niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział 3

Clarke szybko zasnęła. Przyglądałem jej się przez dłuższy moment. Od dziesięciu dni zastanawiałem się jak wybić jej z głowy pomysł odejścia. Co może sprawić, że postanowi zostać na stałe? Niestety nie miałem zbyt wiele okazji, żeby z nią pogadać. Nie wychodziła ze szpitala, a Kane przyznał mi i Lincolnowi obowiązek szkolenia nastolatków. Poprosiłem też Lincolna, by nauczył mnie czegoś o przeżyciu w lesie, dlatego wieczorami chodziliśmy z Octavią na spacery, a Lincoln pokazywał nam jadalne rośliny, a także takie, od których mieliśmy trzymać się z daleka.
To własnie wtedy Octavia wydawała się najszczęśliwsza. W obozie zachowywała się jak dzikie zwierze zamknięte w klatce, ale w lesie śmiała się i żartowała jak dawniej. Za każdym razem,gdy dostrzegałem tę różnicę gardło ściskało mi się z niepokoju, ale wiedziałem, że O nawrzeszczy na mnie, kiedy tylko zwrócę jej uwagę.
Ale przez cały czas, nawet gdy byłem zajęty, moje myśli krążyły wokół Clarke. Kiedy ją zobaczyłem wchodzącą do kapsuły, nie miałem gotowego planu, więc postanowiłem udawać dobry humor, mając nadzieję, że jej się udzieli. Poszedłem za nią i usiadłem na posłaniu, które przygotowałem kilka dni wcześniej, przywołując na twarzy uśmiech i zastanawiając się jak bardzo sztucznie musi wyglądać. Już kiedy na mnie spojrzała wiedziałem, że zawaliłem sprawę. Zabiliśmy tylu ludzi i ja się jeszcze UŚMIECHAM?! Miałem ochotę własnoręcznie się udusić, ale do końca utrzymywałem pozory wesołości, bo nie wiedziałem jak się wycofać.
W końcu oddech Clarke zwolnił i wiedziałem, że zasnęła, więc porzuciłem uśmiech i spojrzałem na nią, z niepokojem zauważając ciemne worki pod jej oczami. Miałem wrażenie, że schudła, ale to niemożliwie w dziesięć dni, prawda? Zresztą zawsze była drobna.
Przypomniałem sobie jej zachowanie, tak bardzo odbiegające od normy. Zawsze była czujna, ale teraz wydawała się być wystraszona. Z trudem można było zobaczyć w niej tą starą Clarke.
I choć przyznawałem to ze zdziwieniem, tęskniłem za tą Clarke, którą była na początku. Co prawda strasznie mnie wtedy denerwowała, zawsze miała inne zdanie, w niczym się nie zgadzaliśmy, ale w końcu nauczyliśmy się współpracować i chyba za tymi chwilami tęskniłem. Kiedy razem kierowaliśmy Setką świetnie nam to wychodziło. Pewnie dlatego, że byliśmy całkowitym przeciwieństwem siebie. Clarke była rozważna i zawsze tyle myślała, zanim podjęła jakąś decyzję. Ja, przeciwnie, najpierw działam, potem myślę. Kiedy ja okazałem się ostatnim egoistą, Clarke pobiła mnie swoją uczciwością i bezinteresownością. Chociaż była tak samo uparta i zdeterminowana jak ja. Nawet wyglądem się różnimy. Ona niska, ja wysoki. Ona - blond włosy, ja- czarne. Ona -niebieskie oczy, ja- prawie czarne. Ona- jasna skóra, ja - oliwkowa.
Mimo tych różnic jakoś potrafiliśmy się dogadać, aż w końcu, nie wiem kiedy, stalismy się przyjaciółmi.
Clarke przewróciła się na drugi bok, wyrywając mnie z zamyślenia. Po jakiś piętnastu minutach westchnęła i coś wymruczała. Coś jej się śniło.
Proszę niech to będzie sen, a nie koszmar. Proszę, proszę...
Wiedziałem jak straszne są koszmary. Na Arce koszmary nawiedzały mnie od kiedy, przez moje głupie pomysły, Octavia trafiła do więzienia, a moją mamę zabili. Nasiliły się, gdy wylądowaliśmy na Ziemi i myślałem, że zabiłem kanclerza Jahę. To miało być moje pierwsze morderstwo. Potem przybyły nowe ofiary, kolejne twarze, których już nigdy nie zapomnę. Ale wtedy posłuchałem rady Octavii i przed snem skupiałem się na najszczęśliwszych chwilach mojego życia. Najpierw na chwili narodzin mojej małej siostrzyczki. Potem na słowach Clarke, że przebacza mi w imieniu tych wszystkich ludzi, których skrzywdziłem. Następnie na słowach kanclerza Jahy, że jestem oczyszczony z win. To pomogło na tyle, że potrafiłem przespać parę godzin, wystarczająco, by przeżyć kolejny dzień. Pierwszej nocy po Mount Weather mogłem spać ledwie godzinę, koszmar był tak przerażający, że b a ł e m  s i ę  zasnąć ponownie. Przez trzy noce siedziałem na łóżku w przydzielonym mi pokoju i walczyłem ze zmęczeniem. Wreszcie wymknąłem się z obozu i skierowałem w stronę jedynego znanego mi miejsca, gdzie czułem się wystarczająco dobrze. Obóz Jaha za bardzo przypominał mi Mount Weather. Ale kapsuła była przed Mount Weather. Tam wreszcie zasnąłem i to właśnie tu przychodziłem w nocy od tej pory. To był mój sposób na sen i radzenie sobie z wyrzutami sumienia i świadomością, że jestem POTWOREM. Było tu cicho i spokojnie, wiec mogłem rozmyślać w samotności.
Pewnie dlatego Clarke była taka zmęczona. Uciekała przed snem równie długo jak ja.
Czasem nienawidziłem Ziemi. Za to do czego nas zmusza. Za to co z nami zrobiła. Co zrobiła z najlepszymi z nas. Charlotte, Finn, Clarke... ci najbardziej niewinni zyskali miano morderców.
Księżyc pokonał już połowę drogi po niebie. Zbliżała się pełnia, księżyc świecił jasno, przeświecając przez zasłony w wejściu do kapsuły.  Mięśnie całkowicie mi zesztywniały, więc wstałem i przeciągając się. Podszedłem do wyjścia i wyjrzałem na zewnątrz, opierając się o  ścianę.
Clarke zaczęła rzucać się po posłaniu i coś głośno mamrotać. Zacisnąłem powieki. Nie wiedziałem co mam zrobić. Gdyby to była Octavia, pewnie obudziłbym ją i próbowałbym uspokoić. Przytuliłbym ją i powiedziałby, ze to tylko koszmar, bo jest moją młodszą siostrą i taka jest rola starszego brata. Ale jaka jest rola przyjaciela? Co miałem zrobić, kiedy Clarke miała koszmar? Co miałem zrobić, żeby nie opuściła przyjaciół, nie zostawiała rodziny? Potrzebowaliśmy jej.
I wtedy nagle wpadłem na pomysł. Nie był idealny i mógł się nie udać, ale nie obejmował sztucznych uśmiechów i kłamstwa, a tego chciałem Clarke oszczędzić.

***
Tym razem perspektywa Bellamy'ego. :) 
Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz