piątek, 13 października 2017

Rozdział 28

Po tym całym przedstawieniu miałam z powrotem udać się do bunkra i tam czekać na rozstrzygnięcie. Przywódcy zebrali się w oknach, próbując wypatrzeć wojowników, ja jednak skierowałam się do wyjścia ze swoją strażą. Jedną rzeczą, którą zauważyłam zanim wyszłam, był złośliwy uśmiech Królowej Nii, posłany w moim kierunku. Mimowolnie zadrżałam.  
Korytarze były opustoszałe. Tylko nasze kroki były słyszalne w wszechobecnej ciszy. Wydawało się, jakby całe miasto wstrzymało oddech w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Konklawe.
- Nie miała racji - wyszeptał Bellamy. Z nerwów nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że idzie koło mnie.
- Kto? - odszeptałam.
- Lexa - odparł. - Kiedy uznała, że jesteś samolubna.
- Ja to powiedziałam.
- Ale ona zasugerowała - zaprzeczył. Po chwili milczenia kontynuował cicho. - Gdybyś zatrzymała tytuł nie tylko ty byś zginęła, ale cała Arkadia zostałaby zniszczona. Azgeda zaatakowałaby obóz nawet, gdybyś oddała się w ich ręce i dała się zabić.
- Więc dlaczego chciałeś mnie zastąpić, skoro wiedziałeś że to nic nie da?
- Chyba miałem nadzieję, że Arkadia zyska dość czasu, by się przygotować. Albo uzyskać pomoc.
Pokręciłam głową z dezaprobata nie mając siły się gniewać.
- Jesteś kompletnym hipokrytą, idioto.
Nie odpowiedział, ale kiedy zerknęłam na niego,  kąciki jego ust były wykrzywione w zawadiackim uśmiechu. Znalazł sobie czas na radość.
- Nie wiem, czy zauważyłeś - zagadnęłam, chcąc wydusić z siebie to co mnie dręczyło. - Nia nie wyglądała na szczególnie nieszczęśliwą, kiedy wychodziliśmy.
- Nie może ci zagrozić - odparł pewnym tonem. - Kiedy dojdziemy do bunkra, nikt tam nie wejdzie....- jego głos zadrżał, kiedy wypowiadał ostatnie słowa.
Spojrzeliśmy po sobie, uświadamiając sobie w tym samym czasie, jak ważne jest to słowo "kiedy". Bellamy otworzył usta do ostrzegawczego krzyku, kiedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Za zakrętu wyłonił się wielki zamaskowany napastnik. Dopiero po chwili zorientowałam się, że dwa błyski, które mignęły mi w ułamku sekundy, to były duże sztylety, które rozcięły krtanie pierwszym dwóm strażnikom. Buchnęła krew, a oni upadli na ziemie, próbując zatamować krwotok. Moim pierwszym odruchem było pobiegnięcie do nich, jednak w tym samym czasie zobaczyłam oba te noże, szybujące w moim kierunku. Jednak zauważyłam je zbyt późno. Zatkało mnie i podświadomie przyszykowałam się na cios. Jednak on nie nastąpił, poczułam zamiast tego uderzenie o chropowatą ścianę. Uderzyłam mocno głową i trochę zajęło mi odzyskanie wzroku. Spojrzałam na Bellamy'ego, który mnie odepchnął. Jeden ze sztyletów tkwił w jego ramieniu. Odebrało mi dech. Wyszarpał go, zanim zdążyłam zareagować. Zacisnął drugą rękę na ranie i spojrzał na rozgrywającą się obok nas scenę. Też spojrzałam, wyszarpując broń za paska.
Napastnik zdążył ugodzić jeszcze JJa i Millera, potem jednak trzej ze straży przybocznej Lexy rzucili się na niego i po długiej walce, udało im się go ogłuszyć. Nie było jednak łatwo. Ziemianin walczył jak sam diabeł i dawał sobie radę z trójką świetnie wyszkolonych strażników.
- Monty, Jasper!- usłyszałam głos Bellamy'ego przekrzykujący odgłosy walki. - Pomóżcie JJowi i Millerowi. Rasheed, sprawdź co z rannymi Ziemianami. Reszta wokół Clarke.
Wypełnili bez  szemrania jego rozkazy, podenerwowani i zawstydzeni wpadnięciem w zasadzkę. Rasheed podszedł do leżących na ziemi mężczyzn, ale po chwili wstał z zaciśniętymi ustami i pokręcił głową ze smutkiem.
- Muszę was wszystkich opatrzyć - powiedziałam nagląco. - W bunkrze jest apteczka. Możliwe, że ostrza były zatrute.
- Trójka zostaje z Ziemianami -odezwał się Rasheed, wskazując na poszczególnych strażników.-Reszta idzie do bunkra. Potem wy też wróćcie. Ktoś musi jeszcze zawiadomić komandor.
- My to zrobimy -odezwał się jeden z Ziemian, wciąż stojąc nad nieprzytomnym przeciwnikiem. - Przyprowadzimy zdrajce do komandor. Wy musicie zaprowadzić Wanhedę w bezpieczne miejsce.
Ruszyliśmy pospiesznie, jednak tym razem uważając na wszelkie podejrzane odgłosy. Wszyscy nieśli naładowaną broń, przygotowaną do wystrzału. Rannych prowadziliśmy po dwóch, jednak Bellamy nie chciał przyjąć pomocy mimo, że krew przeciekała mu przez palce.
Droga dłużyła się jak na złość. Kiedy wreszcie dotarliśmy do drzwi, czułam się jakbym doczekała zbawienia. Kapłan już tam na nas czekał, a kiedy nas zobaczył na jego opanowanej twarzy wymalowała się dezorientacja. Zaczął zadawać pytania, wpisując kod, Rasheed pospiesznie mu wszystko streszczał.
- Ranni do środka. Natychmiast. - zarządziłam. - Miller. JJ. Bellamy....
- Monty i Jasper wy też - dodał Bellamy. - Reszta broni wyjścia....
Wciągnęłam go do środka, chociaż się opierał. Wcześniej, nie pomyślałabym, że to możliwe, ale kiedy drzwi zamknęły się ponownie odcinając nas od ciepła i światła, poczułam ulgę.

- Na posłania szybko! - rozkazałam, choć Monty i Jasper już prowadzili młodych strażników w tamtym kierunku. Spojrzałam na Bellamy'ego. - Ty też.
Kiedy usiadł na jednym z materacy, zauważyłam, że ze wszystkich sił starał się nie okazywać bólu, ale widziałam go w jego oczach i ściągniętych rysach twarzy. Wtredy zdałam sobie sprawę, że wciąż trzymał w ręku pistolet. Szybko go schowałam.
- Monty, Jasper, sprawdźcie jakie odnieśli obrażenia - nakazałam, grzebiąc w zapasach i szukając apteczki. Zauważyłam, że Ziemianie musieli donieść nam czystych ubrań w czasie naszej nieobecności. Nowe koce i skóry leżały niedaleko. - Bellamy, oprócz rany od noża, odniosłeś jeszcze jakieś obrażenia?
Chłopak szybko zaprzeczył.
- Jesteś pewny?
- No chyba - odparł napiętym głosem. Jednak kiedy podeszłam do niego z apteczką, odsunął się ode mnie. - Najpierw oni! - rozkazał twardym głosem.
Nie miałam czasu się z nim sprzeczać.
Zaczęłam przetrząsać apteczkę w poszukiwaniu uniwersalnego antidotum. Znalazłam je po dłuższej chwili.
- Monty, chodź tu szybko - zawołałam chłopaka, odsuwając się od Bellamy'ego. Przekazałam zdenerwowanemu nastolatkowi jedną z fiolek. - Zaciśnij ramię Bellamy'ego bandażem nad raną. Oczyść ranę alkoholem, i daj mu trochę tego antidotum. Potem podaj je jeszcze JJowi i Millerowi.
Pobiegłam do Millera, który jak już wiedziałam od Monty'ego odniósł cięższą niż JJ ranę w klatkę piersiową. Bałam się przez chwilę, że Ziemianin przebił mu płuco, ale po zbadaniu go, okazało się, że nóż trafił na jedno z żeber. Rozciął skórę i mięśnie, więc musiałam ją zszyć, ale nie uszkodził organów.
- Clarke, co mam robić? - krzyknął Jasper, kucając przy JJu. Chłopak otrzymał cios w nogę, ale zdołał odskoczyć na tyle, by uniknąć głębszych uszkodzeń.
- Przemyj ranę i spróbuj zatrzymać krwawienie - odkrzyknęłam, zaszywając ranę Millera.
- Już to zrobiłem - odpowiedział szybko Jasper.
- Więc zabandażuj ranę mocno, ale nie za ciasno. Potem przynieś wody i przygotuj jakieś jedzenie. Muszą coś zjeść, po utracie krwi. Rozdziel też koce i upewnij się, że jest im ciepło.
Szybko i sprawnie założyłam szwy, po czym zabandażowałam ranę. Martwiłam się trochę, czy nie wda się jakieś zakażenie.
- Połóż się i odpoczywaj - poinstruowałam Millera. - Spróbuj zasnąć.
Kiwnął powoli głową, krzywiąc się z bólu. Nie tylko rana ale i zszywanie musiały go boleć niemiłosiernie, a ja nie miałam, żadnych środków przeciwbólowych.
Moje miejsce przy Millerze zastąpił Monty, który miał czuwać nad nim i wołać mnie w razie komplikacji. Sprawdziłam opatrunek JJa, potem zbadałam go jeszcze w poszukiwaniu innych obrażeń. Kiedy nic nie znalazłam, poleciłam mu to samo to Millerowi.
Wreszcie podbiegłam do Bellamy'ego. Krew płynęła już wolniej, dzięki uciskowi założonemu przez Monty'ego.  Chłopak był jednak strasznie blady, nawet w słabym świetle świec, co wyglądało upiornie w porównaniu z czerwienią która splamiła całą jego ramię i koszulkę. Monty już wcześniej pomógł mu ściągnąć kurtkę.
- Twoja kolej - powiedziałam i najpierw przemyłam jego ramię jeszcze raz, a potem zdezynfekowałam igłę i nitkę. Zabrałam się do pracy. Bellamy cały się spiął, jakby powstrzymując się, by nie uciec przed szyciem. Dla pewności przytrzymałam go.
Moje serce galopowało, a żyłach krążyła adrenalina. Strach o Bellamy'ego i przyjaciół, mieszał się z wściekłością na tego Ziemianina i Królową Nię, bo nie było wątpliwości, że to ona go nasłała.
Wiedząc jak Bellamy zaciska mocniej usta z bólu, postanowiłam zająć jego myśli gadaniem.
- Dziękuję, że mnie odepchnąłeś - odezwałam się, nie patrząc mu w oczy. - Uratowałeś mnie.
- Przepraszam, że zrobiłem to tak mocno - odparł, głosem napiętym od bólu.  - Spanikowałem.
- Gdybyś tego nie zrobił, nie byłoby mnie tu żeby cię teraz opatrywać - powiedziałam kończąc szyć. Zaczęłam zakładać bandaż.
- Jak twoja głowa? - zapytał, a ja czułam na sobie jego przeszywające spojrzenie.
- Będzie potężny guz. Ale poza tym w porządku - prawdę powiedziawszy głowa bolała mnie strasznie na początku, ale ból słabł z każdą minutą. - No, gotowe. Teraz masz się oszczędzać, puki mamy wolny czas. -  wstałam i poklepałam go po zdrowym ramieniu z zamiarem sprawdzenia co u reszty rannych.
- Ale ten drugi nóż cię nie trafił? - zapytał z niepokojem łapiąc mnie za rękę i przytrzymując.
- Spokojnie, nic mi nie jest, dzięki tobie - uspokoiłam go, patrząc mu w oczy, dla potwierdzenia swoich słów. Przyglądał mi się przez chwilę od stóp do głów, potem pokiwał głową uspokojony. Nie mogłam się jednak powstrzymać, by go nie zganić. - Chociaż uratowałeś mi życie, to nadal uważam, że było to niewyobrażalnie głupie. Mogłeś zginąć.
Odpowiedział mi twardym i pewnym spojrzeniem.
- Za ciebie warto.
Pokręciłam głową, czując niewyobrażalny smutek.
- Odpoczywaj. Kiedy nabierzesz sił, porozmawiamy. Teraz spróbuj zasnąć. - odwróciłam się i odeszłam.


Z pięciu posłań, trzy były zajęte. Pozostałymi dwoma dzieliliśmy się z Montym i Jasperem, tak że gdy reszta spała, jedna osoba czuwała przy rannych. Obecne czekanie aż drzwi odtworza się jeszcze raz było gorsze od poprzedniego. Ostatnim razem wiedzieliśmy za ile wrota się otworzą. Teraz nie mieliśmy pojęcia. Nie wiedziałam też, czy dadzą mi czas na ogarnięcie się przed ceremonią. Dlatego przez cały czas starałam się być gotowa. Przygotowana suknia czekała obok mnie.
Kiedy byliśmy już wyspani powróciła od nowa nuda. Minął jeden dzień, a nas nie wypuszczono. Kiedy obudziłam się kolejnego dnia, zobaczyłam, że Bellamy też już nie śpi. Zamiast tego siedział na swoim posłaniu, obok Monty'ego i przypatrywał mi się.
Odwzajemniłam spojrzenie i podniosłam się do pozycji siedzacej.
- Znowu miałaś koszmary - powiedział jakby ze smutkiem.
Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi.
Oczywiście, że czasami znowu nawiedzały mnie koszmary. Coraz rzadziej, od kiedy spotykałam się z Bellamym, nie były też tak okrutne i  przerażające. Ten jednak przypominał jeden z pierwszych koszmarów po Mount Weather. Byłam owinięta w białe płótno, ale widziałam przez nie twarze Ziemian z tatuażami Azgedy, rozpoznałam też szyderczy uśmiech Królowej Nii. "Niech żyje Wanheda!" usłyszałam ich chóralny okrzyk, zanim przytknęli płonące pochodnie do mojego ciała i dopiero wtedy zrozumiałam, że znajduje się na stosie pogrzebowym.
Obudziłam się, boleśnie odczuwając brak Bellamy'ego u mojego boku. Mimo, że siedział kilka kroków ode mnie, potrzebowałam go zaraz obok siebie. Zganiłam się w duchu za tą głupią słabość.
- Jak tam ramię? - spytałam chłopaka, wstając i podchodząc do niego.
- Dobrze. Już nie boli. -  opowiedział, kiedy sprawdzałam bandaże. Rana przestała krwawić, nie wdało się też zakażenie.
- Jasne, uważaj bo ci uwierzę. - odparłam. - Za kilka godzin wymienię ci ten opatrunek.
Potem ruszyłam no zwyczajowy obchód. Millerowi trudno było wstawać, ale nie skarżył się. Z JJem wszystko było w porządku.
Kiedy wszystko sprawdziłam, zabrałam się za śniadanie. Następnie poszłam się umyć. Wracając z mokrymi włosami, zastałam Bellamy'ego w połowie drogi, ze świeczką w ręce.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Chciałbym to mieć już za sobą - wytłumaczył ponuro.
Poprowadziłam go na drugi koniec bunkra, jak najdalej od reszty nastolatków.  Tam odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam w górę, prosto w jego oczy, po tym jak odłożył świeczkę na ziemię i wyprostował się.
- Bellamy miałam naprawdę dużo czasu, żeby wszystko przemyśleć i musisz wiedzieć, że nie mówię tego w przypływie gniewu, czy innych emocji. Robię to dla naszego wspólnego dobra.
Patrzył na mnie bez wyrazu, nie przerywając mi, jakby spodziewając się co zaraz powiem.
- Bellamy kocham cię najbardziej na świecie. To dzięki tobie udało mi się sobie wybaczyć po tym co zrobiłam i znowu poczuć się szczęśliwa. Wielokrotnie mnie wspierałeś i pomagałaś mi w trudnych chwilach....- recytowałam przygotowaną wcześniej przemowę, błagając w duchu, żeby mi nie przerywał. - ale przeze mnie ciągle znajdujesz się w niebezpieczeństwie....
- Sam się w nie pcham - wtrącił. Pokiwałam głową.
- Do tego zmierzam. Gdyby nie ja, takie głupie pomysły nie przyszłyby ci do głowy. Nie musiałbyś narażać swojego życia... Na litość boską, w ciągu miesiąca trzykrotnie byłeś bliski śmierci! I do tego zdradziłeś moje zaufanie. Oddanie się zamiast mnie w ręce Azgedy to chyba najgorszy czyn, jaki zamierzałeś popełnić w całym swoim życiu! Nie wiem czy kiedykolwiek będę mogła o tym zapomnieć i wybaczyć ci.
- Miałem ci pozwolić na samobójstwo?! - zapytał ze złością.
- A ja miałam?! - odparłam wściekła. Nie chciałam się kłócić, ale chyba nie było innego wyjścia.  - Kazałeś naszym przyjaciołom zatrzymać mnie w Arkadii! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego co wtedy czułam?
- Clarke, uwierz mi postąpiłabyś tak samo na moim miejscu!
- Pewnie tak. Dlatego nie powinniśmy być już razem. - powiedziałam, uważnie obserwując jego reakcję. Widziałam, że tymi słowami złamałam mu serce, tak jak i sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz