czwartek, 7 grudnia 2017

Rozdział 30

*Clarke Griffin*
Droga powrotna trwała dwa razy szybciej niż podróż do Polis. Narzuciliśmy sobie dość szybkie, zresztą nie spowalniało nas ogromne wojsko. Wszyscy nadal byliśmy niepewni, czy kolejny atak nie nastąpi. Dlatego tylko raz zrobiliśmy postój, by dać odpocząć koniom i zjeść coś. Jechaliśmy całą noc, a późnym południem mogliśmy już zobaczyć Arkadię.
Patrząc przez zakratowane okna, poczułam niewysłowioną ulgę na znajomy widok. Niewątpliwie byłam w domu.
Tu tez zostawili nas strażnicy Lexy. Widziałam, jak Bellamy żegna się z jednym z nich i potrząsa jego ręką. Potem Ziemianie zawrócili i odjechali.
Droga ze wzgórza do bramy trwała tylko chwilę, ale mi wydawała się wiecznością. Z każdą sekundą kształty obozu były większe i wyraźniejsze. Moje serce przyspieszyło, kiedy brama otwierała się przed nami.
Kiedy wreszcie byliśmy bezpieczni za ogrodzeniem, zatrzymaliśmy się dopiero w garażu, gdzie przetrzymywaliśmy samochody. Tam też wszyscy wysiedliśmy. Zeskoczyłam na ziemie, czując się lekka i beztroska jak nigdy przedtem, a przecież nasze problemy jeszcze się nie skończyły. Nigdy się nie kończyły. Tak, najprawdopodobniej nie byłam już zagrożona, więc dlaczego czułam jakby ktoś zacisnął rękę na moim gardle i nie pozwalał zaczerpnąć powietrza do płuc.
Podeszłam do Monty'ego i Jaspera.
- Możecie zaprowadzić Millera i JJa do szpitala? - poprosiłam. - Stażyści powinni ich jeszcze raz przebadać. Ja zaraz też tam przyjdę.
Kiedy pokiwali głowami i odeszli spełnić moją prośbę, podeszłam do Rasheeda i podziękowałam mu za ochronę i pomoc.
- Nie spisaliśmy się zbytnio przy tym ataku - zaprzeczył niezadowolony.
- Nikt się go nie spodziewał - próbowałam go pocieszyć. - Zresztą JJ, Miller i Bellamy nie odnieśli śmiertelnych ran. Co się tyczy tamtych Ziemian... nic nie mogliśmy na to poradzić....
Posłał mi lekki uśmiech, ale nie przekonałam go. Następnie odszedł z zamiarem zdania relacji kanclerzowi.
Wreszcie wyszłam z garażu na dziedziniec. Dzisiejszy dzień był słoneczny i ciepły, z tego co przepowiadał Lincoln, były to ostatnie ciepłe dni jesieni. Za niedługo czekała nas zima. I prawdziwy ŚNIEG!
Wystawiłam twarz do słońca i przymknęłam oczy. Nie otworzyłam oczu nawet, kiedy poczułam, jak ktoś stanął obok mnie.
- Chyba zasłużyliśmy na drinka - powiedział Bellamy.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nawet na dwa - wreszcie podniosłam powieki i spojrzałam na niego.
Chłopak przyglądał mi się, a kiedy usłyszał moją odpowiedź na jego twarzy wypłynął zaskoczony uśmiech. Wyciągnął dłoń, by dotknąć mojej twarzy, tak jak robił to kiedy jeszcze byliśmy razem, ale za chwilę się zreflektował i opuścił ją wzdłuż ciała. Zauważyłam, że zacisnął dłoń.
- Co teraz będziemy robić? - zapytałam, patrząc przed siebie na obóz i jego mieszkańców. Zauważyłam, że ludzie znowu poczuli się bezpiecznie. Najwyraźniej udało się ich uspokoić, po niedoszłym ataku Azgedy.
- Wszystko co wcześniej  i to czego jeszcze nigdy nie robiliśmy - odpowiedział.
- Same konkrety - skomentowałam.
Potem zobaczyłam biegnąca w moją stronę znajomą sylwetkę.
-  Muszę iść. Moja mama....- powiedziałam wskazując na nią.
Bellamy wzruszył ramionami.
- Nie zamierzam cię zatrzymywać.

*Abby Griffn*
Z tego tygodnia pamiętałam niewiele oprócz nieustannego strachu o Clarke. Kane próbował uspokoić mieszkańców Arkadii, którzy nie mogli uwierzyć, że nie doszło do walki. I choć przekonywał ich, że są już bezpieczni, to jednak podwoił straże i utrzymał zakaz wychodzenia z obozu bez pozwolenia.
Rozkazał też nastolatkom wyjawić jakim sposobem przemykali do kapsuły niepostrzeżenie. Początkowo nikt nie chciał powiedzieć prawdy, utrzymując, że wymykali się przez bramę, informując o wyjściu strażników, ale kiedy kanclerz wyjaśnił im, że od tej informacji może zależeć bezpieczeństwo obozu, wreszcie wskazali miejsce w ogrodzeniu, gdzie znajdowała się dziura na tyle duża, ze człowiek bez problemu mógł się przez nią prześlizgnąć bez porażenia prądem. Kiedy mi o tym opowiadał, widziałam jego niezadowolenie z nieodpowiedzialności nastolatków. Ale może właśnie o to chodziło - byli tylko dziećmi, które mimo wszystkiego co już przeszły nadal kochały mieć tajemnice przed dorosłymi. Kiedy zaś spytał, kto znalazł pierwszy to miejsce, starali się nie wskazywać na nikogo, odpowiedzi zaś zawsze prowadziły do tego, że dziura po prostu tam była i wszyscy o niej wiedzieli.
Z każdym dniem mój niepokój rósł, a kiedy tylko Rasheed zjawił się w gabinecie Marcusa i oznajmił, że wrócili, od razu wybiegłam z pokoju i co tchu pognałam na spotkanie z córką. Nie wiedziałam, gdzie jej szukać, więc postanowiłam najpierw sprawdzić w garażu, licząc, że jeszcze się  stamtąd nie ruszyła. Zobaczyłam ją, stojącą obok Bellamy'ego i od razu pobiegłam w jej stronę. Przez umysł przebiegła mi dziwna myśl, że ona i chłopak stoją podejrzanie daleko od siebie. Jakby coś się wydarzyło. Ale wtedy Clarke mnie zauważyła i ruszyła w moją stronę. Objęłam ją mocno, kiedy się spotkałyśmy i nie mogłam opanować łez ulgi.
- Och, Clarke, tak się o ciebie bałam - wyszeptałam w jej włosy, potem odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią szukając jakichkolwiek obrażeń.
Oprócz rany na ręce, zawiniętej w chustkę, nie była ranna. Przynajmniej nie fizycznie, bo kiedy jej się przyjrzałam, zobaczyłam, że pod maską radości i spokoju, skrywała wielką ranę, która powodowała wielki ból.
- Co tutaj robisz? - zapytała pozornie szczęśliwa. - Powinnaś być w Mount Weather...
- Marcus zawiadomił mnie o wszystkich, kiedy tylko wyjechaliście do Polis - zaczęłam szybko tłumaczyć. - Przybyłam najszybciej jak potrafiłam.
- Nie trzeba było - powiedziała. - Wszystko w porządku. Już nie jestem Wanhedą. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i Ziemianie uznają tą zmianę, to jestem bezpieczna. Wszystko jest w porządku....
- Przecież widzę, że nie jest - zaprzeczyłam.
Clarke głośno przełknęła ślinę. Pokręciła głową, jakby nie mogąc wydusić ani słowa.
Objęłam ją ramieniem.
- Choć, wszystko mi opowiesz...

Siedziałyśmy u niej w pokoju, tak jak kiedyś i Clarke początkowo niechętnie i z trudem wszystko mi opowiedziała. Potem mówiła coraz szybciej i gwałtowniej, jakby szukała potwierdzenia, że postąpiła słusznie. O dziwo, nie zdziwiło mnie, że chodzi o Bellamy'ego, ale bałam się, że Clarke zerwała z nim, by się unieszczęśliwić, ukarać za wszystkie grzechy. Jednak przekonałam się, że głównym powodem był strach, że chłopak zginie z jej winy. Z tym nie potrafiłaby sobie poradzić, tak jak Bellamy nie przeżyłby utraty Clarke.
Może tak będzie lepiej. Może w końcu nauczą się żyć bez siebie, sami radzić sobie z problemami. Nadal mogli być zresztą przyjaciółmi.
Wciąż jednak nawiedzał mnie obraz twarzy Clarke, gdy była razem z Bellamym. Tak szczęśliwej i beztroskiej....
Życie jednak nie jest beztroskie. Na pewno nie na Ziemi. Zresztą w kosmosie też nie.
Clarke płakała, chyba bezwiednie. Kiedy skończyła mówić, nie pozostało mi nic innego jak przytulić ją i powiedzieć, że postąpiła słusznie. A dwa lata minął szybciej, niż sobie wyobraża.
- Ale jeśli za dwa lata wszystko się zmieni? - zapytała niespokojnie. - Jeżeli my się zmienimy? Jeżeli...
- Jeżeli to co czuliście było prawdziwe, nic się nie zmieni - przerwałam jej.
Clarke nie powiedziała już nic więcej.

*Bellamy Blake*
Otrząśnięcie się z ostatnich wydarzeń było trudne. Dopiero po dwóch tygodniach zniesiono zakaz wychodzenia poza obóz. Dziura w obozie, którą odkryła Clarke została załatana. Początkowo niepewnie, później coraz śmielej zaczęliśmy wychodzić na spotkania w kapsule. Ale nawet imprezy i rozmowy z przyjaciółmi nie zmniejszyły bólu, jaki czułem po rozstaniu z Clarke. Chciałbym ją znienawidzić, ale jak mógłbym, kiedy jednocześnie tak strasznie ją kochałem? Zresztą czasami faktycznie wydawało mi się, że ją nienawidzę, ale kiedy tylko ją widziałem tęskniłem za jej obecnością.
Widziałem, że pochłonęła ją praca, ale częściej niż wcześniej wychodziła ze szpitala, żeby porozmawiać ze znajomymi. Na pierwszy rzut oka wyglądała naturalnie, ale za dobrze ją znałem. Zresztą widziałem, że czasem patrzy na mnie, tak jak ja na nią - z niewyobrażalną tęsknotą. Oczywiście oboje udawaliśmy, że tego nie zauważamy.
Clarke chciała, żebyśmy żyli normalnie. Normalnie, czyli z kimś innym? Ja nie mógłbym udawać przed kimś miłości, zresztą ona też nie zaczęła spotykać się z nikim innym. Nie chciałem, żeby powtórzyła się sytuacja, jak z Giną (która zainteresowała się JJem, co ciekawe).
Octavia próbowała mnie jakoś pocieszyć, choć nie wyjawiłem jej powodu mojego rozżalenia. Zresztą nie musiałem. Moje rozstanie z Clarke stało się plotką roku. Wiedziałem, że ludzie dyskutowali i zakładali się dlaczego się rozstaliśmy, czy zamierzamy się zejść i tak dalej. Starałem się nie zwracać na to uwagi. Wkrótce przestaną o tym mówić. Znajdą się nowe plotki.
Życie na Ziemi było nieprzewidywalne - a my dopiero ją poznawaliśmy. Może za kilka lat wszystko będzie prostsze, ale na razie czekały na nas kolejne niebezpieczne przygody, nowe przeszkody, a my będziemy musieli się z nimi zmierzyć.
I damy sobie radę. To właśnie robiliśmy. Jeżeli w kosmosie udało nam się przeżyć, to na Ziemi nie? Przecież stąd pochodziliśmy. I czuliśmy to każdej minuty każdego dnia od kiedy Setka nastoletnich kryminalistów wylądowała na powierzchni planety.
Czy byliśmy przygotowani? O nie.
Czy przeżyliśmy? Owszem.
Czy przetrwamy? Nie mam co do tego wątpliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz