czwartek, 7 września 2017

Rozdział 27

Trzy dni ciągnęły się niemiłosiernie. Głównie  dlatego, że w bunkrze nie było co robić.
Pierwszym do zrobiłam, było zabranie jednej ze świeczek i obejrzenie mojego tymczasowego więzienia. Było to olbrzymie, zimne pomieszczenie z betonowymi ścianami, wzmocnionymi metalem, bez okien i innych drzwi, niż te przez które weszliśmy. W najlepiej oświetlonym miejscu ustawiono wszystkie potrzebne nam rzeczy: jedzenie i wodę, posłania,  jakieś ubrania i ręczniki. Po drugiej stronie odkryłam wnękę, w której znajdowała się "łazienka". Ucieszyłam się na widok dużej miski, przynajmniej mogliśmy się umyć.
Chłopcy rozgościli się  na posłaniach, kiedy ja oglądałam bunkier, a kiedy wróciłam do nich już zasypiali. Uśmiechnęłam się. Poszczęściło się im, mogli odpocząć, kiedy reszta pełniła warty. Jednak żaden z nich nie jechał samochodem, wszyscy konno i było to znacznie bardziej męczące niż moja podróż.
Najciszej jak mogłam położyłam się na swoim materacu. Myślałam, że nie zasnę w nowym i całkiem obcym pomieszczeniu, ale kiedy tylko zamknęłam oczy, dopadło mnie zmęczenie i stres z ostatnich kilku dni, więc od razu odpłynęłam.

Obudziłam się kilka godzin później, trzęsąc się z zimna. Podczas snu zwinęłam się w kłębek pod kocem, jednak nie obroniło mnie to przed wszechobecnym  kocem. Słyszałam ciche przeklinanie Jaspera i Monty'ego. Więc ich także to obudziło. Podniosłam się na łokciu i wyszukałam ich w ciemności. Światło świec nie pomagało zbyt dobrze, wiedziałam tylko ich sylwetki, bez szczegółów. Siedzieli nad zapasami. dopiero po chwili zorientowałam się, że dzielą zostawione ubrania na pięć.
Jasper zauważył, że im się przyglądam.
- Piekielnie zimno - wyszeptał, starając się nie obudzić dwójki naszych towarzyszy. - Nie ma jak rozpalić ognia. Sprawdziliśmy.
Kiwnęłam głową. Też to wcześniej zauważyłam.
- Chyba wolałbym zostać na zewnątrz, nawet jeśli znaczyłoby to, że zaatakują nas Ziemianie - dodał cicho Monty, rzucając mi ubrania.
- Byłoby zdecydowanie cieplej. - potwierdziłam, przeglądając co mi przypadło po podziale.
Za duża kurtka, gruby sweter i futro, które miało robić za koc. Nieźle. Ubrałam się szybko i usiadłam na materacu.
- Wszyscy się pochorujemy przez to zimno - mruknęłam. - I przez ciemność.
- Obstawiam, że umrzemy z nudy. - dodał Monty.
- Temu możemy jakoś zaradzić - zaprzeczył Jasper z chytrym uśmiechem wyciągając talię kart z kieszeni kurtki.
Otworzyłam usta ze zdziwienia, ale szybko je zamknęłam.
- Skąd je masz? - zawołał Monty podekscytowanym głosem, zapominając o śpiących towarzyszach. Wyrwał Jasperowi karty. - Nic nie mówiłeś!
- Znalazłem w składziku. Miałem zamiar przynieść na imprezę.
Uśmiechnęłam się. Dotychczas udało mam się znaleźć tylko dwie oryginalne talie kart i przynieść do kapsuły. Były już zniszczone i wyblakłe, po latach  użytkowania, jednak wszyscy traktowali ze z nabożną wręcz ostrożnością.
Grą zajęliśmy sobie jakoś czas.
Najpierw graliśmy w wojnę, bo w to wszyscy potrafili grać, ale potem obudził się Arthur i nasz ostatni towarzysz JJ i starszy strażnik zaczął nam tłumaczyć zasady gry w remika, pokazując na kartach.
- ...żeby się wyłożyć, trzeba mieć sekwens inaczej się nie liczy. Jak mas sekwens i 51 punktów w kartach to możesz się wyłożyć.... Wtedy już z górki, możesz dokładać do kogoś kto już wyłożył, ciągnąć z tej grupy, która jest odsłonięta, jeśli ci pasuje....
- A normalnie z której ciągnę? - zapytał Jasper marszcząc brwi.
- Przecież mówiłem na początku - westchnął Arthur. - Zawsze najpierw ciągniesz z zakrytej grupy potem odstawiasz na odsłoniętą grupę kartę która ci nie pasuje...
- Głupia ta gra - chłopak mruknął pod nosem, ale Arthur usłyszał.
- Jak możesz! - zawołał, dotykając dłonią serca w teatralnym geście i udając oburzonego. - Najlepsza gra na świecie!
- Strasznie skomplikowana! - tłumaczył się Jasper.
Wymieniliśmy z Montym i JJem rozbawione spojrzenia.
- Mam ci zacząć wyjaśniać zasady gry w tysiąca? - zapytał Arthur. - TO jest skomplikowana gra.
- Może zagramy w pokera? - zaproponował Jasper pstrykając palcami.
- Na co? Tu nawet kamieni nie ma, żeby je obstawiać - zakpił Monty.
- To na puszki z jedzeniem!
- Jasper znając twoje szczęście, to będziesz pierwszym, który przegra całe swoje jedzenie. - ostrzegł go przyjaciel.
Jasper posłał mu gniewne spojrzenie, a potem spojrzał z rezygnacją na Artura.
- Dobra, tłumacz tego swojego remika.
Mniej więcej tak nam minął pierwszy dzień. Jedzenie, gra, spanie. Po pewnym czasie karty nam się znudziły. W rozmowach usilnie unikaliśmy tematu Konklawe. Tylko dzięki zegarkowi ojca zachowałam poczucie czasu. Świeczki się wypalały jedna za drugą, ale staraliśmy się je oszczędzać. Było niezmiennie zimno. Drugiego dnia dla rozgrzania zaczęłam biegać w koło tam, gdzie jeszcze docierało światło, ale obawiałam się trochę, że w ciemnościach potknę się i skręcę nogę, wiec postawiłam na rozgrzewające ćwiczenia w miejscu. Po chwili dołączyli do mnie też JJ i Monty. Gdy nie mogliśmy już wymyślić żadnych ćwiczeń, zaczęliśmy sparingi. Powoli zaczęliśmy odchodzić od zmysłów w zamknięciu.

Trzeciego dnia specjalnie wstałam późno. Zjadłam śniadanie o dziesiątej, a potem zabrałam jedną ze świeczek do wnęki łazienkowej jak ją zaczęliśmy nazywać. Nalałam lodowatej wody do miski (innej nie było) i ściągnęłam swoje ubrania. Podczas mycia cała drżałam i  ochlapałam podłogę wokół siebie. Po wytarciu szorstkim ręcznikiem, ubrałam przygotowaną przez Ziemian sukienkę z ciemnego i cienkiego materiału. Miała dość głęboki dekolt i odsłonięte plecy, a dodatkiem był szeroki pas
- Chyba zwariowali - mruknęłam, drżąc z zimna. Zarzuciłam na siebie obie kurtki jakie miałam i do tego koc, a włosy zawinęłam w ręcznik, żeby szybciej wyschły. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością aż wreszcie otworzą wrota i pozwolą nam wyjść na światło dzienne.
Pięć minut prze dwunasta staliśmy już przed wejście. Moi towarzysze otoczyli mnie z bronią w rękach. Ja sama musiałam ściągnąć ciepłe ubrania, zostawiłam jednak swoją kurtkę, by zasłaniała broń zatkniętą za pasek na plecach. Wciąż wilgotne włosy opadały lekkimi falami na plecy. Ciało pokryła mi gęsia skórka, próbowałam opanować szczękanie zębów. Nie wiedział czy jest to spowodowane  zimnem, czy nerwami.
Wreszcie, powoli i z piskiem, od którego przechodziły ciarki po plecach drzwi zaczęły powoli się otwierać. Szpara robiła się coraz większa....
Aż w końcu drzwi otworzyły się na tyle, że byliśmy w stanie wyjść. Dzisiejszy dzień był pochmurny, ale i tak nagła jasność boleśnie nas oślepiła. Zmrużyłam oczy i podniosłam dłoń do twarzy, by osłonić ją przed światłem.
Dłuższą chwile zajęło nam odzyskanie wzroku i dopiero wtedy wyszliśmy z bunkra. Mimo chmur dzień był ciepły, co przyjęłam z ulgą, czując jak moje ciało powoli się nagrzewa. Palce i nos miałam lodowaty.
- Bogu dzięki, myślałem, że zwariuję - skomentował Jasper, co wszyscy skomentowaliśmy zgodnym pomrukiem.
Nie mieliśmy jednak dużo czasu na ponowne oswojenie się z sytuacją, bo znowu otoczyli nas strażnicy, nakazując maszerować szybkim krokiem.
Czułam obecność Bellamy'ego niedaleko siebie, jednak to nie mnie wypytywał o szczegóły pobyty w bunkrze tylko Monty'ego. Poczułam irracjonalny żal, który odepchnęłam od siebie. Najwyraźniej  zrozumiał, że nie mam ochoty rozmawiać i przestał się narzucać. Nie powinnam czuć zawodu, że zrezygnował i dawał mi przestrzeń na przemyślenie wszystkiego dokładnie.
Stop! 
Nakazałam sobie oczyścić umysł ze wszystkich myśli i skupić się na czekającym mnie zadaniu. Właściwie, nie miałam pojęcia co mam robić, oprócz dumnego reprezentowaniu samej siebie. Próbowałam o tym nie myśleć.
Wreszcie dotarliśmy prawie do wyjścia. Widziałam plac przed wierzą. Jednak nie wyszliśmy jeszcze. Słyszałam wiwatujący tłum i domyśliłam się, że na scenę zostają wprowadzani reprezentanci klanów.
Potem Ziemianie umilkli. Przemówiła Lexa. Jej głos niósł się echem wśród budynków.
- ...WANHEDA - usłyszałam.
Jeden ze strażników dał nam znak, jednak sama się domyśliłam, że nadszedł czas na nas. Po chwili znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni. Słyszałam jakieś dziwne narastające odgłosy i trochę mi zajęło zanim zorientowałam się, że Ziemianie skandują mój tytuł.
Podniosłam głowę i wyprostowałam plecy. A niech mają to swoje przedstawienie.
Wmaszerowałam na podwyższenie i stanęłam obok Lexy i reprezentantów. Wszyscy byli ogromni i umięśnieni z wymalowanymi znakami klanów na twarzach.
Czułam na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. Nie okazywałam żadnych uczuć, a przynajmniej starałam się. Patrzyłam ponad głowami ludzi, by nie czuł stresu. Kiedy komandor podniosła rękę skandowanie ucichło.
- Niech Konklawe się rozpocznie! - wykrzyknęła w języku Ziemian.
Wcześniej wytłumaczono mi, że to tylko symboliczne rozpoczęcie. Ziemianie rozpoczną walkę dopiero za godzinę, a sygnałem to tego będzie dźwięk gongu. W tym czasie całe miasto będzie sparaliżowane, wszyscy mieszkańcy i reszta przybyłych Ziemian musieli przebywać w budynkach, a kary za naruszenie tego nakazu były niezwykle surowe. Nie wolno było przeszkadzać walczącym, ani im pomagać. Konklawe trwało do ostatniego żywego reprezentanta.
Po słowach Lexy wybuchł głośny aplauz. Zaraz potem zarówno mnie jak i Lexe poprowadzono z powrotem do wieży. Potem zaczęto rozganiać tłum do budynków. Każdy chciał zdobyć najlepsze miejsca na dachach, lub przy oknach i t w centrum miasta.
Nie żałowałam, że nie będę oglądać walk. Nie znajdowałam przyjemności w oglądaniu śmierci ludzi. Zdawałam sobie sprawę, że będą się zabijać tylko po to,  żebym ja była wolna od tytułu Wanhedy.
Najpierw udaliśmy się razem z przywódcami klanów do sali tronowej. Nie było z nami Kane'a bo to ja reprezentowałam Skaikru, czego zaczęłam żałować. Mężczyzna był dobry w dogadywaniu się z Ziemianami. Ja stałam jak najdalej od nich, w otoczeniu straży i oczekiwałam na rozpoczęcie. Przywódcy dyskutowali, co jakiś czas posyłając mi spojrzenia, niektórzy zaciekawione, większość nieufnych, a także nienawistne (Królowa Nia). w pewnym momencie podeszła do mnie Lexa.
- Już czas - oznajmiła. Kiwnęłam głową. - To ostatnia szansa żeby wszystko odwołać. Wciąż możesz zatrzymać tytuł. Nie jest jeszcze za późno.
- Nie zmieniłam zdania - powiedziałam, hardo patrząc jej w oczy.
Przez chwilę podtrzymała spojrzenie, ale potem odwróciła wzrok i pokręciła głową z dezaprobatą.
- Jesteś inna niż kiedyś - zauważyła z wyrzutem, choć starała się go ukryć. - Zmieniłaś się. Nie jesteś już tak pewna siebie i odważna co kiedyś. Jakbyś starała się odrzucić naturalną zdolność rządzenia, którą posiadasz.
- Wiesz, ludzi zmieniają rzeczy, z którymi musieli się zmierzyć - odparłam zimno. - Nie jestem tak bezduszna, by obeszło mnie zabicie tylu istot.
- Myślisz, że cię to złamało? - przyjrzała mi się z ciekawością i jakby smutkiem.
Wzruszyłam ramionami.
- Nawet jeśli, to nie twoja sprawa.
- Zawiodłaś mnie. - oznajmiła po dłuższej ciszy. - Kiedyś z łatwością zrozumiałabyś, że zatrzymanie tytułu jest szansą dla twojego klanu. Kiedyś tylko na tym ci zależało. Na ich ochronie.
- Może stałam się bardziej samolubna. Może na tym polega ta cała zmiana.
Lexa odsunęła się.
- Uderz mocno.
Zmarszczyłam brwi, od razu czując niepokój i strach.
- Co takiego?! - zapytałam ostro.
- W gong - odparła. - To ty masz uderzyć w gong.
Poczułam ulgę, ale kiedy podeszłam do dużego gongu przy oknie, poczułam stres, spotęgowany ciszą jaka zapadła. Sięgnęłam po ciężki młot. Kiedy go podnosiłam bałam się, że nie trafię. Wzięłam głęboki oddech, zamachnęłam się i z całej siły walnęłam w gong. Wyobraziłam sobie jak komicznie musiałam wyglądać z boku. Dziwne, że nikt się nie roześmiał.
Pewnie dlatego, że dźwięk gongu zagłuszał nawet wszystkie myśli. Niósł się echem, odbijając od budynków.
Niech Konklawe się rozpocznie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz