niedziela, 24 lipca 2016

Prolog

Podjęłam decyzje. Wracając do obozu Jaha szłam z tyłu, tak by jak najmniej osób zauważyło moje odejście. Chciałam jeszcze tylko raz spojrzeć na obóz, na pozostałości z Arki, na miejsce, które przez długi czas było moim domem.
Nie mogłam tam wrócić. Nie, kiedy zabiłam 381 ludzi. Nie tylko naszych wrogów. Zabiłam też tych, którzy byli nam przyjaźni, którzy nam pomogli. Zabiłam Prezydenta Wallace'a, by zmusić jego syna do uwolnienia moich przyjaciół. Zabiłam bezbronne dzieci. Zabiłam Mayę...
Mimowolnie spojrzałam na Jaspera i natychmiast odwróciłam wzrok. Mimo że widziałam tylko jego plecy, to przez ich skrzywienie i pochyloną głowę, wiedziałam, że nigdy mi nie przebaczy. Przecież zabiłam jego ukochaną. Prawdopodobnie nigdy się już do mnie nie odezwie. Chce mu to ułatwić. Chce to ułatwić im wszystkim. Tak by nie musieli codziennie patrzeć na moja twarz. Chcę to ułatwić mojej mamie. Nie chcę, by codziennie widziała zamiast twarzy swojej córki twarz morderczyni. Nie chcę, by widziała czym się stałam.
Przez całą powrotną drogę z Mount Weather nie zwracałam uwagi na mijany krajobraz, ale gdy wyszliśmy z lasu na otwartą przestrzeń otaczającą obóz dotarło do mnie, że już czas odwrócić się i odejść. Uciekać.
Jeszcze trochę, myślałam. Jeszcze tylko parę metrów.
Większość już znalazła się za bramą obozu.
Jeszcze tylko parę...
Stop.
Jeszcze parę kroków i znalazłabym się w obozie, a wtedy nie potrafiłabym odejść, To takie dziwne. Jednocześnie wiedziałam, że muszę odejść, ale nie chciałam tego. Chciałam po prostu zostać w bezpiecznym miejscu, które mogłoby stać się moim domem. Chciałam zostać w otoczeniu przyjaciół, ale nie wiedziałam, czy jeszcze jakiś mam.
Rozejrzałam się i zobaczyłam, że Monty zatrzymał się przede mną i śledził mnie wzrokiem.
Uśmiechnęłam się do niego z trudem.
- Nie wracam, Monty.
- Clarke... - zaczął błagalnym tonem, ale zdążyłam mu przerwać.
- Pożegnaj innych ode mnie... Ja... Powiedz Jasperowi, że go przepraszam, dobrze?
Tchórz, tchórz, tchórz....
- Proszę cię, Clarke.
- Dbaj o nich. I o siebie.
Monty przez chwile nie wiedział co powiedzieć, ale w końcu uległ. Zrozumiał. Pokiwał głową. Uściskałam go i posłałam uśmiech wyćwiczony w pracy w szpitalu na Arce.
Gdy Monty odwrócił się i ruszył w kierunku bramy, zobaczyłam, że Bellamy zmierza ku mnie. W duchu zebrałam wszystkie siły. Nie pożegnałam się z mamą, bo wiedziałam, że mnie nie puści. Ale Bellamy, chyba jako jedyny po śmierci Finna, mógł mnie przekonać do zostania, tak jak potrafił motywować Setkę do walki z Ziemianami. Aż trudno uwierzyć, że na samym początku naszej znajomości wprost go nienawidziłam. Nie pamiętam, w którym momencie zaczęłam go szanować, a w którym potrzebować. Lexa uważała, że miłość to słabość. Myślę, że chodziło jej o jakiekolwiek przywiązanie. W tym momencie miała rację, choć przyznawałam to z trudem, bo nie mogłam o niej myśleć przychylnie, kiedy mnie zdradziła.
Bellamy stanął obok mnie.
- Myślę, że zasłużyliśmy na drinka -powiedział.
- Wypij za mnie jednego - odparłam.
- Przebrniemy przez to - mówiąc to, nie spojrzał na mnie, przez co poczułam nieprzyjemny ucisk w gardle. Z trudem przełknęłam ślinę.
- Nie wchodzę.
Bellamy wciągnął powietrze i wreszcie odwrócił się w moją stronę.
- Dobrze. - rzekł patrząc mi w oczy. - Jeżeli potrzebujesz przebaczenia, daje ci je. P r z e b a c z a m  c i.
Serce zabiło mi szybciej słysząc słowa, które nie tak dawno sama wypowiedziałam do niego. Odwróciłam wzrok.
- Proszę, wejdź do obozu - czułam jego przeszywający wzrok na sobie.
Wiedziałam, że dłużej już nie wytrzymam.
- Zaopiekuj się nimi - spojrzałam na niego, dumna z pewności w moim głosie.
Patrzył na mnie, jakby nie mógł uwierzyć, że to robię. Jakby go to bolało.
- Clarke...
- Patrzenie na ich twarze każdego dnia, tylko przypominałoby mi co zrobiłam, by ich tu sprowadzić!- rzuciłam niemalże ze złością.
- Co  m y  zrobiliśmy. - poprawił mnie z naciskiem. - Nie musisz przechodzić przez to sama.
Patrzył na mnie z tak wielkim smutkiem wypisanym na twarzy. Chyba nigdy go takim nie widziałam.
- Muszę iść - powiedziałam.
- Clarke, którą znam, nigdy by nie odeszła. Nie zostawiłaby przyjaciół, nie ważne z jakiego powodu - mówił szybko i szorstko, naprędce wymyślając argumenty. Taki był. Impulsywny i gniewny.
- Najwyraźniej nie jestem już tą Clarke, którą znałeś - odparłam.
- Jesteś. Tylko udajesz, że nie. Nie mogłaś się zmienić. Nie ty, Clarke. Zawsze robisz wszystko, by uratować przyjaciół. Trzymasz nas przy życiu. Nie poradzimy sobie bez ciebie. Potrzebujemy cię. - zaczęłam kręcić głową, by przestał. W niczym mi nie pomagał. Złapał mnie za ramiona. - Ja cię potrzebuję.
Kiedy ja mu to powiedziałam, został. Potrzebował mnie, a ja jego. Nie wiem, czy dalibyśmy radę przeżyć i utrzymać Setkę przy życiu bez siebie nawzajem. A teraz, kiedy ja chciałam uciec od poczucia winy, miałabym go zostawić samego? Czy dałby radę sam zmierzyć się z wyrzutami sumienia? Przecież on pomógł mi pociągnąć za dźwignie. Ostatnim razem, gdy myślał, że zabił kanclerza Jahę, na Arce zginęli ludzie. Nie była to do końca jego wina, ale się o to oskarżał. Powiedział mi przecież, że uważa się za potwora.
- Proszę, wejdź do obozu - dalej mnie trzymał i pochylił głowę, by poszukać mojego wzroku. - Chociaż spróbuj! Jeżeli nie dasz rady wytrzymać, pozwolę ci odejść, ale nie możesz bez próby zmierzenia się z tym! Co bym powiedział twojej matce? Albo Octavii, czy Raven? Proszę cię, Clarke.
Czułam, że przegrywam. Mój wrodzony upór chciał dalej podtrzymywać podjętą decyzje, ale wiedziałam, że Bellamy ma rację. Zresztą w głębi duszy chciałam zasłużyć na wybaczenie, choć nie wiedziałam, czy jest to w ogóle możliwe.
Głęboko odetchnęłam i pokiwałam głową. Bellamy nadal bacznie mi się przyglądał, nie wierząc mi, więc podniosłam wzrok i spojrzałam mu w oczy.
- Dobrze.
Przeszliśmy przez bramę ramię w ramię. Gdy wrota zamknęły się za nami, poczułam paniczny strach.
Później okaże się, czy podjęłam właściwą decyzję.

***
cdn. :)
Przedstawiam Wam prolog opowiadania na podstawie serialu The 100. Jest to dla mnie pierwsze opowiadanie tego typu, dlatego proszę o wyrozumiałość. :) Częścią dialogu jest luźne tłumaczenie fragmentu 16 odcinka 2 sezonu, ale obiecuję, że blog nie będzie w ten sposób prowadzony. Uznałam, że ten fragment jest po prostu niezbędny do rozwinięcia dalszej historii. :)
Zapraszam do czytania i komentowania.
Następny rozdział może pojawić się dopiero na początku sierpnia, więc proszę o cierpliwość.
Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz