sobota, 23 grudnia 2017

Epilog cz.2

Oglądałam się w lustrze, wiedząc, że tego dnia muszę wyglądać nieskazitelnie. Nie dla siebie. Dla niego. 
Na ten specjalny dzień znalazłam w zbiorach z Mount Weather jasnoróżową sukienkę, która pasowała na moją sylwetkę. Niestety nie było żadnej białej. Była długa, z koronki, miała odsłonięte plecy i dekolt w serce. Nigdy nie miałam na sobie niczego tak miękkiego i lekkiego. Gina, która pomagała mi w przygotowaniach, wyszukała też jasne baletki. Były niewygodne w porównaniu do moich normalnych butów, ale nie mogłam narzekać. Taki wieczór już się nie powtórzy. Gina pomogła mi też w upięciu włosów.
Na Arce ludzie nie mieli takich możliwości jak tu na Ziemi. Takie irracjonalne strojenie się było w kosmosie idiotyzmem, jednak na Ziemi wszystko było inne. Kobiety wreszcie mogły o siebie zadbać i w czasie tego jednego wieczoru wypożyczały ubrania ze zbiorów Mount Weather. Tak samo postępowali mężczyźni, ubierając garnitury. Reszta gości zakłądała zazwyczaj swoje najlepsze zestawy ubrań.
Ceremonię postanowiliśmy zostawić taką samą jak na Arce. Zresztą nie różniła się bardzo od tej, którą przeprowadzali ludzie jeszcze przed kataklizmem.
- Ciężko ci będzie odejść od nazwiska Griffin? - spytała Gina, poprawiając moje włosy.
Zastanowiłam się nad odpowiedzią, potem posłałam jej uśmiech w lustrze.
- Nie jestem pewna - powiedziałam szczerze. - Myślę, że przekonam się po ślubie.
- Racja - potwierdziła, kiwając głową z miłym uśmiechem.Potem odsunęła się. - Skończone. Tylko tyle mogłam zrobić.
- Dziękuję ci bardzo - powiedziałam. - Za całą pomoc. Bez ciebie nie wyglądałabym tak dzisiaj.
- Naprawdę nie ma za co - odparła, po czym wycofała się z pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
Jeszcze raz obejrzałam się w lustrze.
tego dnia mijały dokładnie dwa lata, od kiedy zapanował całkowity pokój między nami a Ziemianami, a w tym czasie mieszkańcy Arkadii zaczęli brać śluby coraz częściej, szczególnie młodzież. Przybywało dzieci, a całe rodziny za niedługo mogły osiedlać się w nowym mieście. Nie nadaliśmy mu jeszcze nazwy, ale duża grupa, która budowała miasto od zera i nadal tam pracuje spisała się na medal. Przydzielaliśmy domy najpierw specjalistom bez których miasto nie mogłoby prosperować, a potem rodzinom z dziećmi.
W planach było rozbudowanie miasta na tyle by przenieść wszystkich mieszkańców Arkadii właśnie do niego. Zresztą znajdowało się bliżej Mount Weather niż Arkadia, co było kolejnym plusem, choć z drugiej strony góry.
Spojrzałam na zegarek. Nadszedł czas, żeby wyjść z pokoju. O tej godzinie wszyscy już pewnie na mnie czekali. Byłam zdenerwowana, ale w pozytywnym sensie. Wyszłam z pokoju i ruszyłam opustoszałymi korytarzami Arkadii. Dzień był słoneczny i bezchmurny. Ceremonia miała odbyć się na placu przed zabudowaniami. Wcześniej widziałam przygotowane podwyższenie na którym zostanie nam udzielony ślub. Zobaczyłam też dekoracje z kwiatów i przygotowane przejście, którym miałam przejść pośród tłumu. Oczywiście wszyscy byli zaproszeni.
Mój ojciec nie żył, więc nie on miał mnie poprowadzić do pana młodego. Na Arce wyznaczaliśmy po prostu kogoś z naszej rodziny, nawet jeżeli miałby to być dalszy wujek czy kuzynka. Dlatego poprowadzi mnie jedyna żywa osoba z mojej rodziny. Cieszyłam się, że to będzie ona.
Dotarłam do wyjścia z Arkadii. Już na mnie czekała. Blond włosy spięła w warkocza z tyłu głowy. Nie ubrała żadnej sukienki, ale miała na sobie białą bluzkę z dekoltem w serek, włożoną do czarnych spodni. Wyglądała pięknie mimo prostoty i łagodnie, przez co wydawała się na młodszą niż w rzeczywistości.
- Gotowa? - spytała mnie z uśmiechem. - Wszyscy czekają.
Kiwnęłam głową.
- Trochę się denerwuję - wyznałam. Potem spojrzałam na nią nerwowo. - Wiem, że go nie lubiłaś....
Podeszła do mnie i chwyciła mnie za ramiona.
- Nie lubiłam go kiedyś. Teraz się to zmieniło. Zresztą liczy się to, że on cię kocha i tyle dla ciebie zrobił... Z chęcią przyjmę go to naszej malutkiej rodziny - dodała z nutą ironii, ale wiedziałam, że mówi serio.
Uściskała mnie, a ja długo nie wypuszczałam ją z objęć. Tym samym chciałam pokazać jej jak bardzo ją kocham i podziwiam.
- Dobrze- powiedziałam, odsuwając się. - Chodźmy.
Złapała mnie za rękę i poprowadziła w stronę podestu. Kiedy straciłam mężczyznę, którego kochałam tak bardzo, nie sądziłam, że obdarzę kogoś jeszcze głębszym uczuciem i to w tak krótkim czasie. I że pozwoli mi to zapomnieć o dawnej miłości. (Może nie zapomnieć - traktować je jako wspomnienie, do którego rzadko się wraca) Ale oto stał przed mną uśmiechnięty i równie szczęśliwy jak ja, dowód tego, jak bardzo się myliłam. Pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz.

***
W życiu jest wiele takich chwil, które jednocześnie cię cieszą i smucą. Często zasmuca cię myśl, że coś nie zdarzy się już drugi raz tak samo, ale nie o tym myślałam. W moim przypadku to zupełnie coś innego. Kiedy mama zapytała mnie, czy nie mam nic przeciwko, żeby wyszła za Marcusa, nie wiedziałam co odpowiedzieć. No bo to przecież nie był mój ojciec! Pierwsza myśl jak mi przyszła do głowy, to było pytanie, jak może wychodzić za kolejnego mężczyznę, skoro poprzedniego męża wyrzuciła w kosmos? Jednak szybko przegoniłam tą myśl. Wiedziałam dobrze jak bardzo mama żałuje tego co zrobiła. Rozumiałam potrzebę wybaczenia swoich win. Nawet lepiej niż ktokolwiek inny. Jeżeli przez małżeństwo z Kanem miała być szczęśliwa to, kim byłam, by jej tego zabraniać?
Jej ślub był właśnie jedną z tych smutno-radosnych chwil. Cieszyłam się jej szczęściem, widząc ją ubraną w piękną suknie, jednak ten widok przypominał mi tatę i to że przy nim tez się tak uśmiechała.  Niestety w życiu jesteśmy zmuszeni podejmować trudne decyzje, których później żałujemy i musimy za nie płacić. Zresztą ojciec kochał mamę tak mocno, że też chciałby jej dobra. A Kane był dobry. I nie mówię tu o jego życiu na Arce bo, na litość boską, nikt z teraźniejszych ludzi nie jest bez winy. Kochał mamę i mógł jej zapewnić dobre życie. A tylko to się liczyło.
Kane oświadczył się mamie, po tym jak Rada zdecydowała, żeby przenieść się do nowego miasta. Arkadia miała stać się siedzibą szkolenia nowych strażników, stwierdzono bowiem, że osoby wysyłane na patrole powinny zostać do nich wcielone. Gloria zgłosiła się na ochotnika, by zostać i zajmować się szpitalem, przyłączył się też Louis, który stwierdził, że woli starą Arkadię, od nowego szpitala. Ja miałam zostać przeniesiona do nowego miasta. Było zdecydowanie bliżej Mount Weather, gdzie mieszkała mama, a gdy Kane już się tam przeniesie, będą mogli mieszkać razem.
Patrzyłam na nich w czasie zabawy. Miller puścił składankę piosenek, do których teraz tańczyli goście. Udostępniono alkohol, którego ilość na co dzień ograniczono. Na początku bawiłam się razem z przyjaciółmi. Potem jednak zmęczona usiadłam z dala i obserwowałam mieszkańców Arkadii.
Spojrzałam na nadgarstek, który przewiązałam chustką z herbem Delfikru. Nie wyrzuciłam jej, a po wypraniu nosiłam na nadgarstku. To była jedyna pamiątka po wydarzeniach, w których brałam udział dwa lata temu. Od tamtej pory nikt w moim towarzystwie tego nie wspominał, nikt nie nazwał mnie Wanhedą. Przez pierwszy rok nie byłam w stanie uwierzyć, że to prawda,  jednak z każdym  dniem ciężar, który nosiłam na barkach malał. Czułam się swobodniej i bezpieczniej. Łatwiej było mi też sobie przebaczyć wszystko co zrobiłam, gdy nikt mi o tym nie przypominał jakimś głupim tytułem. Bo rzeczywiście wybaczyłam sobie. Nie zapomniałam i nie chciałam zapomnieć, ale ruszyłam dalej. Nosiłam chustkę dla przypomnienia, że popełniłam straszną zbrodnie i  teraz robiłam wszystko, by jej nie powtórzyć. Koszmary coraz rzadziej mnie męczyły, a kiedy pogodziłam się ze swoją sytuacją, kiedy przebaczyłam także innym w tym Lexie, pojawiały się naprawdę rzadko. Kiedyś myślałam, że nie będę w stanie tego dokonać bez Bellamy'ego, ale udało się. Zresztą pomogła też pamięć o nim. Kiedy wyjechał, tęskniłam bardziej niż za kimkolwiek innym, ale musiałam być silna, bo on by tego chciał. Żyłam normalnie, tak jak się umawialiśmy, ale nikogo nie pokochałam tak jak jego. Nikt nie był Bellamym.
Dwa lata. 730 dni. Tak dużo czasu. Od półtora roku, od kiedy wyjechał widziałam go tylko raz i to z daleka, kiedy przyjechał na moment do Arkadii. Słyszałam natomiast od czasu do czasu jakieś strzępki informacji, jego imię w rozmowach. Na przykład kiedy został strażnikiem. Albo kiedy udał się na niebezpieczną misję z najlepszymi wojownikami, by powstrzymać Jahę i Allie. Zniszczyli program* i choć Jaha zginął, a oni odnieśli poważne obrażenia, które musieli leczyć w Mount Weather. Tylko tyle wiedziałam. Nie pisaliśmy ze sobą listów, ani nie kontaktowaliśmy się ze sobą w żaden sposób. Wiedziałam, że żyje - ale jak i z kim nie. Nie powiedział też, czy wróci kiedy minie 730 dni od naszego rozstania. W końcu przestałam mieć na to nadzieję.
Czasem trzeba dać komuś odejść i choć to boli, nie mamy na to wielkiego wpływu. Musiałam to przejść z tatą, z Wellsem, z Finnem, z Asherem i wszystkimi zmarłymi przyjaciółmi. Bellamy żył i chyba to nie pozwalało mi się jeszcze poddać. Nie chciałam pozwolić mu odejść, ale rozumiałam, że on mógłby tego chcieć. Zraniłam go, złamałam mu serce, a on zasługiwał na dużo lepszą ode mnie.
Pochłonięta myślami dopiero po dłuższej chwili zauważyłam, że ktoś się do mnie zbliża. Szedł od strony oświetlonego miejsca zabawy, więc nie wiedziałam dobrze jego postaci. Dopiero kiedy podszedł i usiadł koło mnie rozpoznałam rysy.
Myślałam, że to wytwór mojej wyobraźni. Przecież dopiero co o nim myślałam, od dwóch lat był z dala ode mnie, a teraz po prostu siedział obok? Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.
- Wybiła północ - odezwał się, o mój Boże, swoim normalnym głosem. Głosem BELLAMY'EGO. - 730 dni. Zgodnie z umową spotkaliśmy się ponownie.
Starałam się mu przyjrzeć, mimo ciemności. Patrzył na mnie tymi samymi oczami. Mówił swoim głosem. Rysy twarzy były trochę twardsze, doroślejsze, bardziej męskie niż chłopięce. Założyłabym się, że miał nowe blizny, choć ich nie widziałam. Loki były idealnej długości - nie za krótkie, ale nie wpadały do oczu. Chciałam ich dotknąć, pocałować go, poczuć bliskość jego ciała, ale bałam się, że on tego nie chce.
- Nie wiedziałam, czy przyjdziesz - odezwałam się po dłuższej chwili.
- Dlaczego?
- Myślałam, że możesz mnie znienawidzić - wytłumaczyłam niepewnie.
Pokręcił głową.
- Nawet, gdybym chciał, nie potrafiłbym - zaprzeczył pewnym głosem.
Poczułam taka ulgę, że mimowolnie westchnęłam.
Bellamy popatrzył na mnie z lekkim uśmiechem.
- Może opowiesz mi coś ciekawego? - zachęcił. - Dawno się nie widzieliśmy.
Więc zaczęłam mówić. Co działo się przez półtora roku. Kiedy zabrakło mi słów, to on przejął pałeczkę i opowiedział mi o swojej pracy i życiu w nowym mieście. Zanim się obejrzeliśmy niebo pojaśniało i razem obserwowaliśmy wschód słońca. Czułam jednocześnie radość jak i niepokój. Przez półtorej roku tyle się zmieniło. MY się zmieniliśmy. Przez cały te czas żyłam wspomnieniem dawnego Bellamy'ego i nie wiedziałam czy TEN Bellamy był taki sam. Musieliśmy się poznać na nowo i oboje to czuliśmy.
Rano poszliśmy spać, by odpocząć po wydarzeniach poprzedniej nocy, ale spotkaliśmy się znowu na obiedzie z przyjaciółmi. Wieczór spędziliśmy razem, rozmawiając i spacerując po obozie. Z jego zachowania mogłam wywnioskować, że niewiele się zmienił, mimo moich początkowych obaw. W jego obecności czułam tak wielką tęsknotę, że z trudem się hamowałam, by go nie dotknąć, nie przytulić, ani nie pocałować. Nadal go kochałam. Może kochałam go nawet mocniej niż wcześniej. Spędziliśmy ze sobą tydzień, pełen słów. Jednak nie rozmawialiśmy o najważniejszym - naszej przyszłości. Dopiero ostatniego dnia, którego Bellamy szykował się na powrót do nowego miasta, poruszyliśmy ten temat.
- Clarke - zaczął pewnym głosem, patrząc mi w oczy. Staliśmy z tyłu obozu, sami. - Przez tyle dni trzymałem się od ciebie z daleka. Jesteśmy już bezpieczni. Nic ci nie grozi.  Przez ten tydzień przekonałem się, że nadal cię kocham. Boże, nigdy nie przestałem!
Spojrzałam na niego z miłością. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego policzka, a on wtulił twarz we wnętrze moje dłoni.
- Tak bardzo tęskniłam za... - zaczęłam, ale nie pozwolił mi skończyć, bo porwał mnie w ramiona i pocałował zachłannie.
Od jego dotyku przechodziły mnie elektryczne dreszcze, czułam ogień w brzuchu. Nie chciałam wypuszczać go z objęć. Kiedy odsunął swoje usta od moich, przytulił mnie mocno do siebie, wtulając twarz w moje włosy.
- Proszę, już nigdy nie karz mi na siebie czekać - wymamrotał, drżąc.
- Przepraszam - wyszeptałam, czując łzy na moich policzkach. Płakałam z radości i ulgi.
- Powiedz, że jeszcze mnie kochasz - poprosił.
- Oczywiście, że cię kocham - i zaczęłam powtarzać te dwa słowa. - Kocham cię.... Kocham....
Staliśmy tak przez dłuższą chwilę. Nagle Bellamy odsunął się ode mnie.
- Wyjeżdżasz do nowego miasta do szpitala, prawda? - zapytał, a gdy potwierdziłam, kontynuował. - Więc będziemy tam razem. Możemy zamieszkać razem. Poprosimy kanclerza, żeby przydzielił nam dom na skraju miasta, niedaleko lasu.
- Ale domy przydzielają tylko rodzinom z dziećmi! - przypomniałam.
Wtedy Bellamy obdarzył mnie najpiękniejszym uśmiechem, jaki widziałam i powiedział niskim głosem, od którego przeszedł mnie dreszcz.
- Księżniczko, to da się załatwić.

KONIEC

* proszę nie pytajcie mnie jakim sposobem zniszczyli Allie, Clarke nie zna szczegółów i ja też nie XD
** W tym opowiadaniu nie wystąpi Praimfaya. Fabuła czwartego sezonu po prostu nie istnieje dla bohaterów tego fanfiction. Maja inne problemu haha
Macie jakieś pomysły na nazwę nowego miasta dla Skaikru? :D

1 komentarz: