poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 6

Osiemnastego dnia po  Mount Weather Kane wrócił z Polis, stolicy Ziemian. Mama odzyskała pełnię sił i teraz dzieliła czas miedzy szpitalem, a zadaniami kanclerza, wiec nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby akurat nie zajmowała się chorymi.  Ale to tylko i wyłącznie moja wina, bo znowu nie wychodziłam ze szpitala. Nawet udało mi się przekonać Jacksona, żeby przynosił mi posiłki, kiedy mama nie patrzyła. Coraz bardziej zaczynałam go lubić- mimo że naprawdę szanował moją matkę, to miał swój własny rozum.
- W południe odbędzie się spotkanie rady. Kane przekaże nam wszystko co udało mu się ustalić - usłyszałam głos mamy, kiedy sprawdzałam rany Harper, które już całkowicie się zagoiły. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mama mówiła do mnie.
- Więc udało mu się osiągnąć porozumienie z Ziemianami - to było raczej stwierdzenie faktu niż pytanie, ale mama i tak potwierdziła.
Uśmiechnęłam się do Harper, która odpowiedziała tym samym. Wyglądała znacznie lepiej i nie mogła się doczekać wypisania ze szpitala. Odsunęłam się od jej łóżka i odwróciłam, natrafiając na ciężkie spojrzenie mamy.
- Myślę, że powinnaś pójść na nie ze mną - powiedziała przyciszonym głosem.
- Po co? Nie ja jestem kanclerzem. Nie należę do Rady - odparłam również szeptem.
- Clarke, dlaczego tak wszystko utrudniasz? - spytała z wyrzutem. Wzruszyłam ramionami. - Nie tylko ty jesteś zaproszona. Bellamy i parę innych osób też przyjdzie. Ty powinnaś pójść jako reprezentantka Setki. To ciebie słuchają.
- Skoro Bellamy idzie, to ja już nie muszę.
Mama chwyciła mnie pod ramię i wyciągnęła ze szpitala na korytarz, wyraźnie wkurzona. Nie miałam siły się sprzeciwiać. Przez ostatni tydzień spałam najwyżej przez trzy godziny dziennie.
- Clarke - obróciła mnie twarzą do siebie i chwyciła za oba ramiona. Czułam się jak ośmiolatka, mimo że byłam jej wzrostu. - Myślałam, że ci przejdzie, ale minęły dwa tygodnie, a ty prawie w ogóle nie wychodzisz ze szpitala. Pracujesz tu, śpisz, nawet jesz...
Zatem Jackson jednak mnie wydał! Najwyraźniej źle go oceniłam...
- Unikasz ludzi, nawet przyjaciół. Nie możesz tak żyć. Musisz sobie wreszcie wybaczyć!
Ha. Dobre. Jakbym potrafiła.
- Jeżeli nie przestaniesz, usunę cie ze szpitala.
- Co?! - chyba się przesłyszałam. - Nie możesz!
Spojrzała na mnie z powagą.
- Jako twoja matka, przełożona szpitala i  k a n c l e r z  mam pełne prawo przenieść cię. I zrobię to, jeżeli nie zaczniesz z powrotem panować nad swoim życiem. Mnie odpychasz i nie chcesz mojej pomocy, ale nie możesz tego robić przyjaciołom. Dlatego jeżeli się nie zmienisz, przeniosę cię do kuchni, albo do sektora rolniczego, gdzie jest znacznie więcej ludzi. Musisz zmierzyć się ze swoimi lękami.
Genialnie. Własna matka chce mnie zabić. I jakby nie zdawała sobie sprawy, że taka zmiana prawdopodobnie mnie zniszczy. Że wyrzuty sumienia w końcu mnie pogrążą, bo nie jestem w stanie się ich pozbyć.
- Tu nie chodzi o to, że nie potrafisz sobie wybaczyć, Clarke. Tu chodzi o to, że nie chcesz - odezwała się, jakby czytała mi w myślach.

Poszłam na spotkanie. Oczywiście, że poszłam. Nie zamierzałam pozwolić sobie na przeniesienie. I tak dzisiejszego popołudnia wypisaliśmy większość pacjentów, przez co pracy będzie teraz zdecydowanie mniej. Postanowiłam też chodzić do jadalni na posiłki. To musi mamie wystarczyć.
Spotkanie trwało trzy godziny. Na początek przedstawiciele rady przedstawiali pani kanclerz raporty, co zajęło pół godziny i dopiero potem głos zabrał Kane. Mama na wyjazd do Polis udzieliła mu swojej władzy, tak że mógł wszystko zatwierdzić, jakby sam był kanclerzem. Na początku mówił o przydzielonej nam ziemi wokół obozu. Mogliśmy wreszcie zająć się rolnictwem, a Ziemianie mieli nam w tym pomóc. Potem o sposobie handlowania z Ziemianami. Rada poruszała wiele innych tematów, zadawała masę pytań, a Kane udzielał odpowiedzi. Przez większość czasu uważałam na ich słowa, jednak pod koniec zaczęłam odczuwał zmęczenie. Zerknęłam na Bellamy'ego. Siedział z założonymi rekami i poważną miną, ale wiedziałam, że słucha uważnie. Jak zwykle nieufny. pomyślałam.
Kiedy Kane opisał już wszystkie założenie umowy, w tym to o wzajemnym wsparciu i traktowaniu się jak sojuszników, mama zadała pytanie, które wszystkich nas gnębiło.
- Podczas obrad, czy coś cię zaniepokoiło? Jakaś nieścisłość, coś o czym nie chcieli rozmawiać?
Kane zastanawiał się przez chwilę.
- Ich komandor starała się wszystkiego dopilnować. Ja sam też. Wydaje mi się, że wszystkie ważne punkty omówiliśmy i podjęliśmy wobec nich postanowienia. Za dwa miesiące znowu mamy się spotkać, by sprawdzić czy wszystko funkcjonuje jak należy.
- Czyli wszystko było w porządku?
Kane zmarszczył brwi.
- Kilkakrotnie przywódcy klanów zadawali jakieś pytania w ich języku, które komandor od razu uciszała, nie udzielając odpowiedzi. Nie chciała po spotkaniu o tym mówić.
- Jakie to były pytania?
- Nie potrafię powtórzyć. Ale za każdym razem powtarzało się jedno słowo. Wydaje mi się, że brzmiało Wanheda.
- "Heda" w ich języku oznacza komandor - wyrwało mi się. Wszyscy na mnie spojrzeli.
- A "wanheda"?  - spytał jeden z radnych.
Pokręciłam głową.
- Trzeba spytać Lincolna - wtrącił Bellamy.
Radni pokiwali głową.
- Komandor mówiła, że chodzi o ich wierzenia. Że nie warto się tym przejmować.
Zapadła cisza, podczas której każdy przetrawiał tą wiadomość.
- Pani kanclerz? - odezwał się wreszcie jeden z radnych. - Powinniśmy zagłosować w sprawie nazwy obozu, skoro radny Kane już wrócił.
- Dobrze - odezwała się mama. - Na ostatnim posiedzeniu rozważaliśmy zmianę nazwy obozu. - zaczęła tłumaczyć Kane'owi. - Mimo, że kanclerz Jaha po naszym powrocie na Ziemie stał się bohaterem, gdy pojawił się w obozie nazwanym jago nazwiskiem, doprowadziło to do niezręcznych sytuacji. Kiedy zniknął, biorąc ze sobą paru ludzi, reszta społeczeństwa zaczęła nieprzychylnie patrzeć na jego zachowanie. Dlatego postanowiliśmy zmienić nazwę  na bliżej związaną z naszą historią - przerwała na chwilę, by po chwili podjąć. - Kto zgadza się na zmianę nazwy obozu z "Obozu Jaha"  na "Arkadię"?
Wszyscy radni jednogłośnie podnieśli ręce do góry.
Na tym zakończyło się posiedzenie.
Od razu skierowałam się w stronę jadalni. Trudno uwierzyć, że zwykłe siedzenie i słuchanie potrafi tak bardzo zwiększyć apetyt.
Spotkałam tam Millera i parę innych osób z Setki, którzy siedzieli przy jednym stole. Zaczęli mnie wołać i zapraszać do siebie, więc usiadłam razem z nimi. Ich radosne żarty i przekomarzania podniosły mnie trochę na duchu - jak się okazało nie wszyscy się zmienili.
- Nie widzieliśmy cię przy kapsule - zwrócił się do mnie w pewnym momencie Miller.
Zdziwiona uniosłam brwi.
- Tak szybko się nami znudziłaś? - zapytał Asher z szelmowskim uśmiechem.
- Zamknij się, stary - odparł Miller. - Księżniczka miała prawo od nas odpocząć.
- To raczej niemożliwe - mruknęłam.
Asher wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Podobno byłaś na spotkaniu rady - szepnęła jedna z dziewczyn, chyba Criss.
- Ale tylko jako widz - odparłam szybko.
- Dowiedziałaś się czegoś? - spytał Miller.
Wiedziałam, że mama zamierza ogłosić spotkanie dla wszystkich i ogłosić publicznie wieści, ale nie mogłam się powstrzymać i powtórzyłam im prawie wszystko co usłyszałam.
Przez chwile jeszcze rozmawialiśmy, ale gdy zaczęli się rozchodzić, by wykonać codzienne obowiązki, sama także wstałam. Dowiedziałam się, że każdy dostał jakąś pracę i że zawsze mieli coś do roboty, dzięki czemu się nie nudzili. Cieszyłam się tym, choć wiedziałam, że są uważnie obserwowani przez strażników. Nawet nie podejrzewałam, że takie spotkanie może mi poprawić humor.

Przez dwa kolejne dni nie dawało mi spokoju jedno zdanie wypowiedziane przez Millera. "Nie widzieliśmy cię przy kapsule"? Co to miało znaczyć? Czy oni także przychodzili do naszego starego obozu? A może nie o to mu chodziło? Ale w takim razie o co?
W końcu drugiego dnia wieczorem ciekawość zwyciężyła.
- Mamo, mogę już skończyć? - spytałam, myjąc ręce i ściągając fartuch. - Chciałabym się jeszcze gdzieś przejść.
Mama wyglądała na szczerze zaskoczoną, że ją o to proszę, ale od razu się zgodziła. Zresztą po wypisaniu pacjentów nie było wiele pracy.
Zaglądnęłam jeszcze do swojego pokoju i zabrałam kurtkę, którą dostałam przed wysłaniem na Ziemię. Dawno jej nie ubierałam. Spieszyłam się do kapsuły, chcąc tylko zobaczyć czy ktoś tam będzie. Jeżeli tak, to moje podejrzenia się sprawdzą. A jeżeli będzie pusta, wrócę do Arkadii i zajmę się tym czym zawsze- uciekaniem przed myślami.
Już zbliżając się do starego obozowiska, usłyszałam głosy. Dużo głosów. Nagle wyszłam z lasu i mijając bramę, wyszłam na polanę. Zamurowało mnie. To nie było parę osób. To była Setka. Ponad pięćdziesiąt osób, które przeżyły Ziemian i Mount Weather. Stojąc w grupkach rozpalali ogniska, rozmawiali i śmiali się, popychając się i przekomarzając. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Niektórzy już mnie zauważyli, w tym Monty, który zaczął do mnie machać. Skierowałam się w jego stronę, witając się z napotkanymi osobami. Uścisnęłam Monty'ego i rozejrzałam się. W grupce, do której dołączyłam stali, oprócz Monty'ego, Raven, Kyle, Miller, Harper, Asher i paru innych, których mniej znałam. Przywitałam się z wszystkimi.
- Wreszcie księżniczka zaszczyciła nas swoim towarzystwem - powiedział Asher żartobliwym tonem.
 - Uważaj, bo księżniczka cię zamknie za takie gadanie - odparowała Harper. Chwilę potem zwróciła się do mnie. - Błagam, zrób to. Tak trudno z nim wytrzymać.
- Jak i z tobą - dorzucił Miller.
- Dwóch na jedną? Niezbyt to sprawiedliwe - tym razem odezwała się Raven.
- Jak chcesz to możesz się dołączyć - odparł Asher.
- Dobrze wiecie że w porachunku ze mną nie macie żadnych szans - Raven założyła ręce na piersi i spojrzała na nich wyzywająco.
- Może spytamy co o tym sądzi Wick? - zapytał Miller.
Kyle już kręcił głową.
- Stary, ona jest mądrzejsza od was dwóch razem wziętych. Już przegraliście.
- No nie, jego też przeciągnęłaś na swoją stronę?
Słyszałam całą rozmowę, ale skupiłam się na Montym, który tłumaczył mi co tak właściwie robi tu Setka. Okazało się, że to sprawka Bellamy'ego. Po prostu rozmawiał z paroma osobami i przekonał ich, że kapsuła jest najlepszym miejscem na poprawę humoru. Wieść szybko rozniosła się wśród Setki - i tak od siedmiu dni wieczorami przybywa coraz więcej osób. Podobno następnego dnia Criss i jeden chłopak zajmujący się magazynowaniem starych przedmiotów i urządzeń z Arki mieli przynieść prawdziwy rzutnik i puścić jakiś film z archiwum. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
Postanowiłam przejść się i pogadać z innymi osobami. Chodziłam od jednej grupki do drugiej i dowiadywałam się czym kto się zajmuje. W końcu udało mi się zamienić słowa z każdym nastolatkiem. Gdy to zrobiłam wróciłam do pierwszej grupki, gdzie Miller i Asher kłócili się o nazwę "Setka".
- Skoro jest nas teraz prawie pięćdziesiąt, a nie  s t o  to nie powinniśmy nazywać się Setką - twierdził Asher.
- I co, mamy się nazywać Połowa z Setki? - zapytał z niedowierzaniem Miller.
- Nie, idioto, Pięćdziesiątka!
- Lepiej brzmi Setka.
- Ale nie odnosi się do prawdziwej liczby ludzi!
- Ale lepiej brzmi.
- Ale z ciebie prymityw.
- I kto to mówi?
Usiadłam miedzy Raven a Harper i przysłuchiwałam się rozmowie. Jakim cudem blisko pięćdziesiąt osób zdołało się tu przekraść i nikt tego nie zauważył? I jak wracali? Przecież musieli gdzieś spać.
Spytałam o to Raven.
- Każdy, kto chce, może rozłożyć sobie hamak w kapsule. A rano pójść zająć się swoimi obowiązkami - odparła wzruszając ramionami.
- Gdzie ten Bellamy? - usłyszałam czyjś głos. Nie zrozumiałam odpowiedzi.
Wcześniej obeszłam cały obóz i nie zauważyłam go. Gdzie on się podziewa? Już miałam wstać i pójść go szukać, ale przypomniałam sobie o Ginie. Mimowolnie opuściłam ramiona. Nie moja sprawa gdzie chodzi.
Rozmowa toczyła się dalej, ale przerwało ją pojawienie się nikogo innego, tylko Bellamy'ego, Octavii i Lincolna. Nieśli ze sobą upolowanego jelenia. Czyli poszli na polowanie. Poczułam, że ucisk w moim brzuchu rozluźnia się. Trójka, gdy tylko odstawiła zdobycz, by zajęli się nią inni, podeszła do naszej grupki.
- Większego nie było? - zagadnął Asher. Naprawdę jemu powinno zakazać się odzywać.
- Następnym razem to ty pójdziesz na polowanie - odparła Octavia. - I jestem ciekawa czy wyjdziesz z tego cało.
Bellamy usiadł koło mnie i oparł się o pień pobliskiego drzewa.
- Wreszcie przyszłaś - mruknął. - Już myślałem, że nigdy się nie zjawisz.
- A niby skąd miałam wiedzieć, że tu się spotykacie?
- Gdybyś częściej wychodziła ze szpitala...
- Tylko nie powtarzaj słów mojej mamy!- przerwałam mu.
O dziwo, zamknął usta. Wyczuwałam dziwne napięcie miedzy nami. W pewnym momencie miałam ochotę się od niego odsunąć, ale coś mnie powstrzymało.
- Ciesze się, że tu ich sprowadziłeś - odezwałam się i zerknęłam na niego. - To uspokajający widok.
Kiwnął głowa i także na mnie spojrzał.  Przez chwile nic nie mówił.
- Chciałem cię przeprosić, za to co powiedziałem wcześniej. Wiem, że nie powinienem ci rozkazywać jak rozkazuję O - wskazał głową swoją siostrę. - Nie mam prawa.
- Czekaj, czy ty mnie własnie przeprosiłeś? - zapytałam żartobliwie, a on, mogę przysiąc, uniósł koniuszek ust.
- Nie proś, żebym powtarzał. To nie w mojej naturze.
Uśmiechnęłam się leciutko, ale za chwile spoważniałam.
- To ja powinnam cię przeprosić. Miałeś rację. I nie rozkazywałeś mi, tylko dobrze radziłeś.
Przyjął moje przeprosiny i po chwili siedzieliśmy obok siebie w ciszy, ale tym razem nie była niezręczna.
- Bell! - w pewnym momencie Octavia zawołała brata, wyrywając nas z zamyślenia. - Ludzie chcą zacząć lekcje.
Bellamy podniósł się.
- Lekcję? - zapytałam odruchowo.
Spojrzał na mnie.
- Chodź i sama zobacz. - odparł.
Ruszył na środek obozu, gdzie było sporo wolnego miejsca. Wokół zbierała się Setka, siadając na ziemi w okręgu. Potem Lincoln i Bellamy weszli na środek. Lincoln zaczął tłumaczyć i pokazywać na Bellamym różne chwyty.
Lekcja samoobrony. uświadomiłam sobie.
Po tym jak chłopcy zademonstrowali na sobie, kazali dobrać się w pary i ćwiczyć. Oni sami chodzili i poprawiali błędy. W końcu Octavia zauważyła, że ja, tak jak parę innych osób w tym Raven, czy Harper nie ćwiczymy.  Zawołała brata, który podszedł do mnie i siłą mnie podniósł.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, Bellamy - zaczęłam. - Wiesz, że tego nie lubię.
- Czyżby, księżniczka bała się, że przegra? - zapytał, przekrzywiając głowę.
Prychnęłam.
- Nigdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz