- Asher był wspaniałym chłopakiem, który dopiero wstępował w okres dorosłości. Żałuję, że nie było mu dane dożyć starości. Wiem jednak, że żył pełną piersią. Chwytał dzień. Nie marnował żadnej chwili. Wszystkim będzie nam go brakowało. Niech odnajdzie spokój. - zakończył Kane.
Pogrzeb Ashera odbył się dwa dni po jego śmierci. To były chyba najgorsze dni w całej Arkadii. Wieść szybko się rozeszła. Mało było ludzi, którzy by go nie znali. Dlatego wszyscy pogrążyliśmy się we wspólnej żałobie, szczególnie widocznej wśród nastolatków z Setki. Na ceremonii zgromadziło się wiele osób.
Miejsce Kane'a przy ciele chłopaka zajął Bellamy, którego Setka wyznaczyła na swojego przedstawiciela. Niektórzy uważali, że najlepszym wyborem byłby Miller, jako jego najlepszy przyjaciel, ale chłopak odmówił. Teraz stojąc w pierwszym rzędzie uparcie odwracał wzrok od ciała Ashera. Każdy radzi sobie z żałobą w inny sposób.
Bellamy spojrzał najpierw na Ashera, potem na zgromadzony tłum. Był zmęczony. Od dwóch dni prawie nie spał, zresztą jak większość nas.
- Pewnie niektórzy zastanawiają się, dlaczego pogrzeb odbywa się tutaj, koło kapsuły, a nie w okolicy Arkadii. - zaczął. - Powodów jest wiele. Jednym jest to, że w tym miejscu chowaliśmy naszych przyjaciół z Setki, którzy zmarli podczas pierwszych miesięcy naszego pobytu na Ziemi. To oczywiste. Asher należał do Setki. Był naszym przyjacielem. Był jak rodzina dla wielu z nas. Mało kto potrafił nas tak rozśmieszyć. Ale nie tylko dlatego wybraliśmy to miejsce. Kilka tygodni temu na jednej z imprez, kiedy gwiazdy były najlepiej widoczne, Asher powiedział patrząc w niebo: " Chciałbym zostać pochowany właśnie pod takim widokiem. Nie spalony. Pochowany w Ziemi, na którą tyle czekałem, żebym już zawsze mógł patrzeć w gwiazdy." - Bellamy spojrzał na ciało okryte czystym, białym materiałem. - Dzisiejszego dnia nie chowamy Ashera. Spełniamy jego życzenie. Nie mogliśmy go uratować. Przynajmniej tyle możemy zrobić w zamian. - przerwał na chwilę, a gdy kontynuował, głos miał silny i donośny. - Nie żegnamy cię, Asher. Jeszcze się kiedyś spotkamy.
- Jeszcze się kiedyś spotkamy. - powtórzyliśmy za Bellamym.
Czułam spływające łzy po policzkach, kiedy Bellamy podszedł do mnie i objął mnie ramieniem. Staliśmy jeszcze chwilę, patrząc w ponurej ciszy, przerywanej tylko cichym łkaniem, jak ciało Ashera zostało złożone do wykopanej wcześniej dziury w ziemi, która miała stać się jego grobem. Kiedy go zasypano, musieliśmy już wracać do obozu. Już od dwóch dni obowiązywał zakaz wychodzenie poza Arkadię, jednak na pogrzeb Ashera zrobiono wyjątek. Chociaż i tak byliśmy otoczeni przez uzbrojonych strażników.
Tylko o tym marzyłam. Żeby do obozu znów wdarł się strach przed Ziemią. Dzięki Ziemianie. Jak zwykle jesteście bardzo pomocni.
Podczas drogi powrotnej wszyscy nadal przeżywali ostatnie wydarzenia. Na domiar złego słońce, które świeciło rano, teraz zaszło, przysłonięte przez burzowe chmury. Zerwał się przenikliwy wiatr, który targał liście, włosy i ubrania.
Zadrżałam, obejmując się ramionami, żałując, że nie zabrałam kurtki z obozu. Po chwili poczułam ciepłą tkaninę, okrywającą moje ramiona. Podniosłam wzrok na Bellamy'ego, który szedł obok mnie i udawał, że nie widzi mojego spojrzenia.
- Chyba żartujesz - odezwałam się, próbując zwrócić mu kurtkę.
- Nie - odebrał ode mnie ubranie tylko po to, żeby z powrotem zarzucić mi je na ramiona. - Pani doktor nie może być chora, bo zarazi swoich pacjentów. A tego przecież nie chcemy? - mówił z lekkim uśmiechem, który jednak nie sięgał oczu, które nadal pozostały smutne i poważne.
- Ja nie choruję - odparłam zgryźliwie, wsuwając ręce do rękawów, które były zdecydowanie za długie. Czułam się trochę jak dziecko, które założyło ubranie swojego rodzica.
- Oczywiście.
Zapadła między nami cisza. Szliśmy wolno, jakby podświadomie wiedząc, że prędko nie będziemy mogli wyjść poza obóz bez nadzoru. Pozwoliliśmy by inni nas mijali, aż w końcu zostaliśmy z samego tyłu.
Włożyłam ręce do kieszeni kurtki Bellamy'ego. Wyczułam jakiś kawałek papieru i odruchowo go wyciągnęłam. Była to zmięta kartka, która po rozprostowaniu okazała się niedbale zapisaną wiadomością.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że się zatrzymałam, puki Bellamy nie zawołał mnie po imieniu.
- Co się stało? - zapytał przechodzący obok nas strażnik.
- Ja...- zaczęłam zmieszana, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wszystko w porządku, zaraz was dogonimy - odparł Bellamy za mnie. Kiedy nieprzekonany strażnik odsunął się od nas, Bellamy odezwał się do mnie podejrzanie opiekuńczym tonem. - Clarke...
- Co to jest? - zapytałam, próbując powstrzymać drżenie głosu.
- Proszę cię... - spojrzałam na jego udręczoną twarz.
- Skąd to masz? - wskazałam na kartkę. - Gdzie to znalazłeś?
Milczał. Patrzył tylko na mnie uparcie, jakby prosząc bym dała spokój, żebym już nie ciągnęła tej rozmowy.
- Na miejscu ataku na patrol Ashera, tak? - domyśliłam się. Poznałam po jego oczach, że się nie mylę. - Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
Rzuciłam kartką w jego pierś.
- Nie chciałem cię jeszcze bardziej martwić - powiedział to tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- A nie pomyślałeś, że to dotyczy m n i e ? - krzyknęłam. - Przeczytałeś to w ogóle? "Wanheda ma się oddać w nasze ręce za pięć dni, albo zaatakujemy Skaikru". - wyrecytowałam to, co przeczytałam na kartce. - Pomyślałeś o konsekwencjach? Jeżeli nie pójdę...- krzyczałam dalej.
- Ciszej - szepnął Bellamy, zbliżając się do mnie. - Kane zakazał nam o tym rozmawiać....
- Kane wie? - zapytałam osłupiała.
- Przecież nie zachowałem tej informacji tylko dla siebie! - zirytował się Bellamy.
- Kto jeszcze? - zapytałam.
- Twoja mama. I Lincoln.
- A mnie nie raczyliście zawiadomić.
- Nie możemy o tym tutaj rozmawiać. Nie jest bezpiecznie - Bellamy objął mnie ramieniem i zaczął prowadzić w stronę obozu, choć miałam wielką ochotę wyrwać mu się.
- Kane nie chciał cię zawiadamiać, bo nie wymyśliliśmy jeszcze żadnego rozwiązania- tłumaczył mi szeptem.
- Jak dla mnie to oczywiste - odszeptałam.
- Wcale nie!- podniósł głos, ale za chwile go zniżył. - Nie pójdziesz na spotkanie śmierci tak po prostu, rozumiesz?
- Przecież wyraźnie napisali, że nas zaatakują, jeżeli tego nie zrobię!
- Nie wiadomo, czy to były uzasadnione groźby! Równie dobrze może to być trójka Ziemian jak ostatnio. Lincoln ma się dowiedzieć, kto mógłby za tym stać. Ocenimy nasze szanse. Potem możemy rozważyć negocjacje. Dobrze?
- Ale jeżeli obóz będzie zagrożony, nie masz prawa mnie powstrzymać - dodałam groźnie.
- Jasne - potaknął, ale jakoś mu nie uwierzyłam.
- Ashera zaatakowała najprawdopodobniej Azgeda - tłumaczył Lincoln wieczorem na kolacji. - Popytałem o ich wygląd. Nie próbowali nawet ukrywać swoich tatuaży. Podejrzewam, że wysłała ich Królowa Nia, tak samo jak tamtych, którzy porwali ciebie, Clarke. - Lincoln kiwnął na mnie głową.
- Myślisz, że byłaby w stanie nas zaatakować? - spytała Octavia.
- Teoretycznie tak - Nia nigdy nie ukrywała, że chce obalić Lexę, a zabicie Wanhedy umożliwiłoby jej to. Ale teraz kiedy jesteście jednym z klanów, komandor może potraktować atak na Arkadię jako zdradę i armia Azgedy musiałaby mierzyć się z armią wszystkich pozostałych klanów.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Bellamy posłał mi pełne ulgi spojrzenie. Odpowiedziałam nikłym uśmiechem, bo nadal byłam wściekła, że ukrywał przede mną tą głupią kartkę.
Potem jednak spojrzałam na Lincolna i mina mi zrzedła. Dostrzegłam, że ma coś jeszcze do powiedzenia i że nie będą to dobre wieści.
- Jest coś jeszcze, prawda? - spytała Octavia, zanim ja zdołałam to zrobić.
- Armia Azgedy jest naprawdę potężna i dobrze zorganizowana- zaczął, powoli ważąc słowa. - Gdyby nas zaatakowali, musieliby się liczyć z odsieczą. Ale zanim armia koalicji w ogóle by tu przyszła prawdopodobnie Arkadia zostałaby zrównana z ziemią. To nie byłaby pomoc, tylko zemsta.
- Już raz udałoby nam się pokonać atak Ziemian. W dodatku bez tak rozbudowanej technologii, jaką obecnie dysponujemy. - sprzeciwił się Bellamy.
- Mówimy tu o otwartej wojnie, a nie o jakiejś bitwie - odparł Lincoln. - Otoczyliby Arkadię, pozbawiając nas możliwości dostaw pokarmu. Umarlibyśmy z głodu. Moglibyśmy zgromadzić zapasy i postarać się przetrwać, aż armia Lexy przybędzie z pomocą, ale nie sądzę, żeby w ciągu pięciu dni udałoby nam się zebrać wystarczającą ilość pożywienia, żeby utrzymać przy życiu wszystkich obozowiczów.
- A Mount Weather? Tam też moglibyśmy się przenieść - zaproponowała Octavia.
- Już raz udało nam się tam dostać - odparł Bellamy. - Nie jest to niezawodna warownia.
- Ale lepsza niż otwarty teren - kłóciła się dziewczyna.
- Musimy wysłać kogoś z wiadomością do Lexy - zaproponował Lincoln. - Mogę jechać z Octavią i ją uprzedzić. Jeżeli będzie gotowa, mamy większe szanse. Podróż w dwie strony jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinna zając trzy dni. Wy przygotowalibyście się na atak. Musimy jeszcze tylko zawiadomić Kane'a....
Głowa mnie już bolała od tej rozmowy. Nie podobało mi się żadne wyjście. Uzależnienie od Lexy? Nie, dziękuję. Ostatnio była bardzo pomocna.... Ale to i tak lepsze niż okrutna śmierć. Mimo, że gdyby zaistniała taka potrzeba oddałabym się w ręce Ziemian, by ratować obóz, nie chciałam umierać. Czy to samolubne, że chciałam spędzić więcej czasu z Bellamym? Z mamą? Z Setką?
Chciałam dalej leczyć. Uczyć innych jak to robić. Wreszcie znaleźć czas na malowanie. Pójść z Bellamym na plażę. Doczekać zimy i ulepić bałwana - o czym czytałam w książkach i widziałam na nagraniach sprzed katastrofy.
Ten plan mógł się powieźć. Mogłam mieć tylko nadzieję, że tak właśnie będzie, a w razie konieczności przynajmniej pożegnać się z rodziną.
Lincoln i Octavia wyruszyli zaraz po kolacji, by nie tracić czasu. Bellamy oczywiście zamartwiał się o wszelkie niebezpieczeństwa na jakie będzie narażona jego siostra i Lincoln, ale już dawno nauczył się, że rozkazywanie Octavii i trzymanie jej pod kloszem, przynosi opłakane skutki.
Nam pozostało zawiadomić Kane'a i przygotować się do ewentualnego ataku. Wiedziałam, że te dni będą trudne do wytrzymania, jednak nie spodziewałam się, że czas będzie się tak dłużył. Każda godzina trwała wieczność. Musiałam stale znajdować sobie nowe zajęcia, by przezwyciężyć nudę.
Kanclerz uprzedził obozowiczów, że za kilka dni mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie, ale nie powiedział, że przeze mnie. Ograniczono porcje żywnościowe, by nie marnować zapasów, które staraliśmy się powiększyć jak najbardziej. Zebraliśmy wszystkich, którzy potrafili posługiwać się bronią i szykowaliśmy ich na bitwę. Inżynierowie i technicy obmyślali plany obrony i tworzyli pułapki wokół obozu.
Widząc tak przygotowaną Arkadię, trudno było mi uwierzyć, że do żadnej walki nie dojdzie, mimo że Bellamy usilnie starał się mnie o tym przekonać.
Drugiego dnia od wyjazdu Lincolna i Octavii na moment wszyscy zapomnieli o zagrożeniu. Z ekscytacją czekali aż ktoś przekaże im jakieś informację ze szpitala, gdzie razem z dwoma stażystami odbierałam poród. Mimo, że pomagałam przy porodach mamie na Arce, wiedziałam, że tym razem to coś specjalnego, bo miało to być pierwsze dziecko wśród naszych ludzi, które narodzi się na Ziemi. Obozowicze spekulowali, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka, jak nazwą je rodzice.
Poród trwał strasznie długo, ale na szczęście obyło się bez jakichkolwiek powikłań. Kiedy urodziła się zdrowa dziewczynka, od razu zaczęła głośno płakać, co wywołało szerokie uśmiechy u wszystkich obecnych w szpitalu. Nie mogłam nie odetchnąć z ulgą, kiedy zmęczona młoda matka, Kadia, przytuliła swoje dziecko do piersi i z miłością w oczach spojrzała na męża, Ethana.
- Jak ją nazwiemy? - zapytała.
- Czy Gaja będzie zbyt oczywiste? - odparł, siadając na łóżku przy Kadii i obejmując ją ramieniem.
- Pasuje do niej - odezwał się Louis.
Chwilę później stażysta zabrał od rodziców dziecko, by je umyć i zbadać. Gloria zajęła się natomiast matką dziecka, upewniając się, że wszystko z nią w porządku. Pogratulowałam młodemu ojcu i poszłam zmyć z siebie krew. Potem wyszłam ze szpitala, by przekazać radosną wiadomość Kane'owi. Po drodze byłam wielokrotnie zaczepiana i pytana o zajście. Choć starałam się nie zdradzać szczegółów, widziałam, że napięcie, które zagościło w Arkadii na moment ustąpiło.
Jednak radość i ekscytacja szybko zniknęły. Arkadyjczycy musieli wrócić do przygotowań, a czas nam się kończył. Zauważyłam też wzrastający niepokój Bellamy'ego. Chłopak drugiego dnia z trudem zasnął, a rano trzeciego nie mógł usiedzieć w miejscu, zamartwiając się o powrót siostry. Jednak Octavia i Lincoln nie pojawili się ani trzeciego, ani czwartego dnia. A co za tym idzie nie przybyła też Lexa ze swoją armią. Byliśmy zdani tylko na siebie i chyba tylko to powstrzymało Bellamy'ego przed wyruszenia na misję poszukiwawczą. Kiedy cała Arkadia była gotowa na atak, pozostało nam tylko czekać na wroga.
Nasza nikła nadzieja gasła z każdą minutą. Piątego dnia po południu siedziałam z Bellamym i naszą paczką przyjaciół niedaleko bramy, mając świetny widok na drogę, wypatrując Octavii i Lincolna, albo Ziemiańskich wojsk. Nikt nie mówił tego na głos, ale martwiliśmy się, co takiego mogło ich zatrzymać. Czy dotarli do Lexy? Czy coś im się stało po drodze? Jeżeli tak, Bellamy tego nie przeżyje. Nie chciałam, by cierpiał, a gdyby Octavii coś się stało, zwłaszcza z mojej winy...
Stop! nakazałam sobie w myślach. Nie możesz tak myśleć!
Mimo to zachowanie optymizmu, kiedy czas uciekał, było równie trudne jak podjęcie decyzji o zabiciu ludzi z Mount Weather.
Słońce z każdą chwilą wisiało niżej na horyzoncie. Zaczęła mnie ogarniać irracjonalna nadzieja, że jeżeli Ziemian jeszcze nie widać, to na pewno się nie pojawią.
W ciągu tych pięciu dni mijaliśmy się z Bellamym, zamieniliśmy ze sobą tylko kilka słów, a mimo to wiedziałam doskonale co chłopak czuje - troska i strach o siostrę, gniew na Ziemian i poczucie bezradności stale toczyły w nim walkę. Dodatkowo wcale nie żałował, że zataił przede mną prawdę. Pewnie uważał, że tak należało postąpić, nawet jeżeli poczuję się przez to zdradzona. I rzeczywiście tak właśnie się czułam.
Jednak kiedy zachód słońca się zbliżał, kiedy siedziałam obok chłopaka, wyciągnęłam rękę i splotłam swoją dłoń z jego, próbując go jakoś pocieszyć i wesprzeć. Jednocześnie, kiedy lekko ścisnął moją dłoń, uświadomiło mi to, że nie jestem sama, że jak zawsze mogę liczyć na jego pomoc i zrozumienie. Bellamy nawet próbował się uśmiechnąć, ale jego szczęka była tak zaciśnięta ze zdenerwowania, że wyszedł mu raczej grymas.
Najpierw usłyszeliśmy odgłos rogu. Dźwięk odbijał się echem od drzew, przez co nie mogliśmy precyzyjnie określić jak daleko jest wróg. Potem do naszych uszu dodarły okrzyki bitewne Ziemian, które zlewały się w jeden bezwładny hałas. To wszystko raniło nasze już i tak skołatane nerwy, niemalże doprowadzając do szaleństwa.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego że cała drżę, puki Bellamy nie chwycił mnie za raniona. Próbowałam się uspokoić, przeklinając się w duchu za tę chwilę słabości. Nie chciałam przecież, żeby Bellamy widział mnie po raz ostatni roztrzęsioną i bezbronną.
Świadomość tego, że już nigdy go nie zobaczę, przytłoczyła mnie i odebrała mowę.
- Kocham cię - wyszeptał Bellamy, patrząc na mnie z bólem w oczach. - Nigdy nie zapominaj.
- A ja kocham ciebie - odparłam cicho, próbując zapamiętać każdą bliznę, każdy detal jego cudownej twarzy. Żałowałam, że nigdy nie spróbowałam jej narysować.
Chciałam mu tyle jeszcze powiedzieć, ale nie wiedziałam od czego zacząć, dlatego milczałam. Zamiast tego przybliżyłam swoją twarz do jego i pocałowałam go, prawdopodobnie po raz ostatni w swoim życiu.
Kocham cię. Tak bardzo cię kocham.
Odsunęłam się od niego w chwili, gdy wśród Arkadyjczyków zaczęły rozbrzmiewać zdenerwowane pokrzykiwania. Odwróciłam twarz i spojrzałam na pole rozciągające się przed bramą Arkadii. Niemalże poczułam ulgę, wreszcie mogąc zobaczyć z kim się zmierzę, a raczej kto wykona wyrok śmierci na mnie. To nie była grupa ludzi. Wokół Arkadii gromadziła się prawdziwa armia, porównywalna do tej, która miała zaatakować Mount Weather.
- Mamy przerypane - usłyszałam za sobą głos Jaspera.
Nie mogłam dopuścić do walki. Miałam nadzieję, że jeżeli mnie zabiją, to nie zaatakują Arkadii w przypływie jakieś pierwotnej radości. Chciałabym walczyć. Naprawdę. Cała się gotowałam na myśl, że po prostu się poddam. Ale nie trzeba było być jakimś wybitnym strategiem, żeby obliczyć jakie mamy szansę. Nasz plan nie wypalił, Octavia i Lincoln gdzieś zaginęli. Jeżeli będzie możliwość, że nikt z moich ludzi nie umrze, zamierzałam oddać się w ręce Ziemian. Żałowałam tylko, że bardziej się nie postaraliśmy. Przecież już wcześniej udawała nam się pokonać potężnych wrogów, bez technologi jakimi teraz funkcjonowaliśmy. Ale zawierzyliśmy w to, że Lexa na pewno nam pomoże. Uzależniliśmy się od innych, zamiast polegać na swoich umiejętnościach. Owszem Arkadia była uzbrojona i ufortyfikowana. Ale czy to wystarczy?
Spojrzałam jeszcze raz na Bellamy'ego, który patrzył na mnie uważnie i nerwowo. Jednak było coś jeszcze, coś czego nie potrafiłam rozszyfrować. Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, Bellamy pochylił się i pocałował mnie w czubek głowy.
- Proszę, wybacz mi - wyszeptał, po czym kiwnął głową na kogoś siedzącego za mną.
Po chwili poczułam na ramieniu czyjąś dłoń, więc odwróciłam się zdezorientowana. Spojrzałam na Millera, który mnie trzymał, a gdy próbowałam się wyrwać, wzmocnił uścisk. Miał przepraszający wyraz twarz.
- Co się dzieje? - zapytałam i spojrzałam na Bellamy'ego, który wstał i odsunął się ode mnie.
- Pójdziesz z Millerem - głos Bellamy'ego był rozkazujący, wyprany z emocji. Nie patrzył na mnie. - Ziemianie nie powinni cię zauważyć. Ja pójdę za ciebie...
- Co takiego? - krzyknęłam, a w tej samej chwili Miller zasłonił mi usta.
Byłam przerażona. Na pewno bardziej niż gdyby atakowali mnie Ziemianie, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. Zaczęłam się szarpać, przez co Monty musiał pomóc Millerowi, który starał się być delikatny mimo wszystko. Ale dzięki temu odsłonił mi usta.
- Ziemianie wiedzą, że Wanheda to kobieta - wysyczałam w stronę Bellamy'ego, łypiąc na niego groźnie, bo tylko tyle mogłam zrobić z unieruchomionymi rękami. Inaczej już dawno bym mu przyłożyła.
- To powiem, że zabiłem Wanhedę, żeby uzyskać jej moc - odparł, wzruszając ramionami.
- Nawet największy idiota w to nie uwierzy!
- Przekonamy się - Bellamy zaczął się odsuwać od nas. Moje serce zaczęło bić dwa razy szybciej, kiedy zrozumiałam, że on naprawdę zamierza to zrobić.
- Bellamy, błagam cię! - mój głos przybrał błagalny ton.
Chłopak nie zwrócił na mnie uwagi, tylko odwrócił się i ruszył w stronę bramy. Naprałam tchu, żeby krzyknąć coś za nim, zatrzymać go, albo dać znać Ziemianom, że ich Wanheda żyje. Ale Miller musiał przewidzieć co zamierzam, bo znów zasłonił mi usta. Jednocześnie podniósł mnie na nogi i razem z Montym zaczęli odciągam mnie w stronę najbliższych drzwi prowadzących do Arki.
Kopałam, drapałam, wyrywałam się. Próbowałam coś krzyknąć. Ale nikt mi nie pomógł, zamiast tego Harper i Murphy złapali mnie za nogi. Miałam nadzieję, że Ziemianie zobaczą to zamieszanie, ale przed nami zebrał się tłum, który na pewno zasłaniał im widok.
Szarpiąc się, ugryzłam się w język i po chwili poczułam metaliczny smak krwi.
W głowie miałam mętlik. Próbowałam wyśledzić postać Bellamy'ego, dowiedzieć się, czy już wyszedł za bramę.
Zostałam zdradzona. Zaufałam mu, a on co? Myślał, że może mnie oszukiwać, działać za moimi plecami, żeby mnie "uratować"? Poświęcać siebie, żebym ja mogła żyć? Przecież Bellamy jest wart dziesięć razy tyle co ja!
Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, że jeżeli dzisiaj Bellamy przedstawi się jako Wanheda, jeżeli... zginie.... znienawidzę nie tylko Ziemian.... znienawidzę siebie.... znienawidzę Bellamy'ego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz