się z najbardziej pozytywną dziewczyną w całej Arkadii. Jednocześnie pomyślałam, że gdyby Clarke to zobaczyła, prawdopodobnie już nigdy nie wyszłaby ze szpitala.
Oczywiście Asher musiał jej wszystko wygadać przy ognisku. Na pierwszy rzut oka wyglądało jakby jej to nie obchodziło, a jednak ledwo dostrzegalnie skuliła się w sobie. Wiedziałam jak to jest mieć świadomość, że chłopak, na którym ci zależy, woli inną. Chociaż to była trochę inna sytuacja - oboje, Clarke i Bellamy, zdawali się nie mieć pojęcia, co tak naprawdę do siebie czują, chociaż wszyscy wokoło to widzieli.
Moje myśli powędrowały w stronę późniejszej rozmowy Clarke z Lincolnem. Clarke spytała się Ziemianina o znaczenie słowa "Wanheda".
- Komandor Śmierci - odparł chłopak.
- Co to oznacza? - zapytała Clarke.
- To musi być tytuł. Czasem nadajemy podobne tytuły osobom, które czymś zasłynęły, ale nie wiem kim może być Wanheda. Nie mam już wstępu do wiosek i miast Ziemian. Nie znam najnowszych wiadomości.
Clarke wytłumaczyła nam, dlaczego o to pytała, a ja miałam przeczucie, że to ważna wiadomość. Że za niedługo będziemy często słyszeć o Wanhedzie.
- Widzieliście Jaspera? - uniosłam głowę i zauważyłam zaniepokojoną twarz Monty'ego.
- Nie ma go tu? - zapytałam zdziwiona i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rzeczywiście, chłopak, który przez ostatni miesiąc codziennie przesiadywał w jadalni, często leżąc pijany na podłodze, zniknął.
- Szukałem go już na zewnątrz, ale nie ma go tam - Monty wydawał się nieźle przestraszony, a jego niepokój zaczął mi się udzielać.
Co mogło przyjść do głowy niestabilnemu emocjonalnie nastolatkowi, dodatkowo pijanemu? Zresztą, cholera, to był JASPER! Kto mógł wiedzieć, co wymyślił?
Wstałam.
- Pomożemy ci szukać.
- Kogo? - usłyszałam głos Bellamy'ego za plecami.
- Jaspera - odparł za mnie Wick.
- Kiedy ostatni raz go widzieliście? - zapytał Bellamy.
- Wczoraj wieczorem, ale rano już go tu nie było - powiedział Monty, a ja potwierdziłam.
- Musimy się podzielić. Trzeba przeszukać każdy kawałeczek tego wraku, żeby zacząć szukać na zewnątrz.
Tak też zrobiliśmy. Szukałam w każdym, nawet najmniej prawdopodobnym miejscu, jednak nie znalazłam ani śladu Jaspera. Zaczęłam się coraz bardziej denerwować, ale wciąż miałam nadzieję, że ktoś inny go znalazł. Gdy spotkaliśmy się w jadalni ponownie, nadzieja mnie opuściła, gdy tylko zobaczyłam przestraszone twarze towarzyszy. Ale chyba najbardziej przerażoną, była Clarke, która musiała w pewnym momencie dołączyć do poszukiwań.
- Musimy komuś powiedzieć - powiedział Wick.
Kiwnęliśmy głowami, ale w tym samym momencie podszedł do nas Asher.
- Hejka, wiecie co z Jasperem? - zapytał. - Nieźle się zdziwiłem, kiedy gadał dzisiaj ze mną.
- Dzisiaj? - zapytał Monty z niedowierzaniem.
- Tak - potwierdził Asher. - Co ciekawsze był  t r z e ź w y!  Ale mimo to gadał od rzeczy.
- Co mówił? - dopytywał się Bellamy, chcąc przyspieszyć wypowiedź Ashera.
- Coś o jeziorze. Pytał się czy wiem jak jest daleko. Kiedy spytałam, czy chce się wykąpać, odparł, że nie. To samo odpowiedział, gdy zapytałem, czy chce się przejść. A gdy stwierdziłem, że chyba potrzebuje towarzystwa, uciekł. Po prostu odwrócił się i uciekł bez słowa.
- Pytał o jezioro? - powtórzył Bellamy, ale nie oczekiwał odpowiedzi, myśląc nad czymś.
- Musimy tam iść - wtrącił szybko Monty.- Nie możemy zignorować czegoś takiego.
- Tak - potwierdził Bellamy, wczuwając się w rolę przywódcy. - Asher, zostań w obozie. Gdybyś zobaczył Jaspera, zatrzymaj go w Arkadii. Nie pozwól mu odejść. Powiedz to wszystkim z Setki, dobra? - gdy chłopak potwierdził, zwrócił się w nasza stronę. - My pójdziemy nad jezioro. Każdy idzie osobno w pewnej odległości od siebie, żeby zwiększyć obszar poszukiwań. Krzyczymy, kiedy go znajdziemy.
Potwierdziliśmy, że rozumiemy.
- Dobra, ruszamy.

Hej!
Rok szkolny się zaczął, wiec chce Was uprzedzić, że rozdziały będą teraz krótsze i dodawane w większych odstępach czasu. :) Nie wiem kiedy uda mi się dodać kolejny rozdział, ale postaram sie zrobić to jak najszybciej :D
Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz