Nie wiem dlaczego nadano mi przydomek Komandora Śmierci. Bo kilka razy pociągnęłam za dźwignie, zabijając kilkaset ludzi? Tak naprawdę nie potrafiłam poradzić sobie z trójką ciągnących mnie w stronę drzwi nastolatków. Ziemianie powinni lepiej wybierać sobie kandydatów na Wanhedę.
Podobną bezsilność czułam, kiedy w czasie porwania Ziemianie poddali mi truciznę, przez którą straciłam czucie w całym ciele. Wtedy też nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Próbowałam się uspokoić, zebrać myśli, ale panika przejęła nade mną kontrolę.
Bellamy... Bellamy... B e l l a m y...!
Dlaczego strach o tego durnego chłopaka zawsze działał na mnie najbardziej? Gdybym miała ujawnić komuś swoje lęki, to na pierwszym miejscu byłaby strata Bellamy'ego.
Pewnie on najbardziej bał się stracić mnie i Octavie, dlatego zawsze podejmował takie idiotyczne decyzje, żeby nas uratować, nawet za cenę swojego życia. Nienawidziłam go za to.
Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy będąc na miejscu Bellamy'ego nie postąpiłabym w podobny sposób.
Tysiące myśli wirowały w mojej głowie, podczas, gdy ja nadal starałam się wyrwać, chociaż czułam, że tracę siły - mięśnie mi drżały z powodu wysiłku, stawy bolały od ciągnięcia. Próbowałam nawet ugryźć Millera, ale Harper była szybsza i zawiązała mi wokół ust knebel, mimo że starałam się jej to uniemożliwić, gwałtownie kręcąc głową.
Nie wiem czy byłam bardziej wściekła, przerażona czy zirytowana. Wiedziałam na pewno, że mam ochotę kogoś zabić. Starałam się zepchnąć tę myśl na dno umysły, zbyt przestraszona, że mogę w ogóle tak myśleć.
- Clarke! - odezwał się Miller, proszącym głosem. - Nie utrudniaj nam tego!
Mam nadzieję, że moje wściekłe prychnięcie było słyszalne spoza chustki, która kneblowała mi usta.
- Spełniamy życzenie Bellamy'ego - dodał Monty. - Mogłabyś to uszanować?
Są naprawdę tak głupi, czy tylko udają?!
Niedługo potem okrył nas cień budynków Arkadii. Wiedziałam, że jeżeli wprowadzą mnie do środka, moje szanse zmaleją. Nikt nie powstrzyma Bellamy'go przed samobójstwem.
W tej samej chwili, kiedy to pomyślałam, usłyszałam kolejne odgłosy trąb, tym razem głośniejsze i donośniejsze od tych, które słyszeliśmy na początku. Także krzyki wojowników Azgedy, niemilknące od wejścia na polanę przed Arkadią, teraz ucichły.
Nadeszła ta chwila. Wyobraziłam sobie, jak Bellamy przekracza granice Arkadii, jak zgromadzeni przed bramą strażnicy przepuszczają go. Jak Ziemianie wyciągają swoją broń, by wznieść radosny i zwycięski okrzyk.
To powinnam być ja!
Ale o dziwo, to nie Ziemianie wznieśli okrzyk, tylko Arkadyjczycy. Trzymający mnie nastolatkowie zatrzymali się w miejscu oszołomieni. Tylko tyle potrzebowałam. Wierzgnęłam nogami, uwalniając je. Potem kopnęłam w krocze Millera, przez co odsunął się ode mnie. Monty, który trzymał moją druga rękę zwolnił na moment uścisk, którą udało mi się wyrwać. Nie czekałam ani chwili dłużej - pognałam, ile sił w nogach w kierunku bramy, mimo ich okrzyków i prób ponownego złapania mnie. Musiałam jeszcze przepychać się na sam przód tłumu, ale odpychałam ludzi na bok, nie starając się być szczególnie delikatną. Wiedziałam, że Monty jest tuż za mną, wiec podwoiłam wysiłki i po kilku minutach wypadłam z tłumu tuż przed bramą, chwiejąc się i próbując złapać oddech, a jednocześnie zorientować się w sytuacji. Dziesięć metrów przede mną stałą zwarta grupa naszych uzbrojonych żołnierzy. Przed nią w oddali czerniła się armia Azgedy, ale wzrok wszystkich był utkwiony w stronę lasu, z którego wychodziła inne wojsko - część konno, część pieszo, ale najbardziej rzucała się w oczy grupa niosąca sztandary jedenastu klanów. Całości przewodziła zasiadająca na koniu Lexa. Wiem, że powinnam być wdzięczna, ale ogarnął mną gniew, że nie pojawiła się chociaż dziesięć minut wcześniej. (Tak, tak, zorganizowanie takiej armii w tak krótkim czasie to pewnie cud. W tamtej chwili miałam to gdzieś!)
Zauważyłam też Lincolna i Octavię tuż za Komandor. Gdzieś w środku ucieszyłam się na ich widok, ale ledwie to zauważyłam, mając w głowie tylko jeden cel. Rozglądałam się rozpaczliwie, aż w końcu odnalazłam go wzrokiem. Bellamy stał tuż za linią naszych żołnierzy. Szybkim i zdecydowanym krokiem podążyłam w jego stronę.
Musiał wyczuć, że się zbliżam, bo odwrócił się do mnie z ulgą wymalowana na twarzy, pewnie dlatego, że Octavia była cała i zdrowa. Jednak ulga szybko przemalowała się w konsternację, kiedy zobaczył moją wściekła minę. Potem był już tylko zszokowany, kiedy potraktowałam jego idealną twarz prawym sierpowym, którego sam mnie nauczył. W cios włożyłam całą swoją siłę, zawód i wściekłość, tak że Bellamy zachwiał się i musiał cofnąć się kilka kroków, by złapać równowagę. Kiedy spojrzał na mnie z niedowierzaniem, zauważyłam że cios rozciął delikatną skórę na kości policzkowej, tuż pod okiem. Nie dało mi to satysfakcji. Ani ból promieniujący z rozciętych knykci mojej prawej dłoni. Czułam stróżki krwi spływające po palcach. Chyba bardziej ucierpiałam na tym ciosie niż on. Pocieszałam się myślą, że nic sobie nie złamałam.
Bellamy spojrzał na moją dłoń i zbliżył się do mnie z zatroskaną miną. Cofnęłam się przed nim, odsuwając rękę. Byłoby łatwiej, gdyby nie był tak cudownie opiekuńczy. Nawet nie przejął się tym, że go uderzyłam!
- Nie zbliżaj się do mnie!- warknęłam.
Bellamy wyprostował się zaskoczony. Już miał coś powiedzieć, kiedy obok mnie pojawił się Kane.
- Clarke, Lexa chce nas widzieć - odezwał się. Pewnie jakiś posłaniec pojawił się, kiedy zajmowałam się Bellamym. - Mamy do dyspozycji tylko dwóch strażników. Rasheed i Bellamy idziecie z nami - zwrócił się do chłopaka i stojącego niedaleko niego starszego strażnika.
- Nie - odezwałam się twardo, kiedy zaczął się odwracać.
- Nie? - powtórzył zaskoczony.
- Bellamy nie idzie - oświadczyłam. - Chcę, żeby poszedł z nami strażnik Arthur. Jemu mogę zaufać. - mówiąc to nie patrzyłam na Bellamy'ego, ale słyszałam jak głośno wciąga powietrze.
Kane też wydawał się zdziwiony i przez chwilę patrzył raz na mnie raz na Bellamy'ego, próbując rozgryźć co między nami zaszło, ale po chwili dał spokój. Pokiwał głową i przywołał Arthura i Rasheeda i ruszył w kierunku trzech Ziemian, którzy czekali na nas kilkadziesiąt metrów dalej.
Ruszyłam za nimi, ale zatrzymałam się, kiedy poczułam uścisk dłoni Bellamy'ego.
- Clarke, wiem, że jesteś wściekła... - zaczął, ale przerwałam mu, wyrywając dłoń i patrząc na niego z wściekłością i rozczarowaniem.
- Z tobą porozmawiam sobie później! - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Zostawiłam go za sobą bezradnego i opuszczonego.
Kane trochę się bał, że jeżeli wyjdziemy poza teren obozu wojownicy Azgedy rzucą się na nas, ale tego nie zrobili. Udało nam się spokojnie dotrzeć do wojsk Lexy, ale zanim ją spotkaliśmy, udało nam się przywitać z Octavią i Lincolnem.
- Cieszę się nic wam nie jest - powiedziałam, ściskając Octavię.
- Coś się stało? - zapytała dziewczyna, przyglądając mi się. - Wyglądasz na roztrzęsioną.
Twój brat jest idiotą.
- Po prostu strasznie się martwiliśmy - odparłam, siląc się na uśmiech.
Okazało się, że tylko ja i Kane możemy wejść do namiotu Lexy. Kane zrobił to pierwszy, a ja musiałam jeszcze odetchnąć głęboko tuż przed tym jak uchyliłam kotarę, która po chwili odcięła mnie od reszty świata.
Namiot był w pełni urządzony - stoły z mapami, skóry i inne materiały, broń. Co kilka metrów pod ścianą stał osobisty strażnik Komandor, która siedziała na tronie. Kane ukłonił się przed Lexą, ale mnie było stać tylko na skinienie głową. Lexa wyglądała niemalże tak samo jak przy naszym ostatnim spotkaniu, tylko że tym razem na jej widok poczułam się od nowa zdradzona i samotna, jak pod Mount Weather. Próbowałam jej to wybaczyć, nawet myślałam, że mi się to udało, szczególnie że sama mogłabym postąpić podobnie. Ale stojąc przed nią zrozumiałam, że to wszystko jej wina. Gdyby nas nie zostawiła wtedy, może nie musiałabym zabijać Ludzi z Góry, nie zostałabym Wanhedą, nie pokłóciłabym się z Bellamym. Ledwo udało mi się na nią nie rzucić.
- Octavia i Lincoln zawiadomili mnie o poczynaniach Azgedy, ale do tej pory nie wierzyłam, że to może być prawda - odezwała się Lexa. - Czy Azgeda otwarcie wypowiedziała wam wojnę?
- Nie zdążyli - odpowiedział Kane.
Komandor westchnęła.
- Królowa Nia poważnie naruszyła nasze prawo i zostanie ukarana. Jednak nie tak surowo, jak gdyby was zaatakowała. - spojrzała na mnie. - Lincoln próbował mi wytłumaczyć dlaczego do tego doszło, ale chciałabym usłyszeć to także od ciebie. Opowiedz mi o tym pierwszym porwaniu.
Mówiąc, starałam się streścić, jednocześnie nie pomijając najważniejszych faktów. Kiedy skończyłam, Kane przeszedł do opisu ostatnich wydarzeń - ataku na patrol, kartki, naszych przygotowań. Opowiadanie strasznie się przeciągało zwłaszcza, że Lexa zadawała dużo szczegółowych pytań. Z trudem zmusiłam się do stania w miejscu, kiedy miałam ochotę wyjść i odbyć z Bellamym poważną rozmowę. Starałam się jednak skupić i brać udział w wymianie zdań, przecież dotyczyło to głównie mnie. Ale okazało się, że będę musiała jeszcze trochę poczekać, bo Lexa nie pozwoliła nam jeszcze na powrót do obozu.
- Arom zaprowadzi was do namiotu, gdzie będziecie mogli zjeść posiłek - oznajmiła. - Ja teraz spotkam się z Królową Nią. Lepiej żebyście nie wychodzili. Będziecie pilnie strzeżeni. Zawiadomię was, kiedy będę gotowa z wami rozmawiać i wspólnie zastanowimy się nad rozwiązaniem tego problemu.
Pokiwaliśmy z Kanem głowami i ruszyliśmy za olbrzymim Ziemianinem.
- Clarke! - usłyszałam za sobą tuż przed wyjściem. Odwróciłam się w stronę Komandor. - Dobrze cię widzieć - dziewczyna posłała mi nikły uśmiech.
Jej postać promieniowała władzą i tajemniczością, a przecież była niewiele starsza ode mnie.
- Jestem wdzięczna, że zjawiłaś się, żeby nas uratować - zaczęłam po dłuższej chwili. - ale nie mogę tego samego powiedzieć o tobie.
Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Wyszłam, żałując, że powiedziałam jej prawdę. Przecież przez to może nie być dla nas przychylna podczas spotkania z Nią! Czy wpłynie to na jej osąd sytuacji? Zresztą jakby nie patrzeć swoim przybyciem uratowała życie Bellamy'emu, więc powinnam jej podziękować.
Jednak nie mogłam już zawrócić. Arom prowadził nas przez armię Lexy, której część zaczęła zakładać obozowisko. Ziemianie ukradkiem nas obserwowali. Wyobrażałam sobie jak nasi wojownicy wracają za bramę. Pewnie wystawili straże. Spodziewałam się, że obozowicze nie będą mogli dzisiaj spać spokojnie. Miałam nadzieję, że Bellamy nie wpadnie na żaden głupi pomysł. Wyraziłam się przecież wyraźnie.
Dotarliśmy w końcu do sporego namiotu, obstawionego przez piętnastkę Ziemian ze straży przybocznej Lexy. Pewnie nikomu innemu nie ufała. Namiot był spory, chociaż nie tak olbrzymi jak ten Komandor. W środku znajdowały się cztery posłania ze skór, a na środku na dużej desce zostawiono jedzenie dla nas. Usiedliśmy z Kanem i bez słowa zaczęliśmy jeść. Nie byłam specjalnie głodna, ale nie wiedziałam, kiedy następnym razem będę miała możliwość się najeść. Potem kiedy minęła godzina, a Lexa nadal po nas nie posłała, położyłam się na jednym z posłań, chociaż dobrze wiedziałam, że nie zasnę. Szukałam jakiś możliwości wybrnięcia z sytuacji, w której się znaleźliśmy bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Podejrzewałam, że autorytet Lexy nie wystarczy, aby powstrzymać ataki Ziemian. Musieliśmy inaczej to załatwić. Może za pomocą jakiegoś prawa Ziemian?
Czekanie się przedłużało, a supeł w moim brzuchu się zacieśniał.
Kiedy wreszcie po kilku godzinach zasłona naszego namiotu się uchyliła, bałam się, że zamiast posłańca pojawi się morderca gotowy nas zabić. Moja paranoja dorosła takich rozmiarów, że kiedy Arom prowadził nas z powrotem do Komandor, wierzyłam, że prowadzi nas na ofiarę. Jednak nic takiego się nie zdarzyło.
Lexa oczekiwała na nas, tym razem stojąc przy stole i dyskutując z jakimś starszym, ogolonym na łyso mężczyzną w długich szatach, nieprzypominających normalnych ubrań Ziemian. Kiedy weszliśmy do namiotu podnieśli na nas wzrok. Lexa wskazała nam krzesła przy stole.
- Zanim was wezwałam musiałam się naradzić z moi kapłanem - wytłumaczyła dziewczyna, pokazując na swojego towarzysza. - Jest niewiele możliwości zaradzenia wojny. Nie mogę dopuścić do rozpadu koalicji, nie chcę też rozlewu krwi. Mimo, że armia jedenastu klanów zebrała się pod moim przywództwem, sojusz słabnie z powodu ciebie, Clarke. Nia za niedługo będzie w stanie przekonać część klanów do wystąpienia przeciwko Skaikru. Dlatego musimy działać szybko. Jestem tu pod pretekstem obrony trzynastego klanu, a nie Wanhedy. Jednak powodem całego zdarzenia jest właśnie twoja obecność. Aby zatrzymać tytuł musisz...
- Nie chcę go zatrzymać - przerwałam jej gwałtownie. - Z chęcią się go pozbędę,
Venia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz