wtorek, 16 sierpnia 2016

Rozdział 4

Dzięki pomocy Bellamy'ego udało mi się przespać parę godzin (choć możliwe, że tylko i wyłącznie z powodu skrajnego wyczerpania), ale po pewnym czasie znów zaczęłam śnić. Mimo że się starałam, nie mogłam się obudzić, więc widziałam twarze i słyszałam krzyki moich ofiar. Trupie ręce szarpały mnie, dusiły, zadawały taki sam ból jaki one czuły. W pewnym momencie miałam wrażenie, ze spadam i już miałam zderzyć się z ziemią, kiedy dłoń Bellamy'ego wyrwała mnie ze snu.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam. Przed krótką chwilę byłam zdezorientowana i nie wiedziałam, gdzie jestem, ale w końcu rozpoznałam znajome ściany kapsuły. Nadal było ciemno i musiałam przyzwyczaić oczy do ciemności. Byłam cała spocona i rozedrgana, czułam przejmującą suchość w gardle, jak zwykle po niespokojnej nocy. Bellamy podał mi butelkę wody i po przełknięciu paru łyków, uspokoiłam się na tyle, by zacząć jasno myśleć.
- Nie chciałem cię budzić, ale strasznie się rzucałaś- wyjaśnił cicho.
Zdałam sobie sprawę, że Bellamy nie spał przez prawie całą noc, pilnując mnie.
- Teraz twoja kolej - powiedziałam i wstałam, robiąc mu miejsce  na posłaniu. Przeciągnęłam się i ruszyłam w stronę drzwi.
- Nie chcesz dalej spać? - zdziwił się.
Zamiast odpowiedzi posłałam mu porozumiewawcze spojrzenie. Jak zawsze, zrozumiał od razu. Kiedy on układał się do snu, ja usiadłam przed wejściem, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam rękami nogi. Zamknęłam oczy i wyciszyłam wszystkie myśli. Stawałam się w tym naprawdę dobra.
Niebo zaczęło już jaśnieć, kiedy ruch w kapsule obudził mnie z odrętwienia. Zajrzałam do środka i od razu poznałam, że Bellamy ma koszmar. Oczywiście, że nie tylko ja je miałam. Usiadłam niedaleko posłania i miałam nadzieję, że moja bliskość jakoś pomoże chłopakowi. Kiedy koszmar nie ustępował, nie mogłam już dłużej na to patrzeć i potrząsnęłam ramieniem Bellamy'ego, próbując go zbudzić. Nagle otworzył oczy, przesiąknięte przerażeniem. Przez to jego twarz wydawała się młodsza, wręcz chłopięca. Ale chwile potem jego rysy wyostrzyły się i znów wyglądał jak znany mi Bellamy.
Usiadł i przez chwilę nic nie mówiliśmy. Trwaliśmy w ciszy przesiąkniętej naszym strachem i poczuciem winy. Nie mogłam już tego znieść, więc odezwałam się i zaczęłam mówić o sprawie, która nie dawała mi spokoju.
- Lexa chce przedłużyć rozejm miedzy nami a Ziemianami.
- Co chce zrobić?! - Bellamy spojrzał na mnie z szokiem na twarzy. - Przecież sama nas zdradziła!
- Wiem - powiedziałam ze złością. - Ale moja mama wysyła Kane'a, żeby dyskutował o warunkach umowy. Mówi, że robi to co uważa za najlepsze dla naszych ludzi.
- Gdyby nie to, że straciłem zaufanie do Lexy, powiedziałbym, że to rozsądne - zastanowił się przez chwilę. - Chociaż nie, chyba nigdy jej nie ufałem.
Zacisnęłam pięści.
- Najgorsze jest to, że takie postępowanie faktycznie jest rozsądne - rzuciłam. - Dzięki temu możemy uniknąć kolejnej wojny i zająć się gospodarowaniem. Jak na złość rozumiem, dlaczego Lexa nas zdradziła. Przywódca robi to co najlepsze dla jego ludzi -zacytowałam. - Ja pewnie też bym to zrobiła na miejscu Lexy.
Bellamy pokręcił głową.
- Nie - powiedział stanowczo. - Ty nigdy nie układałabyś się z wrogiem, zdradzając sprzymierzeńców, by pomóc przyjaciołom. Wymyśliłabyś inne wyjście. Oboje wiemy, że nie byłabyś zdolna nikogo zdradzić.
- Kiedyś też tak myślałam - mruknęłam. - Ale wtedy nie wiedziałam, że będę zdolna zabić tyle ludzi.
Bellamy spojrzał na mnie tym swoim twardym spojrzeniem. Było na tyle jasno, że mogłam bez trudu przyjrzeć się jego twarzy. Dzisiaj była poważna, bez śladu dziwnego uśmiechu. Nie, żeby uśmiech mu nie pasował, ale tamten nie wydawał się szczery. A może po prostu byłam przyzwyczajona do gniewnej wersji Bellamy'ego na tyle, że każda inna wydawała się niewłaściwa.
- W każdym razie złości mnie fakt, że Lexa uważa sprawę za skończoną.- odezwałam się.-Przynajmniej ja nie odzyskałam do niej zaufania w ciągu jedenastu dni.
- Skoro potrafiła zdradzić nas raz, to może to zrobić po raz kolejny - dokończył Bellamy.
Wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia i nic więcej nie powiedzieliśmy na ten temat. Po pewnym czasie wstało słońce i zaczęliśmy zbierać się do powrotu do obozu. Okazało się, że Bellamy nie wymykał się w ten sam sposób co ja - po prostu wychodził przez bramę, dzięki temu, że Miller, jeden z Setki, zapisał się do strażników i przez najbliższy czas miał nocną wartę. Później miało się to zmienić, ale Bellamy wierzył, że coś wymyśli. Kiedy poznał mój sposób na ucieczkę z obozu, jakby się odprężył, ale ja nadal zamierzałam zgłosić usterkę Sinclairowi.
Szybko przedostaliśmy się przez las i dotarliśmy do bramy. Miller pomachał nam ze strażnicy i otworzył bramę. Jednocześnie skierowaliśmy się w stronę jadalni i zamówiliśmy dwie porcje jedzenia, po czym usiedliśmy przy jednym ze stolików. Jadalnia, mimo wczesnej pory, już zapełniała się ludźmi. Miałam ochotę uciec z pomieszczenia i schować się w jakimś ustronnym miejscu, ale nie chciałam, żeby Bellamy zauważył mój niepokój, więc starałam się go ukryć. Choć zapewne już mnie przejrzał i wiedział co mi chodzi po głowie. Kiedy zjedliśmy, odnieśliśmy naczynia. W drodze powrotnej spotkaliśmy jakąś dziewczynę - rudawą brunetkę, starszą ode mnie, prawdopodobnie w wieku Bellamy'ego. Była bardzo ładna, a na jej twarzy gościł przyjemny uśmiech, który na widok Bellamy' ego jeszcze się pogłębił. Natomiast kiedy chłopak zobaczył dziewczynę, jego twarz nagle złagodniała.
- Cześć, Bellamy- przywitała się.
- Cześć - nawet głos chłopaka brzmiał inaczej. Musiałam westchnąć trochę głośniej niż zazwyczaj, bo Bellamy nagle przypomniał sobie o mojej obecności i odsunął się troszeczkę robiąc mi miejsce. - Nie wiem, czy się znacie. Gina, to Clarke. Clarke poznaj Ginę.
Uścisnęłyśmy sobie dłonie i uśmiechnęłyśmy się do siebie.
- Jesteś córką pani kanclerz, prawda? - zapytała.
- Tak - odparłam po chwili zastanowienia.
Gina od razu to zauważyła i bezbłędnie odczytała powód mojego wahania.
- Przepraszam, powinnam powiedzieć nazwisko. Pewnie jeszcze nie przywykłaś do tytułu swojej mamy?
- To prawda - kiwnęłam głową.
- A jak ci idzie trenowanie nastolatków? - zwróciła się do Bellamy'ego.
- Nadal się zastanawiam, czy nadaje się na rolę nauczyciela. Nawet Lincoln lepiej sobie radzi. - odparł.
- Bzdury. Jesteś typem, który potrafi inspirować. A taki powinien być nauczyciel - mówiąc to, swobodnym gestem dotknęła ramienia Bellamy'ego.
Nagle zrozumiałam, dlaczego przez całą tą rozmowę, mimo że nawet polubiłam Ginę, czułam się jak piąte koło u wozu. Miedzy Bellamym a Giną istniała pewna chemia, dzięki której oboje mogli sobie pozwolić na swobodę i poufałość. Z zaskoczenia wciągnęłam głośniej powietrze, ale na szczęście niczego nie zauważyli.
- A ty czym się zajmowałaś przez te dwa dni? - spytał Bellamy.
Dwa dni? 
- Pomagałam w Mount Weather - kiedy to mówiła, wyraźnie posmutniała, ale ledwo zwróciłam na to uwagę, ponieważ wystarczyło, że wymówiła tą nazwę, a mnie już przeszedł zimny dreszcz.
- W czym? - zapytał Bellamy po minucie. Najwyraźniej on także poczuł to co ja.
- W organizacji pogrzebu. Trzeba pochować tych ludzi.
Cała zdrętwiałam. Przed oczami znowu stanęły mi twarze moich ofiar.
- Kiedy? - spytałam.
Poczułam na sobie ciężkie spojrzenie Bellamy'ego.
- Dzisiaj, o czwartej wszyscy chętni wyruszają do Mount Weather.
Kiwnęłam głową, nie myśląc co robię.
- Miło było cię poznać - powiedziałam i posłałam jej wyuczony uśmiech. - Niestety muszę już wracać do szpitala.
To powiedziawszy, odwróciłam się i ruszyłam w stronę  wyjścia. Wyszłam na korytarz, kiedy dogonił mnie Bellamy.
- Clarke...- zaczął.
- Nawet nie próbuj - przerwałam mu.
- Nie powinnaś tam iść - dokończył z naciskiem.
- Dlaczego myślisz, że mam zamiar? - zapytałam, patrząc na niego przez ramię.
Przez chwile przyglądał mi się z kamienną twarzą.
- Nie rób ze mnie idioty, Księżniczko - oświadczył niemalże ze złością. - Znam cię na tyle, żeby wiedzieć, że zamierzasz pójść.
- Nawet jeśli, to jakim prawem mi tego zakazujesz? - uniosłam brwi. - Nie jestem Octavią.
Zatrzymałam się na środku korytarza. Sekundę później zrobił to Bellamy. Teraz staliśmy naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem.
Upłynęło parę długich minut, zanim Bellamy wysunął dolną szczękę do przodu i pokręcił głową, przewracając oczami.
- Dlaczego chcesz cierpieć jeszcze bardziej? - spytał, przygważdżając mnie wzrokiem.
- Może próbuje sprawdzić, ile bólu wytrzymam? - mruknęłam sarkastycznie. Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale mu na to nie pozwoliłam. - Bellamy, twoje dobre rady nie są obecnie mile widziane. Potrafię podejmować samodzielne decyzje. Nie próbuj tego robić za mnie.
- Jak sobie chcesz - odsunął się i odwrócił.
Ja zrobiłam to samo i ruszyłam w stronę szpitala.
- Tylko się później nie zastanawiaj, dlaczego nie możesz spać - usłyszałam jeszcze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz