sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział 1

Zamykałam drzwi do kapsuły, z zamiarem spalenia blisko 300 Ziemian. Zabijałam Atoma. Wbijałam nóż w ciało Finna. Ciągnęłam za dźwignie, zabijając 381 ludzi, pozwalając, by promieniowanie słoneczne zniszczyło ich ciała. Raz za razem powtarzałam ten ruch, patrząc jak mężczyźni, kobiety i d z i e c i  dusza się, krwawią, wrzeszczą z bólu. Wiem, że to sen. WIEM TO! A jednak nie mogę się obudzić. Nie potrafię!  Musze patrzeć na ich śmierć. Słyszę jak wołają: potwór, potwór, potwór i wiem, że ja jestem potworem.
Jestem potworem, potworem, potworem...
-Clarke!
Budzę się. Jestem cała spocona, czuję suchość w gardle, z trudem przełykam ślinę. Zasnęłam na krześle, przez co boli mnie kark. Próbuje go rozmasować i pozbyć się z pamięci resztek snu, choć ciągle w uszach dźwięczy mi  to jedno słowo wykrzyczane z setek ust.
Rozglądam się i widzę zatroskaną twarz Jacksona, pomocnika mojej mamy w szpitalu.
- Wszystko w porządku? - pyta, wykorzystując swój lekarski ton przeznaczony dla pacjentów.
- Tak, nic mi nie jest - odpowiadam lekceważąco, próbując wstać, jednak powstrzymuje mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Powinnaś się jeszcze trochę przespać. Ale tym razem nie na krześle - zaleca, patrząc na mnie z powagą. - Od dziewięciu dni ciągle pracujesz i za mało śpisz.
- Już się wyspałam. Nic mi nie jest - strzepnęłam jego dłoń z ramienia i wstałam, omijając go. - Sprawdzę co u pacjentów.
Szybko odeszłam i skierowałam się do pierwszego lepszego łózka. Leżała na nim Harper. Była w najgorszym stanie ze wszystkich, ponieważ była pierwszą ofiarą Ludzi z Góry i najwięcej przeżyła. Mimo to, powoli wracała do zdrowia. Siny kolor skóry zmieniał się na blady odcień różu, a z jej twarzy znikał grymas bólu. A co najważniejsze spała spokojnie. Jakże jej zazdrościłam.
Od Mount Weather minęło dziewięć dni. Dziewięć dni, w czasie których nie mogłam spokojnie zasnąć, przez koszmary nawiedzające mnie, gdy tylko zamknęłam oczy. Wszyscy chcieli, żebym się wyspała - mama, Jackson, ale na każdą myśl o śnie i czekających mnie snach postanowiłam unikać spania i zająć się czymś pożytecznym, jak praca w szpitalu. W głębi duszy traktowałam to też jako pewien rodzaj pokuty.
Usłyszałam cichy śmiech i odwróciłam się w tamtą stronę. Kyle Wick i Raven leżeli na sąsiednich łóżkach. Kyle już doszedł do siebie po wybuchu w tamie, jednak nadal udawał, że źle się czuję, żeby być przy Raven i dbać o jej dobre samopoczucie.
Dochodziło południe. Przez następne cztery godziny zajmowałam się chorymi, sprzątałam, czyściłam i robiłam wszystko, o co poprosił mnie Jackson. W końcu musiałam ulec namowom mamy, żeby pójść na stołówkę i coś zjeść.
Mama, mimo że także musiała leżeć i odpoczywać, bez trudu wydawała rozkazy i polecenia, nie tylko Jacksonowi, przecież nadal była Kanclerzem. Podejrzanie często odwiedzał ją Marcus Kane i wcale nie wyglądało to na sprawy służbowe. Gdy ją o to spytałam, zbyła moje pytanie, ale mogłabym przysiąc, że się zarumieniła.
Nie lubiłam wychodzić ze szpitala. Ciągle wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje, pokazuje palcem i szepta za moimi plecami. Wiedziałam, że moje zachowanie podchodzi pod paranoje, ale nie wiedziałam jak temu zaradzić. Dawniej z pewnością wiedziałabym co zrobić, pewnie nawet nie przejmowałabym się gadaniem innych, ale dawna ja nie zabiła tylu niewinnych ludzi.
Dojście na stołówkę zajęło mi stanowczo zbyt dużo czasu. Dzieliła się na część wewnątrz stacji i cześć poza nią, W obu zostały rozstawione stoliki. Doszłam do baru i poprosiłam o codzienną porcję wyżywienia. Musiałam chwile poczekać, a gdy już dostałam swój obiad, zabrałam tacę i usiadłam w najdalszym stoliku. Starałam się o niczym nie myśleć, jedząc. Ledwo zauważyłam, gdy naprzeciwko mnie usiadł Monty ze swoja tacą. Przywitałam go z uśmiechem.
- Chciałem cię znaleźć wcześniej, ale nie wpuszczają do szpitala nikogo, kto nie jest chory - wytłumaczył. - Cieszę się, że jednak zostałaś.
- To zasługa Bellamy'ego. - rzuciłam.
- Jak go zobaczę, to mu podziękuję. Jego też trudno złapać.
- Tak? - zdziwiłam się.
- Kane poprosił jego i Lincolna, żeby uczyli nastolatków jak walczyć. Ale często znika i nie można go znaleźć.
- A ty? Czym się zająłeś?
- Sinclair zatrudnił mnie, żebym zastąpił Wicka i Raven, puki nie wyzdrowieją. Później chyba zajmę się rolnictwem, jak na Arce. Ale najpierw muszą wyznaczyć jakiś teren pod uprawę.
Kiwnęłam głową. Cieszyłam się, że Monty ma co robić. Praca pomagała przestać myśleć, o czym sama świetnie się przekonałam.
- A.. Jasper? - spytałam niepewnie.
- Och...- westchnął niepokojąco i wskazał coś głową.
Odwróciłam się w tamtą stronę, ale widziałam tylko jakiegoś faceta leżącego na stoliku, wyraźnie pijanego. Spojrzałam jeszcze raz na Monty'ego, marszcząc brwi, a on jeszcze raz wskazał ten sam punkt. Przyjrzałam się uważnie i nagle to do mnie dotarło.
- Nie... - odwróciłam się z powrotem do przyjaciela. - Ale Jasper...
- Ty nie wychodziłaś ze szpitala, a on nie pozwolił sobie wytrzeźwieć.
- Ale jego włosy... - bezradnie wskazałam na swoją głowę.
- Przedwczoraj ogolił się na łyso.
Zatkało mnie. Jasper mógł mnie nienawidzić, miał do tego pełne prawo, ale jak mógł niszczyć samego siebie?
Skończyłam jeść w tym samym momencie co Monty i razem odłożyliśmy tace. Potem pożegnałam się z chłopakiem, któremu skończyła się przerwa i musiał wracać do pracy.  Ja także skierowałam się do szpitala, przez cały czas myśląc o Jasperze. Nie przestałam, gdy znalazłam się w szpitalu.
Dopiero po chwili  zauważyłam Marcusa, który siedział przy łóżku mamy i rozmawiał z nią o czymś. Podeszłam odrobinę, by lepiej słyszeć.
- Muszę się tam zjawić, żeby przedyskutować warunki umowy - usłyszałam głos matki.
- Jesteś za słaba na taką podróż - odparł Kane.
- Od tego zależy nasze bezpieczeństwo, Marcusie.
- Wyślij kogoś innego jako twojego ambasadora.
- Więc pojedziesz ty, tobie ufają. Wiem, że mnie nie zawiedziesz. Jutro przyślą dwóch jeźdźców po ciebie. Musisz być gotowy.
Nie wytrzymałam. Podbiegłam do łóżka mamy, nie zważając na jej zdziwione spojrzenie.
- Chcesz zawrzeć pakt z Ziemianami? - rzuciłam z wściekłością.
Spojrzenie matki najpierw zdezorientowane, szybko nabrało ostrości.
- Pakt jest już zawarty, dzięki tobie. My musimy tylko popracować nad warunkami.  
- Pakt obowiązywał dopóki Lexa nas nie zdradziła! - wyrzuciłam z siebie.
- A teraz wyraziła chęć dalszej współpracy. Nie możemy tego zignorować - odezwał się Kane, przygważdżając mnie wzrokiem.
Nie zwracałam na niego uwagi.
- Gdyby Lexa nas nie zdradziła, mielibyśmy wszystko pod kontrolą. Tobie ani Raven nic by się nie stało. Nie rozumiesz tego? Gdyby nie ona, nie musiałabym... nie musiałabym...
Zacięłam się. Mama próbowała mnie złapać za rękę.
- Rozumiem, że nie chcesz mieć z nią nic wspólnego. Ale ty też musisz coś zrozumieć. Nasz plan był dobry, jednakże zakładał liczne ofiary zarówno po naszej stronie, po stronie Ziemian i Ludzi z Góry. Lexa zrobiła wszystko co w jej mniemaniu było najlepsze dla jej ludzi.
- I gdzie w tym honor, o którym tak ciągle mówiła? Złamała dane słowo i teraz zachowuje się, jakby tego nie zrobiła! Chcesz jej to wybaczyć? Tak po prostu?
Na moment zapadła cisza. Potem odezwał się Kane.
- Clarke, to wszystko brzmi tak, jakbyś była zła, że cała wina za śmierć tych ludzi spadła na ciebie, a nie, tak jak  było w planie, na wielu innych, w tym Lexę.
Odwróciłam się w jego stronę.
- I to mówi mężczyzna, który pomagał wykonywać wyroki śmierci na setkach ludzi na Arce? - warknęłam.
- Dosyć, Clarke! - krzyknęła moja mama. Spojrzałam na nią. - Przez pewien okres to ty tu dowodziłaś i sama tego chciałaś. Ty, Lexa i ja zawsze staramy się robić to co najlepsze dla naszych ludzi...
- Jak możesz powtarzać jej słowa?! Jak możesz?!
Wybiegłam z pomieszczenia, mając świadomość jak prawdziwe są słowa Lexy w ustach mojej mamy.  Dlaczego zabiłam Ludzi z Góry? By uratować moich przyjaciół. Dlaczego Lexa nas zdradziła? By uratować swoich ludzi. Dlaczego mama chce zawrzeć pakt z Ziemianani? By zapobiec wojnie i uratować naszych ludzi.
Tak bardzo tęsknie za chłodną kalkulacją, na którą było mnie stać jeszcze parę tygodni temu. Teraz za często dawałam się ponieść emocjom, które rozsadzały mnie od środka.

***
Oto pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Za niedługo dodam kolejny.
Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz