Jak mogłam być tak głupia? Jak mogłam zapomnieć o niebezpieczeństwie?
Jak mama to określiła? "Jeszcze nigdy nie byłaś tak beztroska"? Właśnie. Chyba w tym problem. Zapomniałam o zbrodniach, jakich się dopuściłam. O moich ofiarach. Zapomniałam o tytule, którym zaczęto mnie nazywać. O piętnie, którym mnie naznaczono. W swojej głupocie myślałam, że po jednym ataku nie będzie następnych. A przecież znałam ten świat. Okrutna rzeczywistość, w której żyliśmy wykluczała coś takiego jak przebaczenie win i wymazanie ich z pamięci.
W pośpiechu czując wściekłość i gorycz popędziłam do szpitala, gdzie zastałam Louisa, ubierającego fartuch po skończonej przerwie obiadowej. Wyglądał jakby miał świetny humor, który zaraz będę musiała zniszczyć. Bo tylko w tym jestem naprawdę dobra.
- Louis, masz spakowaną podręczną apteczkę? - zawołałam zanim jeszcze przekroczyłam próg.
Chłopak odwrócił się i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Yy... taak - wymamrotał niepewnie, marszcząc brwi.
- Więc zabierz ją i chodź za mną.
Przez moment jakby się wahał, ale kiedy zauważył z jakim pośpiechem chwytam bandaże i leki, rzucił się po przygotowaną torbę. Po chwili już spieszyliśmy z powrotem, jednocześnie próbując wpakować zabrane przez mnie rzeczy do torby (co nie było łatwe w biegu) i pouczając go co do udzielenia pomocy przy truciznach Ziemian.
- Zaraz, Griffin, możesz mi powiedzieć, co tak właściwie się dzieje? - przerwał mi, próbując nade mną nadążyć.
- Jeden z patroli został zaatakowany - odparłam, wściekłą na siebie, że wcześniej mu tego nie wyjaśniłam. - Byłeś już kiedyś poza obozem?
- Nigdy nie wszedłem dalej niż do jeziora - odpowiedział, jakby ze strachem. Prawdopodobnie przeczuwał już, co musi zrobić.
- Musisz pojechać z pomocą - zakomenderowałam, czując się winna, że zmuszam go czegoś tak niebezpiecznego w ten sposób.
Louis prawie się potknął.
- Ale...- wyjąkał.
- Będzie dobrze - zapewniłam, ale chyba chciałam przekonać samą siebie. Musiałam działać szybko, bo zbliżaliśmy się do bramy i słyszałam już okrzyki ratowników. - Nie będziesz sam. Po prostu się nie wychylaj. Udzielaj pomocy tak jak cię uczono. Wszystko będzie dobrze.
- Dlaczego ty nie możesz iść? - chyba w tej chwili nie przejmował się, że to pytanie zdradza jego strach.
Jakby mu to powiedzieć?
- Bo jeżeli ja pójdę, ucierpi więcej osób! - wysyczałam, ale zaraz zrozumiałam, że nie powinnam wyładowywać złości na Louisie. Odetchnęłam głęboko. - Przepraszam. Jestem pewna, że dasz sobie radę. Musisz być odważny. Trzymaj się Bellamy'ego, a wszystko będzie dobrze.
Mam nadzieję.
Louis nadal wydawał się nie być przekonany, ale nie protestował już. Kiedy dotarliśmy na miejsce zbiórki, już wszyscy się zebrali i pakowali się do wozów. Rozbrzmiewały ostatnie rozkazy. Widziałam broń, którą każdy z nich dzierżył w rękach i modliłam się, żeby nie musieli ich używać. Nasz i tak naciągany sojusz z Ziemianami mógł się rozpaść w każdej chwili, a ja nie chciałam żeby stało się to z mojej winy. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Ale nie tylko tego bym żałowała. Co będzie, jeżeli ktoś nie wróci z tej wyprawy? Czy to będzie moja wina? Przejął mnie obezwładniający strach. Stojąc pośrodku obozu, jeszcze nigdy nie czułam się tak samotna, kiedy wokół krzątali się ludzie.
Nagle napotkałam wzrok Bellamy'ego, który wsiadał do samochodu. Wszędzie poznałabym te brązowe tęczówki. Patrzył na mnie ze zdecydowanym wyrazem twarzy, zanim zniknął w pojeździe i wiedziałam, czego ode mnie żąda i czego się boi.
Chciał mnie zobaczyć w Arkadii, jeśli wróci.
Boże. KIEDY. Kiedy wróci.
Znał mnie lepiej niż ja samą siebie i wiedział, jaka myśl kłębiła mi się z tyłu głowy jak pasożyt.
Zawsze mogę uciec.
Mogę odciąć się od wszystkiego. Zostawić bliskich i mieć nadzieję, że dzięki temu będą bezpieczni.
Albo oddać się w ręce Ziemian.
Czy to zapewni Arkadii bezpieczeństwo?
Czy to ochroni sojusz z Ziemianami?
Coś mnie jednak trzymało w miejscu i nie pozwalało się ruszyć.
- Clarke... - usłyszałam cichutki głos, tuż obok mnie i poczułam dłoń, chwytająca mnie za ramię.
- Mamo? - obróciłam głowę. Wyrwałam się z transu i zdałam sobie sprawę, że patrol już odjechał, nie wiem jak dawno temu. W tej samej chwili poczułam, że moje policzki są mokre. Płakałam. Szybkim ruchem otarłam łzy. - Powinnaś być w drodze do szpitala. Potrzebują cię...
- W tej chwili bardziej potrzebuje mnie moja córka. - oświadczyła.
Dałam jej się przytulić. Mimo, że starałam się powstrzymać, dalej płakałam.
Kiedy stałam się tak miękka?
Nie chciałam wchodzić z powrotem do szpitala. Chciałam zostać na zewnątrz i czekać na powrót patrolu, ale mama przekonała mnie, że zanim wrócą minie sporo czasu. Poszłyśmy więc do mojego pokoju i tam siedziałyśmy w ciszy na moim łóżku jedna obok drugiej.
- Wiesz, że dla Bellamy'ego jesteś najważniejsza, prawda? - zagaiła Abby, patrząc na mnie z ukosa. Nie wiedziałam do czego zmierza, dlatego milczałam. - Razem z Octavią, oczywiście, ale to dwie różne sprawy. Kiedy powiedział, że nie chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo, ale o innych, nie chciał cię urazić. Kazał mi to tobie przekazać, kiedy poszłaś po lekarza. Mogło to zabrzmieć...oschle, ale myślę, że w ten sposób chciał cię przekonać, byś została. Wiedział, że bardziej interesuje cię dobro innych niż samej siebie.
- Nie - odparłam cicho. - Powiedział to, bo tak właśnie uważał. Może jestem dla niego najważniejsza, ale on troszczy się o wszystkich. Walczy za wszystkich. Chyba właśnie dlatego go kocham. - spojrzałam na mamę. - Kiedy odjechali znowu myślałam o ucieczce. Albo o oddaniu się Ziemianom. - patrzyłam jak mama wciąga głośno powietrze z oszołomieniem. - Ale tego nie zrobiłam. Wcześniej pewnie już by mnie tu nie było. Ale powstrzymała mnie myśl o tym jak bardzo zraniłabym Bellamy'emu. Nie myślałam o bezpieczeństwie innych, tylko o złamanym sercu jednego chłopaka. Nie chciałam, żeby mnie znienawidził - znowu zaczęłam płakać. Głupie kanaliki łzowe. - Jestem najbardziej samolubną osobą na Ziemi. I nie zasługuję na kogoś, kto jest gotowy oddać życie za życie kogokolwiek innego. Chciałabym być silniejsza. Odważniejsza i lepsza. Taka jak Bellamy. Ale nie potrafię!
Mama przez chwilę milczała.
- A nie zastanawiało cię, dlaczego ktoś taki jak Bellamy wybrał właśnie ciebie? - zapytała łagodnie.
- Bo jest ślepym głupcem? - odparłam żałośnie.
- To się chyba kłóci z tym, jak go wcześniej opisałaś.
- Więc z chorej potrzeby adrenaliny. Z nudy?
- Bo on jest tak samo skrzywdzony jak ty. Jesteście tacy podobni. Nie z wyglądu, ani z charakteru, chociaż oboje jesteście wspaniałymi przywódcami, głównie przez ten wasz upór. Przeszliście przez to samo. Stratę rodzica. Walkę o życie. Musieliście zabijać. Biliście się z poczuciem winy. I wiesz co ci powiem? Przez to, że się nawzajem rozumiecie, możecie uleczyć swoje rany. I być szczęśliwi. Mogłam to zauważyć, kiedy widziałam was razem.
- Zachowywałam się głupio. Nie powinnam była zapomnieć, że jestem Wanhedą.
- Nie jesteś Wanhedą! - krzyknęła mama. - Nie nazywaj się tak i nie wierz w to. Równie dobrze Ziemianie mogli tak nazwać kogokolwiek innego. Nawet Bellamy'ego. Albo Marcusa, czy Jahę. Wiesz ile osób oni oni wypuścili w kosmos?! Ja zdradziłam twojego ojca! - oczy mamy zaszły łzami. - Z zabójstwa nie należy być dumnym. Nie należy obnosić się z takimi tytułami, bo można dojść do wniosku, że jest to coś chwalebnego. Ziemianie inaczej to traktują. Szanuję to, ale to nie znaczy, że my mamy być tacy sami jak oni. Zabójstwo to coś, czego trzeba się wstydzić, pamiętać o tym, ale jednocześnie potrafić wyciągnąć wnioski i walczyć o to, by nie musieć już nikogo krzywdzić. Musimy sobie wybaczyć.
- Ja po prostu chciałabym być normalna - wyszeptałam.
Mama w odpowiedzi już nic nie powiedziała, tylko przytuliła mnie do swojego boku.
Normalna? Czyli taka jak na tych starych filmach dla nastolatków, które czasem puszczali na imprezach w kapsule? Problemem głównej bohaterki zazwyczaj był zabójczo przystojny chłopak, który nie zwracał na niej uwagi. Co ja bym dała za coś takiego. Nie mogłam się jednak zamienić. Musiałam pozostać sobą: dziewczyną, która wychowała się w kosmosie, która razem z przyjacielem Wellsem tęskniła za Ziemią, domem którego nigdy nie znała. Potem ojciec tej dziewczyny został zamordowany, ona zamknięta w więzieniu, gdzie mogła do woli obwiniać najlepszego przyjaciela. Gdy jej marzenie się spełniło - została wysłana na Ziemie - to nie w taki sposób jaki sobie wyobrażała. Ziemia okazała się terrorem. Zabójcą ojca jej matka. Wells zginął. Finn, chłopiec o złotym sercu, został złamany. A ta dziewczyna? Tak, ona została mordercą.
Jednak kiedy o tym wszystkim myślałam, to zrozumiałam, że moja historia jest podobna do setki innych ludzi. Kiedyś może takie rzeczy się nie zdarzały. Ale teraz moje przeżycia to codzienność dla ludzkości. Użalanie się nad sobą nic nie da, bo nie jestem sama.
Mama miała racje. Nie prosiłam się o ten rozgłos. Nie ja zaatakowałam ten patrol, tylko Ziemianie. Zrobili to, chcąc Wanhedy? Zrobię wszystko, żeby pozbyć się tego głupiego tytułu. Nie pozwolę, by ktoś chcąc zabić mnie, zniszczył szczęście ludzi, którzy tak długo na nie czekali.
Oso gonplei nou ste odon. Moja walka się nie skończyła. Ale za niedługo to nastąpi. Dopilnuję tego.
Z każdą godziną robiłam się coraz bardziej nerwowa. Ile to mogło trwać? Kane zapewnił mnie, że ma ze strażnikami stały kontakt, więc na pewno są bezpieczni, ale nie powstrzymało mnie to od zamartwiania się. Godziny ciągnęły się w nieskończoność i w pewnym momencie myślałam, że zwariuję od tego napięcia.
Dopiero koło drugiej w nocy Kane oznajmił mojej mamie i mnie, że patrol wraca do obozu. Jednak nie uspokoiłam się, puki nie zobaczyłam zbliżających się świateł samochodów. Kiedy pojazdy się zatrzymały, próbowałam wypatrzeć Bellamy'ego wśród wysiadających pasażerów.
W końcu zobaczyłam go w towarzystwie Louisa, oboje wyglądali na zmęczonych, ale Bellamy przyjacielsko poklepał go w ramię i posłał w jego stronę słaby uśmiech. Powiedział coś, na co stażysta wzruszył ramionami i pożegnał Bellamy'ego skinieniem głowy. Wyglądali na zaprzyjaźnionych, co mnie ucieszyło, zważywszy, że ciągle pamiętałam scenę, kiedy Bellamy uderzył Louisa.
Kiedy Bellamy podniósł głowę, zauważył mnie, stojącą na poboczu i na jego twarzy odmalowała się ulga. Mimo, że wiedziałam, że miał jak najbardziej prawo podejrzewać mnie o ucieczkę, to trochę mnie zabolał jego brak wiary we mnie. Jednak od razu spróbowałam zgasić w sobie to uczucie.
Bellamy zbliżył się do mnie i z ciężkim westchnieniem przytulił mnie do siebie. Przez długą chwilę nie puszczał, jakby próbował zapomnieć o całej misji.
Potem jednak odsunął się na długość ramienia.
- Jak poszło Louisowi? - zadałam najprostsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy.
- Naprawdę dobrze - odparł. - To porządny chłopak. Mimo wszystko. Chciałby zrobić więcej...
Bellamy pokręcił głową, a ja miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywał.
- Co się stało? - spytałam go podejrzliwie. - Czego mi nie mówisz?
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem, co tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że mam racje.
- Wiesz, że to wszystko co się dziś stało nie jest twoją winą, prawda?
Odnosiłam wrażenie, że nie powie mi o co chodzi, puki mu nie odpowiem zgodnie z prawdą.
- Wiem, że nie miałam wpływu na ten atak - odparłam, czując ściskający się supeł w moim brzuchu. -Możesz w końcu powiedzieć, co się stało?!- zaczęłam się denerwować.
- Przepraszam Nie wiem, jak mam ci to przekazać - odparł zrezygnowany i smutny.
Wyczułam jakieś poruszenie za jego plecami, więc wyrwałam się z jego objęć i ominęłam go. Bellamy powoli spuścił ramiona wzdłuż ciała i zacisnął mocno powieki, zanim się odwrócił. Podeszłam parę kroków do przodu, ale zatrzymałam się raptownie, kiedy czwórka strażników wyciągnęła z tyłu samochodu nosze.
Jeżeli był to ranny, to dlaczego zakryli całe jego ciało, włącznie z twarzą?
Dolna warga zaczęła mi drżeć, kiedy powoli uświadamiałam sobie prawdę.
- Bellamy... - wyszeptałam, niepewna, czy mnie słyszy, ale jednocześnie nie potrafiłam wydobyć z siebie głośniejszego dźwięku. - Który to był patrol?
Znałam już odpowiedź, bo widziałam twarz Millera, który był jednym z tych co nieśli ciało.
- Ashera - usłyszałam odpowiedź, która brzmiała bardziej jak westchnienie.
Poczułam mdłości.
- Nie...
- Nie cierpiał długo, Clarke. On... umarł zanim przybyliśmy na miejsce. To... - głos chłopaka się załamał.
Odwróciłam się gwałtownie z zamiarem ucieczki, ale natrafiłam na przeszkodę w postaci twardej klatki piersiowej Bellamy'ego. Wtuliłam twarz w jego ciało, a on przyciągnął mnie do siebie jak najbliżej, tak że nasze ciała zlały się w jedno. Czułam, że ramiona Bellamy'ego drżął. A może ta ja się trzęsłam od płaczu? Nie wiem i w tamtej chwili nie miało to znaczenia, bo znowu straciliśmy kogoś z Setki.
Przyjaciela.
Członka rodziny.
Ashera.
Venia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz