poniedziałek, 1 maja 2017

Rozdział 22

*Abby Griffin*
Ostatnio tak rzadko przebywałam w Arkadii, że kiedy wreszcie udało mi się odwiedzić bliskich nie mogłam nadziwić się zmianom, które tam zaszły. I nie chodzi tylko o wygląd obozu (chociaż trzeba przyznać, że jeżeli brać pod uwagę usprawnienia i wielkość, to technicy spisali się na medal!) - jeszcze nigdy nie widziałam w jednym miejscu tyle radości i szczęścia wypisanego na twarzach obozowiczów. Oczywiście, że nie było lekko, ale zarówno dzieci jak i dorośli wreszcie zaczęli czuć się bezpiecznie i przyzwyczaili się do niespodzianek, które gotowała im Ziemia.
Ja też byłam szczęśliwa. Szpital prosperował jak najlepiej. Marcus był niesamowity - mimo, że kiedyś mu nie ufałam, teraz widziałam zmianę, która w nim zaszła - był zdecydowanym i zorganizowanym dowódcą, ale nie krył troski o podwładnych. Kiedy widziałam, jak stara się postępować zgodnie z własnym sumieniem, czułam niewysłowioną radość, że go znam i że obdarzyłam go uczuciem.
Mimo że nie widywaliśmy się często, to kiedy się to udawało, Marcus zawsze potrafił znaleźć dla nas czas. Na przykład wspólny obiad w jadalni.
Siedzieliśmy razem przy stoliku, delektując się smakiem świeżych warzyw i mięsa, którego nie znaliśmy na Arce. Wypytywałam Marcusa o jego pracę, o problemy, z jakimi musiał się zmierzyć.
- Od kilku tygodni jest niezwykle spokojnie - relacjonował. - Żadnych większych wypadków. Żadnych ataków. Ruszyliśmy ze szkołą. Dzieci lubią uczestniczyć w lekcjach, które prowadzą nawet niektórzy z Setki. Główną inicjatorką była Harper. Z tego co wiem, jest wspaniałą nauczycielką. łączy teorie z praktyką. Oczywiście mamy też starszych nauczycieli.
Uśmiechnęłam się i wyszukałam dziewczynę w tłumie. Siedziała obok Monty'ego. Co chwila nieśmiało na siebie spoglądali i trzymali się za ręce pod stołem.
- Tak dużo się zmieniło - westchnęłam z uśmiechem na ustach. - Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby nastolatkowie byli tak swobodni.
- Nasz na myśli te ich imprezy? - zaśmiał się i pokręcił głową. - Sam ich zachęcałem do aktywności, ale nie wiem czy właśnie to miałam na myśli.
Jeszcze raz się rozejrzałam. Raven właśnie wychodziła u boku Kyle'a, zapalczywie gestykulując, jakby chcąc dowieźć swojej racji. Zapewne znowu się o coś kłócili, jednak po sposobie w jaki Wick patrzył na dziewczynę, nie można było zaprzeczyć, że za nią szaleje. A kiedy przerwał wypowiedź Raven, ona zaśmiała się głośno. Wydawała się zapomnieć o uszkodzonej nodze i całym bólu, jaki jeszcze niedawno czuła.
- A Lincoln? - zapytałam. - Nie czuje się obco?
- Lincoln? - powtórzył mężczyzna. - Nie powiedziałbym. Początkowo faktycznie był traktowany nieufnie. Ale jest bardzo pomocny i udziela się w miarę swoich możliwości. Zresztą w ich związku to Octavia jest bardziej zbuntowana.
- Racja. Ale boję się, że mogą być odseparowani od reszty przez ich niezwykłość. Jedyny Ziemianin w Arkadii i dziewczyna, która ma brata?
- Setka nie pozwala im czuć się samotnymi. Zresztą ta dwójka ma taka charyzmę, jak mało kto. Uwielbiają ich.
W tym momencie usłyszałam znajomy mi śmiech. Podniosłam głowę i znalazłam wzrokiem moją córkę.
- Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak szczęśliwej - wyszeptałam, starając się powstrzymać łzy napływające mi do oczu. Nie byłam typem osoby, która lubi płakać. - Nawet gdy Wells i jej ojciec jeszcze żyli.
Poczułam, jak Kane łapie mnie za rękę. Kiedy na niego zerknęłam, zobaczyłam, że także przypatruje się Clarke i stojącemu obok niej Bellamy'emu. Dziewczyna opierała się o ścianę i patrzyła w górę w oczy chłopaka, którego kochała. Co chwile wybuchała śmiechem, a kiedy się śmiała, Bellamy uśmiechał się szeroko, jak nigdy dotąd.
- Pozwalają sobie zapomnieć o wszystkich troskach i wyrzutach sumienia - potwierdził po chwili Marcus.
I nie tylko. Wyglądało na to, że zapomnieli też o niebezpieczeństwie. Kiedy przebywałam w szpitalu, nie mogłam zapomnieć o tym przeklętym słowie, którym naznaczono moją córkę. Wanheda. Myślałam o jej porwaniu, bojąc się, że kiedy następnym razem odwiedzę Arkadię, nie spotkam tam córki. Zamiast tego czekała mnie niespodzianka - Clarke była szczęśliwa i chętna do życia. I taką chciałam ją oglądać. Wiedziałam, że Bellamy zapewni jej bezpieczeństwo, że nie pozwoli, by sytuacja sprzed kilku tygodni się powtórzyła. Że nie straci jej ponownie.

*Clarke Griffin*
- To jak? Będziesz za mną tęsknić? - zapytał Bellamy, kiedy staliśmy pod bramą.
Był gotowy na patrol. Niby zwyczajna akcja, jednak Bellamy został dowódcą swojej grupy, więc wiedziałam, że rozpiera go duma i energia.
- Niespecjalnie - odparłam, wzruszając ramionami.
Bellamy chwycił się za serce z udawaną urazą.
- A ja już miałem nadzieję na rzewne pożegnanie i zapewnienia twojej wiecznej miłości i wierności! - Najpierw musiałbyś się oświadczyć - powiedziałam z przekąsem.
- Zastanowię się nad tym - zapewnił mnie z szelmowskim uśmiechem, od którego moje serce na chwile przestało bić.
- W każdym razie uważaj na siebie - dodałam, kiedy udało mi się trochę uspokoić.
- A jednak się doczekałem! Punkt dla mnie! - triumfował, unosząc ręce do góry.
- Nie zapędzaj się tak! Dla twojej informacji powiedziałam to tylko w trosce o swój wolny czas. Zatem twoje zdrowie jest w moim interesie, ale czysto zawodowym.
- A przecież troska o twój wolny czas jest w moim interesie... - Bellamy puścił do mnie oczko. - Tylko jeszcze nie wiem w jakim sensie. Może lepiej nie mówić o tym przy ludziach.
Zaśmiałam się i odepchnęłam go.
- Idź już, głupku.
- Nie mam co liczyć na pocałunek? - zignorowałam jego szczenięcy wzrok.
- Nie - zaczęłam się odwracać.
- Na to nie mogę się zgodzić - odrzekł, po czym złapał mnie w pół i obrócił ku sobie, przyciskając do swojej klatki piersiowej.
- To się nazywa PRZEMOC! - wykrzyknęłam rozbawiona.
- Czyżby? - wymruczał, zanim złożył na moich ustach namiętny i długi pocałunek.
- Przemocą będzie, jeżeli od razu mnie puścisz - wyszeptałam, kiedy oderwał się ode mnie.
- Co, księżniczce zmiękły kolana? - zapytał, a ja przewróciłam oczami. - To dla mnie najlepszy komplement w życiu.
- Mam cię dość, egocentryku. Lepiej idź już na ten patrol, bo doprowadzasz mnie do szału!
- Mogłabyś się wreszcie zdecydować?! - zawołał.
- Może choruję na chorobę dwubiegunową? - zaproponowałam, pstrykając palcami, jakbym znalazła odpowiedź na bardzo trudne pytanie.
- To ty jesteś lekarzem, ja tylko szarym chłopakiem.
Już miałam odpowiedzieć, kiedy usłyszałam krzyk Jaspera.
- Czy para książęca zamierza przerwać swoje amory? - zawołał.
- Możemy zabrać twoją księżniczkę, jak chcesz Blake! - dodał Miller.
- Już idę, matoły!- krzyknął Bellamy w ich stronę ze śmiechem. - Obowiązki wzywają. - mruknął w moją stronę.
- Dokładnie - potwierdziłam, czując złość na chłopców, że śmieli nam przerwać. Rany, naprawdę zachowuję się jak księżniczka. 
Bellamy pocałował mnie jeszcze w czubek głowy i odwrócił się, żeby biegiem dotrzeć do przyjaciół.
- Wracam za niedługo! - zapewnił na odchodnym.
- Uważaj na siebie! - wyrwało mi się za nim.
Kiedy wsiadał do samochodu posłał mi jeszcze jedno przeciągłe spojrzenie. Uśmiechnęłam się czując, jak szczęście spowodowane jego obecnością, zastępuje tęsknota za bliskością chłopaka, który nawet jeszcze nie odjechał za bramę.

Pod nieobecność Bellamy'ego swój czas podzieliłam na pracę i spotkania z mamą. Miałyśmy tylko kilka godzin, żeby nadrobić tygodnie rozłąki, więc starałyśmy się je wykorzystać jak najlepiej. Próbowałam pokazać mamie wszystkie zmiany, jakie zaszły w obozie, kiedy ona opowiadała mi o swojej pracy - przeprowadzonych operacjach, udanych i nieudanych eksperymentach, Wiedziałam, że chciałaby móc spędzać czas ze mną i Kanem, jednocześnie mówiła z taką ekscytacją i pasją, przez co byłam pewna, że nie byłaby w stanie porzucić stworzonego przez siebie szpitala.
- A czy z Bellamym to tak na poważnie? - zapytała niepewnie, kiedy skończyłyśmy sobie opowiadać o pracy.
Znajdowałyśmy się w szpitalu, gdzie mama pomagała mi posegregować dostawy leków z Mount Weather, które ze sobą przywiozła.
- A czy z Kanem to tak na poważnie? - odparowałam od razu. Wiedziałam, że mama ma jak najlepsze intencje, ale rozmawianie z nią o uczuciach wydawało mi się strasznie niezręczne.
Posłała mi jedno ze swoich długich ganiących spojrzeń.
- Tak - odparła po chwili. - Ale to ja pierwsza zadałam pytanie. Więc, czy to coś poważnego?
Wzruszyłam ramionami, udając obojętność.
- Nie wiem czy mogę tak powiedzieć - Bellamy jest zazwyczaj taki niepoważny.
- Jak dla mnie jest całkiem na odwrót - mruknęła mama. - Chyba pierwszy raz widzę, żeby się tak wygłupiał. Zresztą ty też. Nie mówię, że to źle! Ciesze się, że jesteś szczęśliwa!
Przewróciłam oczami.
- Mamo, nie będę z tobą rozmawiać o chłopakach - oświadczyłam.
- Dlaczego nie?
- Bo... bo nie! - jąkałam się i odwróciłam do niej plecami, sięgając po kolejne pudło.
Usłyszałam rozbawione parsknięcie, które jeszcze bardziej mnie speszyło.
- Powinnyśmy rozmawiać o takich sprawach - tłumaczyła mama. - To normalne.
- O jakich sprawach? - usłyszałam głos Bellamy'ego i natychmiast się odwróciłam.
- A wiesz takie tam medyczne zagadnienia - odparłam szybko,wzruszając ramionami, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Dzień dobry, pani Griffin - przywitał się z moją mamą, która posłała mu uśmiech w odpowiedzi, a potem odwróciła się, dając nam chwile. Ostatnio ich relacje znacznie się ociepliły.
Bellamy podszedł do mnie i objął mnie ramionami.
- Medyczne zagadnienia mają być normalne? - zapytał z powątpiewaniem w głosie, jednak nie dopytywał się o szczegóły. Znając go, sam się już domyślił, o co tak naprawdę chodziło. Albo podsłuchiwał.
Bell pocałował mnie w czubek głowy na przywitanie - co uwielbiałam i uważałam za niezwykle urocze, a on dobrze o tym wiedział.
- Pójdę wziąć prysznic - powiedział odsuwając się ode mnie. Spojrzał na moją mamę. - Do widzenia!
- Do zobaczenia! - odparła, patrząc na niego przez ramię.
Podeszłam do mamy, a gdy Bellamy zniknął, szturchnęłam ją lekko w ramię i zawołałam.
- Mamo, nie podrywaj mojego chłopaka!
- Mówiłam w twoim imieniu, kochanie - mama uśmiechnęła się słodko i uciekła z dala ode mnie, zanim zdążyłam zareagować.

Tego dnia mama musiała wracać do Mount Weather. Pomogłam jej się spakować i odprowadziłam ją na dziedziniec, gdzie miała czekać na transport. Żałowałam, że spędziłyśmy ze sobą tak mało czasu, ale każda z nas miała już własne życie, z dala od siebie.
Kiedy mama żegnała się z Kanem, Bellamy znalazł mnie stojącą samotnie. Przebrał się w czyste ubrania, a włosy miał nadal mokre po kąpieli.
- Jak było na patrolu? - spytałam.
- Trochę nudno. Nic się nie działo. Spokój i cisza. - odparł, jakby zawiedziony.
- Brak niebezpieczeństwa? Straszne! - odparłam z kpiną.
- Co nie?
- Jak to zniosłeś?
- Też się zastanawiam!
Bellamy spojrzał na moją mamę i Kane'a i spoważniał.
- Za niedługo znowu ją zobaczysz - zapewnił.
- Wiem. Tylko... za każdym razem jak wyjeżdża trochę bardziej za nią tęsknie. Chyba staje się sentymentalna. Jestem dorosła i nie powinnam tęsknić do rodziców jak dziecko.
- Wcale nie. Niektórzy nie mają tyle szczęścia, żeby mieć choć jednego rodzica. - jego głos stał się odległy i cichy. Spojrzałam na niego. Bellamy przecież już od dawna nie miał rodziców.
- Przepraszam Bellamy... - zaczęłam, czując się winna, że to powiedziałam.
- Nie przepraszaj - Bellamy przerwał mi i położył mi ręce na ramionach. - Nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. Zresztą ja zawsze miałem Octavię. Teraz mam też ciebie.
- Clarke - usłyszałam głos mamy. Podniosłam wzrok i spojrzałam ponad ramieniem chłopaka na jej zbliżającą się postać. - Już czas. Musze jechać.
Objęłam ją, boleśnie zdając sobie sprawę, że jestem od niej wyższa. O kilka centymetrów, a jednak robi różnice. Kiedy to się stało?
- Uważaj na siebie. Nie szalej za bardzo. - wyliczała do mojego ucha. - Nie zapominaj o posiłkach. Gdybyś miała jakieś problemy, idź prosto do Marcusa. - odsunęła się na szerokość ramienia. - Jestem z ciebie bardzo dumna. - dodała na koniec.
Uśmiechnęłam się nieśmiało. Nigdy nie byłam dobra w wyrażaniu uczuć.
- Ty też bądź ostrożna - odpowiedziałam. No dalej, stać cię na więcej. 
Jednak zanim  zdarzyłam coś jeszcze powiedzieć, cała nasza trójka usłyszała przerywany głos, dobiegający z krótkofalówki Kane'a.
- Kod...atak....odbiór...
- Powtórz, odbiór - nakazał Kane, przykładając urządzenie do ust.
- Patrol... atak... Ziemian....ranni....wioska Trikru.... Wanheda.... - po tych słowach zapadła cisza.
Milczenie mogło trwać najwyżej kilka sekund, ale dla mnie czas jakby się zatrzymał.
- Miller! - Kane zawołał chłopaka, który przechodził niedaleko nas. - Sprawdź, który patrol nie wrócił z misji i określ ich możliwe położenie. Masz mi to natychmiast zameldować! - chłopak rzucił się biegiem w stronę stacji. Kane włączył krótkofalówkę. - Rasheed, mamy alarm, zbierz odział dziesięciu osób, wszyscy uzbrojeni za pięć minut pod bramą. - gdy podniósł wzrok, spojrzał na Bellamy'ego. - Nie strzelać bez potrzeby. Nie chcemy kolejnej wojny. - Bellamy skinął głową. - Idź odebrać broń i wróć z medykiem.
Bellamy już odwrócił się, żeby odejść, ale zatrzymał się słyszą moje słowa.
- Przecież ja mogę jechać. Jestem najbardziej doświadczona!
- Absolutnie nie! - usłyszałam jednogłośną odpowiedź wypowiedzianą przez trzy osoby jednocześnie. Spojrzałam na towarzyszy osłupiała.
- Ale...
- Pamiętasz co się stało ostatnim razem? - zapytała mama.
- Ale to moja wina! - dokończyłam wściekła.
- To nie twoja wina, tylko Ziemian. - odparł Kane.
- Zresztą gdybyś pojechała, mogłabyś spowodować większe szkody - Ziemianie rzucili by się na nas widząc, że jest z nami Wanheda. Mamy większe szanse bez ciebie - tłumaczył pospiesznie Bellamy.
- Mówisz to, bo chcesz mnie tu zatrzymać - stwierdziłam, patrząc na niego gniewnie.
- Oczywiście, że chcemy żebyś była bezpieczna - odparł z kamienną twarzą. - Ale tu nie chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo, ale i o innych.
- Idź się przygotować - odparłam po krótkiej chwili w stronę Bellamy'ego. - Ja przyprowadzę lekarza.

Venia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz