Kiedy zjawiłam się w szpitalu, mama zaczęła coś mówić, kiedy tylko mnie zobaczyła, ale zamknęłam jej usta, rzucając, że nie mam ochoty gadać. Kłótnia z Bellamym przygnębiła mnie. Nie chciałam niszczyć tego, co już zbudowaliśmy, wiedziałam też, że miał dobre intencje i musiałam przyznać, że pójście na pogrzeb nie było dobrym pomysłem. Ale w głębi wiedziałam, że muszę tam pójść. Oddać hołd tym, których zabiłam.
Przez resztę dnia zajmowałam się chorymi, ale koło trzeciej wyszłam się przyszykować. Ze ściskiem w brzuchu, kierowałam się w stronę bramy. Kiedy wybiła czwarta zebrała się mała grupka, najwyżej piętnaście osób, w tym Kane, Gina, Monty i oczywiście Bellamy, który, gdy mnie zobaczył, próbował mnie przekonać do odwrotu.
- Siedź cicho, Bellamy - rzuciłam zmęczonym głosem. - Nie wychodź na hipokrytę.
To zamknęło mu usta, ale nie przeszkodziło w patrzeniu na mnie z błaganiem pomieszanym z niepokojem i złością. Chyba tylko on potrafił posyłać takie spojrzenia.
Od Monty'ego dowiedziałam się, że Jasper na wieść o pogrzebie opił się do nieprzytomności. Czułam jednocześnie niepokój o przyjaciela, jak i ulgę, przez którą znienawidziłam samą siebie.
Szykowałam się na długą pieszą wędrówkę, ale o czwartej piętnaście przed bramę podjechały dwa prawdziwe terenowe S A M O C H O D Y. Samochody widziałam tylko i wyłącznie na kartach książek i nagraniach, nigdy na żywo. Wydawały dźwięki niczym mechaniczne dzikie zwierzęta. Wymieniliśmy z Bellamym oszołomione spojrzenia. Widziałam w jego oczach oszołomienie i podniecenie. Już wiedziałam kto będzie pierwszy w kolejce do nauki jazdy. W końcu dotarło do mnie, że pojazdy najprawdopodobniej były własnością Mount Weather, co trochę ostudziło mój entuzjazm. Ale nawet ta świadomość nie powstrzymała dreszczu ekscytacji, kiedy wsiadałam do jednego z pojazdów i usadawiałam się na siedzeniu pomiędzy Montym, a Bellamym.
- Od razu uprzedzam, jeszcze nie całkiem potrafię prowadzić - zawołał Sinclair, będący naszym kierowcą, patrząc na nas przez lusterko. - Będzie mocno trzęsło. Lepiej się czegoś przytrzymajcie.
Sto lat temu jazda po asfaltowych drogach musiała być przyjemna, ale teraz, kiedy jechaliśmy przez las wcale taka nie była. Auto ciągle podskakiwało, a ja razem z nim, uderzając głowa o sufit. Sinclair kilkakrotnie gwałtownie skręcał, przez co wpadałam na sąsiadów i obrywałam łokciami w ręce i brzuch.
Sinclair uprzedził nas, kiedy wjechaliśmy na częściej używaną drogę, jeszcze przez Ludzi z Góry, ale wydała się tylko trochę lepsza - nadal była pełna wyboi i dziur.
Po godzinie podróży, ciągnącej się w nieskończoność, w końcu zatrzymaliśmy się u podnóża góry i mogliśmy wysiąść z samochodu. Miałam tak miękkie kolana, że prawdopodobnie upadłabym, gdybym nie podtrzymała się pojazdu.
Musieliśmy przejść jeszcze prawie kilometr na szczyt góry, bo to tam wcześnie przygotowano stos pogrzebowy. Z każdym krokiem miałam coraz większą ochotę odwrócić się i uciec i chyba tylko wrodzony upór nie pozwalam mi się zatrzymać. Bellamy mimo, że nadal się do mnie nie odzywał, trzymał się blisko. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, by iść dalej. Nie mogłam pokazać przed nim słabości. Z jakiegoś powodu nie chciałam by wiedział, że miał rację.
To Kane wygłosił pożegnalną mowę. Zapewne mówił o czymś pocieszającym, ale nie słuchałam go. Nie chciałam.
- Może się jeszcze kiedyś spotkamy - wypowiedział na zakończenie tradycyjne słowa, które zawsze powtarzaliśmy na pożegnanie. Parę pełnych nadziei słów.
Przeszedł mnie dreszcz.
Co noc, a czasem na jawie widziałam te twarze. Trzysta osiemdziesiąt jeden twarzy.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Nagle uświadomiłam sobie, że płaczę. Otarłam mokre policzki i zamrugałam kilkakrotnie.
Kane podszedł z płonącą gałęzią do stosu i przybliżył ją do najbliższego ciała.
Stos był naprawdę ogromny. Ciała zawinięto w czyste materiały, przez co na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądały na zwłoki ludzi.
Może się jeszcze kiedyś spotkamy...
Starałam się nie myśleć. Tak bardzo, że aż bolało. Poczucie winy wezbrało we mnie, pochłaniając całą, tak jak płonienie rosły i pożerały kolejne ofiary. Smród palonego ciała był nie do wytrzymania. Z trudem opanowałam mdłości. Chciałam odwrócić wzrok - wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam, ale jednocześnie nie potrafiłam tego zrobić. Płonienie przyciągały wzrok, hipnotyzowały, tryskając prosto do nieba, do gwiazd. Dym dusił, odbierał oddech... Ale ja potrafiłam tylko patrzeć, przyglądać się ostatniej podróży ludzi, których skrzywdziłam, odbierając im szczęście, nadzieję, życie...
W moim umyśle pojawiły się słowa w języku Ziemian, które wypowiadali na pogrzebach swoich bliskich.
Yu gonplei ste odon. Twoja walka się skończyła.
Podniosłam głowę i spojrzałam w niebo, ciemniejące już. Słońce zbliżało się do horyzontu.
- Yu gonplei ste odon.- wyszeptałam mając nadzieję, że jakimś sposobem mnie słyszą.
Kiedy wracaliśmy do samochodów zauważyłam, że Bellamy rozmawia z Giną. Szli, trzymając się blisko siebie. Nie wiedząc czemu ścisnęło mnie w brzuchu i poczułam niewytłumaczalną złość na chłopaka. Szybko ją odepchnęłam. Nic mi do tego z kim Bellamy rozmawia, albo z kim się... spotyka. Gina była dla niego idealna - miła, urocza, nieskalana żadną zbrodnią. Widziałam przecież, że przy niej wygląda inaczej, bardziej niewinnie. Gina mogła go przemienić z powrotem w chłopca, którym kiedyś był i sprawić, że zapomni o poczuciu winy. Przestanie mieć koszmary. Gina była tak dobra, że mogła to dla niego zrobić, tak jak Finn zrobiłby dla mnie. Finn mógłby odpędzić moje koszmary, gdyby tylko żył.
Gdybym go nie zabiła...
Ta myśl kołatała mi w głowie przez całą drogę powrotną. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, wymknęłam się na tyły obozu i pomknęłam do lasu i do kapsuły. Tam usiadłam i starałam się powstrzymać cisnące do oczu łzy. Wyczerpana położyłam się na gołej ziemi i czekałam, czekałam, czekałam aż zasnę, aż nawiedzą mnie kolejne koszmary tym razem z pogrzebu. Ale sen nie nadchodził, a księżyc w swojej pełnej okazałości przesuwał się nad moją głową. Przez pełnie było niezwykle jasno. Gdy opanowało mnie totalne odrętwienie i już myślałam, że będę mogła tak wiecznie leżeć i patrzeć w gwiazdy, usłyszałam przeraźliwe wycie wilka. Odbijało się od drzew, wywołując echo, nakładające się na siebie, trwało nieskończenie długo. Brzmiało jednocześnie strasznie i pięknie, ale słychać w nim było jakby smutek. Możliwe, że mój zmęczony umysł to wymyślił, ale naprawdę odnosiło się takie wrażenie.
Nikt mu nie odpowiada. nagle zrozumiałam. Jest samotny. Jak ja.
Nie chciałam tak myśleć, ale taka była prawda. Prawdopodobnie sama do tego doprowadziłam. Osoby, na których najbardziej mi zależało, odeszły. Tata, Wells, Finn nie żyli. Nie potrafiłam normalnie rozmawiać z mamą, odepchnęłam ją. Monty miał wiele innych zajęć. Jasper nie chciał mnie znać. A Bellamy... dość, że się z nim pokłóciłam.... czułam się, jakbym go straciła przez jego zainteresowanie Giną. To było głupie i egoistyczne, przecież może być moim przyjacielem i chłopakiem Giny, ale nie mogłam przekonać samej siebie, że jego związek z Giną, na który bez wątpienia się zanosiło, nic między nami nie zmieni. Zresztą, czy nadal będzie chciał znosić moje humorki po naszej kłótni? Wiedziałam, że chciał dobrze, jak zawsze i już dawno przestałam się na niego złocić, ale czy jemu także przeszło? Jeśli nie, to zostanę sama, bo nie miałam sił na szukanie wsparcia u osób, którym nie ufałam aż tak bardzo jak tym, co mnie zostawili.
Użalasz się nad sobą, idiotko.
Wilk przerwał swoją pieśń, która jeszcze chwile pobrzmiewała w powietrzy, by po chwili zniknąć.
Zastanowiłam się, kto odpowiedziałby na moje wołanie. Kto by się zjawił? Kogo chciałabym widzieć? Może po prostu powinnam odejść, jak ten samotny wilk? Tylko że on potrzebował towarzyszy i szukał ich. Czy jestem jak on?
Nie. pomyślałam. Nie potrzebuję nikogo. Sama dam sobie radę.
Ale jednocześnie wiedziałam, że to kłamstwo. Byłam jak on. Byłam samotnym wilkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz